Ta zła literatura młodzieżowa albo historia pewnego rozczarowania




Lubię czytać w autobusie. Odkąd muszę nim pokonywać dłuższą trasę, znacząco podskoczyła liczba stron, którą dziennie czytam. Problem z czytaniem w autobusie jest taki, że jest to jednocześnie czytanie na widoku. Inne niż na przykład w bibliotece. Czemu? W bibliotece, przynajmniej zasadniczo, czytają wszyscy. W autobusie – spora grupa, ale zazwyczaj ci, którzy siedzą przodem do nas, a tyłem do kierunku jazdy, mają zwyczaj nie czytać. I przyglądać się, co czytasz ty. I dobrym zwyczajem rzucać ci spojrzenia, mówiące: „ha, ha”. W najłagodniejszym przypadku. Oczywiście demonizuję – zdarzają się sympatyczne wyrazy wsparcia („hej, też to czytałam!”) albo zainteresowania („możesz jeszcze nie przerzucać strony, wciągnąłem się”). Ale do czego zmierzam: lęk przed pokazaniem się publicznie z książką, która może okazać się z jakichś powodów „niewłaściwa” może niektórych czytelników przytłoczyć. Nie chciałabym któregoś dnia wsiąść do autobusu i zobaczyć wszystkie czytane książki obłożone w gazety. Po czym po zajęciu miejsca samej wyciągnąć książkę obłożoną – żeby broń Boże nie było widać, co czytam.

Po co ten cały wstęp? Ano po to, żeby jasno powiedzieć: naprawdę nie ma sensu wstydzić się tego, co się czyta. Jeśli, rzecz jasna, nie jest to zupełna skrajność (tym samym mówię, że czytanie nazistowskich ulotek w celu innym niż np. esej na zajęcia nie jest dobrym pomysłem). Złoty środek przede wszystkim. Dlatego tak bardzo zirytował mnie artykuł Justyny Sobolewskiej z „Polityki” sprzed dwóch, jeśli się nie mylę, numerów. Najpierw zirytował, potem zasmucił, potem znowu zirytował, a potem pomyślałam: „hej, mogę przecież napisać o tym na blogu!”. No więc niniejszym – piszę. Będę złośliwa, ale mam nadzieję, że nigdzie niepotrzebnie. Zatem, ad rem: o co chodzi w artykule o już wiele mówiącym tytule „Przyjemność zdziecinnienia”? Pi razy drzwi: dorośli coraz częściej czytają książki dla młodzieży, głównie te z nurtu YA, bo chcą uciekać przed problemami i odpowiedzialnością, w tym także tymi, które ilustruje „dorosła” literatura. Dzieci natomiast – na przykładzie żądnej krwi trzecioklasistki czytującej obowiązkową lekturę dla klasy pierwszej, ale dla przyjemności taszczącej ze sobą „Grę o tron” – wolą literaturę dorosłą. Lament, cywilizacja ginie, przy okazji jeden czy dwa błędy rzeczowe szczerzą zęby, ot, takie tam.
 
Przykład uchylania się od odpowiedzialności w wydaniu popularnych i młodzieżowych "Igrzysk śmierci". Gif znaleziony tu.

Jak czytamy na początku: „Wielu dorosłych czyta tylko takie [tzn. przeznaczone pierwotnie dla młodzieży – dop. mój] książki. To pokazała choćby towarzysząca nam przez ostatnie miesiące zabawa w wymienianie 10 najważniejszych książek naszego życia. Facebook przeanalizował ponad 130 tys. odpowiedzi na ten internetowy łańcuszek i okazało się, że najczęściej wymieniano właśnie Harry’ego Pottera, zaraz potem był Buszujący w zbożu, czyli też literatura chętnie czytana przez ludzi młodych, ale zupełnie inna niż Harry Potter”. Po pierwsze, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, podstawową mutacją tego łańcuszka była ta wersja o książkach, które danego użytkownika stworzyły czy też ukształtowały. Dlaczego zatem autorka artykułu dziwi się, że wymieniano często lektury z dzieciństwa? To jakby drugi biegun reakcji na ten łańcuszek (pierwszy to ten, w którym myśleliśmy sobie: „oho, Dostojewski, jasne, na pewno wzruszył go tak jak Milne”). Ale to uwaga marginalna. A zatem wnioskiem z akcji pokazującej lektury podstawowe, czytaj: często czytane w dzieciństwie/nastolęctwie jest, że wielu dorosłych czyta wyłącznie YA. OK, powiecie, czepiam się niepotrzebnie. No to idźmy dalej.

