10 najlepszych baśni Andersena albo ranking wybitnie subiektywny #2


Dziesiątego stycznia wrzuciłam tutaj mój prywatny ranking baśni Braci Grimm. Bawiłam się przy jego pisaniu tak dobrze, odświeżając sobie ulubione opowieści, że pomyślałam, że właściwie dlaczego nie zrobić by z tego takiego mini-cyklu, co miesiąc, dziesiątego? I jak pomyślałam, tak zrobiłam.



Wydań baśni Hansa Christiana Andersena dorobiłam się kilku. Najstarsze, które mam, zostało kupione jeszcze przed moim urodzeniem i poniekąd przyszłam „na gotowe”. Pamiętam, że długo woziłam je ze sobą w każdą podróż i czytałam sobie powoli kolejne baśnie. Nie podobały mi się wtedy zupełnie, ale jednocześnie strasznie chciałam już je przeczytać i mieć spokój. Denerwował mnie język, sztywny i dla sześciolatki miejscami niezrozumiały, zakończenia baśni często sprawiały, że odczuwałam jakiś dziwny niepokój i bywałam smutna. Ale jakoś chyba nieźle się z tym kryłam, bo na któreś z kolei urodziny dostałam... kolejny egzemplarz Andersenowskich baśni. Podeszłam do tego z filozoficznym spokojem, obrazki były inne, przekłady zostały te same. Aż w końcu wyszło u nas nowe wydanie na 200-lecie urodzin Andersena.

W mojej ówczesnej szkole – a byłam wtedy w klasie maturalnej – był dobry zwyczaj, że uczeń, który miał dostać nagrodę książkową, mógł sam ją sobie wybrać. Do dzisiaj pamiętam zdziwioną minę dyrektora, który wręczał mi piękne wydanie baśni Andersena. Ale właściwie, powiedzcie sami, czemu nie? Zwłaszcza, że to absolutnie przepiękna książka: cudowne ilustracje Flemminga B. Jeppsena są dowcipne i kreskówkowo urocze, a tłumaczka, Bogusława Sochańska, oddała wreszcie sprawiedliwość językowi, którym pisał Andersen. Nagle okazał się on być autorem często zwracającym się do czytelnika, cudnie złośliwym w portretowaniu bliskiej sobie rzeczywistości, z ogromnym dystansem do siebie i tego, co robił, a przede wszystkim używającym zupełnie normalnego języka, bez żadnych ozdobników. I tak, po latach, dość pokrętną drogą, weszły te baśnie Andersena do mojego życia na stałe.

A teraz, po tym przydługim wstępie, lista dziesięciu moich ulubionych opowieści z tego melancholijnego, ale jednocześnie całkiem wesołego – miejscami – i wypełnionego okropnościami – niekiedy – świata Duńczyka.

A wspomniane przeze mnie ilustracje Jeppsena możecie obejrzeć na stronie wydawnictwa Media Rodzina. Stamtąd też pochodzą te ilustracje, które ozdabiają ten wpis. Tu akurat ilustracja do baśni "Mała syrenka".
    Miejsce dziesiąte: Dziewczyna, która podeptała chleb/Czerwone trzewiczki

    Trochę oszukuję, bo tutaj aż dwie baśnie. Dlaczego? Dlatego, że traktują właściwie o tym samym: próżna dziewczyna, dla której wygląd liczy się bardziej niż inne wartości, dostaje fiksacji na punkcie obuwia. W pierwszym przypadku nie chce sobie go ubłocić, więc staje na chlebie wrzuconym w bagno i zapada się do królestwa warzącej piwo błotnej wiedźmy, w drugim ciągle myśli o ślicznych nowych trzewikach, więc zaklęta przez wiarusa nie może przestać tańczyć. Obie dziewczyny spotyka masa okropieństw, ale obie w końcu zdają sobie sprawę, że jest w życiu więcej rzeczy niż ładny wygląd, ba, że mogą one sprawiać dużo większą frajdę.

    Co w niej jest takiego? Chociaż morał jest dość nachalny w obu przypadkach i strasznie w nich dużo takiego surowego protestanckiego podejścia do dóbr doczesnych, to są bardzo ciekawe zamienniki takich klasycznych religijnych opowieści. Dodatkowo zapewniają obowiązkową w dobrej baśni dawkę makabry (jak wiadomo, tańczące samodzielnie po odcięciu stopy w czerwonych pantofelkach śniły się po nocach nie jednemu czytelnikowi).

