Takie sobie miasteczko albo o „Trafnym wyborze” J.K. Rowling


Jak już pewnie zauważyliście, rzadko zdarza mi się sięgać po książki, które akurat są na szczytach list bestsellerów. Dlatego w momencie, kiedy nowa książka Rowling atakowała nas z witryn księgarni, kiosków i rąk pasażerów dzielących z nami środki komunikacji, spokojnie czekałam, aż fala przejdzie, żeby móc po nią sięgnąć. Nie z czystej przekory albo potrzeby bycia literackim hipsterem, po prostu kolejki w bibliotekach i u znajomych posiadaczy książki skłonnych do pożyczek zwyczajnie wraz z upływem czasu maleją. Nagromadziło mi się w międzyczasie sporo innych lektur, ale kiedy postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu przypomniałam sobie, że „Trafny wybór” idealnie nadaje się, żeby spełnić założenia postulowane przez jedno z okienek. Tak więc dzisiaj zapraszam Was na garść refleksji po lekturze – jak zawiadamia wydawnictwo - „pierwszej powieści J. K. Rowling dla dorosłych”.

Pagford jest małym miasteczkiem gdzieś w Western Country (J.K. Rowling swoim ostatnim zwyczajem już po wydaniu książki oznajmiła, że gdzieś w okolicy Gloucestershire). Znajduje się tu wszystko, co powinno znajdować się w miasteczku: urokliwy rynek, kościół św. Michała Archanioła, wiktoriańskie domki wzdłuż głównej ulicy, sklep ze sprzedawcą w ekscentrycznym nakryciu głowy, witającym każdego, kto zajrzy do miejscowych delikatesów, nawet ruiny opactwa na wzgórzu. W Pagford jest też jednak coś, co dla przyzwyczajonych do idyllicznej ramki, w jaką oprawiona jest ich miejscowość, mieszkańców stało się solą w oku: osiedle socjalne Fields, wybudowane co prawda przez pobliskie miasto Yarvil, ale znajdujące się w rejonie szkoły, kościoła i kilku innych społecznych centrów, Pagford. Fields zamieszkują w dużej części ludzie utrzymujący się z pomocy społecznej, nawiedzani często przez pracowników socjalnych, po pobytach w więzieniu albo borykający się z różnego rodzaju uzależnieniami. Nobliwa społeczność Pagford ma dość tego, że ich dzieci chodzą do szkoły z możliwym źródłem demoralizacji, czyli dziećmi z Fields, nie wspominając o innych potencjalnych zagrożeniach, jak spotkanie na ulicy kogoś, kto właśnie idzie po kolejną porcję metadonu, bo właśnie jest na odwyku. Okazuje się jednak, że Pagford w swoim potępieniu dla Fields wcale nie jest takie jednomyślne – w radzie gminy, gdzie ma się odbyć wyczekiwane od pół wieku głosowanie nad oddaniem Fields całkowicie do Yarvil i zlikwidowaniem kliniki odwykowej odzywają się gorące głosy sprzeciwu. Jednym z nich jest Barry Fairbrother, dusza towarzystwa, trener amatorskiej osady wioślarskiej, wychowanej Fields i człowiek, którego wszyscy kochają. Tenże Barry zostaje jednak wyelimowany z rozgrywki przez nieszczęśliwe zrządzenie losu, a nad zwolnionym w ten sposób miejscem w radzie zbierają się powoli sępy. Wszak wszystko idzie o to, jaki będzie dalszy los Pagford – bukolika czy obrazek z rysą biegnącą przez środek?

Źródło. Powieść Rowling miała szczęście i została wydana w takiej samej szacie graficznej, co oryginał. A że nie wszyscy mają tyle szczęścia, nawet jeśli pochodzą z Wysp Brytyjskich, możecie się przekonać, porównując na przykład polską i brytyjską okładkę "Rzek Londynu" Bena Aaronovitcha. Chociaż nie narzekam w czambuł, niektóre polskie okładki zdarzają się być lepsze od oryginału.
Rowling przedstawia losy Pagford, usuwając Barry'ego ze sceny i pozwalając czytelnikowi przyglądać się temu, jak zmieniają się wewnętrzne napięcia i wzajemne relacje bohaterów po tym, jak zabrakło elementu je w jakiś sposób spajającego. Fairbrother (nazwisko, które ze spokojem można uznać za znaczące) jest wspomniany przez wszystkich, czy to wrogów, czy przyjaciół – i nie da się mu odmówić szalonego uroku osobistego. To ciekawe, zważywszy na to, że po tej przelotnej okazji, kiedy czytelnik ma okazję zapoznać się z tą postacią osobiście na pierwszych kilku stronach, wcale nie sprawia ona takiego wrażenia, jak we wspomnieniach innych bohaterów o nim. Rowling daje nam więc prezent, którego się nie spodziewałam: w ten sposób pokazuje, jak potrafi działać pamięć. Kilka razy w czasie lektury złapałam się na myśli, że gdyby Barry był w pobliżu, nic takiego by się nie stało. Autorka każe nam wierzyć w bohatera, tak samo jak robią to inne postaci z kart „Trafnego wyboru”. Często mówi się, że pisarz nie potrafi oddać pewnych kwestii inaczej niż przez nachalną ekspozycję albo odautorskie komentarze – u Rowling takie zjawiska są na szczęście rzadkie. Bo nie powiem, że w ogóle się nie zdarzają.