„Przyjemność ta – kontynuuje Justyna Sobolewska - inaczej niż dawniej, jest coraz mniej wstydliwa”. Zatrzymajmy się i urońmy łzę nad czasami, kiedy trzeba było po ciemku i w ukryciu kartkować „Dzieci z Bullerbyn” po przekroczeniu trzydziestki (osiemnastki?). Ale dlaczego w ogóle mamy się wstydzić tego, że czytamy literaturę dziecięcą i młodzieżową, chociaż nie jesteśmy podstawowym targetem? Ano dlatego, sugeruje autorka, że w ten sposób nasza strawa duchowa ogranicza się do lektur prostych i niedojrzałych, które nie kształtują w nas tej osoby, która umie podjąć trudny wybór i nie boi się stawić czoła trudnej, otaczającej nas rzeczywistości. Ale czy naprawdę tak jest? Pozostawmy to pytanie na razie bez odpowiedzi i śledźmy dalej tok wywodu, żeby nie posądzano nas o stronniczość i wyrywanie zdań z kontekstu (OK, przyznam się: mnie).

 
Taka tam postać, nie przekazująca żadnych istotnych wartości. Zdjęcie wraz z opisem wzięłam stąd, a oryginalnie pochodzi stąd.

Potępienie dla takiej postawy i wyborów czytelniczych wyraża autorka artykułu niemal explicite nieco dalej, pisząc: „Dla wielu osób okres wczesnej młodości był czasem najintensywniejszych lektur. Teraz często dzieci widzą dorosłych, którzy emocjonują się Harrym Potterem”. Czy te zdania nie są aby czasem wewnętrznie sprzeczne? Po pierwsze, nie oznacza to przecież, że owi dorośli czytają wyłącznie HP. Co z sytuacją, kiedy to była też ich lektura dzieciństwa? Autorka zapomina, że pokolenie pierwszych odbiorców HP, tych, którzy dorastali z tym cyklem, to już ludzie dorośli. Tak, tak, zestarzeli nam się ci harrypotteryści, żądni łatwego życia w literackiej utopii. Ale gdyby nawet pominąć ten argument to czy nie należałoby się raczej cieszyć, że dorosły czytelnik jest w stanie wykazać się wrażliwością tak dużą, żeby docenić utwór skierowany do młodszego odbiorcy? Nie wspominając już o truizmie, że wraz z wyższym numerem cyklu ta teoretyczna „dziecinność” HP nieco znika, ustępując miejsca narracji mroczniejszej i bardziej „dorosłej” (czy wychodzi im to na dobre, czy nie, to osobne pytanie, ale zostawmy je na boku, żeby nie plątać się w dygresjach nie stanowiących zasadniczej treści tej notki).

Dalej Justyna Sobolewska nagle zmienia medium, które obwinia o infantylizację odbiorców. Obrywa się filmom i komiksom: „Niedojrzała, młodzieńcza wizja świata króluje w Hollywood, kręci się przede wszystkim filmy na podstawie komiksów albo przygodowe kino rodzinne”. Założenie, że komiksy są niepoważne, tak samo zresztą jak przygodowe kino rodzinne, pozostawię bez komentarza, bo jest to coś, co komentarza chyba nie wymaga. Ach, ta zła popkultura. A gdzie jakaś statystka, którą autorka stronę wcześniej tak się podpiera? Czy nie brak jej tu aby dlatego, że to sąd nie dość, że bardzo stereotypowy, to jeszcze najwyraźniej mający na celu zasiać grozę przed postępującym wyjałowieniem „kultury wysokiej” przez straszliwe monstrum kultury popularnej.

