W kawiarni w Alabamie albo o "Zielonych smażonych pomidorach" Fannie Flagg

Pewnie już zauważyliście, że lubię znaleźć sobie klucz do książki. Nie chodzi mi o szufladkowanie, bo tego z kolei nie lubię (raczej), bardziej o to, żeby książka mi się ułożyła w myśleniu – nie tyle, żeby było to myślenie wygodne, ile raczej, żeby wszystkie kawałki wskakiwały na miejsce. I już. I kiedy czytałam powieść, o której dzisiaj napiszę, te kawałki mi niespecjalnie gdziekolwiek wskakiwały (a jeśli już gdzieś, to trochę jak piasek do butów, w dodatku kiedy na plaży jest paskudnie i jakaś mewa uwzięła się, żeby Ci porwać kapelusz). Aż w końcu skończyłam i – no, może nie żeby od razu mnie olśniło – ale trochę mi się fenomen tej książki wyświetlił.

Smażone zielone pomidory” to znowu wyprawa na literackie Południe USA. I to po sąsiedzku do Georgii, w której rozgrywa się „Przeminęło z wiatrem”, bo do Alabamy, notabene stanu rodzinnego autorki, Fannie Flagg. A nawet jeszcze konkretniej, bo na dobrą sprawę większość akcji toczy się albo w malutkim Whistle Stop, albo w nieco większym Birmingham (a swoją drogą, gdybyście chcieli poczytać o tym, jak książka – i film – przyczyniły się do kariery potrawy, jaką mają w tytule i uczynienia z niej „południowego klasyka”, polecam ten artykuł). Powieść ta przypomina bardziej szkic scenariusza, fabuła porozrzucana jest po kilku czasach i miejscach, a spinają ją zasadniczo trzy klamry: wydarzenia z lat 80., kiedy Evelyn Couch, zakompleksiona gospodyni domowa po czterdziestce spotyka w domu spokojnej starości gadatliwą osiemdziesięciolatkę, wydarzenia z lat wielkiego kryzysu, kiedy w Whistle Stop Idgie i Ruth otwierają kawiarnię, dającą schronienie każdemu, komu jest ono potrzebne, i biuletyn tygodniowy, prowadzony przez wszędobylską poczmistrzynię w tym samym Whistle Stop. Wydarzenia łączą się ze sobą na zasadzie dość luźnych asocjacji, z urywek wspomnień i starych gazet wyłania się dość sielski krajobraz małej społeczności, gdzie ludzie akceptują swoje dziwactwa i stoją za sąsiadami murem. No to czego się będę czepiała, zapytacie?

Jeśli najdzie Was ochota na wypróbowanie zielonych pomidorów w kuchni, to możecie skorzystać z przepisu z tego tumblra, z którego pochodzą też te piękne zdjęcia.

Bo oczywiście, że będę się czepiała. Ze „Smażonymi...” problem jest taki, że najlepsze są tam, gdzie pozostawiają niedpowiedzenia, a nieco gorsze tam, gdzie koniecznie autorka chce opowiedzieć wszystko dokładnie. Styl jest mocno kolokwialny, co nie razi tam, gdzie narratorką staje się pani Threadgoode, owa krzepka osiemdziesięciolatka z domu starców, ale zaczyna przeszkadzać, kiedy zdamy sobie sprawę, jak bardzo jest nieurozmaicony. Fannie Flagg stosuje tu kilka chwytów, które muszę przyznać na początku wydawały mi się nietrafione, ale teraz patrzę na nie dużo przychylniej. Zagaduje czytelnika, każe mu śledzić ten kawałeczek, który akurat mu podrzuca, wciąga go w wir historii w taki dość obcesowy sposób. Nie każdemu musi się to spodobać, bo opisów jest w tej książce niewiele, dużo większą rolę odgrywa dialog – i to tam buduje się sugestywny nastrój.

