5 lektur, dzięki którym zatęsknicie za zimą albo uhu-ha



Chociaż za oknem świeci słońce – a może właśnie dlatego, że tak świeci, a tutaj świeci – przynajmniej część z nas chciałaby się przenieść w przestrzenie bardziej zimowe. Przynajmniej literacko. Bo, jak wiadomo, najprzyjemniej czyta się o zimnie wtedy, kiedy siedzi się otulonym w kocyk w dobrze ogrzanym pomieszczeniu, z czymś ciepłym do picia w pogotowiu. Nie martwcie się, nie będę Wam rekomendowała „Gry o tron”, gdzie, jak wiadomo, „winter is coming”. Będzie raczej o książkach, w których zima i śnieg są najprzyjemniejsze – czyli takich, które czytało się będąc dzieckiem. Albo nie czytało się, bo się buntowało przeciwko literaturze dziecięcej i sięgało na regał rodziców po Manna.

„Zima Muminków” Tove Jansson
Pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego fana zimy. Jansson uchwyciła w tej książce to, co najważniejsze: poczucie osamotnienia w zaśnieżonej przestrzeni, miła melancholia, która minie, bo przecież rodzice śpią niedaleko i w końcu się obudzą, eksplorowanie znanych przestrzeni, które nagle stały się zupełnie nieznane i nowe oblicza ludzi, co do których byliśmy pewni, że ich znamy. Do tego wyciąganie na światło dzienne zakurzonych historii rodzinnych i motywy wojenne podane w takiej formie, że są przystępne dla dzieci i mogą dać do myślenia dorosłym. W tym sensie jest to powieść, dla której można się zatracić w każdym wieku. I do tego śnieg, śnieg, i zamarznięta zatoka, nad którą stoi budka kąpielowa, teraz nagle domek osobliwej Too-Tiki. Czytać koniecznie!
Zdjęcia okładek pochodzą ze stron wydawnictw. W tym wypadku z Naszej Księgarni.

„Zimistrz” Terry Pratchett
Jedna z powieści z cyklu o Tiffany Obolałej, poświęconego dla nieco młodszego odbiorcy. Tiffany, wychowanka czarownic i nieprawdopodobnie zdolna młoda wiedźma – i to zdolna do wszystkiego, do czego nie trzeba wcale od razu używać magii – tym razem musi zmierzyć się z tajemniczym Zimistrzem, którego celem jest ni mniej, ni więcej, ale zdobycie serca głównej bohaterki. Brzmi złowrogo? Bo jest złowrogie, ale przy okazji pokazuje zupełnie inną stronę nastoletniego uczucia, tak przecież miłego, „ej, ja się komuś podobam!”. Co prawda kiedy tym kimś jest dość przerażający duch zimy, nie musi być to plus dla naszej samooceny, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Do tego kąśliwy Pratchettowy humor i banda szkockopodobnych Nac Mac Feegli i wpisanie całej historii w powszechny we wszystkich kulturach borykających się z zimą mit o tym, co trzeba zrobić, że zima odeszła, a przyszła wiosna. Albo czego robić absolutnie nie trzeba.
Źródło.

„Anaruk, chłopiec z Grenlandii” Czesław Centkiewicz
Na początku wyjaśnimy coś sobie: jasne, ta lektura trąci myszką. Znajdziemy w niej mnóstwo fragmentów, które teraz sprawią, że się, mówiąc oględnie zdenerwujemy, chociażby dość patriarchalny opis eskimoskiej kultury. Z drugiej jednak strony mamy do czynienia z jedną z pierwszych dla większości z nas, wychowanków polskiej szkoły, lektur z pewnym zaprawieniem etnograficznym. Zachęcających, żeby poznać inną kulturę, która przy bliższym poznaniu wcale nie jest już taka odmienna. W naszym domu zawsze była to lektura problematyczna, powiązana łańcuszkiem przeróżnych traum, w które zamieszany był na przykład pewien wieloryb albo koszmarne wypracowanie na jakże swobodny temat „Dlaczego chciałabym, żeby Anaruk był moim przyjacielem”, ale zimą i tak wspominam Anaruka z pewnym sentymentem.

Myśmy nie mieli takiego ślicznego wydania. Źródło.