I wreszcie dochodzimy do sedna, do argumentu mającego wytrącić nam broń z ręki: „Literatura młodzieżowa nie daje wzorców przekraczania samego siebie, walki ze starzeniem się, niechętnego przyjmowania odpowiedzialności. To wszystko zastępuje wolność od wyborów, magiczna wyjątkowość, wieczne dzieciństwo”. Zastanawiające wydaje się zatem, że autorka wybrała na swój koronny przykład właśnie cykl potteriański, gdzie niechętnego przyjmowania odpowiedzialności czy nieustannego przekraczania samego siebie mamy aż z nadwyżką. Inne przykłady? Całe zastępy bohaterów powieści Lindgren czy Jansson. A nawet Katniss zgłaszająca się na igrzyska zamiast siostry, w tym tak infantylizującym nurcie popularnego YA. To, że coś ma formę na pierwszy rzut oka mniej ambitną i prostszą niż „Czarodziejska góra” nie znaczy jeszcze przecież, że nie może kreować tych, tak pożądanych dla czytelnika dorosłego, wzorców. Oczywiście, podaje to w formie takiej, jaka jest przystępna dla odbiorcy młodszego, ale to nie oznacza jeszcze, że nie można odnieść stąd żadnych korzyści poznawczych po przekroczeniu osiemnastki.

 
A takie, dajmy na to, Zwierciadło Ain Eingarp nie przekazuje wcale bolesnej prawdy, z którą trzeba się zmierzyć. No skąd (a tak serio to stąd).
 Wywód autorki artykułu jest jednak nieubłagany: „Jednak skoro mowa o przyjemności, to czyż dorosła literatura nie daje jej więcej? Jedną z nich jest to, że pisarz traktuje czytelnika jak równego sobie, nie musi dla niego nic upraszczać, na siłę zatrzymywać jego uwagi, infantylizować tego, o czym pisze”. Co stąd wynika? Ano to, że autorzy piszący dla czytelnika młodszego mają swojego docelowego odbiorcę za, delikatnie mówiąc, gamonia. To założenie co najmniej dziwne, bo przecież nie raz słyszy się, że pisanie dla dzieci jest dużo trudniejsze, bo przybliżenie pewnych spraw takiemu specyficznemu odbiorcy jest skomplikowane. Czy to znaczy, że z założenia infantylne? Niekoniecznie. Czy to oznacza, że autorzy młodzieżowi i dziecięcy nie traktują czytelników jak równych sobie, ale patrzą na nich z góry? Poza nielicznymi wyjątkami, jak dajmy na to Jamesa Pattersona - śmiem wątpić.

Sobolewska konkluduje: „Poza tym co tu kryć, złudzeniem jest to, że da się całkiem uniknąć przymusu i odpowiedzialności w życiu, więc w literaturze może też nie warto”. Konkluduję zatem i ja, jak wyżej: przykładów na to, że literatura dla dzieci i młodzieży tak nie robi, jest mnóstwo. Począwszy od klasyków, jak przywoływane przeze mnie pisarki skandynawskie, po dzień dzisiejszy, gdy nawet cykle popularne (co przecież z automatu nie znaczy, że złe!) stawiają swoich bohaterów – a przez to i czytelników – przed podobnymi wyzwaniami. Ten nieszczęsny Harry Potter albo Igrzyska śmierci, na które często powołuje się autorka, są koronnymi przykładami na zupełną odwrotność tez artykułu. Na marginesie: poza tym autorka raz pisze o literaturze, a raz o filmach, jakby różnica się tu zatarła – w domyśle: książka i film młodzieżowy to taki dwupak, jeden produkt w dwóch wydaniach?

