Czytałam Sienkiewicza albo raport o stanie czytelnictwa



Przesadziłabym pisząc, że opublikowane kilka dni temu wyniki badań czytelnictwa, przeprowadzone przez Bibliotekę Narodową i TNS, wstrząsnęły Polską. Co prawda trąbi się na lewo i prawo od kilku lat, że czytamy mało (chociaż bada się u nas czytelnictwo od 1971 roku, to głośno o tym, zdaje mi się, zrobiło się dopiero ostatnio), ale mam wrażenie, że utarło się już przyjmować za pewnik, że kolejne badania pokażą to samo. Ba, pokażą na pewno, że jest jeszcze gorzej. No więc, zamiast narzekać, co byłoby na blogu poświęconym czytaniu po pierwsze bez sensu (bo jednak i ja czytam, i Wy czytacie), a po drugie narzekać nie lubię, zastanówmy się lepiej, jak to z tym badaniem czytelnictwa u nas jest.

Biblioteka Narodowa robi podobne badanie co dwa lata. Jest to bodaj największe badanie, jakie się u nas robi (3000 badanych to jakieś trzy razy tyle, co tak zwana próbka reprezentatywna, czyli liczba osób, których przepytanie wystarcza do uznania całych badań za wiarygodne), ale nie bez konkurencji. Nie wiem, czy pamiętacie, ale rok temu swoje wyniki ogłosiła Polska Izba Książki – tzn. stowarzyszenie wydawców, księgarzy i całego mniej więcej rynku książki – we współpracy z CBOS. Wyszło im tam o kilka procent więcej czytających Polaków niż Bibliotece Narodowej. Przyczyn można szukać przede wszystkim w przyjętych przez obie instytucje kwestionariuszach, bo jak wiadomo bardzo często odpowiedź, jaką otrzymujemy, zależy od tego, jakie pytania zadamy. BN pokazuje w swoim tegorocznym raporcie bardzo ciekawy przykład takiego postępowania: w tym roku do pytania o to, jak często czytamy teksty prasowe dłuższe niż trzy kolumny, dołączono zeskanowany artykuł z „Polityki”. W ten sposób pytany dostał dodatkowy impuls do zastanowienia się nad tym, jakiej długości teksty faktycznie czyta – trudniej było mu samemu przed sobą uznać, że takie właśnie długie, jeśli w istocie jednak czytuje krótsze. Jak konkluduje BN, w ten sposób odsetek czytelników przyznających się do lektury tekstów dłuższych spadł o kilka procent. Przykłady można by mnożyć.


Ponieważ we wpisie pojawia się raport Biblioteki Narodowej, za ilustracje posłużą dobra przez tę bibliotekę udostępniane – a konkretnie fragmenty „Gazety Kaliskie Informacyjno-Anonsowej” ze środy 31 stycznia 1896 roku, do znalezienia w arcyciekawej Bibliotece Polona. Nie żałujmy sobie pozaglądać w życie przodków, którzy nie wiadomo, czy czytali prasę, ale na pewno do niej pisali.
  
Ciekawe wnioski dotyczącego tego, czym właściwie jest „książka” można wysnuć po lekturze tego sprawozdania. W odpowiedzi bowiem na pytanie, jakie konkretnie książki czytają, pytani wymieniali na przykład podręczniki szkolne. Przyznaję bez bicia, że dla mnie podręcznik zawsze sytuował się w jakiejś osobnej przegródce i nie wpadłabym na to, żeby zaliczyć go do czegoś, co czytam – ale tutaj widać wyraźne inne zjawisko: że czytanie nie zawsze jest dla przyjemności. No dobrze, ale to jest trochę oczywista oczywistość, wiadomo, że są takie sytuacje, kiedy nie czyta się dla przyjemności (chociażby pod przymusem szkolnym, jeśli się nie lubi albo żeby nie zrobić przykrości komuś, kto nam dał czy pożyczył jakąś pozycję, która nas średnio interesuje). Ale, co wysuwa się na pierwszy plan przy lekturze raportu – i czego zresztą jego autorzy nie kryją – to to, że duża część osób przestaje czytać, kiedy już nie musi (albo – co wydało mi się uwagą nie mniej interesującą – przestaje czytać w całości, a czytuje jedynie fragmenty; autorzy raportu nazywają to „czytaniem szkolnym”, ale z drugiej strony mamy przecież książki, których nie czytamy w całości, bo po prostu nie są to książki przeznaczone do czytania w całości, jak różnego rodzaju leksykony czy słowniki – chociaż znowu, nie wpadłabym na podanie słownika jako czegoś, co czytam, aczkolwiek znałam kiedyś osobę, która czytywała sobie słownik od czasu do czasu dla edukacji).

