Jak trudno napisać dobrą kontynuację albo bohaterze, co się z tobą stało?


Znacie na pewno to uczucie, kiedy odkładacie książkę na miejsce lub odnosicie ją do biblioteki, łkając cicho, bo wiecie, że to już koniec. Bohater skoczył wreszcie z klifu albo zamieszkał w kolonii fok pod klifem, wątek jego podłej żony znalazł godne zakończenie, a ulubiony pies naszego hodowcy fok zaznał wreszcie godnego odpoczynku. Zazwyczaj w końcu – nadal od czasu do czasu cicho łkając – godzimy się z koniecznością rozstania ze światem przedstawionym i, kiedy już przetrwamy okres żałoby, z sentymentem powracamy do książki. Co jednak, jeśli nie godzimy się na takie zakończenie przygody z dzielnym fokistą? Wtedy zostają nam dwie drogi: albo samemu pisać kolejne jego przygody, albo – jeśli nie przepadamy za pisaniem czegoś, co ma więcej niż 300 wyrazów – nękaniem autora i/lub wydawnictwa, żeby napisał coś jeszcze.


To oczywiście nie jedyna metoda, bo zawsze zostają nam jeszcze autorzy, którzy sami wracają do zakończonych powieści/cykli powieści. Z jakich powodów? Bywa różnie. Rzecz jasna żaden z nich nie zostanie oszczędzony przez argument „zrobił to dla pieniędzy!”. Ale jeszcze pół biedy, jeśli chodzi o pieniądze – wszyscy musimy z czegoś żyć – gorzej, jeśli i pisarz tak przywiązał się do swoich bohaterów, że nie zamierza ich opuścić. Nigdy.

Kontynuacje zasadniczo możemy zatem podzielić na trzy kategorie: pisane przez autora pierwowzoru (dobrowolnie lub pod jakimś rodzajem przymusu), pisane przez kogoś innego oraz kontynuacje zamierzone od razu, czyli wszelkiego rodzaju dylogie, trylogie, tetralogie i inne -logie.

Jakie czyhają na nas „przygody”, kiedy sięgamy po kontynuację książki, którą znamy i lubimy (w przeciwnym wypadku zasadniczo wiemy, czego się spodziewać, ewentualnie możemy nagle doznać olśnienia, zakochać się w bohaterach i podzielać zdanie fanów)? Postarajmy się jakoś pogrupować ewentualne doznania w zależności od tego, z jakim rodzajem kontynuacji mamy do czynienia.

Powód: Fani mnie zmusili, a wydawnictwo nalega
Przykład: Lucy Maud Montgomery
Czego się spodziewać? Nasz sympatyczny bohater zamieszkał wśród fok, które tak polubiliśmy w poprzednim tomie. Mieszkają teraz razem, ale z tomu na tom foki robią się coraz mniej sympatyczne, ba, wydają się nam teraz dość głupie. Autor czyni bohatera mądrym i sympatycznym nie dlatego, że każe mu postępować w taki sposób, ile raczej takim bohater ma się wydawać na tle niezbyt inteligentnych fok. W końcowych tomach śledzimy już losy dzieci bohatera, mieszkających pod klifem.
Dlaczego tak pisana kontynuacja może być średnio udana? Być może z niechęci autora do samego materiału i uwięzienia w jednym uniwersum, które zabija własna popularność. Sęk w tym, że nie można tu mówić o zupełnie nieudanej kontynuacji – niektóre tomy są lepsze, inne gorsze, wymiana pokoleniowa bohaterów też zasadniczo może pomóc.

Powód: Gwałtowne naciski ze wszystkich stron, chociaż autor już zdecydowanie odciął się od bohatera i/lub uniwersum
Przykład: Arthur Conan Doyle
Czego się spodziewać? Bohater spadł z klifu zmagając się ze swoją podłą eks-małżonką, ale ostatecznie okazało się, że przeżył. Wraca więc do społeczności fok, nieco podeszły w latach, żeby naprawiać sieci rybackie i kontynuować swoje wcześniejsze zajęcia, ewentualnie wspominać nieznane nam wcześniej epizody ze swojej bogatej pamięci.
Dlaczego tak pisana kontynuacja może być średnio udana? Wszystko zależy od tego, czy mamy do czynienia z tzw. Klasykiem – wtedy, tak jak w przykładzie – nawet jeśli późne dzieła w danym świecie przedstawionym będą nieco słabsze, to i tak jako część klasyki nie zostaną poddane zbyt surowej krytyce. Do tego dochodzi głos zachwyconych czytelników, którzy mogą z błogością na twarzy kontynuować przygodę z bohaterem wśród fok. Tyle tylko, że sam autor, który najwyraźniej miał powody, by porzucić uniwersum, niekoniecznie musi pozostawać w stanie takiej błogości.