Jakie można wyciągnąć wnioski po lekturze rzeczonego artykułu? Że obecnie mamy do czynienia ze złą literaturą YA, w kontrze do dawnej dobrej literatury dla dzieci i młodzieży? Gdzieś tam pod spodem czai się podobne przypuszczenie, ale niekoniecznie. Przede wszystkim tekst ten wydaje się być dziwnym przykładem braku researchu – wciąż jednak pokutuje u nas przekonanie, że do pisania o sprawach tak „niepoważnych” nie trzeba się aż tak bardzo przykładać – i tez przypominających bardzo autorów bijących na alarm w latach 50. i 60., że zaraz przyjdzie zła popkultura i nas zje. Jasne, wszystko ma swoje wynaturzenia – ale wynaturzenia mają to do siebie, że nie są normą.

_________________________

A jutro już nie będę ziała i pluła jadem, jutro będzie przyjemnie, recenzja będzie i kolejny haczyk na liście wyzwaniowej. A co.

Weź dokładkę!

24 komentarze

  1. Nie mogłem przeczytać całego artykułu (coś mi się pokazało o limicie i płatnym dostępie), więc trudno mi się do niego odnieść. Nie mogę Cię poprzeć bez zastrzeżeń, gdyż wtedy zachowałbym się jak p. Sobolewska, czyli wygłaszałbym tezy bez "riserczu" merytorycznego.
    Natomiast od dawna znane było zjawisko tęsknoty młodzieży do literatury dla dorosłych (ten smak owocu, nie tyle zakazanego, co "nie dla dzieci") i sentymentalne powroty dorosłych do lektur dziecięcych. To nie zdziecinnienie, to po prostu tak działa. Może to jakaś psychiczna kompensacja - nie jestem pewien, ale nie demonizowałbym tego. Sam przeczytałem pierwszego HP będąc dorosłym i dobrze się bawiłem. A przecież pierwszego Shakespeare'a miałem za sobą w wieku czternastu lat (i nie polubiłem go wtedy, ale robiłem dobrą minę do złej gry, niczym dzieciak pijący piwo z obrzydzeniem wewnątrz i buńczuczną miną ku światu).

    "Nie chciałabym któregoś dnia wsiąść do autobusu i zobaczyć wszystkie czytane książki obłożone w gazety." A ja się waham.
    Nie dlatego, że uważam, że trzeba się wstydzić swego czytelnictwa, ale był taki czas (chyba rok temu, może dwa), że w pociągach królował jeden tytuł: "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Spora część była obłożona w gazety, ale zdarzały się i panie, które demonstracyjnie unosiły nagą okładkę książki, by zaepatować... no właśnie. Nie wiem czym. I wtedy myślałem sobie: "trochę wstydu; przecież ci mężczyźni dookoła nie wyciągają w pociągu pism pornograficznych, n'est ce pas?" Ale to komentarz na marginesie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak się zastanawiałam, pisząc to, nad czytaniem w autobusie "50 twarzy Greya", bo mnie też stanęła przed oczami podobna sytuacja sprzed jakiegoś roku (dwóch lat?), kiedy niemal w każdym autobusie ktoś to czytał. Nie jestem jakąś dziką zwolenniczką idei "niech czyta cokolwiek, byleby czytał", ale mnie aż tak bardzo to nie przeszkadzało. Czemu? No bo po pierwsze skąd wiadomo, czy dana czytelnika/czytelnik czyta to, bo tak ją ekscytuje fabuła, czy żeby być na bieżąco z tym, o czym wszyscy mówią albo z innych jeszcze powodów. W dodatku średnie wydaje mi się porównanie "Greya" i pism pornograficznych, bo mimo całej tej reklamy wokół Greya, to nie bardzo jest pornografia, raczej coś udającego pornografię, żeby nie zostać zaszufladkowanym jako zwykły romans z "momentami". Niektóre klasyki współczesne mają bliżej do pornografii niż Grey, jeśli by się już bawić w takie klasyfikowanie, ale to też osobny temat.