 

Jeśli chodzi o nośniki czytania, to jednak zarówno książka, jak i prasa papierowa (upadek tej ostatniej oznajmiany jest jakoś tak z regularnością raz na tydzień) mają się dobrze. I chociaż e-booki stały się prawie dwa razy popularniejsze niż w czasie ostatniego badania, to zaledwie co pięćdziesiąta osoba posiada czytnik. To ciekawe, że właściwie trudno stwierdzić po odpowiedziach, czym jest dla pytanych e-book. E-bookiem może być tu bowiem w zasadzie każdy dłuższy tekst, czytany w formie elektronicznej. Rzuca się więc w oczy ta mało sprecyzowana kwestia tego, czym jest książka i czym jest e-książka. To znaczy inaczej: nie chcę, żebyście zrozumieli to tak, że domagam się, żeby mi BN-ka na początku pisała, co rozumie poprzez termin „książka”, bo to by była paranoja, ale ciekawe jest dla mnie to, że jednak nawet takie zdawałoby się proste i „zdroworozsądkowe” przedmioty właściwie nie posiadają w takim stopniu ogólności jakiejś jednej sztywnej definicji.


Z badań wynika też, że istnieje grupa osób kupujących książki (radosne okrzyki z Izby Książki), ale ich nie czytająca (smutne okrzyki z Biblioteki). Chodzi pewnie o tych, którzy kupują je w prezencie albo o tych, którzy nabywają te wspomniane już przeze mnie podręczniki. Ciekawe, czy w tej grupie są ludzie, którzy mają dobre chęci i chcą poczytać, ale jakoś im się nie składa (no chyba nie możemy tego wykluczyć?). Coraz więcej osób kupuje książki w supermarketach – to zabawne, zważywszy na fakt, że taka praktyka została jakiś czas temu skrytykowana; nie będę się o tym rozpisywała, bo polemiki z pewnym słynnym felietonem można łatwo znaleźć (na przykład tutaj, tutaj albo tu). Zapewne ci, dla których książka w Biedronce równa się bluźnierstwo, zakrzykną, że ci, co kupują a nie czytają, to pewnie ci, co kupują książki w markecie. Co jest smutne, bo nadal nie widzę nic złego w taniej książce. Może oprócz tego, że niemiłosiernie drenuje ona kieszeń, bo jak tu nie kupić – cytując Hrabala – skoro takie tanie?

 

Nasuwa się jeszcze wniosek o tym, że pytani, którzy stwierdzili, że nie czytają niczego, mogą nie do końca być winni takiej sytuacji. Większość z nich, jak piszą autorzy raportu, to osoby starsze. W takim wypadku dostępność książek może być utrudniona (czy to z powodu miejsca zamieszkania – na przykład lwia część wiejskich bibliotek została rozwiązana, ktoś może też rzadko wychodzić z domu i mieć bibliotekę za daleko jak na swoje możliwości), czy z powodów zdrowotnych (kup babci audiobooka, zamiast zabierać jej dowód?). To ciekawe, że nie ma u nas akcji zachęcających do czytania, skierowanych do osób starszych – i nie wiem, jak wiele się robi, żeby pomóc im w uzyskiwaniu łatwiejszego dostępu do książek. Jakbyśmy od razu zakładali, że nieczytanie równa się lenistwo. A przecież nie zawsze tak jest (to, że akcje zachęcające do czytania często stają się okazją do wywyższania się czytających nad nieczytających, to już inna historia).


No i wisienka na torcie: najpopularniejsi pisarze. Wczoraj pisałam, że Sienkiewicz to podstawa – no i faktycznie widać tu, że tkwi w pamięci badanych czytelników i nieczytelników. Autorzy raportu (o których piszę tutaj anonimowo, a przecież są podpisani: Izabela Koryś, Dominika Michalak i Roman Chymkowski) zwracają uwagę na to, że to, że ktoś wymienił jakąś książkę czy autora właściwie nie musi oznaczać, że ją jakoś specjalnie czytał – ale że ją akurat zapamiętał. Fascynujące, jak mocno ten Sienkiewicz tkwi w pamięci długo po skończeniu szkoły (a w zasadzie dzisiaj chyba już się go tak intensywnie nie czytuje na lekcjach polskiego?). Ciekawe, że do listy piętnastu najczęściej wymienianych, poza Chmielewską nie przeniknął nikt z polskich pisarzy kryminałów. To by znaczyło nie tyle, że nie są czytani, ale że mniej niż się wydaje się o nich mówi i rzadziej utykają w zakamarkach świadomości.

 
W źródłach lekturowych rekomendacji blogi książkowe nie mają osobnego wykresiku, ale można domniemywać, że znalazły się w tych jedenastu procentach oznaczonych jako „internet” (ciekawe, czy ktoś uwzględnia w badaniach taki rodzaj rekomendacji na osobnej pozycji?). Pytanie: czy to znaczy, że blogosfera książkowa nie ma w gruncie rzeczy większego wpływu na to, po jakie książki sięgają czytelnicy? Czy ma zupełnie marginalny? I czy to się zmieni? Jeśli tak - w którą stronę? Za to we wnioskach – skądinąd frapujących – autorzy zwracają uwagę na to, że częściej do czytania może nas zachęcić polecenie książki przez kogoś konkretnego: rodzinę, znajomego, a nie przez instytucję. To w sumie dość prosty mechanizm, ale wart zapamiętania na przyszłość – tak samo zresztą konkludują autorzy raportu, przekuwając to dodatkowo we wnioski dotyczące akcji zachęcających do czytania. I dobrze. A sam raport polecam, bo jest napisany bardzo przejrzystym językiem, co w przypadku stron zawierających wykresy i cyfry nie zawsze jest takie oczywiste.