"Trafny wybór” ma jeszcze jedną ogromną narracyjną zaletę. Skonstruowany jest trochę na zasadzie rozsypanej układanki: czytelnik musi składać sobie sam cały obraz, co nie jest łatwe, bo autorka rozpisuje historię na – jeśli dobrze policzyłam – dziewięć rodzin, których członkowie rzadko są ze sobą zgodni co do przebiegu wydarzeń. Świetny jest do tego, bardzo trudny w literaturze, swego rodzaju montaż – widać to zwłaszcza w bardzo dobrym przedostatnim rozdziale powieści. Rowling rozrzuca na poszczególnych stronach pewne drobne wydarzenia, żeby potem zebrać je w całość, przywołując w jednej, dynamicznej, długiej scenie. Podobne zabiegi stosowała już w cyklu o Harrym Potterze, ale nigdy nie wychodziły aż tak dobrze, jak w „Trafnym wyborze”.

A BBC już szykuje ekranizację, na którą teraz czekam z niecierpliwością (chociaż nie aż taką, z jaką czekam na zapowiedzianą już jakiś czas temu ekranizację serii o straży ze Świata Dysku Terry'ego Pratchetta). Więcej zdjęć na tej stronie.
Jeśli chodzi o bohaterów, mamy tu przekrój przez całe spektrum poszczególnych reprezentantów Pagford i Fields. Jest zatem rodzina przewodniczącego rady gminy, z jowialnym, ale w gruncie rzeczy dość dwulicowym mężem i skrytą w jego cieniu, ale grzejącą się przy nim jak przy olbrzymim słońcu żonę, usuwającą ze swoich myśli wszystko, co kaziłoby obraz jej idealnej rodziny (swoją drogą, to nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że oni akurat bardzo przypominają Dursleyów). Ich syn, prawnik, od lat nie umie dogadać się ze swoją sfrustrowaną, przekwitającą żoną, któej fascynacje zaczynają spychać ją na coraz bardziej karykaturalne tory. Mamy żonę Barry'ego i jego dzieci, występujące w narracji dość marginalnie – brak ich bliższego przedstawienia, a jedynie serwowanie nam opisów tej rodziny oczyma innych postaci jeszcze pogłębia efekt rozmycia jakichś „obiektywnych” punktów w opowieści o rodzinie Fairbrotherów. Dwóch bliskich przyjaciół Barry'ego: Gavin i Collin, porzuceni przez człowieka, który sprawiał, że czuli się wyjątkowi, reprezentuje dwa skrajne bieguny żałoby – odrzucenie myśli o bliskim i mimowolną próbę zajęcia jego miejsca w myślach innych i obsesyjne myślenie o nim i próbę kontynuowania jego misji społecznej mimo braku predyspozycji. Kochanka Gavina, pracowniczka socjalna Kay, to z kolei człowiek „z zewnątrz”, który okazuje się mieć więcej oleju w głowie i trafniej obserwować relacje społeczne niż ktoś, kto w nich tkwi od środka. Do tego dochodzą postaci nastolatków, których poczynania i zainteresowania przyczyniają się do rozwoju fabuły, oraz rodzinę z tzw. marginesu, Weedonów z Fields.

