Jesteś tym, co jesz? Albo o "Zjadaniu zwierząt" J. S. Foera


O „Zjadaniu zwierząt” słyszałam swego czasu zewsząd. Potem jakoś ucichło, aż w końcu okazało się, że Krytyka Polityczna ma bożonarodzeniową promocję na książki i tym sposobem eseje Foera trafiły w końcu do mojego zbioru. Postanowiłam o nich napisać dlatego, że ani nie jest to – jak chcieliby niektórzy – ostry manifest na rzecz wegetarianizmu, ani – jak uważają inni – zachowawcza historia mieszczucha, który nie zna się na życiu na wsi ani na życiu zwierząt w gospodarstwie. W mojej skromnej opinii to jest podróż w poszukiwaniu rozgrzeszenia, którego właściwie nie da się uzyskać i opowieść o cierpieniu, które jest niewidzialne.

Foer nie wychodzi z założenia, że każdy, kto zobaczyłby, jak działają rzeźnie, przestałby jeść mięso. To bardzo dobre założenie, zważywszy na to, że w sumie wszyscy wiemy, jak działają (dlatego zawsze mnie irytuje, jak ktoś przytacza ten cytat o rzeźni i szklanych ścianach). Oczywiście, że łatwo jest uwierzyć, że kotlet na tacce w Tesco to coś innego niż kawałek żywego kiedyś stworzenia, ale jakoś udaje nam się utrzymywać w tej iluzji (każdy chyba pamięta to uderzenie z dzieciństwa, kiedy nagle okazuje się, że jemy to samo miłe zwierzątko, o którym czytali nam rodzice – i jakoś nie widać, żeby sześciolatki masowo przechodziły na wegetarianizm). Foer słusznie zatem podchodzi do całego problemu inaczej: co prawda pokazuje badania naukowe mówiące o tym, że zwierzęta nie tylko są zdolne odczuwać ból, ale i przejawiają wiele zachowań uważanych za typowo ludzkie (np. kurczaki są zdolne odtworzyć chronologicznie zdarzenia ze swojego życia, a ryby tworzą mafijne organizacje, tak, tak). Pytaniem, które sobie stawia, jest w związku z tym: dlaczego zatem jemy zwierzęta? Może nie od razu psa czy kota, ale już podobnie inteligentną świnię – jak najbardziej. I odpowiada: bo nam ona smakuje. Codziennie dokonujemy wyboru, czy zjeść hamburgera, bo nam smakuje, czy go nie zjeść, bo wiemy, że był kiedyś kawałkiem zwierzęcia, które musiało cierpieć i zginąć, żeby powstał.

A mowa konkretnie o tym wydaniu, źródło. Przydałaby się mu może staranniejsza korekta, zwłaszcza w końcowych partiach, a i tłumaczenie pozostawia nieco do życzenia, ale poza tym jest wydana tak, że czyta się dobrze: druk ani za duży, ani za mały, i przede wszystkim zachowano to, co w oryginale robi takie wrażenie, czyli wykorzystanie przestrzeni książki, faktu jej fizyczności do np. pokazania, że przeciętny kurczak na fermie przemysłowej ma tyle miejsca, co dwie strony tej książki.

Niewątpliwą zaletą tego, jak pisze Foer, jest wyważenie. Autor nie opisuje okrucieństwa wobec zwierząt w taki sposób, żeby obrzydzić Ci niedzielnego kotleta. To są opisy uderzające, to prawda, ale nie dlatego, że autor chce jakoś tym epatować; po prostu pokazuje działanie pewnego mechanizmu. Nie szczędzi czasami opisów rodem z horroru, ale robi to tam, gdzie musi - to znaczy tam, gdzie jest pewien, że coś wygląda tak, a nie inaczej.

Ale nie jest tak, że to książka pełna zalet. Jest nieco bałaganiarska: Foer nie waha się nawet przed użyciem tego samego argumentu dwa razy w dwóch różnych (!) kontekstach. Niektóre rozdziały ciągną się na siłę, tracąc moc oddziaływania. Najlepiej wychodzi mu zdecydowanie pisanie o ludzkich historiach (wywiady z hodowcami, wspomnienia babki, własne przeboje z jedzeniem i niejedzeniem mięsa, decyzja o zostaniu wegetarianinem pod wpływem narodzin synka). Kontrowersje może budzić dobór źródeł: Foer powołuje się zarówno na czasopisma naukowe, jak i na „Daily Mail” (trudno się oprzeć wrażeniu, że mimo podkreślania obiektywizmu, folguje czasem swoim osobistym antypatiom). 

Denerwujące jest też posłowie, w które zaopatrzyła książkę Krytyka Polityczna. Autor posłowia streszcza właściwie książkę Foera, nie dodaje natomiast rzeczy najważniejszej: jak wygląda sytuacja zwierząt hodowlanych na polskim gruncie. Owszem, mamy globalizację, to prawda, ale nie jest tak, że wszystkie mechanizmy, które pokazuje Foer, działają także u nas (albo że działają tak samo). Na pewno dałoby radę napisać chociaż słówko o tym, zwłaszcza, że znalezienie tych informacji na stronach chociażby Otwartych Klatek. Stąd też polski czytelnik może zostać z pewnym niedosytem (wybaczcie sformułowanie): jak to faktycznie u nas wygląda? Bo możemy przypuszczać, że często jest równie fatalnie, ale z drugiej strony żyjąc w kraju z takim odsetkiem indywidualnych hodowców nie możemy z góry zakładać, że sytuacja jest aż tak fatalna, jak w Stanach.

Temat poważny i traktowany przeze mnie bardzo poważnie, ale chociaż jeden niepoważny obrazek. Źródło.