      Usuń
  2. Kiedyś, jeszcze na swoim starym, nieistniejącym już blogu, rozprawiałam na temat "Dorośli, a Paranormal Romance".
    Bo zaszufladkowana zostałam przez znajomych i bibliotekarki, że PR to tylko dla młodzieży, a ja już jestem za stara. Odniosłam wrażenie, że dorosłym pozostaje jedynie czytanie klasyków (Bronte, Austen, Gaskell itp).
    Żadnego YA, żadnej fantastyki, żadnego nic!
    Książki młodzieżowe, my dorośli, zostawmy nastolatkom, klasyki weźmy dla siebie. A co z resztą? Resztę spalmy, bo skoro nie są odpowiednie dla młodzieży i dla dorosłych, to w takim razie dla kogo?
    Jeżeli ktoś uważa, że niektóre książki niczego nie uczą, to najwyraźniej czyta je na oklep i nie potrafi się doszukać w książkach większej wartości, drugiego dna (choć zdarzają się książki puste, totalnie puste, że żałuje się czasu poświęconego na ich przeczytanie).
    Byłam oburzona, oj napisałam ja sobie w tedy pościk. ;-)
    Pani w bibliotece powiedziałam, że jeśli mi pozwoli, to będę czytała to, na co ja mam ochotę, a nie ona.
    W autobusie nie czytam - bo nim nie jeżdżę. :)

    A jeżeli chodzi o fejsbuczka i łańcuszek '10 najważniejszych książek życia'. Zgadzam się z Tobą, że na pewno są to książki, które nas wychowały. Ale zwrócić też trzeba na średni wiek osób, które odpowiadały na owy łańcuszek. ;)

    Książka obłożona gazetą? Nie, nie, nie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba każdy, kto sięga po YA w takim czy innym wydaniu spotkał się z podobnymi reakcjami. Aczkolwiek ja miałam to szczęście, że nigdy w bibliotece mi nie powiedziano, że czegoś nie powinnam czytać - mam widać szczęście do pań i panów pracujących w bibliotece :).

      Usuń
  3. To i ja się wtrącę i ponudzę, bo ciągle gdzieś o tym piszę.
    Wszelkie podziały czytelników, sprowadzające się do określenia tych lepszych i gorszych, są do bani. Zupełnie tak, jakbym - będąc fanką Myśliwskiego, Austen czy Tołstoja - nie mogła wciągnąć się w "Sagę o Ludziach Lodu" albo czytać z wypiekami na twarzy "Harry'ego Pottera". Oczywiście, nie przyjdzie mi do głowy stawiać w jednym rządku wymienionych przeze mnie pisarzy, ale śmiało mogę napisać, że Sandemo (ta od Ludzi Lodu właśnie) napisała arcydzieło w swoim gatunku. Nie życzę sobie, żeby ktoś mnie szufladkował widząc, co stoi na moich półkach.
    Marudzimy, że tak słabo z czytaniem książek, ale jak może być dobrze, skoro na każdym kroku słyszymy, że nasze wybory literackie są beznadziejne, i powinniśmy czytać tylko to co wskazują Ałotorytety. Tyle, że słuchając ich, łatwo odnieść wrażenie, że w Polsce tworzą obecnie Bator, Karpowicz, Twardoch i ze dwóch innych może jeszcze,że jak kryminały, to koniecznie z podwójnym (co najmniej) dnem, a fantastyka to zło powszechne, które winno sie spalić, ocalając może jedynie takiego Tolkiena..Paranormalne i literatura młodzieżowa zaś nie istnieje.
    A popularność tej ostatniej wśród tzw. dorosłych widzę w tym, że dobre młodzieżówki są aktualne. To taki gatunek, który bardzo szybko się starzeje, więc jeżeli reprezentująca go książka jest uniwersalna i ponadczasowa (jak "Harry Potter" i "Igrzyska śmierci"), to nic dziwnego, że może okazać się ciekawszą lekturą od najnowszego Twardocha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Swoją drogą to ciekawe, że autorka artykułu, o którym piszę, nie wtrąciła niczego o okropnościach fantastyki. Może dlatego, że narzekanie na fantastykę w mediach "mainstreamowych" powoli wychodzi z mody (a może dlatego, że uznała większość opisywanej przez siebie YA za fantastykę...).