Obrazek sponsorowany przez moją ochotę zobaczenia fok bujających się pod klifem. Klif stąd, foki stąd, bohatera - jak się słusznie domyślacie, wykreowałam sama. Choć na pierwszy rzut oka oczywiście trudno poznać.
Powód: Kontynuacja została zaplanowana w samej formule, mamy do czynienia z cyklem
Przykład: Suzanne Collins
Czego się spodziewać? Bohatera zostawiliśmy wiszącego na klifie, a foki z rozpaczą w oczach patrzące, jak kolejne palce naszego herosa odrywają się od skały. W kolejnych tomach możemy dowiedzieć się, jak bohater wyratował się z klifu – w końcu (raczej) nie spadnie w pierwszym tomie – i śledzimy dalsze jego przygody wśród fok. Przewinie się przez fabułę także jego eks-małżonka. W końcu bohater osiągnie jaki taki koniec, niekoniecznie taki, jaki sobie planował. Po drodze jeszcze ze dwa razy spadnie z klifu i umocni swoją pozycję wśród fok.
Dlaczego tak pisana kontynuacja może być średnio udana? Wszystko zależy od faktycznej ilości materiału. Jeśli nie starcza go, by wypełnić te trzy tomy, które urosły już do rangi jakiejś mitycznej konieczności w pewnych gatunkach literackich, to będziemy mieli do czynienia przede wszystkim z powtórzeniami tych samych chwytów, a i na kilka dłużyzn powinniśmy się przygotować.

Wyjątkowo kocio wyglądająca foka z tumblra poświęconego uroczym fokom.
Powód: tak samo jak wyżej, tyle tylko, że mamy do czynienia z otwartym cyklem, co oznacza, że kolejne tomy będą, nie wiadomo jednak, kiedy
Przykład: George R. R. Martin
Czego się spodziewać? Wszystkiego. Bohater spadnie z klifu i zginie, przez jakiś czas będziemy śledzić losy drugiego męża żony pierwszego bohatera, po tym jednak, jak zostanie pożarty przez foki, i żona się nawróci na ścieżkę dobra. Problem pojawi się jednak, kiedy część fok zanadto się wyemacypuje i zapragnie władzy nad krainami za klifem. Co jednak, kiedy w spokojnej dotąd społeczności morskich ssaków siać zacznie postrach smok?
Dlaczego tak pisana kontynuacja może być średnio udana? Problem pozostaje mniej więcej podobny, jak w przypadku opisanym powyżej. Dochodzi do tego próba podstępu ze strony autora, który ucieka się do takich sztuczek jak: sianie tajemniczej tajemniczości, żeby zagmatwać intrygę, wprowadzanie wciąż nowych postaci, nagłe zwroty akcji, które sprawiają, że pewne wątki pisane wcześniej teraz wydają się bez sensu i zapewnianie, że doskonale się wie, jak się wszystko skończy, ale nikomu się nie powie. Istotne zagrożenie: faktycznie autor wie, nie powie, a nie jest już znowu taki młody.