No właśnie, jak to jest z tym nastrojem? Moim zdaniem wiele z tego, co znajdziemy w „Smażonych...” pozostaje liźnięte tylko po wierzchu, niedopisane. I nie wiem, czy było to ze strony autorki celowe, czy wynikało z problemów warsztatowych. Niekiedy są to jedynie migawki, pozbawione całkowicie wycieniowania narracyjnego – tyle tylko, że na jednym miejscu pasują, w innym wydają się chwytem nietrafionym (na przykład scena z rybimi łbami versus Artis pogrążony w marzeniach w hotelu).

Źródło to samo, co powyżej. Finalnie książka przypomina chyba smażony pomidor w tej właśnie fazie przygotowań.

Flagg porusza w książce temat tolerancji i nietolerancji, głównie w kontekście dyskryminacji czarnoskórych na przestrzeni kolejnych lat. Nieco kłóci się to z tą wyidealizowaną społecznością lokalną, z drugiej sprawia natomiast, że obraz ten staje się prawdziwszy. Mamy tu zatem takie perełki, jak lokalny Ku-Klux-Klan broniący „swoich” czarnoskórych przed napadem ze strony Klanu na wyjeździe, czy rozważania jednego z bohaterów na temat tego, jak odcień skóry warunkuje powodzenie w życiu (a przykład jest o tyle ciekawszy, że mowa o dwójce bliźniaków, z których jeden jest wyjątkowo czarny, a drugi ma skórę stosunkowo jasną). Trudno jednak niekiedy pod komediowym płaszczykiem, w który autorka ubiera te zagadnienia, dostrzec faktyczny problem. Znowu ciąży tutaj ten mit „starego dobrego Południa”. Co ciekawe, dwójka bohaterek, o których opowiada pani Threadgoode prawdopodobnie – choć zupełnie jasno taka deklaracja nie pada – żyje w związku partnerskim, ale nikomu z miasteczka zdaje się to nie przeszkadzać. Pytanie, czy tylko dlatego, że jedna z nich jest w gruncie rzeczy traktowana jako mężczyzna? Czy może dlatego, że związki homoseksualne wśród kobiet traktowano z przymrużeniem oka?

Smażone zielone pomidory” sprawdzają się chyba najlepiej jako opis powolnego upadku miejscowości. Od czasów wielkiego kryzysu, przez powolną likwidację kolejnych zakładów pracy, aż po skasowanie pociągów z rozkładu jazdy. Dzieje się to trochę mimochodem, ale autorka zostawia te ślady rozkładu społeczności systematycznie w kolejnych węzłowych punktach akcji.

Źródło nadal to samo.
Swoje trzy grosze wtrącę też do kwestii tłumaczenia (czytałam przekład pani Aldony Biały). W istotnych z punktu widzenia narratorek kwestiach kulinarnych pozostawia ono co nieco do życzenia – dlaczego bowiem bohaterowie uparcie gotują pieczeń albo czemu kukurydza gotowana w mleku jest nazywana kukurydzą ze śmietanką? Przyznam, że ta gotowana pieczeń psuła mi radość z lektury. Czy ktoś może ma informację z oryginału, jak to było z tą pieczenią?

Reasumując: czy warto? Biorąc pod uwagę zakończenie, powiedziałabym, że warto. Jeśli szukacie miłej lektury na popołudnie i przetrzymacie pierwszych 20-30 stron, dalej powinniście spędzić całkiem przyjemny dzień w Whistle Stop.

A książkę postanowiłam sobie przeczytać w ramach akcji czytelniczej, w punkcie „książka, która została zekranizowana”.



___________________________

A jutro będę się zastanawiała nad tym, czemu tak trudno napisać dobrą kontynuację. Jeśli jesteście ciekawi, co z tego wyjdzie albo – do czego zachęcam – chcecie się podzielić swoimi przemyśleniami na ten temat, to wiecie, gdzie mnie szukać.

Weź dokładkę!

2 komentarze

  1. Mam sentyment do tej książki. Pamiętam, że szczególnie zachwycił mnie klimat całości. A że ma kilka niedoróbek? Cóż, nikt nie jest doskonały...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że nie -- choć liczyłam właśnie na to, że klimat mnie oczaruje, ale jakoś nam widać z Whistle Stop nie po drodze :-).

      Usuń