      Usuń
    2. Albo cichaczem podczytuje pod biurkiem, obgryzując ze zdenerwowania paznokcie i drży na myśl o tym, że ktoś odkryje, że w domu ma tekturową replikę Żelaznego Tronu...;)

      Usuń
    3. No właśnie sęk w tym, że się otwarcie przyznaje, że podczytuje, ale ze świadomością, że gorsze to jakieś takie i niewydarzone ;).

      Usuń
    4. Miałam napisać komentarz, ale Brigandess mnie wyręczyła. :) Też wprost nienawidzę dzielenia czytelników na lepszych i gorszych. Nie lubię, jak ktoś się wtrąca w czyjś gust (a książkę można czytać z wielu innych powodów, niż ten, że się ją lubi), w ogóle nie cierpię ludzi, którzy wtrącają się w jakikolwiek aspekt cudzego życia i pouczają, i się wywyższają, bo oni są Ę i Ą i wiedzą lepiej. No. Więc proszę się odpapryczyć od tego, co czytam.

      Usuń
    5. No, to oczywiste, że dzielenie czytelników na "czytelników A" i "czytelników B" nie ma sensu z wielu powodów - dużo większej ilości niż te, do których nawiązywałam w polemice - chociażby dlatego, że większość osób czyta najprzeróżniejsze książki i dobre, i złe, i dla dzieci, i dla dorosłych, i poradniki, i bildungsromany, ale wydaje mi się, że trzeba uważać, żeby nie przegiąć w drugą stronę. To znaczy, żeby nie wytykać teraz palcami tych, co to dzielą i nie umieją dostrzec wartości, tylko może jakoś spróbować im tę wartość pokazać? Tak sobie myślę z perspektywy tych kilku dni, jak mi już złość opadła (no, prawie).

      Usuń
  4. Też pomyślałam o fantasy i o tym, gdzie zostałoby zaklasyfikowane. Swoją drogą, kiedy miałam czytać Harrego Pottera? W dzieciństwie go po prostu nie było!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to dobry argument, nie pomyślałam o nim! Święta racja!

      Usuń
    2. Otóż to! Ja do współczesnych lektur młodzieżowych i fantasy zyskałam pełny dostęp dopiero na studiach - w mojej miejskiej bibliotece była głównie klasyka tego nurtu i powieści historyczne - wychowałam się więc z jednej stronie na "Ani z Zielonego Wzgórza" i Nienackim, z drugiej na "Egipcjaninie Sinuhe", Halinie Popławskiej i Bunschu ;-) Po Harry'ego Pottera i Władcę Pierścieni sięgnęłam w liceum (ten pierwszy zresztą zaczał się ukazywać dopiero kiedy kończyłam podstawówkę), a dopiero na studiach po Terakowską, Pratchetta i powieści YA (również przez to że udzielałam wtedy korepetycji dzieciakom, a one mnie lubiły i pożyczały mi swoje ulubione książki, o których potem chętnie z nimi dyskutowałam - tak zakochałam się w "Tunelach"). Skończyło się tym że pisałam pracę magisterską zahaczającą o literaturę dla młodzieży właśnie ;-)

      Usuń
    3. To kolejny ciekawy wątek, którego autorka z "Polityki" nie porusza: powstają przecież prace naukowe na temat literatury, która wg niej służy zdziecinnieniu, i nie sądzę, żeby wszyscy pisali je tylko po to, żeby podkreślić jaka to podła gałąź literatury ;-). I tak w ogóle, to przybijam wirtualną piątkę, jeśli chodzi o kwestie dostępu - miałam tak samo (a korepetytantów można pozazdrościć :-)).

      Usuń
  5. Bardzo dobry tekst. Kiepsko u mnie ostatnio z czytaniem tygodników, więc tego artykułu nie znałam, ale bardzo mnie zdziwiło, że Justyna Sobolewska mogła coś takiego napisać. Zawsze mi się wydawało, że zna się na literaturze. A tu taka wpadka.

