Oj, Scarlett, Scarlett albo o „Przeminęło z wiatrem”


Przyznam się Wam do czegoś. Nie umiem rozgryźć narratora w tej książce. Denerwuje mnie to bardzo, bo nie wiem, z czym tak do końca mam do czynienia: czy z barwną opowieścią o minionej chwale amerykańskiego Południa czy z narracją, która w dużej części opiera się o krzywdzące stereotypy i pokazuje wypaczony obraz historii i stosunków społecznych tamże.

Ponieważ o fabule „Przeminęło z wiatrem” możecie się łatwo dowiedzieć dużo więcej w wielu innych zakątkach internetu, a i ja nie czuję specjalnie potrzeby pisania kolejnej recenzji tej powieści, więc przedstawię tu raczej garść moich uwag, spostrzeżeń i pytań niż pełnoprawną recenzję.

Spróbuję przedstawić swoje spostrzeżenia w wypadkowej plusów i minusów, a że jak już zaznaczyłam, mam z tą książką problem, będą to za każdym razem dwie strony tej samej kwestii.

Na plus: potoczystość - chyba tak najprościej nazwać styl, w którym Mitchell pisze. Narracja toczy się nieśpiesznie (uwierzcie mi, przez pół pierwszego tomu – a czytałam trzytomowe wydanie z Czytelnika z 1990, swoją drogą nie polecam, druk jest mały i literówek mnóstwo, chociaż stara szkoła tłumaczenia jest urocza i przywodzi mi na myśl przekłady Montgomery autorstwa Bersteinowej – tam jest tylko pozorna akcja, w istocie nic się nie dzieje), język – wybaczcie, źle to zabrzmi – rozlewa się szeroko, bohaterowie mają czas, by zostać nam zaprezentowani z każdej strony i do trzeciego pokolenia wstecz.
Na minus: niekonsekwencja w prowadzeniu narracji – no właśnie, tylko że ta potoczystość znika gdzieś tak w połowie drugiego tomu, żeby w trzecim zamienić się w coś w rodzaju kroniki kolejnych wypadków. Ostatnie części sprawiają wrażenie pisanych bardzo pośpiesznie, żeby pozamykać przynajmniej większość wątków. Cierpi na tym fabuła, bo najpierw nie dzieje się, jako się rzekło, niemal nic, a potem dzieje się wszystko, tylko że co akapit, to coś innego. Scarlett w jednym akapicie jedzie do Tary, w drugim wraca, a minęły już między jednym a drugim trzy miesiące itd. Tutaj też mam największy problem z powieścią: niekiedy wydaje się, że narrator wszechwiedzący to człowiek komentujący wydarzenia z perspektywy lat 30. XX wieku, kiedy książka powstała, kiedy indziej, że to świadek wydarzeń, którego denerwuje, że dawna chwała Południa minęła. Sęk w tym, że obie te perspektywy niekoniecznie zawsze są zbieżne, stąd mój problem. Nie wspominając już o tym, że autorka niekiedy zapomina o pewnych postaciach (mały spojler: dzieci Scarlett), które w narracji są, jeśli są potrzebne, potem przez długi czas nie bardzo wiadomo, co się z nimi dzieje, a potem pojawiają się znowu.

W ramach ilustracji - cytaty z powieści.
Na plus: romans nie dla naiwnych - „Przeminęło z wiatrem” przeczytałam, o czym za chwilę, szukając „klasycznego romansu”. I romans ten dostałam: od zawiłości relacji męsko-damskich się tam roi i mamy je tam chyba w każdej możliwej konfiguracji. Podobało mi się, w jaki sposób możemy mieć wgląd w mentalność epoki i to, co wypadało, a co nie (chociaż przyznaję, w większości wypadków było to szalenie denerwujące, najbardziej, kiedy mowa była o tym, że kobieta nie powinna pracować, bo to niekobiece). Jeszcze bardziej jednak podobało mi się, że Scarlett i Rhett umieją wyjść poza ten schemat i dość brutalnie go łamać. Naprawdę kibicowałam Scarlett w niektórych jej posunięciach równie mocno, co potępiałam inne. I chyba nareszcie zrozumiałam, na czym polega to całe uwielbienie dla Rhetta, i że chodzi nie tylko o Clarke'a Gable'a.
Na minus: szwankująca psychologia trójkąta miłosnego – romans w powieści Mitchell ma jednak jedną zasadniczą wadę. Oparty jest na dobrze znanej formule trójkąta miłosnego, tyle że trzeci wierzchołek tego trójkąta, czyli Ashley Wilkes, jest postacią pisaną tak niekonsekwentnie, że trudno jest tu mówić o wiarygodności. Już-już wydaje mi się, że Scarlett wreszcie zobaczy, że on jej nie kocha, a tu łups, narrator przekonuje nas, że jednak ją kocha. Rozumiem, narratorze, jesteś wszechwiedzący. Ale ja jako czytelnik nie i szczerze mówiąc istota uczucia Ashleya i Scarlett została mi rozjaśniona dopiero przez ciebie, a nie przez to, co postaci mówią i jak się zachowują.