Wspominając o tym warto nadmienić, że dwie rzeczy udały się tu Rowling bardzo dobrze. Po pierwsze charakterystyka rodziny, która przez wszystkich uważana jest za normalną, a w gruncie rzeczy wypełniona jest obrzydliwą przemocą rodzinną – z której nie ma łatwego wyjścia, bo wszyscy, choćby najbardziej nienawidząc takiego zachowania, są od niej współuzależnieni. A po drugie opis rodziny, otwarcie uważanej za patologiczną, przy czym autorka zauważa tu, jak cienka jest granica między „przyzwoitym, ale biednym”, a tegoż przeciwieństwem. Pokazuje, jak łatwo można spaść w otchłań biedy i uzależnienia, i jak niewiele może byćw tym winy samego podmiotu – bombardując powszechnie obowiązujący w wielu Pagford naszej rzeczywistości pogląd, że oni sami są sobie winni. To, co najbardziej poruszające w „Trafnym wyborze”, to właśnie ta świadomość, że jedno małe wydarzenie może się okazać katastrofalne dla całego dalszego życia jednostki, która bez na czas udzielonej pomocy – nie tylko medycznej przecież – może się już z tego nie wygrzebać.

I jeszcze jedno zdjęcie z rzeczonej ekranizacji (źródło to samo), tym razem z nieco mniej rozpoznawalnymi aktorami.
 Miałabym także kilka zarzutów do sposobu, w jaki Rowling zdecydowała się pisać niektóre elementy świata przedstawionego. Nie wiem, czy tak było rzeczywiście, ale widać tu jeszcze pewien kompleks związany z łatką pisarki „od tego czarodzieja”, czyli gorączkowe poszukiwanie realności. Gubi to czasami autorkę, która w celu osiągnięcia większej dawki realizmu nie tyle chłodno opisuje niektóre miejsca, osoby czy wydarzenia – a ten zdystansowany narrator dominuje przez większą część fabuły – co epatuje opisami, właśnie, jak można sądzić, po to, by przekonać czytelnika, że tak to właśnie wygląda naprawdę. W podobnym duchu można by ocenić fakt nagromadzenia przez autorkę mnóstwa problemów w jednym miejscu. Oczywiście, że spodziewamy się tego, że pod powierzchnią idyllicznego Pagford drzemią demony, ale w momencie, kiedy bohaterowie stykają się lub doświadczają – czasami naraz – takich zjawisk jak kazirodztwo, pedofilia, zdrada małżeńska, choroba psychiczna itd. - efekt jest podobny jak w przypadku sztuki Tracy'ego Lettsa, tej, na podstawie której nakręcono „Sierpień w hrabstwie Osage”: za dużo grzybów w barszczu odrealnia opowiadaną historię, zamiast głębiej osadzać ją w rzeczywistości.

Ale to, chociaż miejscami denerwujące, wrażenie można jakoś „Trafnemu wyborowi” wybaczyć. Tak samo jak dziwną strategię marketingową, stojącą za osobliwym tłumaczeniem tytułu – który nijak się ma do fabuły, zastępując naprawdę niezłe oryginalne „Casual Vacancy”.

Pewnie większość z Was już czytała – może w takim razie podzielicie się wrażeniami? A tych, którzy jeszcze nie mieli okazji, zachęcam – warto się przekonać, chociażby po to, żeby zobaczyć, że Rowling jednak nie jest, jak chcieliby niektórzy, pisarką jednej serii.

_____________

Jutro będę się zastanawiała nad sensem sporów o to, czy lepiej jest czytać na papierze, czy na e-papierze. Na pewno każdy ma swoje zdanie w tej sprawie albo go poszukuje, więc zachęcam do odwiedzin.

Weź dokładkę!

4 komentarze

  1. Ja kiedy tylko zaczęła dłużej stać na półce w bibliotece, od razu ją wypożyczyłam. Słyszałam wiele niepochlebnych opinii, ale czytałam też opis książki i doszłam do wniosku, że to jest to, co Tygryski lubią najbardziej, więc szkoda nie spróbować. Niestety, zniechęciłam się po kilkudziesięciu stronach, ale czytam teraz Twoją opinię i zaczynam żałować. Może jednak dam jej jeszcze jedną szansę. Tym bardziej, że film będzie miał, jak widzę na zdjęciach, niezłą obsadę, a ja lubię poznać literacki pierwowzór, przed obejrzeniem ekranizacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do ekranizacji - zgadzam się, ja też lubię najpierw przeczytać książkę (chociaż robię tu pewne odstępstwa). No a jeśli chodzi o "Trafny wybór" sam w sobie, to idealnie działa tu regułą 50-100 stron. Trzeba dać się tej książce porządnie rozkręcić, porozrzucać te puzzle, a potem jaka jest przyjemność ze składania! Także jak będziesz miała sposobność - spróbuj znowu (i daj znać, jak poszło!).

      Usuń
  2. A ja po przeczytaniu jakoś inaczej spojrzałam na "Umbrella' Rihanny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to też prawda, pod tym względem powieść jest bardzo, hm, wpływająca na odbiór ;).

      Usuń