„Dzieci z Leszczynowej Górki” Maria Kownacka, Zofia Malicka
Nie wiem, czy kojarzycie taką książkę – u nas poniekąd obiekt kultu. Pamiętam jak dziś pierwszą wizytę w bibliotecznym magazynie mojej podstawówki, nie krępujmy się: straszliwej graciarni, gdzie oprócz książek było wszystko (i mówiąc wszystko, serio mam na myśli wszystko), a same książki nadawały się już w większości do zubytkowania. Tam wynalazłam rozpadający się egzemplarz „Dzieci…”, wybłagałam wypożyczenie i przeniosłam się kilkadziesiąt ładnych lat wstecz, żeby odkryć przygody tytułowych dzieci, przeżywane w czasie różnych pór roku. Nie będę Was czarować: nie pamiętam już z tej książki tyle, ile bym chciała – poza pewnym późniejszym już zakłopotaniem treściami indoktrynującymi – ale zimowe zabawy dzieciaków z Leszczynowej Górki dość długo stanowiły jeszcze dla mnie inspirację. Ze zdumieniem odkryłam, że niewielu czytelników poza mną sięgnęło jeszcze po ten przykurzony tom. Może ktoś z Was?

Jak się domyślacie, wydanie, o którym z takim sentymentem piszę, wyglądało zupełnie inaczej. Ale miło, że książka doczekała się wznowienia. Źródło.

Klasyk, powiecie. I będziecie mieć rację. Oczywiście temat jest wszystkim szeroko znany i skomentowany po wielokroć. Zła Królowa Śniegu sprawia, że Kaj odchodzi od towarzyszki swych zabaw dziecięcych, żeby podążyć za zimnym ideałem kobiecości, a jego biedna przyjaciółka Gerda mimo wielości piętrzących się przed nią przeszkód wyrusza, by go odnaleźć i ocalić przed całkowitym zamarznięciem duchowym i cielesnym. Poetyckość, z jaką Andersen opisuje zarówno letnie miesiące zabaw dzieci, jak i posępną zimową podróż Gerdy sprawiają jednak, że „Królową…” można czytać po wielekroć. I nie ma w niej aż tak znowu wiele tej typowej Andersenowskiej melancholii sprawiającej, że po odłożeniu baśni tak strasznie jest człowiekowi źle na świecie (ale może to temat na osobny wpis). Tak czy inaczej, warto wrócić, zwłaszcza, jak na dworze hula zawierucha. Nie wspominając już o tym, że początek z opisem zabaw Kaja i Gerdy stanowi jeden z najbardziej wzruszających kawałków literatury ever.

Okładka z Wolnych Lektur, na które możecie przejść przez kliknięcie w tytuł powyżej.

Co jeszcze dodalibyście do tej listy? Dość oczywistym wyborem byłaby na przykład jeszcze powieść C.S. Lewisa „Lew, czarownica i stara szafa” – ale ja przyznam szczerze, że nie darzę Narnii aż takim sentymentem, może dlatego, że przeczytałam ją nie będąc już dzieckiem, chociaż to wytłumaczenie wydaje mi się z lekka naiwne.

____________________

Na sobotę planuję zająć się polemiką z pewnym artykułem o czytaniu, który ostatnio nie tylko mnie wprawił najpierw w zdumienie, a potem w złość. Gdybyście mieli ochotę przeczytać, zapraszam.

Weź dokładkę!

3 komentarze

  1. Oj, jako dziecko nie umiałam polubić Anaruka, bo Anaruk jadł surowe mięso i gardził czekoladą, moim ówczesnym przysmakiem :)
    Z zimą najbardziej kojarzy mi się "Pałac zimowy" - piękna, stara książka Vesaasa. A z ostatnio przeczytanych - "Uczciwa oszustka" Tove Jansson.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomyliłam się, chodziło mi nie o "Pałac zimowy", tylko o "Pałac lodowy" :)

      Usuń
    2. Chociaż opis na okładce wydaje mi się mętny ("poetycka baśń opowiedziana w sposób realistyczny"), to wciągam sobie na listę, bo widzę, że pod spodem może być niezła historia. A co do Jansson - mnie się po trochu wszystkie jej powieści kojarzą zimowo (nawet, ehm, "Lato" :-)). Może żyję stereotypem, że jak pisarz skandynawski, to i klimat książki chłodniejszy ;)?

      Usuń