Na plus: świetny opis relacji społecznych – tak jak wspominałam, ma Mitchell dar do pokazywania w jaki sposób funkcjonuje społeczeństwo. Postaci, które opisuje, nie są zawieszone w próżni, autorka nie szczędzi nam detali – jak wyglądają stroje, umeblowanie domów, a nawet wnętrze tartaku czy wybieg dla koni – na uwagę zasługuje też imponujący, pardon my French, world-building. To znaczy, że Scarlett obraca się wciąż w kręgu tych samych ludzi, nie zawsze z równą ochotą, najpierw bogatych plantatorów, później powojennych nędzarzy i ludzi usiłujących stanąć na nogi i rozkręcić interes. I chociaż niektóre postaci czasami, jak pisałam, znikają, to jednak w ostatecznym rozrachunku niemal wszystkich da się spamiętać, bo mają jakieś cechy charakterystyczne (chociaż z niektórymi starszymi paniami konfederatkami można mieć problem). To doskonale pokazuje, jak szybko i jak łatwo zmienia się opinia o kimś; i Scarlett, i Rhett przechodzą przez wszystkie bodaj stopnie społecznej akceptacji i odrzucenia, a że chodzi wciąż o opinie tych samych ludzi, jeszcze lepiej ten proces widać. To, co mnie fascynowało tak mniej więcej do scen dziejących się pod koniec wojny secesyjnej, to opis niewolnictwa, czy właściwie opis relacji zachodzących między niewolnikami i między niewolnikami i ich właścicielami. Mitchell pokazuje tu jasno, że obraz nie jest czarno-biały: istnieje hierarchia wśród samych niewolników, wytworzona właściwie na podstawach całego systemu niewolnictwa (tzn. np. niewolnicy oceniają innych niewolników przez pryzmat tego, jak wielu innych ma ich pan). Pokazuje też, że nie zawsze szło tutaj o poddanych w szerokim sensie tego słowa: w postaci Porka czy jeszcze bardziej wuja Piotra widać, jak bardzo skomplikowane były te sieci zależności. No a dlaczego tylko do połowy? Ano właśnie...
Na minus: rasizm? - ze znakiem zapytania, bo tu mój problem z narratorem osiągnął apogeum. W momencie, kiedy wojna dobiega końca i niewolnicy zostają uwolnieni, zaczyna się nagle wśród postaci jakiś niesamowity wzrost rasistowskich uwag. Można by to zrozumieć – zapewne rzeczywistość tak wyglądała – tylko że również narrator zaczyna snuć jakąś przedziwną historię o ucisku białych przez czarnych, byłych niewolników w rządzie i tego, jak to dawni konfederaci czują się teraz u siebie w mniejszości (notabene uwagi te brzmią dziwnie znajomo, prawda?). Nie wspominając już o tysięcznych uwagach o tym, jak to czarni są jak dzieci i potrzebują, by nimi rządzić (co zresztą stoi w sprzeczności z tym, jak te postacie – takie jak piastunka Scarlett Mammy czy de facto rządca domu ciotki Pitty, Piotr – się zachowują), inaczej się staczają. I żadnych innych argumentów, czemu wyzwoleni niewolnicy popadają w nędzę, nie ma. Popadają, bo taki mają charakter, a taki mają charakter, bo są czarni. Do tego dochodzą opisy postaci o czarnym kolorze skóry takie jak: „zwierzęco przewracają białkami”, „śmieją się jak małpy”, „klaszczą w swoje duże zwierzęce dłonie” itd.

