Ratunku, co czytać? Albo krótka teoria zapchajksiążki


W wielu przypadkach może się wydawać, że nie ma nic prostszego, niż usiąść i czytać – ta myśl pojawiła się tutaj na blogu już nie raz i nie dwa. Wszyscy jednak znamy to uczucie, kiedy nawet byśmy i coś poczytali, ale jakoś tak ogarnęła nas z niczego nic czytelnicza niemoc. Co wtedy? Wypróbowałam już różne metody postępowania w podobnej sytuacji i szczerze mówiąc, w moim przypadku najlepiej działa systematyczność: chociaż stronę dziennie. Co zatem zrobić kiedy albo właśnie skończyliśmy przygodę z jakąś książką, która wciągnęła nas tak bardzo, że nadal nie puszcza, albo nic nam jakoś nie wchodzi pod rękę? Nic innego niż znaleźć sobie zapchajksiążkę!

Pytanie pierwsze: co to jest ta zapchajksiążka?

Brzmi okropnie, prawda? Ale zapchajksiążka pełni rolę podobną do zapchajdziury – czyli czegoś, czego na co dzień nie potrzebujemy, ale w sytuacji awaryjnej jest jak znalazł. Kiedy nagle wypadnie nam święto, biblioteki są pozamykane, księgarnie tym bardziej, a czytnik e-booków został bezczelnie pożyczony przez innego domownika/uległ nagłej awarii, a my nie zaopatrzyliśmy się dostatecznie wcześnie w zapas lektur, możemy stanąć przed straszliwą możliwością Święta Bez Czytania. Czy może być coś straszniejszego? OK, może – pewnie każdy z Was jest sobie w stanie wyobrazić tak co najmniej ze trzy warianty Strasznego Święta – ale problem pozostaje niezmienny: co wtedy? Jak postąpić? Ano, należy udać się w to miejsce, w którym w danym domu przebywają książki, ewentualnie do sąsiada (wypróbowałam – w ten sposób przeczytałam np. Polyannę) i poszukać zapchajksiążki.

Christoph Waltz też jeszcze nie wie, o co chodzi, ale zaraz się dowie. Wszystkie gify z bardzo pomocnej w szukaniu ilustracji do tego typu notek strony.

Pytanie drugie: czy zapchajksiążka z automatu oznacza książkę złą?

Ależ skąd! Wręcz przeciwnie, jak sugeruje chociażby przykład podany wyżej, zapchajksiążka może znajdować się w różnym rejestrze literackiej „wielkości”. Chodzi raczej o książkę spoza naszej sfery komfortu, taką, po którą w sytuacji innej niż podbramkowa raczej byśmy nie sięgnęli albo sięgnęli po latach/z niemałym trudem. Do kategorii zapchajksiążki można zatem włożyć i klasykę, w pięknych oprawach stojącą na półce, i powieści kupione dlatego, że było o nich głośno, ale jakoś nie mieliśmy okazji ich przeczytać w tamtym czasie, a potem się jakoś odwlekło, i lekkie powieści obyczajowe w rodzaju tych, które pisze Cecilia Ahern, i podarunki pod choinkę, z których co najmniej część odłożyliśmy w oczekiwaniu na lepsze czasy.

No tak, tak, wcale nie musi być to zła książka!

Pytanie trzecie: jestem sumiennym czytelnikiem, nie mam w domu nieprzeczytanych książek, jak mam znaleźć zapchajksiążkę?

Och, sąsiad zawsze Cię poratuje, jeśli tylko ma w domu coś do czytania i nie jestem bibliomanem, który na Twoje pytanie zareaguje krzykiem i zatrzaśnięciem Ci drzwi przed nosem. Mnie w ten sposób – kiedy zapędzona nudą odwiedzałam mieszkających najbliżej ludzi (których jednak znałam, więc nie był to strzał w ciemno) – udało się zapoznać z książkami, na które albo bym nie trafiła, albo nigdy bym z własnej woli nie sięgnęła (i nie łudzę się, do Curwooda na pewno nie wrócę, ale przynajmniej wiem, co tracę – albo, w moim przypadku, czego nie tracę). Poza tym, przykład ze Świętem Bez Lektury to, no właśnie, tylko przykład. Czasami potrzebujemy zapchajksiążki, żeby ruszyć z lekturą w ogóle – wtedy można się wybrać na ich poszukiwanie do biblioteki.

Wymaga to pewnego skupienia, ale nie jest nieosiągalne.
Pytanie czwarte: a po co mi właściwie ta zapchajksiążka, bo nadal nie rozumiem?

Och, jest wiele, bardzo wiele sytuacji, w których taka zapchajksiążka się przydaje. Rozważmy kilka z nich: kiedy utknąłeś w czytelniczym dołku i po prostu musisz znaleźć coś do czytania, co ma formę książki, żeby jakoś ruszyć z martwego punktu, który już Ci obrzydł; kiedy akurat czytasz Straszliwie-Gruby-Tom, którego tachanie po całym mieście Cię męczy i boisz się, że zostawisz go gdzieś w tej dodatkowej torbie, w jakiej go nosisz – wtedy przyda się taka zapchajksiążka; czekasz na kogoś albo na coś od dłuższego czasu i nie wziąłeś ze sobą niczego do czytania – rozejrzyj się dookoła, w centrach handlowych coraz częściej są stojaki z książkami „do wzięcia” (albo przynajmniej do wymiany), na przystankach niekiedy można natrafić na książkę „podawaną dalej” (czyli taką, którą ktoś chce puścić w obieg, więc zostawia z odpowiednią adnotacją w widocznym miejscu).

