Wspomnień czar albo wpis na Dzień Dziadka

 Na Dzień Dziadka druga część wczorajszego wpisu, tym razem o lekturach dzieciństwa z raczej męskimi protagonistami. Co z automatu oczywiście nie oznacza, że skierowanymi głównie do chłopców – wręcz przeciwnie, to, że wspominam je z takim sentymentem oznacza przecież, że je czytałam. A zatem, nie przedłużając, wszystkim Dziadkom wszystkiego dobrego - zobaczmy, co tam w świecie literatury dziecięcej.

 Lucyna Krzemieniecka, Z przygód krasnala Hałabały

Zaczynając od metaplotu, autorka snuje opowieść o krasnoludku w charakterystycznym wdzianku. Niby nic ciekawego się nie dzieje, ot, krasnal chodzi po lesie, rozmawia ze zwierzętami i pomaga im rozwiązywać ichnie kłopoty. W tej roli psychologa łamane na złotej rączki Hałabała spełnia się znakomicie, pławiąc się ogólnie w łaskach i wdzięczności. Jednocześnie jednak forma, w którą zostaje ubrany ten zbiór historii o leśno-zwierzęcych problemach sprawia, że przyjemnie się wraca do tej książeczki. Bezpretensjonalne rymy i sympatyczni bohaterowie – literacki odpowiednik wysiedzianego fotela w domu dziadków.

Hanna Łochocka, Psoty i kłopoty wróbelka Elemelka

Mimo zdecydowanie wiejskich korzeni, kiedy dzisiaj myślę o dzieciństwie straszliwie kojarzą mi się z nim, jeśli chodzi o zwierzęta, nie konie i krowy, ale wróble. Oglądane „Przygód kilka wróbla Ćwirka”, kolorowanie wróbli w malowance otrzymanej przy jakiejś okazji (naprawdę – do dzisiaj pamiętam obrazek z wróblami siedzącymi obok pelargonii, kwintesencja polskości w jednej ramce, wersja dziecięca), no i egzemplarz wróbelka Elemelka jakoś tak utwierdziły we mnie to wspomnienie także od strony, powiedzmy, kulturalnej. W przypadku tego bohatera wszystkie uwagi dotyczące krasnala Hałabały pozostają w sumie w mocy – ci dwaj są z nieco podobnego arsenału pomysłów i środków. Jeśli nie mieliście okazji zetknąć się z uroczym wróblęciem, którego imię jest już chyba synonimem kogoś drobnej postury, to nadróbcie zaległości. Zwłaszcza rozdział „Jak wróbelek, niebożę, siadł na wentylatorze”.

Zwierzę, które zdominowało moje dzieciństwo. Zdjęcie stąd.
Otfried Preussler, Hubert w wielkim kapeluszu

Będąc w wieku lat ośmiu lub dziewięciu przekonaną, że dział literatury dziecięcej w miejscowej bibliotece nie kryje już przede mną żadnych niespodzianek, przeżyłam cieżki szok, kiedy na jednej z półek znalazłam książkę, której nie tylko że nie czytałam, ale której tam wcześniej nawet nie widziałam. Do dzisiaj nie wiem, czy ktoś ją oddał po wieloletnim przetrzymaniu, czy przyszła z darów, bo nowości były w tamtej bibliotece wówczas rzadkością, ale do dziś myśląc o niej mam wrażenie pewnej osobliwej egzotyczności tamtej lektury. Hubert to – znowu – krasnal, bez zaskoczeń: noszący wielki kapelusz. Ale równocześnie powiastka Preusslera nosi w sobie pewien pierwiastek fantasy, który myślę, że zachęcił mnie do eksplorowania tego gatunku. Hubert mieszka w bliżej niedookreślonym lesie, który jest wielki i bywa całkiem niebezpieczny. W wyniku niekorzystnego splotu okoliczności Hubert musi powędrować nad rzekę, równie groźną i dość daleką, wyjść poza znaną sobie okolicę i zmierzyć się z czyhającą nań przygodą. Budzi dalekie echa Tolkienowskiego „Hobbita”? Trochę. Dorzućmy do tego urokliwe ilustracje i tłumaczenie Hanny i Andrzeja Ożogowskich, i pędźmy po książkę!
  