    Miejsce dziewiąte: Cień

    Klasyczna w gruncie rzeczy opowieść o sobowtórze. Mam do niej słabość z kilku powodów: po pierwsze, opowiedziana jest w taki mocno tragikomiczny sposób, bo chociaż czytelnik od początku zdaje sobie sprawę, że danie własnemu cieniowi wolności skończy się źle, to jednak tytułowy naukowiec jest tak strasznie nieżyciowy, że powoli daje cieniowi zdobyć nad sobą znaczną przewagę. Opowiedziana jest językiem dosyć kolokwialnym („sprzątnąć po cichu” - tego domaga się narzeczona cienia), co kontrastuje z opowiadaną historią, a zwłaszcza z upierdliwymi przemowami uczonego, który tak się nastawił na napisanie Dzieła, że nie zauważa, że metody, którymi się posługuje, nie dość, że są chybione, to jeszcze uniemożliwiają mu tak naprawdę pisanie. No i było to moje pierwsze zetknięcie się z motywem sobowtóra, za każdym razem, kiedy znowu się z nim stykam, ta baśń przychodzi mi na myśl.

    Co w niej jest takiego? Przystępne wprowadzenie do motywu sobowtóra – także dla dzieci. Pokazanie, że nie można bezmyślnie ufać nawet samemu sobie i że zapatrzenie się w jeden punkt i cel skutecznie zawęża nam pole widzenia. Plus kąśliwa ironia.

    Ilustracja do baśni "Dzwon". Źródło.
    Miejsce ósme: Świniopas

    Próżna księżniczka nie chce przyjąć zalotów księcia z sąsiedztwa. Odrzuca wszystkie jego dary. Kiedy jednak ten przebiera się za świniopasa i zaczyna kusić ją wymyślanymi przez siebie zabawkami, zgadza się po kryjomu całować go za chlewikiem, byleby je dostać. Mam co do tej baśni mieszane uczucia, bo z jednej strony jako dziecko miałam mściwą satysfakcję, że głupawa królewna dostała za swoje, a z drugiej z dzisiejszej perspektywy myślę, że to jednak było prawdziwe, nomen omen, świństwo ze strony królewicza, że zszargał jej reputację i zostawił (mimo że sam musiał się nieco upodlić, przyjmując mało intratną i węchowo niezbyt atrakcyjną posadę świniopasa na sąsiednim dworze).

    Co w niej jest takiego? Odrzucając interpretację „bierz tego, kto uderza do ciebie w konkury, inaczej zostaniesz z niczym” - lubię wątek przedkładania prostych prezentów nad nawet najwymyślniejsze zabawki i wierszyk śpiewany przez jeden z wynalazków świniopasa. 
     
    Miejsce siódme: Pewna wiadomość

    Czyli jak działa plotka. Historia o tym, jak z jednego zgubionego przez kurę piórka nagle w sąsiednim kurniku opowiadano sobie mrożącą krew w kurzych żyłach historię o pięciu kokoszach-samobójcach. Jedna z tych weselszych, chociaż niepozbawionych moralizatorskiego zacięcia, baśni Andersena. Poza tym sowy mówiące po francusku, jak to się mówi, zawsze robią mi dzień.

    Co w niej jest takiego? Dowcipna ilustracja mało dowcipnego mechanizmu; kury jako bohaterki wcale nie mają ptasich móżdżków, za to są stworzeniami bardzo społecznymi i z dużą (aż za dużą) wyobraźnią.

     Jeszcze raz Jeppsen i "Dzwon". Źródło.

    Miejsce szóste: Szczęśliwa rodzina

    W wielkim ogrodzie przy dworze mieszka rodzina ślimaków. Największą ambicją rodziców-ślimaków jest trafić na dworski stół. Dzieciom się to za bardzo nie uśmiecha, ale jako dobrze urodzone ślimaki, dziedzice całego pola łopianów, jako tako wypełniają ślimaczy sen o pomyślności swoich rodziców. Uwielbiam żartobliwy, ale jednocześnie przerażający wydźwięk tej baśni. Świat z perspektywy ślimaków opisany jest przekonująco i w bardzo przemyślany sposób. A końcówka jest jak na Andersena zaskakująca (Wy też czekaliście, aż ślimaki w końcu zginą w garze? No właśnie).