_____________________________

A jutro będzie znowu recenzja, bo przeczytałam kolejną książkę. I trochę się podenerwowałam, ale za to – ho, ho – jestem „na czasie”. No, prawie. Chodźcie, będzie fajnie!

Weź dokładkę!

10 komentarze

  1. Mnie też zawsze zastanawia korelacja między "przymusem" (bo to żaden przymus nie jest tak naprawdę, nikt książek nie nakazuje nikomu czytać, to po prostu jeden z warunków uzyskania oceny lepszej niż 2 - to tak jakby nazwać pracę domową z matmy polegającą na rozwiązywaniu "słupków" przymusem liczenia), a samym faktem czytania. Wielu ludzi posuwa się nawet do stwierdzenia, że gdyby nie było "przymusu" czytania, wtedy więcej ludzi brałoby się za lektury. Jednak ludzie nieczytający po ukończeniu szkoły nie siadają nagle masowo do książek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masowo nie, ale jednak niektórzy sięgają :). Sama znam kilka takich przypadków (i można to uznać za budujące albo wprost przeciwnie). A z tą analogią do matematyki: jednak liczenie to jest pewna umiejętność - tak jak czytanie - ale to materiał, na którym się ją praktykuje staje się - w przypadku czytania - problemem. W zasadzie do tego chyba się to sprowadza (chociaż można założyć, że w części przypadków problem z umiejętnością przenosi się na problem z materiałem - tak jak są jednostki nie lubiące matematyki, bo sprawia im problemy, a nie z jakichś innych przyczyn).

      Usuń
  2. A po co czytać książki, skoro ma się reality show, gry, facebooka? Od lat nie znalazłam spoosbu na zachęcenie uczniów do czytania. Nie pomagają ani konkursy, ani przykład własny, ani czytanie fragmentów, ani zmiana listy lektur na te, które uczniowie sami polecają (bo co mają polecić, skoro nic nie czytali :( )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będę udawała, że wiem, co zrobić - zwłaszcza jeśli chodzi o grupę, bo jednak grupa to specyficzny odbiorca - ale znam przykłady, kiedy nagle ktoś odkrywał, że jednak lubi czytać, tylko że do tej pory nie znalazł nic, co by go naprawdę zainteresowało. Poza tym, może to być jeszcze kwestia, że ktoś nie umie czytać - i nie chodzi mi tutaj o to, że nie wie, jak się składa litery, tylko o to, że nie bardzo wie, jak się za taką książkę zabrać (bo język dziwny, bo bohaterowie średnio bliscy, bo trudno sobie wyobrazić opisywaną przestrzeń etc.). Może to jest jakiś pomysł - spróbować się zastanowić, jak nauczyć uczniów lektury, o co chodzi ze strukturą książki, czemu bohaterowie są tacy a nie inni, próbować pochylić się nad językiem, znaleźć odpowiedni punkt odniesienia lektury do ich codzienności? I wyjść poza ten szkolny konstrukt "czytamy to, bowiem wielka jest to powieść" - bo to już inna sprawa, wymagająca osobnego zastanowienia, JAK to zrobić. Poza tym zerknij do raportu - tam we wnioskach końcowych znajdzie się o tym co nieco, a i w rozdziale o czytelnikach 15+ też :).

      Usuń
  3. A ja się zastanawiam, ile polecających blogerów utknęło w badaniu jako "znajomi". Może jestem jakoś szczególnie aspołeczna, ale cześć autorów z bardzo lubianych blogów traktuję już jako internetowych znajomych. Ciekawe, ile osób tak ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nie tylko Ty :). Tak, to jest ciekawy trop do zbadania.

      Usuń
  4. Badania czytelnictwa były robione już wcześniej, choćby w latach 50., że o międzywojniu nie wspomnę. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może źle to ujęłam (dane podaję za informacjami od BN) - ogólnopolskie badania czytelnictwa (od 1971 roku prowadziło się je przy okazji spisów powszechnych - podaję za Wnukiem-Lipińskim). A nie wiesz może, gdzie można znaleźć wyniki badań z okresu międzywojennego? To musi być super lektura!

      Usuń
    2. W czytanej właśnie książce są czasem odniesienia do sytuacji czytelnictwa (książek, bibliotek) w czasach przedwojennych (a nawet jeszcze rozbiorowych), mimo że głównie skupia się na bibliotekach i kanonie od czasów powojennych. O książce napiszę w ciągu tygodnia, zapewne z jakimiś cytatami. :)

      Usuń
    3. O, OK, w takim razie zajrzę :-).

      Usuń