Więcej fok! Tym razem stąd.
Powód: Franczyza musi zostać wyzyskana, więc ogłasza się konkurs i znajduje autora/autorów, którzy będą kontynuowali dzieło zmarłego autora oryginalnej powieści/cyklu
Przykład: Zbigniew Nienacki czy może raczej cykl o Panu Samochodziku
Czego się spodziewać? Bohater spotyka pod klifem coraz to nowe foki, w tym foki, o których zupełnie nie mieliśmy pojęcia, że w ogóle mogły mieszkać pod klifem, foki z obcych lądów i oceanów, coraz bardziej egzotyczne gatunki, tyle że opisane w sposób dużo mniej ekscytujący, niż by się mogło wydawać. Do tego przygody brzmią teoretycznie wspaniale, ale styl i entourage pozostawiają sporo do życzenia. Klif mało stromy, morze jakieś takie suche i bohater mniej sympatyczny niż kiedyś. Co te foki w nim widzą?
Dlaczego tak pisana kontynuacja może być średnio udana? Na palcach jednej ręki można policzyć, kiedy tego typu pomysły kończą się sukcesem – także artystycznym. Po pierwsze, trudno jest w pełni skopiować określony styl autora, po drugie bez dokładnych wytycznych ciężko utrzymać uniwersum w ryzach i po trzecie, wcale nie jest łatwo poprowadzić historię tak, jak życzyłby sobie tego autor oryginału. Zwłaszcza, że często zwyczajnie nie życzył sobie żadnej kontynuacji.

A moje rozważania snułam tak naprawdę, żeby dojść o, do tego. Okładkę zaś wzięłam stąd.

No dobrze, ale ja tak o tych kontynuacjach nie piszę zupełnie na sucho i bezinteresownie. Kojarzycie taki sympatyczny serial „Siedlisko” z Anną Dymną i Leonardem Pietraszakiem? Otóż Janusz Majewski, reżyser tegoż, najpierw napisał całkiem sympatyczną książkę na podstawie serialu, a potem postanowił napisać drugą część, na szczęście już nie sfilmowaną. Dlaczego mówię, że „na szczęście”? Otóż „Zima w Siedlisku” posiada wszystkie cechy nieudanej kontynuacji: autor odrywa się od rzeczywistości, szybuje gdzieś po rubieżach uniwersum, zapuszczając się w rejony, których ono nie posiada, bohaterowie w większości zachowują się out of character, przy czym trudno jest wszystkich tłumaczyć przeżytą traumą, wyparował gdzieś klimat, a postacie, które darzyliśmy sympatią, teraz zaczynają nas irytować – i dowiadujemy się o nich rzeczy, które pozostając poza kadrem były znacznie ciekawsze. Straszliwie się zawiodłam na „Zimie w Siedlisku” ze wszystkich tych powodów, nie wspominając o tworzeniu teoretycznie współczesnej, a de facto alternatywnej „naszej” rzeczywistości na jego kartach. Dlatego pomyślałam, że poanalizuję, co może pójść nie tak.

A Wy macie takie kontynuacje, które Was rozczarowały? Wiecie, dlaczego?

_______________

Jutro będę starała się polecać i odradzać lektury dla tych, którzy tęsknią za zimą (wszystko zależy od miejsca w świecie, gdzie się aktualnie przebywa, ale umówmy się – jeśli nie jest to półkula południowa, to zasadniczo styczeń jest częścią zimy).

Weź dokładkę!

8 komentarze

  1. Chyba jest wiele nieudanych kontynuacji. Mi pierwsze do głowy przyszły "Kwiaty na poddaszu". Z każdym kolejnym tomem historia stawała się bardziej niewiarygodna, przynajmniej w moim odczuciu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałam okazji przeczytać, ale będę uważać w bibliotece, jeśli rzuci mi się w oczy. Ale to właśnie jeden z tych przykładów, które analizowałam: za mało materiału, za długa historia. Smutek!