Nie ma co się tak patrzeć, chyba wszystko już jasne?
Pytanie piąte: teoria teorią, a jakie są twoje zapchajksiążki?

OK, pora na czytelniczo-zapchajksiążkowy portret. Kiedy wpadam w taki czytelniczy dołek, a akurat nic, co mam pod ręką przyszykowanego do czytania mi nie podchodzi, idę do biblioteki i zapuszczam się w działy z obyczajówkami. W bibliotekach, w których wszystko jest starannie pokatalogowane, nie jest to łatwe – wtedy wypatruję znanych mi serii wydawniczych (albo, jeśli mam ochotę na wizytę w amerykańskim liceum, książek ułożonych poziomo). Ale mam takie biblioteki, gdzie znajduje się regał „popularne” albo „najczęściej pisane” i tam wszystkie te książki, wprawiające mnie w dobry humor czytelniczy, sobie leżą jedna obok drugiej. Trzeba uważać, bo czasem opis na okładce albo sama okładka zachęcają, a w środku dostajemy ładnie opakowane treści, które można zakwalifikować tylko jako szkodliwe. Dlatego przyjęłam dość skomplikowane kryteria doboru tych obyczajówek, na których czasem się wciąż zawodzę, ale ogólnie zdają się działać. Najważniejsza zasada: wypożyczyć na tyle szybko, żeby nie można było się już wycofać („ech, może jednak potrzebuję czasu, wezmę się za miesiąc za Dostojewskiego może, zamiast tracić teraz czas...?”) i dostatecznie dużo, żeby w razie, gdyby po 10 stronach książka okazała się jedną z tych szkodliwych, można było bez problemu zacząć drugą.

Innymi słowy, radosne zapchajksiążkowe exposé!
Tak zatem mniej więcej wygląda moja strategia. Korzystacie w ogóle z zapchajksiążek?

_____________________

A jutro pierwsza część wpisu, odpowiadającego obchodzonemu świętu. No bo jak je ominąć?

Weź dokładkę!

7 komentarze

  1. Aaaaaach, zapchajksiążki! Któż ich nie zna...?

    Nie przepadam, ale czasem ratują z opresji, to prawda. Idealne na apatię. Najlepiej lekkie, obyczajowe. Z humorem i szczęśliwym zakończeniem. Jak wybrać idealną na aktualne potrzeby zapchajksiążkę? Ja kieruję się tym, co poleci mi jakiś specjalista: moja siostra-bibliofil, Pani Bibliotekarka, albo przyjaciółka. Zwykle udaje się utrafić. A jak nie... To mam taką "niestrawność" po jakiś gniocie, że... Od razu biorę się za "coś" na zmianę smaku! I koniec z książkową niemocą :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie, zupełnie zapomniałam podkreślić rolę czynnika doradczego! Jakiś suplement powinnam chyba dodać... Chociaż mnie najczęściej zdarza się przynieść wtedy kilka nietrafionych zapchajksiążek, bo jak wspomniałam, kieruję się w ich doborze dość pokrętnymi i nie w pełni zwerbalizowanymi zasadami doboru :). Ale to prawda, dobra zapchajksiążka może być jak łyk wody po niezbyt smacznym ostatnim kęsie ;). Również pozdrawiam!

      Usuń
  2. "Wszyscy jednak znamy to uczucie, kiedy nawet byśmy i coś poczytali, ale jakoś tak ogarnęła nas z niczego nic czytelnicza niemoc." Nie znam tego uczucia. "Coś" zawsze czytam, chociaż niekoniecznie muszę czytać "codziennie". Wystarczająco dużo nieprzeczytanych książek w domu, żebym nawet jak nie mam nic z biblioteki miała co czytać... ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja w zeszłym roku podczas takiej niemocy sięgnęłam po kryminał z cyklu o Agacie Raisin, sprawdziło się, więc teraz mam na dłuższy czas spokój z poszukiwaniem takich zapchajksiążek, bo po prostu jak mam potrzebę to czytam kolejny tom cyklu.

    M się takie zapchajdziury przydają w okresach takiego zniechęcenia marazmu czytelniczego, wtedy rozkręcam się na takiej książce i znowu wraca radość czytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie :). Świetny pomysł z tym sięganiem po kolejny tom takiego zapchajksiążkowego cyklu. Niestety ja się często wciągam w cykle i póki nie przeczytam wszystkich części, nie daje mi to spokoju. Ale może jakbym trafiła właśnie na taki lekki i niekoniecznie mocno ze sobą powiązany, to kto wie ;). Wypróbuję!

      Usuń
    2. Na początku czytałam to trochę częściej niż potrzebna mi była zapchajdziura, bo byłam ciekawa wątku prywatnego Agaty. No ale ten wątek z czasem przygasa, przestaje aż tak interesować, więc do czytania zostaje jeszcze sporo tomów.

      Usuń