Dlaczego Tsukuru jest bezbarwny albo 6 powodów, żeby mieć problem z Harukim Murakamim


To znaczy może inaczej. Bo przecież z Harukim Murakamim problemu jako takiego nie mam. Kłopoty mam z jego twórczością. Sam Murakami wydaje mi się raczej sympatycznym człowiekiem. Ale jego książki sprawiają, że mam poczucie, że jego hobby to robienie czytelnika w balona. A z tym już problem mam.


Tak więc dzisiaj będzie problemowo, prawie w punktach. Ale zanim to nastąpi, kilka słów o mojej i Murakamiego czytelniczej historii.

Załapałam się chyba na sam początek podbijania przez Murakamiego polskiego rynku wydawniczego. Zaczęłam w czasie ferii zimowych dawno temu, swoim ulubionym sposobem przysuwając fotel pod kaloryfer, żeby mieć (ciepłe) oparcie dla stóp i łatwo dosięgać do usypanego kopczyka lektur. Kiedyś w czasie ferii czytywałam fantastykę lub utwory w stylu fantastyki i tak w końcu któregoś roku wyszłam z biblotki z Murakamim. Już nie pamiętam, co dokładnie było pierwsze, ale kołacze mi się, że „Kronika ptaka nakręcacza”. Podobno dzieło życia, opus magnum japońskiego pisarza. Przeczytałam w dwa dni, pokiwałam głową, wzruszyłam ramionami i zabrałam się za kolejną prozę. I tak, mniej więcej, mam z książkami Murakamiego zawsze. Tyle że potem siedząc w fotelu stwierdziłam, że to fabuły trochę jakby bardziej udające fabuły niż będące fabułami... Zawiłe? Już przechodzę do tych obiecanych podpunktów.

Tajemnicza tajemniczość: nie jest zupełnie tak, że Murakamiego nie lubię. Lubię go. Jakoś tam. Moją ulubioną książką Japończyka jest „Norwegian Wood”. Cenię ją sobie za obyczajowe tło, o którym mogę czytać i czytać (nie wiem, czy są jeszcze inne takie osoby, ale kiedy np. oglądam obyczajówki studia Ghibli, bardziej nawet niż historie interesują mnie tła – uwielbiam kuchnię z „Szeptu serca” i tę starą maszynę do ryżu, która tam stoi), ogólny nastrój, nieco depresyjnych, ale przy tym dość realistycznie nakreślonych bohaterów. A dlaczego tak sobie cenię „Norwegian Wood”? Bo nie ma w nim tej ponurej, wysilonej aury tajemniczości, mistycyzmu, który udaje wschodni, będąc równocześnie bardzo zachodni (tym grzeszy chociażby Tsukuru Tazaki – ta cała mistyczna otoczka to Freud bardziej lub mniej pocięty na kawałki), otwartych super-hiper-tajemniczych kwestii, które autor pozostawia bez odpowiedzi. Ten problem z nawarstwianiem się tajemnic w kolejnych prozach Murakamiego jest coraz bardziej denerwujący. Najwyższe nasycenie osiągnął bodaj w „Kafce nad morzem”, ale ilość nie pokończonych i wprowadzonych zupełnie niepotrzebnie (dla budowy słynnego „klimatu tajemnicy”?) wątków niebezpiecznie przekracza przyzwoitą liczbę także w – skądinąd dość realistycznym - „Bezbarwnym Tsukuru”.


Zdjęcia okładek książek Harukiego Murakamiego pochodzą ze strony jego polskiego wydawcy – któemu należą się brawa za wydawanie kolejnych dzieł prozaika w takiej samej, bardzo zresztą trafiającej w mój gust – szacie graficznej, czyli wydawnictwa Muza S.A.


