500 post albo jakim czytelnikiem byłbyś 500 lat temu


Słuchajcie, pięćsetny post! Rety, kiedy to się stało? To znaczy inaczej: mniej więcej wiem, kiedy stukanie w klawiaturę doprowadziło mnie tutaj. Recenzje, wpisy okołoksiążkowe, mniej lub bardziej poważne przemyślenia na temat samego czytania i książek, nawet jeden całkiem poważny poradnik się trafił. Ale na jakieś podsumowanie znajdzie się jeszcze czas – a dzisiaj obiecana na FB specyficzna notka z okazji 500-tekścia bloga.

Jeszcze jeden kamień albo o „Kamieniu na kamieniu” W. Myśliwskiego



Wybaczcie ciszę na blogu, ale spotkała mnie dość nieprzyjemna sytuacja: ktoś włamał się do naszego domu i zwędził między innymi mój laptop. Sami zatem rozumiecie, że nie bardzo miałam na czym pisać, a regularnie podprowadzać komputera Domownikowi za bardzo nie chciałam, z kolei na telefonie pisać, przyznaję, nie umiem. Ale dość o tym – na szczęście są dookoła super ludzie i mogę teraz pisać do Was z pożyczonego laptopa zapasowego, póki nie uda mi się sprawić sobie własnego nowego. Także blog odżywa, a jeśli notki pojawiają się rzadziej, to tylko dlatego, że taki przeprowadzam letni eksperyment. A teraz wróćmy do tego, co nas wszystkich interesuje, czyli do książek. Zapraszam na mój kamyk, dołożony do wszystkich innych, o przeczytanym ostatnio „Kamieniu na kamieniu” Wiesława Myśliwskiego.

Książki na olimpiadę albo duch sportu na regale




Mam dla Was dzisiaj wpis kolektywny. Dlaczego kolektywny? Bo jest skutkiem pomysłu, rzuconego przeze mnie podczas rodzinnego oglądania igrzysk. To w sumie taki czas, że jeśli wpadniecie w odwiedziny do rodziny, być może załapiecie się na wspólne oglądanie którejś z transmisji. Tu lekkoatletyka, tam piłka ręczna, tam siatkówka. No, a gdyby tak chcieć sobie urządzić w miarę analogiczne igrzyska z rodzajami książek? Poniżej macie wynik naszej dyskusji, pracowicie zanotowany przez niżej podpisaną. No i wiecie, wpis jest utrzymany w tonie żartobliwym, nie jest więc o żadnym poważnym współzawodnictwie książkowym czy o czytaniu na zawody, bo – jak wiele razy pisałam – nie o to, według mnie, w czytaniu chodzi.

Jak rozmawiać o książkach, żeby się nie pobić* albo o dystansie


Być może pamiętacie, że pisałam kiedyś o tym, że samo rozmawianie o książkach może sprawić niejedną trudność. Generalnie jednak uważam, że przynosi sporą ilość frajdy. Niezależnie, czy zgadzamy się co do swoich spostrzeżeń, czy się nie zgadzamy – poznawać inne punkty widzenia jest interesująco (chyba, że ten inny punkt widzenia objawia się przez ganianie za rozmówcą z tłuczkiem do ziemniaków i krzykami „Raskolnikow miał rację, ty taki owaki!”). Są jednak czasami sytuacje, z których po takiej rozmowie wychodzimy poirytowani, spać nam ona nie daje i w ogóle czujemy się dosyć nieszczęśliwi. Dlaczego?

Melancholia maszyny liczącej albo o wędrowaniu z książką



Czy podczas podróży korzystacie z przewodników? Przewodniki to taka specyficzna gałąź literatury: teoretycznie można je czytać od deski do deski – nikt nam w końcu nie broni – ale w praktyce korzystamy z nich „na miejscu”, czyli kiedy spacerujemy po przestrzeni, w którą się wybraliśmy. Albo przygotowując się do podróży. O samych przewodnikach i ich roli w windowaniu poziomu czytelnictwa (odkąd mniej czytamy przewodników, a więcej języka na temat danego miejsca zasięgamy w internecie, okazuje się, że Polacy czytają mniej – serio, serio) można by napisać cały wpis. Ale nie tym razem.

Czy Tiffany jest Dokuczliwa czy Obolała? Albo o przekładach „The Wee Free Men” T. Pratchetta



Na pewno kiedyś, w trakcie lektury, złapaliście się na takiej myśli, czy aby na pewno autor nas nie nabiera. Czy to dlatego, że mieliśmy do czynienia z niewiarygodnym narratorem, czy dlatego, że w czytanej właśnie powieści obyczajowej o polskim miasteczku nagle pojawił się android, czy dlatego, że powieść była przekładem z innego języka i dochodziła tu kwestia „ale autor naprawdę tak napisał?”. Dzisiaj będzie o tym ostatnim przypadku, na małej, aczkolwiek bardzo ciekawej próbce: „The Wee Free Men” Terry'ego Pratchetta.