Na plus: chwytający za serce opis Południa – piękne są opisy Tary, plantacji Scarlett, i przywiązania bohaterki do Georgii, do specyfiki jej krajobrazu. Cała charakterystyka świata, który runął wraz ze zmianami po zwycięstwie Północy: leniwy styl życia, wieczorki i przyjęcia, piękne suknie, szerokie równiny pocięte tylko miedzami między polami bawełny, idylliczne stosunki z niewolnikami (np. bicie niewolników przedstawione jest tako mit, szerzony przez Jankesów), naprawdę może zauroczyć. Również to przywiązanie Scarlett do czerwonej ziemi jej rodzinnej okolicy, wynikające z irlandzkich korzeni bohaterki, może jeszcze dzisiaj przemawiać do czytelnika.
Na minus: apologia zjawisk, o których wiemy, że niewiele miały wspólnego ze sprawiedliwością społeczną – tylko że właśnie: to Południe w „Przeminęło z wiatrem” to kraina mityczna, niewiele w istocie mająca związku z tym, jak wszystko mogło wyglądać. Nie oczekuję od książki stuprocentowej wierności wydarzeniom historycznym, bo przecież nie oto w powieści chodzi. Ale licentia poetica polegająca na wychwalaniu zasług Ku-Klux-Klanu (który stoi tylko na straży dawnych praw południowców i broni ich przed rzekomym uciskiem ze strony dawnych niewolników) albo przekonywanie czytelnika, że nie było nic złego w niewolnictwie, bo przecież niewolników traktowano bardzo dobrze, byli częścią rodziny, a poza tym tak było dla nich najlepiej, bo nie są w stanie sami o sobie decydować? Jedyną postacią, która poświęca niezwykle krótką i – przyznajmy to – pojawiającą się właściwie znikąd na ostatnich stronach powieści refleksję na temat losu niewolników, jest Ashley. Wygląda to jednak bardziej na dopisek, który ma zrównoważyć wszystkie wcześniej opisane zjawiska.

Na plus: inne spojrzenie na człowieka „z przeszłości” - ludzie żyjący w dziwnym z naszej perspektywy społeczeństwie i w zasadzie w zupełnie odmiennej kulturze w powieści dostają dostatecznie dużo miejsca, żeby pokazać nam, że jednak natura ludzka, choć w różnych dekoracjach, zostaje zasadniczo podobna. Postaci są nie tyle bohaterami historycznego dramatu, ile ludźmi z krwi i kości. Co jest o tyle dużym osiągnięciem, że nie z każdą kobietą noszącą turniurę możemy się dzisiaj w pewnym chociaż stopniu utożsamiać.
Na minus: decorum nie pozwalające opisywać pewnych spraw – z drugiej strony autorka pomija wiele aspektów życia swoich bohaterów; nie opisuje ich zapewne dlatego, że wówczas miałaby trudności z wydaniem swojego dzieła. Ale z drugiej strony pomijanie niekiedy istotnych wydarzeń i streszczanie ich w jednym akapicie w stylu „przez trzy miesiące było tak, a potem stało się to, i po tygodniu było już tak” nieco rozbija styl narracji. Co wiąże się zresztą z tym, o czym pisałam na początku. Pozwolę sobie zatem na koniec zakrzyknąć melodramatycznie: kim jesteś, narratorze?!

Reasumując:
+ potoczysta, wciągająca narracja
+ żywi, przekonujący bohaterowie
+ frapujący okres historyczny, rzadko przedstawiany z perspektywy pokonanych południowców
+ doskonały romans

- niekonsekwentnie poprowadzona narracja
- trudność z określeniem, z jakim właściwie opisem mamy do czynienia
- bardzo rażące dzisiaj opisy kondycji niewolników i czarnoskórych osób

Wspominałam wyżej, że przeczytałam „Przeminęło z wiatrem” jako „klasyczny romans”. Skąd ta moja pogoń za klasyfikacją? Ano stąd, że jak już pisałam, bardzo lubię wszelkiego rodzaju listy. Na pewno widzieliście już w wielu miejscach to wyzwanie czytelnicze. Mnie ta akcja podoba się o tyle, że można sobie stworzyć własną na podstawie kategorii, które podpowiada, czyszcząc tym samym swoją listę „do przeczytania” z dawno zalegających na niej pozycji. Dlatego deklaruję się, że biorę w niej udział – przy okazji powinno mi się udać przeczytać 52 książki – i będę tutaj co jakiś czas zdawała sprawę z postępów. Lista, którą stworzyłam, tak mi się podoba, że z ekscytacją myślę o czytaniu tych wszystkich tytułów!


A Wy myśleliście o tej akcji czytelniczej?
A może od dawna chcieliście się podzielić przemyśleniami na temat „Przeminęło z wiatrem”, ale jakoś nie było okazji? Jeśli tak – albo jeśli planujecie przeczytać – z chęcią z Wami o tym podyskutuję.

_____________________________

A nowy tydzień zaczniemy dla odmiany z wpisem o tym, czego nie przeczytałam. O, tak dla zróżnicowania tematyki.

Weź dokładkę!

0 komentarze