René Goscinny, cykl o przygodach Mikołajka

No bo co, kurczę blade? Ale tak naprawdę nie mam pojęcia, jak odbiera lekturę Mikołajka dziecko, bo sama przeczytałam tomy jego przygód jakoś już na studiach, po tym jak udało mi się pożyczyć je od znajomej. Dlatego postrzegam te książki bardziej jako dorosłą narrację o dzieciństwie, choć opowiadaną przecież z perspektywy małego chłopca. Mikołajek chodzi do szkoły, w której stara się odnaleźć w zróżnicowanej grupie rówieśniczej, ale trafnie obserwuje też to, co dzieje się u niego (i u kolegów) w domu. Komizm, powstały na styku tej dziecięcej narracji i wydarzeń ze świata dorosłych sprawia, że można Mikołajka, jak sądzę, czytać w dowolnym przedziale wiekowym.

Zbigniew Nienacki, cykl o Panu Samochodziku

Już wspominałam, że cykl ten należał do jednego z moich ulubionych. Kilka lat temu powzięłam solenne postanowienie, że go sobie powtórzę, ale jeszcze mi się tego postanowienia w pełni nie udało wprowadzić w fazę realizacji. W każdym razie, żeby zachować jednak właściwą proporcję między sentymentalnym wspomnieniami a przybliżaniem, o co chodzi: tytułowy Pan Samochodzik ma na imię Tomasz, jest historykiem sztuki i miał szczęście mieć stryja, fana motoryzacji, który sam zmontował dość paskudny wehikuł. Wyposażył go jednak w odlotowy silnik i zapisał krewniakowi, narażając go na drwiny otoczenia, a jednocześnie umożliwiając mu w ten sposób realizowanie pasji detektywistycznej (lekceważony pan Tomasz może złapać złoczyńcę w mig, rozpędzając swój samochód do niebotycznych na czasy dziania się powieści prędkości). Dlaczego warto poczytać? Dla intryg, dla lokalnego kolorytu – bohater uwielbia Mazury – wreszcie dla bohatera, który jest co prawda czasami straszliwym goody-goody w socjalistycznym entourage'u, ale mimo wszystko realizuje jakoś ulubiony przez kulturę archetyp naukowca-detektywa.

Maria Kownacka, Plastusiowy Pamiętnik

Jakoś dzisiejsze zestawienie zdominowały pozycje narodzone w czasach międzywojnia – widocznie dziadkowe klimaty kojarzą mi się silnie z tą epoką albo przynajmniej mój gust literacki, kształtowany w dzieciństwie z pomocą dziadków, obraca się wokół podobnych klimatów. Ale ad rem: zanim złamała nam serce „Rogasiem z Doliny Roztoki” Maria Kownacka tworzyła jedną z najpiękniejszych literackich fantazji na temat zmyślonego przyjaciela. Jej wyjątkowość polega między innymi na tym, że stworzony z plasteliny Plastuś nie tyle jest dla bohaterki odskocznią od codziennego życia, ale pomaga jej mierzyć się z jego radościami i smutkami – przesiadując w jej piórniku, a zatem także towarzysząc jej w szkole. Świat „Plastusiowego pamiętnika” - pisanego przez samego Plastusia, który nie jest tylko dodatkiem dla ubarwienia akcji – zaludniają inne stworzonka istniejące na podobnej co on zasadzie, fragmenty zwykłego wyposażenia podstawówkowego plecaka (no, nie wiem jak teraz, ale kiedyś na pewno). Jeśli ominęła Was ta lektura dawniej, zerknijcie teraz koniecznie!

Źródło.
 Pod poprzednią notką pojawił się komentarz (w Google+, jako że nieekspandowałam w żadne inne rejony social media poza tymi oferowanymi z automatu przez blogspot), że lektury podsuwane dzieciom powinny nieść ze sobą odpowiednie treści. Nie mogłabym się z tym nie zgodzić – podobnie jest zresztą w przypadku każdej książki w ogóle – i poniekąd pisałam już o tym w notce o literaturze YA. Być może w książkach mających już swoje lata nie widać tych wartości na pierwszy rzut oka – bo bohaterki noszą krynoliny i nie mają praw wyborczych albo są wielkonosymi trollami. Ale przecież sami wiecie, jak wielka potrafi być siła powieściowej metafory – no i, niewątpliwie, uniwersalność pewnych treści nie zostaje przesądzona przez to, w jakiej epoce dzieje się akcja albo jak wyglądają bohaterowie. A przynajmniej tak myślę. A jakie jest Wasze zdanie?

_______________________

Jutro kontynuuję wyzwanie czytelnicze, więc spodziewajcie się recenzji z punktu pierwszego! Do zobaczenia.

Weź dokładkę!

0 komentarze