Samotna kobieta w nawiedzonym domu razy 5 albo specyficzne upodobania czytelnicze i jak je realizować



Chcę przeczytać książkę. O kobiecie. Kobieta przeprowadza się.
Najlepiej na wieś (oho, pomyślicie, brzmi jak z Katarzyny Michalak. No więc dobrze: wykluczamy fabuły Katarzyny Michalak. Co dalej?)
Kiedy kobieta już przeprowadza się, w dodatku na wieś, odkrywa, że w jej domu straszy.
Wymóg dodatkowy: nie może to być stricte romans, ani zupełnie, serio-serio, horror. Trudne wyzwanie.



Pamiętacie, jak chwaliłam sobie Biblionetkę? No to jest tam jeszcze jedna rzecz, którą z ręką na sercu uwielbiam: że jeśli przyjdzie Ci na myśl jakiś temat książki, to po zadaniu pytania na forum dostaniesz na pewno więcej niż jedną rekomendację. Tak właśnie zrobiłam (już ładne lata temu) pytając, czy ktoś nie kojarzyłby powieści o kobietach, które odkrywają, że w ich domach straszy. 

Polecanek dostałam mnóstwo (niektórych do dziś nie udało mi się przeczytać z braku dostępności materiału, ale zamierzam nadrobić). Postanowiłam zatem zrobić krótkie podsumowanie. Oto 5 książek w tematyce, którą tak sobie upodobałam, które z różnych względów można przeczytać, jeśli i Was interesuje takie combo tematyczne.

Za ilustracje posłużą nam dzisiaj gify z "Doctora Who". Ten serial reprezentuje dokładnie taki poziom straszności, który lubię i który umiem znieść. Wszystkie gify z tego tumblra i z odcinka "Hide", który jest - a jakże - o nawiedzonym domu.

Od czego wszystko się zaczęło: „Wiedźma.com.pl” Ewa Białołęcka
Ewa Białołęcka umie pisać. To na pewno wszyscy wiedzą (a jeśli nie, warto przekonać się na własnej skórze). W „Wiedźmie...” bierze na warsztat historię z gatunku tych, w których się tutaj tak lubuję. Krystyna, na którą wszyscy mówią Reszka, dziedziczy po niespecjalnie lubianej ciotce chałupę na wsi. Bierze ze sobą dziecko, laptopa i rusza, no, może nie żeby od razu w dzicz, ale w wieś ani specjalnie wesołą, ani taką znowu spokojną, zmagać się z rzeczywistością inną niż znane jej mieszkanie rodziców, u których z synem dotąd pomieszkiwała. W końcu co własny kąt, to własny. Sęk w tym, że, oczywiście, w kącie tym są jeszcze nieproszeni lokatorzy. Idealne połączenie grozy, komedii i odrobiny romansu z silną protagonistką i malowniczymi opisami – polecam z całego serca. Do tego Białołęcka świetnie łączy tutaj nowoczesne podejście do życia Reszki-realistki z tym, co się jej przydarza, a z realizmem ma niewiele wspólnego.

Ocena: Świetna lektura, nawet na noc.



Klasyka, ale za to jaka: „Nawiedzony dom” Joanna Chmielewska
Tu trochę oszukuję, bo po pierwsze nie na wieś się tu przeprowadzają, ale do mniej miejskiej dzielnicy, i nie kobieta sama jako taka, ale rodzina, no i niezupełnie tu straszy, ale przepraszam bardzo: Chmielewska chociaż nie należy do grona moich najbardziej ukochanych autorów, to seria o przygodach Janeczki i Pawełka wyszła jej znakomicie. Bardzo się broniłam przed tą książką, aż w końcu wciśnięto mi ją do rąk, kiedy byłam zbyt słaba, by się opierać (jeden z tych czytelniczych dołków, kiedy naprawdę nic człowiekowi nie wchodzi) i wsiąkłam tak, że niemal zapomniałam wysiąść z pociągu interregio na odpowiedniej stacji (przy okazji byłam świadkiem bardzo „chmielewskiej” sceny, jak przebywający na wakacjach w naszym kraju student z obczyzny usiłował wytłumaczyć konduktorowi, że to, co mu pokazuje, to naprawdę jest legitymacja studencka – głośno i wyraźnie się obaj panowie porozumiewali, z tym że w dwóch różnych językach). Pozycja nie tylko dla czytelników młodych (duchem i ciałem), z narracją płynącą swobodnie, zapewniającą wybuchy śmiechu i niewiele dreszczy z powodu grozy. Do tego niechciani lokatorzy są nieco innej prowieniencji niż zwykli lokatrzy nawiedzonych domów.

Ocena: Można spokojnie czytać będąc samemu w domu, tylko przy lampce.