Okcydentalizm dla czytelnika z Zachodu: och, ja się tam jakoś nie czuję specjalnie „czytelnikiem z Zachodu”, ale uważam, że to dobrze oddaje problem. W większości książek Murakamiego mamy do czynienia z Japonią zeuropeizowaną. Wiem, że w japońskiej kulturze lubi się brać motywy z Zachodu i przetwarzać po swojemu, ale u Murakamiego to zupełnie inny problem. Murakami pokazuje w swoich książkach Japonię taką, którą czytelnik z Zachodu może łatwo zrozumieć, bo ją zna – to jakby suma wyobrażeń o Japonii. Stąd łatwo się to czyta, nie ma zbyt wielu zgrzytów, kiedy to pewne formy kulturowe wpojone czytelnikowi stąd zderzają się z formami kulturowymi, w których poruszają się bohaterowie. I tego zgrzytu mi brakuje. Mam wrażenie, że jest on za słabo słyszalny, za mało widoczny. Bohaterowie Murakamiego poruszają się w jakiejś dziwnej przestrzeni – niby w Japonii, ale jakby w Europie czy Stanach.



Muzyka, która nie zawsze gra rolę: o, tu dobrze widać, o czym mówiłam w poprzednim punkcie. Wprowadzanie wątków muzycznych zwyczajnie nie zawsze Murakamiemu wychodzi, i nie w tym sensie, że robi on to nie umiejętnie. Wręcz przeciwnie, pisarz bardzo dobrze opisuje muzykę, co samo w sobie jest sztuką trudną. Po prostu to są zawsze melodie dobrze znane naszemu uchu: Beatlesi w „Norwegian Wood”, Liszt w „Bezbarwnym Tskuru”, jazzowe standardy w „Na południe od granicy, na zachód od słońca”. Problem w tym, że to zderzenie jednostki ze społeczeństwa japońskiego z tą muzyką z drugiego końca świata znowu nie przynosi żadnego zastanowienia. Bohaterowie Murakamiego po prostu jej słuchają. Nie ma w niej żadnego kontrapunktu. „Na południe od granicy, na zachód od słońca” to zresztą dobry przykład tej denerwującej mnie u pisarza maniery: jazz to tutaj właściwie tylko tło, by mógł powstać – chwytliwy, poetycki i przy tym naprawdę udany – tytuł. Poza tym (patrz ten punkt o opisach seksu) to jest naprawdę słaba książka.



Kopiowanie siebie: oczywiście, że prawdziwy artysta pisze przez całe życie właściwie tę samą książkę (już nie pamiętam, kto to powiedział, ale ta myśl ze mnązostała i uważam, że sporo w niej racji – może napiszę o tym obszerniej przy innej okazji). Dokładnie pamiętam jednak moment, w którym straciłam cierpliwość. Stało się to po lekturze „Po zmierzchu”, bardziej nowelki niż powieści. Grzeszyła ona zresztą tym, co opisałam w punkcie „tajemnicza tajemniczość”, ale przede wszystkim powielała wątki z wcześniejszych powieści pisarza. I tak jest właściwie w każdej kolejnej powieści. Mamy introwertycznego bohatera, który musi odbyć jakąś podróż – realną albo wewnętrzną – by coś mu się udało zmienić w swoim życiu (czasami dowiemy się, co, czasami nie – znowu: „tajemnicza tajemniczość”). Po drodze spotka go dużo dziwnych i niewytłumaczalnych scen i zjawisk, tajemniczych (a jakże) ludzi albo stworów, mistyka dziabnie go w plecy, kiedy nie będzie się tego spodziewał, ale on zasadniczo się z tego otrząśnie i będzie z tym żył dalej (albo nie, ale tego się zwykle nie dowiadujemy – powinnam jeszcze dorzucić nieudolnie wprowadzane otwarte zakończenia, które są jak krzywe cięcie nożem, a nie przemyślana kompozycja fabularna: tak się dzieje w „Tskuru...”, w „Kronice...”, w „Na południe...”, „Kafce...” i właściwie też w „Po zmierzchu”).



Słabe opisy seksu: czasami wygląda to tak, jakby Murakami po prostu musiał wstawić gdzieś słowo „penis” albo „wytrysk”. I nie chodzi mi o to, że to są opisy bardzo zmedykalizowane – może to być kwestia przekładu – ale o to, że ta chirurgiczna sterylność, z jaką są pisane, często wcale nie pasuje do kontekstu, w którym są pisane. Przykład? W „Bezbarwnym Tsukuru” chociażby, którego mam przeczytanego na świeżo, opisy marzeń sennych głównego bohatera są takimi właśnie przerywnikami w akcji. Tsukuru śni się często ten sam sen, opsiywany w dodatku w niemal taki sam sposób przez narratora; co więcej, to właśnie taki sposób opisu, który wychładza emocje, nie współgra z tym, co de facto myśli bohater, wstydząc się i odczuwając pewien niesmak przez te wcale nie chciane przez niego sny.