    Czytania "Harrego Pottera" nigdy się nie wstydziłam, a zaczął się ukazywać, kiedy byłam już na studiach. Polecił mi go mój 13-letni wówczas brat. Potem pracowałam na uniwersytecie, kolejne tomy czytywali moi znajomi doktoranci, doktorzy i profesorowie (z tytułami) i też się z tym nie kryli. No ale obracałam się w środowisku biologów, a nie krytyków literackich - być może biolodzy zbiorowo cierpią na syndrom Piotrusia Pana. Tylko że nigdy nie podejrzewałam ich o to, że nie czytają nic innego. Nie jestem jakąś szczególną wielbicielką książek dla młodzieży, ale wydaje mi się to właśnie zjawiskiem bardzo pozytywnym, że obecnie dorośli nie muszą się z czytania takiej literatury tłumaczyć. Od czasu do czasu sięgam po książki z mojego dzieciństwa (albo takie, których wtedy nie mogłam przeczytać) i czasem jestem wręcz zdumiona, jak dorosłe problemy stawiają przed swoimi czytelnikami pisarze dziecięcy, np. moja ulubiona Astrid Lindgren. Jestem pewna, że gdyby odpowiednio sfilmować "Braci Lwie Serce" wyszedłby bardzo dorosły film - właściwie wystarczyłoby tylko zmienić wiek głównych bohaterów. Przyznaję, że przez całe lata wstydziłam się mojego dziecięco-młodzieżowego uwielbienia dla L.M. Montgomery, uważając jej książki za kiczowate. Teraz od czasu do czasu przypominam sobie jej powieści (i nawet piszę o nich na blogu) i sprawia mi to dużą przyjemność. I oczywiście nie jest tak, że czytając tego typu literaturę uciekamy od refleksji nad "dorosłymi" problemami, bo przecież jako dorośli - czytamy inaczej. Zwracamy uwagę na inne rzeczy, dostrzegamy nie tylko to, co autor napisał, ale też to, co pominął itd. I jak to możliwe, że wykształcona osoba zajmująca się literaturą tego nie wie. Trochę przypomina mi to stwierdzenie pewnego pisarza (chyba był to Stefan Chwin, ale nie jestem pewna), który w okresie największej popularności "Wiedźmina" stwierdził, że literatura opowiadająca o elfach i krasnoludach nie może być dobrą literaturą. Ale to było wieki temu i myślałam, że od tej pory postrzeganie tych kwestii się zmieniło. Artykuł Sobolewskiej jest zresztą dosyć niejasny, właściwie trudno się w nim doszukać jakiegoś przesłania i autorka w pewnych momentach sama sobie zaprzecza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :).

      Mnie też dziwi, że od czasu do czasu trafiają się jeszcze takie głosy. Swoich wyborów czytelniczych nie powinno się jednak wstydzić - nie powiedziałabym zresztą, że książki Montgomery są kiczowate, na szczęście są na tyle różnorodne, że oprócz fragmentów "lirycznych" jest tam duża doza humoru wymierzonego w to, co by za kiczowate mogło uchodzić (autorka umie ściągnąć bohaterów na ziemię; inaczej to wygląda w tych notatkach wydanych jako "nieznany tom o Ani", ale nie traktuję tego jak kanonu).

      Ze wszystkim, co napisałaś, oczywiście się zgadzam - postrzeganie książki może (i zazwyczaj tak jest) zmieniać się z wiekiem, więc spektrum odbioru danej powieści wśród nastolatków, dzieci, dorosłych itd. będzie przecież różne.

      Usuń
    2. Ten humor, polegający na zderzeniu patosu, czy też poezji z prozą życia jest bardzo charakterystyczny dla twórczości LMM, szczególnie serii o Ani. Ale pisarka niekiedy sięgała po rozwiązania jak z brazylijskiej telenoweli (np. sprawa Ewy/Leslie Moore z "Wymarzonego domu Ani") i ten kwiecisty język... (Choć jest dużo bardziej kwiecisty w tłumaczeniach). Oczywiście to nie zmienia faktu, że twórczość LMM zasługuje na poważną literacką analizę na równi z pisarzami tworzącymi dla dorosłych - i zresztą jest tematem prac naukowych.