Na koniec może o tym, co mnie w książce Foera przekonuje. Bo nie jest tak, że kupuję ją w całości. Autor przede wszystkim pokazuje, w jaki sposób można spojrzeć inaczej na kwestię jedzenia i niejedzenia mięsa: emocjonalność, często przypisywana wegetarianom („ach, to ci, którym szkoda krówek”) jest bronią obosieczną. Kiedy bowiem, pisze Foer, spotyka się wegetarianin (albo świadomy wszystkożerca, czyli ktoś, kto je mięso ze znanego mu źródła) i niewegetarianin, i idą razem na lunch, obaj mogą myśleć: „oj, zjadłym burgera”. I niewegetarianin go zjada, ulegając zachciance, a wegetarianin go nie zjada, bo wie, co się za nim kryje. Więc kto tu jest bardziej emocjonalny, pyta Foer.

I może jeszcze jedna rzecz: widziałam wiele opinii, w których pojawiał się motyw „hej, ja się wychowałem na wsi, babcia miała kurki i co niedzielę robiła z nich rosół, i nikt nie płakał, taka jest naturalna kolej rzeczy”. Foer też to wspomina i pyta: nie zauważyłeś, człowieku wychowany wśród kurek, że one gdzieś zniknęły? I pokazuje wyraźnie, gdzie: na przemysłowych fermach, gdzie zwierzęta, zmodyfikowane tak, że w środowisku naturalnym nie miałyby szans i nie przypominają babcinej kurki ni w ząb, stoją na żelaznych prętach i ledwo mogą się obrócić. „Naturalna kolej rzeczy” już dawno nie jest, niestety, naturalna. O tym dobitnie przypomina Foer i o tym najtrudniej jest zapomnieć po lekturze „Zjadania zwierząt”. Dlatego może warto pamiętać?

_____________________

Jeśli czytaliście Foera, z chęcią się dowiem, jaka jest Wasza opinia o tej książce. A jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś o przeprowadzkach i nawiedzonych domach, jutro w południe będziecie mieli szansę (chociaż lepiej byłoby powiedzieć: jutro o północy! zawinąć się w pelerynę i odejść, śmiejąc się mrocznie).

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. Nie czytałam, natomiast odwołam się do ostatniego przytoczonego przez Ciebie argumentu. Tutaj faktycznie trudno się nie zgodzić. Czym innym, myśląc już tylko w kontekście konsekwencji dla naszego zdrowia, jet jedzenie chociażby drobiu z tradycyjnej hodowlii, a czym innym takiego hodowanego "hurtowo". Niestety takie kurczaki np. są faszerowane antybiotykami i ostatnio moja siostra podczas wizyty u dermatologa czekała na wizytę razem z rodziną pewnej trzylatki, która jak to dziecko w tym wieku, miała swoje upodobania żywieniowe i jadła głównie kurczaki. Skończyło się to nieciekawie, bo owłosienie łonowe u trzylatki nie jest rzeczą naturalną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdrowotne argumenty w książce Foera też są, autor dość dokładnie pochyla się nad tym problemem (także nad kwestią faszerowania antybiotykami zwierząt, z których mięso trafia na talerze dzieci - zwłaszcza, że takim motywem do działania dla Foera, dowiedzenia się jak najwięcej o tym, jak produkowane jest mięso, były narodziny jego syna). Także jakby Ci wpadła książka w ręce - polecam!

      Usuń
  2. Również nie czytałam Foera, ale na pewno po niego sięgnę bo to akurat bardzo mój temat. Co chciałam dodać, to w zakresie wegetarianizmu i książek bardzo przykuło moją uwagę podejście Nowosielskiego prezentowane w wywiadzie rzece jakiś czas temu wydanym w formie książki. Nowosielski, choć wegetarianinem nie jest bardzo mocno zwraca uwagę na duchowny i religijny aspekt ofiary jaką oddają nam zwierzęta. I o tym, że nie przeżywamy tej ofiary jak dawniej, że wypaczamy zwierzęta i nasz związek z nimi. To tak a propos kurek u babci.

    Czy czytałaś już Pyzo "Zwierzęcy punkt widzenia" chętnie przeczytałabym co o nim sądzisz. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to jest trochę ta sama myśl cały czas, to znaczy: utrata szacunku do zwierząt, które w pierwszym rzędzie były po prostu zwierzętami, a dopiero potem -- jeśli w ogóle -- mięsem. Foer pokazuje, że teraz "mięso" zastąpiło tę relację, przy czym jest to uwaga dość uderzająco pokazana (jak będziesz miała okazję, to zobacz, na początku każdego rozdziału jest taka unaoczniająca to grafika -- naprawdę dobrze to jest pomyślane, mimo że w słowach Foerowi czasami chyba brakowało czepialskiego redaktora).

      Nie, jeszcze nie, ale czeka w kolejce za "Historią wegetarianizmu" Tristrama Stuarta (ta książka ma pierwszeństwo także dlatego, że po prostu już ją mam w zbiorach ;)). Czyli, jak wnioskuję, "Zwierzęcy..." polecasz?

      Usuń
    2. Koniecznie zobaczę. Niestety "Zwierzęcy..." będę miała w rękach dopiero za kilka dni, ale czekam na niego z niecierpliwością. Miałam już okazję przejrzeć pierwsze strony i bardzo dobrze się zapowiada. Mam więc tylko nadzieję, że za tę parę dni się nie rozczaruję.

      Usuń
    3. Daj znać w takim razie! Bo jestem póki co przekonana, żeby sięgnąć, ale czekam, aż się gdzieś pojawi -- może niesłusznie i jest to książka, którą warto sobie sprawić. Także z chęcią się dowiem, co i jak z nią z pierwszej ręki :)!

      Usuń