Mit o wybitności: kiedy to się zaczęło? Chyba mniej więcej wtedy, kiedy Murakami dostał nagrodę im. Franza Kafki. Jakoś wtedy się utarło, że laureaci tej nagrody często później dostawali literackiego Nobla – faktycznie to nie było aż tak „często”, bo dwa razy (w 2004 Jelinek, w 2005 Pinter), ale wiadomo, jak takie wiadomości szybko się upowszechniają (potem jakoś się gremium nagrodowemu nie udawało z wytypowaniem przyszłego Noblisty – chociaż w 2013 dali nagrodę wieloletniemu noblowemu „pewniakowi”, czyli Amosowi Ozowi). Tak więc w 2006, po dwóch latach „typów właściwych”, nagrodę dostał Murakami i od tego czasu rok w rok znajduje się na liście kandydatów do najcenniejszej nagrody literackiej globu. I myślę, że to jest mój najpoważniejszy problem z jego twórczością. Zwyczajnie uważam, mając oczywiście świadomość, że Nobel to nie zawsze nagroda motywowana wartością literacką zwycięzcy, że to nie jest proza aż na takim dobrym poziomie (o czym właściwie – patrz wyżej). Stąd denerwuje mnie, kiedy ktoś, kto czytuje Murakamiego, stawia go na piedestale jako pisarza poważnego, ambitnego, na literackim Olimpie i tak dalej. Bo Murakami nie jest pisarzem złym, ale nie jest też pisarzem bardzo dobrym. Jest przyjemny do poczytania. I właściwie tyle.



Takie właśnie mam kłopoty z twórczością Murakamiego. No to po co go ciągle czytam, zapytacie? Ano dlatego, że lubię ten posmak atmosfery dalekiej Japonii, który ze mną zostaje po lekturze. Jest słabo wyczuwalny, jak po jedzonych w dzieciństwie lodach, które nie smakują już tak samo zjadane teraz. I oczywiście, że kończę te książki zdenerwowana. I brakuje mnie wszystkiego tego, co napisałam wyżej, i irytują mnie te cechy pisarstwa Murakamiego, o których tu pisałam. Ale jakoś tak zawsze sobie myślę o jednej scenie z „Kroniki ptaka nakręcacza”. Bohater szykuje kolację. Przygotowuje produkty, smaży je, kręci się po kuchni – nic specjalnego się nie dzieje; jeszcze żadne nadnaturalne klęski ani dziwaczni bohaterowie drugoplanowi go nie napadli. Siedzi w kuchni i je kolację. Lubię sobie o tym poczytać, a Murakami umie to opisać. Byleby częściej mu się to udawało, bo w „Bezbarwnym Tsukuru” na przykład, ostatnio, niestety, nawet to nie wyszło.

Książki Harukiego Murakamiego, które przeczytałam i na których opieram moje powyższe obserwacje: „Kronika ptaka nakręcacza”, „Norwegian Wood”, „Po zmierzchu”, „Na południe od granicy, na zachód od słońca”, „Kafka nad morzem”, „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”.

Dla porządku jeszcze dodam, chociaż biorąc pod uwagę, że to trzeci post na nowo powstałym blogu chyba nikt by tak nie przypuścił, ale żeby było czarno na białym: post nie jest przez nikogo sponsorowany, poza ciepłą herbatą i moim samozaparciem w czytaniu próz Murakamiego.

__________________

Jutro, ponieważ nowy rok się powoli rozpędza, o akcji czytania Noblistów: o co w ogóle chodzi, skąd się to wzięło, jak do tej pory mi idzie i jakie mam związane z tą akcją plany na rok 2015. Zapraszam!


Weź dokładkę!