      A jeśli napisałam, że wstydziłam się uwielbienia dla LMM, to miałam na myśli głównie to, że w pewnym wieku bardzo chcemy się odciąć od tego, co dziecinne czy sentymentalne. Dzisiaj jako osoba dojrzała i znacznie bardziej pewna siebie już inaczej do tych spraw podchodzę :)

      Usuń
    3. No jasne :).

      A jeszcze co do LMM - ja byłam zaskoczona, że w oryginale ten język wcale nie jest taki opływający w liryczne metafory jak w tłumaczeniach. Nie wspominając już o tym, że dużo lepiej widać cięty dowcip autorki :). Właściwie nigdy nie myślałam o wątku Ewy jako telenowelowym, ale jeśli się nad tym dłużej zastanowić, to faktyczne nosi on pewne znamiona (chociaż też z drugiej strony to może być przecież odwołanie do literatury wiktoriańskiej - Ewa byłaby wtedy trochę takim panem Rochesterem na opak).

      Usuń
  6. Może nie o książkowym, ale o podobnym wstydzie... Przez wiele lat wstydziłam się, że oglądam anime. No bo wiadomo, kto to ogląda, a tu stara baba i filmy animowane z Japonii. Aż któregoś dnia powiedziałam sobie: "skoro mi się to podoba i widzę w tym wartość, to może napiszę o tym na blogu?". Po tym coming oucie poczułam się znacznie lepiej, choć pewnie dla pani z "Polityki" byłabym czymś znacznie gorszym od czytelnika "Igrzysk śmierci" i Harry'ego Pottera (które też - o zgrozo! - kiedyś czytałam).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie już wyżej zastanawialiśmy się, jak by się w tej wizji uplasowali czytelnicy komiksów (a mang, ho, ho!). Nie ma się czego wstydzić - a oglądania animacji, to już w ogóle. Niezależnie czy japońskiej, czy nie. Sama uwielbiam anime (chociaż raczej z tych starszych, nowe śledzę już chyba tylko produkcje Ghibli).

      Usuń
  7. Nie czytałam artykułu Sobolewskiej, ale z Twojego streszczenia wynika, że autorka ma podstawowy problem z literaturą, tzn. dzieli ją na "dla dzieci/młodzieży" i "dla dorosłych". Mnie w ogóle wszelkie podziały raczej irytują i dowodzą, moim zdaniem, dość ograniczonej wizji sztuki literackiej, co zresztą dziwi u publicystki tak niby literacko wyrobionej. Ciekawe, w której kategorii mieszczą się, jej zdaniem, dzieła Korczaka, który zawsze podkreślał, że "nie ma dzieci - są ludzie". Z takiej perspektywy cały ten Sobolewski wywód traci sens i dobrze. Szkoda tylko, że jej artykuł dotrze do tysięcy ludzi w Polsce, a Twój, no nie wiem, nie znam satystyk Twojego bloga, ale pewnie do mniejszej liczby obiorców...
    W każdym razie bardzo rzeczowy i erystycznie świetny wpis! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że, no właśnie, dobra literatura dziecięca/młodzieżowa jest też po prostu dobrą literaturą, jakiekolwiek dzielenie jej dalej i uważanie, że niczego nie wnosi do naszego czytelniczego doświadczenia, jeśli już młodzieżą nie jesteśmy, nie ma sensu. Ale ten podział się pewnie, jak wiele innych podziałów w literaturze, jeszcze trochę utrzyma, bo po prostu nie mamy póki co lepszego języka, żeby o tym mówić, a takie opozycje są prostsze i dość naturalne "w myśleniu". Dziękuję za miłe słowo o tekście :).

      Usuń
  8. Pewnie, że się utrzyma, dla celów hm... praktycznych. Co nie przeszkadza go sobie w głowie z korzyścią poznawczą obchodzić :D

    OdpowiedzUsuń