      Usuń
  2. Hm. Pozwolę sobie tylko powiedzieć, że "Pieśni Lodu i Ognia" G. R. R. Martina są akurat cyklem bez mała doskonałym. Rozciągniecie akcji na wszystkie klify świata, kilkunastu hodowców, kilka gatunków fok, ukazanie wewnętrznych napięć między fokami i hodowcami, a przede wszystkim nie szukanie wszystkich rozwiązań w otchłani własnej wyobraźni, lecz w kartach książek historycznych (i to z tych naukowych, traktujących hodowle fok nader poważnie), powoduje, że ten cykl nie nuży. A mam kilka za sobą.
    Natomiast zasadniczo zgadzam się. Słowa "kontynuacja", "sequel", "prequel" i podobne powodują, że wypuszczam tuzin dodatkowych nibynóżek i odpełzam w kierunku cichego kątka, gdzie historie kończą się jak Bozia przykazała. Tu "Władca Pierścieni" byłby doskonałym przykładem: eks-żona pokonana, foki szczęśliwe, a hodowca odpływa w stronę zachodzącego słońca z napisem "THE END" na plecach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinnam chyba napisać dłuższy tekst na temat "Pieśni..." Martina :-). W każdym razie, co miałam na myśli: zgadzam się, że cykl Martina ma mnóstwo zalet. Przede wszystkim taką, że ta historia jest - jak napisałeś - bardzo "historyczna", rozwija się poza horyzont oczekiwań czytelnika, przyzwyczajonego do zwykłych książkowych narracji. Ale - bo oczywiście mam jakieś ale - mam niemiłe wrażenie, tak gdzieś od pierwszej "Uczty dla wron", że za bardzo wczuł się autor w rolę wszechwładnego demiurga. Nie dość, że pozostaje mi ciągłe wrażenie, że podczytuje na forach domysły fanów i jeśli jakaś teoria zostanie utrafiona, szybko przemodelowuje swoje notatki, to za bardzo przywiązał się do kreowanego świata. To rozbijanie kolejnych tomów na to samo, ale widziane z innej perspektywy - skoro nie zastosował tego konsekwentnie od początku - to tylko jeden tego symptom. Nawet to sławetne wybijanie postaci jest dla mnie paradoksalnie oznaką tej, nazwijmy to, demiurgizacji, czy przywiązania do świata przedstawionego. Żadna foka nie może czuć się bezpieczna, sęk w tym, że przekroczenie granicy o jedną fokę za daleko albo o opis tej samej sytuacji ze strony jeszcze innego hodowcy może kosztować cykl jego kształt. Tyle tylko, że no właśnie, kiedy ten cykl się skończy, może ugryzę się w język i przyznam, że nie miałam racji, wizja była klarowna i moje przypuszczenia były bluźnierstwem, które odszczekam. No, ale póki co oceniam, co jest. Ach, ta nutka ryzyka!

      Usuń
  3. Nie jestem psychofanem GRRM, wiec przypuszczam, że rozumiem, co Cię uwiera. Możliwe, że spiskowa teoria sprzężenia zwrotnego (autor piszący następne części pod wpływem pomysłów fanów na forach) jest prawdziwa, ale jeśli tak, to jest po "ecowemu" piękna: kim byłby autor? Nie dziadkiem Martinem, nie fanem, lecz jakąś synergią wszystkich - tworem, jakiego nie było (jeśli nie liczyć wskrzeszenia Sherlocka Holmesa).
    Co się tyczy autorów, którym książki rozrastają się jak ciasto drożdżowe i przestają oni panować nad objętością oraz docelowym momentem, to wypada wspomnieć J. Dukaja, którego każdą książkę pochłaniam łapczywie, ale nie sposób się nie roześmiać, gdy autor opowiada, że zbiór opowiadań "Król Bólu" spóźnia się, bo jedno z tych opowiadań (stu stronicowa nowelka) czeka na ukończenie. A potem okazuje się, że nowelka rozrosła się do powieści "Lód", która ma raptem stron tysiąc, a "Król Bólu" wychodzi z rocznym opóźnieniem. I ma osiem "nowelek" po sto stron.
    Co zaś się tyczy nutki ryzyka - chętnie widziałbym Cię przegrywającą , bo jednak zyskaliby na tym wszyscy czytelnicy: znaczyłoby to, że GRRM zapanował nad swoim światem i fabułą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bym wolała tu przegrać - dla własnej i cudzej korzyści.

      Z Dukajem trochę jak z Mannem, zaczyna od nowelki, kończy na tomiszczu :). Pamiętam bardzo podobną opowieść o Mannie piszącym Buddenbrooków - że chciał krótką nowelę o jednym bohaterze, ale że zaczął od jego pradziadka... A wykorzystywanie pomysłów fanów staje się jakoś coraz bardziej popularne (od wydania wulgarnego, czyli "powiedzcie mi, co mam napisać" do mrugania okiem, jak w trzeciej serii Sherlocka BBC). Zobaczymy, w jakim to pójdzie kierunku.

      Usuń
  4. Bardzo mi się podoba Twoje poczucie humoru :).

    OdpowiedzUsuń