8 komentarze

  1. Pojawię się, pewniakiem:). Do jutra!

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę, że mamy ten sam problem z Murakamim. Najgorzej wspominam Wszystkie Boże dzieci tańczą. Na swoje nieszczęście obejrzałam też film, który jest najgorszym możliwym koszmarem (musiałam go oglądać na zajęcia...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, tego nie czytałam (nie wiedziałam też, że są jakieś ekranizacje! Zapisuję sobie w notesiku, żeby poszukać). W sumie dla mnie najgorsze okazały się być przeżycia przy lekturze "Na południe od granicy..." (które - powtórzę - ma taki piękny tytuł, a jest, no, nie takie piękne;)).

      Usuń
  3. Czytanie Murakamiego jest trochę jak oglądanie serialu Lost: Zagubieni. Na początku kręcą Cię te wszystkie tajemnice, bawisz się w szukanie związków między dziwnymi wydarzeniami i sprawdzasz, czy imię bohatera nie ma przypadkiem znaczenia. A na końcu okazuje się, że autor zrobił cię w bambuko. O ile w przypadku "Kroniki ptaka nakręcacza" czy "Sputnika Sweetheart" (moja ulubiona powieść Murakamiego) nie dało się tak tego odczuć, o tyle trylogia "1Q84" wkurzyła mnie okropnie. Dwa absolutnie rewelacyjne tomy, atmosfera, tajemnica, cała fabuła oryginalna i świeża (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało) i nagle przychodzi tom trzeci, który niczego nie wyjaśnia, ucina wątki i podrzuca czytelnikom sklecone naprędce rozwiązanie. Poczułam się oszukana i już po kolejne powieści nie sięgnęłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porównanie bardzo trafne :). Ale nie zgodziłabym się, że w "Kronice..." nie da się tego odczuć - mnie zakończenie rozczarowało właśnie dlatego, że wątki pokończyły się tylko pozornie. A w tym wszystkim najbardziej irytuje mnie zawsze postawa bohatera, który z taką biernością wzrusza ramionami i mówi sobie coś w stylu "whatever, było, minęło, nigdy nie dowiem się, co i jak, ale ubogaciło mnie to wewnętrznie" (i koronnymi przykładami, jakie bym podała, są właśnie "Kronika...", "Tskuru..." i "Kafka..."). Po "Sputnik..." na pewno kiedyś sięgnę, to będę się mogła wypowiedzieć. Od "1Q84" odwodzi mnie nawet największa fanka Murakamiego, jaką znam, więc raczej się nie skuszę :).

      Usuń
  4. Nie lubię zasadniczo komentować starych wpisów podczas przeglądania bloga po raz pierwszy, ale ten muszę.
    KTOŚ ROZUMIE.
    To znaczy, mi podobały się względnie dwie książki Murakamiego, "Kronika ptaka nakręcacza" i "Norwegian wood". Ale to było bardzo względne, bo wrażenia po lekturze "Kroniki..." właściwie idealnie oddał opis reakcji Autorki. Ot, przyjemnie się czytało opisy życia codziennego, ale potem wchodzi "tajemnicza tajemniczosć", wobec której miałam zadziwiająco podobne do bohaterów podejście "whatever", i wszystko jakoś powoli zmierzało do zakończenia, o którym byłam gdzieś od połowy powieści przekonana, że mnie zawiedzie, i zawiodło.
    Ale całe liceum słuchałam od znajomych, jaki to on dobry, genialny, cudowny i nietuzinkowy, i mam szczerze dość. Myślałam sobie nawet ostatnio, że może jestem jakaś głupia i czytelniczo niewrażliwa, i w ogóle niewydarzona.
    Trochę poza tematem zastanawiam się, dlaczego właściwie tłumaczenia jego prozy zaczęły się pojawiać w Polsce dopiero niedawno?

    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie z tymi zakończeniami Murakami ma problem - ale to wypływa chyba też z tego wielkiego napięcia i stwarzanych oczekiwań, więc czytelnik, jeśli nie kupuje w całości tej aury "tajemniczej tajemniczości", ulega rozczarowaniu.
      Murakamiego zaczęto wydawać jakoś około dekady temu - myślę, że przy okazji boomu na niego właśnie w związku ze spekulacjami noblowymi i nagrodą im. Franza Kafki (dostał ją w 2006). Tak bym strzelała, ale pewna nie jestem.

      Usuń