Baśń nie całkiem baśniowa albo o „Pani Bovary” (Nabokoviada #3)




„Pani Bovary” – i tu następuje pierwszy zgrzyt między moją refleksją na temat tej powieści a jej wykładnią u Nabokova – jest powieścią bliską doskonałości między innymi dlatego, że nie szuka winnych. Pokazuje los swojej głównej bohaterki, nie twierdząc, że stało się jak się stało przez jej „upadek moralny”, ani że to wina społecznego układu wokół niej, pewnej hierarchii, symboli, plątaniny teorii i praktyki, jaka trzymała społeczeństwo razem w pierwszej połowie XIX wieku we Francji. Pokazuje raczej, że to wypadkowa wszystkich tych kwestii, i to pokazuje to subtelnie, bez młotkowania czytelnika. Nabokov pisze, że takie czytanie tej powieści jest bzdurą, wracając do swojego ulubionego porzekadła, że na cóż nam roztrząsanie realizmu powieściowego – wydaje mi się jednak, że tutaj można iść o oczko dalej.

Bal w Vaubeyssard albo o przypadku



Wpis ten to trochę, rzekłabym, zajawka, a trochę krótka refleksja nad przypadkami, które zachodzą między światem w tekście i światem poza tekstem, przez który akurat – w obu przypadkach – przechodzimy.

Manderley nigdy nie istniało albo o „Rebece” D. du Maurier (Pikniki z Klasyką #20)


Czasami zdarzają się takie powieści, które są napisane jak niewielkie, ale bardzo precyzyjnie wykonane wyroby jubilerskie. Nie zachwycą, kiedy przyjrzeć im się z oddali, bo mało widać (chociaż błyszczą), ale przy studiowaniu detali olśniewają misterną konstrukcją. „Rebeka” je przypomina: jest wypolerowana, z piękną kulistą konstrukcją całości, niesamowitymi sposobami budowania nastroju, inteligentną grą i z formą, i z gatunkami.

Jak w zwierciadle albo o „Beksińskich. Portrecie podwójnym” M. Grzebałkowskiej


Ja chyba nie umiem pisać o reportażach lub formach, które z reportażu czerpią. Ale nie szkodzi, napiszę.

O dedykacjach albo trudna sztuka wpisywania się do książek


Chociaż słowo „dedykowany” robi u nas podejrzaną i zbyt zawrotną karierę – może zdarzało się Wam pójść na „zadedykowane” komuś zajęcia, używać aplikacji „dedykowanej” właśnie Wam albo może nawet macie „dedykowany” Waszej kuchni robot kuchenny. Nie będzie to jednak wpis o takich właśnie językowych połamańcach z niewiadomych przyczyn zastępujących inne zwroty, ale o tych dedykacjach właściwych, które spotykamy w książkach.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej albo o „Pat ze Srebrnego Gaju” L. M. Montgomery (Pikniki z Klasyką #19)


Kiedy czytaliśmy i dyskutowaliśmy wiosną o „Dzbanie ciotki Becky” pojawiły się głosy, że w cyklu piknikowym powinno znaleźć się miejsce dla innej powieści Lucy Maud Montgomery – „Pat ze Srebrnego Gaju”. No i, jak widać, się znalazło. A jak wypada ta książka podczas pierwszej lektury, kiedy wiek nastoletni opuściło się dawno temu?