Dla dzieci nie tylko z antypodów: „Eglantyna” Catherine Jinks
Jinks napisała całą serię powieści o duchach skierowaną do młodszego czytelnika. Po polsku ukazały się dwa pierwsze tomy, „Eglantyna” właśnie i „Eustachy”. Duchy są tu jak najbardziej poważne, jest nowy dom, jest przeprowadzka, kobieta znowu nie jest samotna, bo z dwójką dzieci – sympatyczną narratorką Allie i jej bratem – ale można temu dziełku wybaczyć, bo czyta się szybko, zapewnia odpowiednią dozę grozy (dostosowaną do dziecięcych standardów, więc raczej „Gęsia skórka” niż „Poltergeist”) i zdumienia, że australijska szkoła tak bardzo może przypominać naszą, polską. Zwłaszcza uwagi na temat stanu komputerów w szkolnej sali informatycznej kazały mi w zdumieniu zakrzyknąć, ach, witajcie znajome realia! (to znaczy znajome kiedyś, teraz nie mam pojęcia o stanie sal informatycznych ani u nas, ani na antypodach – oprócz tego, że tam są do góry nogami, rzecz jasna). Do tego i duch nawiedzający dom mniej bezosobowy, a i zagadka jego pochodzenia, i próby pozbycia się go, dostarczają sporej czytelniczej uciechy.

Ocena: Można czytać po zmroku, ale lepiej chociaż wtedy włączyć radio.


Tak złe, że aż dobre: „Dom ech” Barbara Erskine
Dobrze, dobrze, będziecie się śmiać. Bo „Dom ech” to jest romans tak straszliwy, że aż piszczele trzeszczą, romans w dodatku paranormalny, z takimi paranormalnymi i romansowymi wątkami, że do dziś płonię się jak piwonia na samo wspomnienie. A jednak, kurczę, jest kobieta, jest dom, straszy w nim pełną parą, rodzinna tajemnica skryta w kącie – no jak mogłam nie przeczytać?! A intryga jest taka (nie martwcie się, clou nie zdradzę): Joss dziedziczy majątek po swojej biologicznej matce. Ponieważ nie grzeszy majątkiem, bierze męża i synka i wprowadza się do posiadłości jak z Downton Abbey. Tyle tylko, że dom okazuje się mieć jedną wadę: coś czającego się w kąciku oka, czego nie sposób zobaczyć, ale wywołuje przestrach wśród mieszkańców. Do tego wyraźnie jakieś siły uwzięły się na nowych lokatorów: syna Joss ciągle znajduje poza jego pokoikiem, chociaż mały nie mógłby sam się wydostać, jej męża jakaś siła zepchnęła do jeziora, miejscowy proboszcz ciągle przychodzi, by wieszczyć zagładę, a sama Joss ma też, hm, przeżycia jak z „Sagi o Ludziach Lodu”. Rozwiązanie jest straszliwie wręcz porażające (nie wiem, jak to inaczej nazwać), więc kończy się tę książkę z obłąkanym wyrazem oczu i jękiem „że... co proszę?”, ale można sięi pobać, i pośmiać (efekt raczej nie zamierzony przez autorkę). Główna heroina denerwująca, ale do przeżycia.

Ocena: przy małej odporności na horrorowe sztuczki (vide moja skromna osoba) do czytania po południu, najlepiej pod obecność w domu innego domownika, ewentualnie zwierzaka.


Nieuczciwa konkurencja: „Dożywocie” Marta Kisiel
A czemu nieuczciwa? Bo jest wieś, przeprowadzka i dom jak najbardziej z niechcianym lokatorstwem, ale przeprowadza się mężczyzna. Plus nieuczciwa dlatego, że to zbiór opowiadań bardzo dobry, szalenie zabawny i do wielokrotnego czytania. Miejscami bardzo czuć rozwiązaniami z rodzimego fantastycznego fandomu, ale często są to rozwiązania bardzo twórcze, więc aż tak to nie przeszkadza. Więcej o lokatorach z Lichotki zdradzała nie będę, bo to jest jednak książka, w której dobrze jest wszystko odkrywać samemu. Gdybyście byli ciekawi jakiejś dłuższej i bardziej wyczerpującej recenzji, czy może raczej omówienia, to ja na przykład polecałabym tę z bloga Królowej Matki (każdą recenzję z tego bloga można z czystym sumieniem polecić).

Ocena: można czytać w najciemniejszą noc, nawet bez lampki (rozwiązanie dla kotów i wiedźminów) albo przy świeczce, idealna lektura, gdy wysiądzie prąd


Jeśli przychodzą Wam na myśl inne powieści z trójkątem kobieta-przeprowadzka-nawiedzony dom, dajcie mi znać. Moja lista jest wciąż otwarta!

______________________

Jutro pozostaniemy w klimacie grozy, tyle że chyba jednak mniej „soft”. Spodziewajcie się też minirankingu. W roli głównej dwaj nobliwi bracia zza Odry.

Weź dokładkę!

0 komentarze