    Co w niej jest takiego? Pięknie opisany świat ślimaków, które robią się jakoś takie bardziej przyjazne i bliższe sercu. W dodatku rozważania o przestrzeni i losie świata ze ślimaczej perspektywy – bezcenne.

    Miejsce piąte: Calineczka

    Tak naprawdę mój pierwszy czytelniczy quest fantasy. Bohaterka musi być dzielna i pokonać mnóstwo niebezpieczeństw, żeby odnaleźć lud podobnych do niej i szczęśliwą miłość. Po drodze jest nagabywana i wykorzystywana przez mężczyzn, którzy czują się od niej lepsi, bo jest mała – ale za to urodziwa. Bohaterka gromadzi sprzymierzeńców, którzy nie są może zbyt potężni, ale pomagają jej, jak umieją. Ma trochę szczęścia, a trochę sprytu i czaruje swoją osobowością, więc w końcu osiąga swój cel.

    Co w niej jest takiego? Sympatyczna bohaterka, której można kibicować, sporo ciekawych przygód, happy end, którego w innych popularnych Andersenach raczej brakuje.

    Miejsce czwarte: Ole zmruż oczko

    Kiedy kompletowałam sobie tę listę, pomyślałam z rozbawieniem, że ta baśń przypomina mi mocno Amber Zelaznego, i w sumie dlatego znalazła się tak wysoko. Czemu? Ano temu, że do nudzących się dzieci przychodzi ojciec chrzestny, a że się nudzą, to buduje przed ich oczami cały świat, biorąc różne elementy i wznosząc z nich przed ich oczami fantastyczną konstrukcję nowej rzeczywistości, w której już się nie nudzą, ale siedzą z rozdziawionymi paszczami i się zachwycają.

    Co w niej jest takiego? Przyznam szczerze, mam słabość do takich postaci – trochę tajemniczy, trochę przerażający ojciec chrzestny, ni to zwykły człowiek, ni to czarodziej, wpada od czasu do czasu i umila nudzącym się dzieciom dzieciństwo.

     "Mała syrenka", jak się zapewne domyślacie. Źródło.

    Miejsce trzecie: Kalosze szczęścia

    Okropnie złośliwy portret Kopenhagi czasów Andersena. W przedsionku salonu, wewnątrz którego bawią się wyższe sfery, zjawia się służka Szczęścia i Troska. Mimo przestróg towarzyszki, pokojówka Szczęścia zostawia w sionce kalosze, które spełniają życzenia tego, kto je włoży. Oczywiście wynika z tego masa nieporozumień wedle dobrze znanej zasady „uważaj, czego sobie życzysz”. A do tego: podróże w czasie, loty na Księżyc, rozważania o elektryczności i czemu podróżowanie wcale nie jest takie poetyckie, jak się wydaje, kiedy jest się zamkniętym w ciasnym dyliżansie z sześcioma innymi osobami przemierzającymi Szwajcarię.

    Co w niej jest takiego? Absolutnie zachwycający złośliwy humor (wymierzony także w profesję poety, którą Andersen odziera z majestatu i wykpiwa melancholijny nastrój, w którym poeta powinien się znajdować, żeby tworzyć), fantastyczne XIX-wieczne teorie o elektryczności, epizodyczna budowa opowieści. Dla każdego coś miłego.

    Miejsce drugie: Towarzysz podróży

    Osierocony Jan rusza w świat, żeby być dobrym człowiekiem. Przemierza ciemne bory, pełne nieboszczyków kościoły o północy, a przy boku ma tajemniczego wędrowca, który pomoże mu odczarować piękną królewnę spod uroku złego czarnoksiężnika. Baśń bardzo nietypowa dla Andersena, bo wyraźniej niż poetycką metaforę widać w niej ludowy rodowód. W swoich najlepszych fragmentach zbliża się do stylu Grimmów. Niepokojące jest co prawda nasuwające się przypuszczenie, że księżniczka wcale nie chce zostać odczarowana, bo ceni sobie wolność i niezamężność, ale z drugiej strony jest tam zły czarnoksiężnik, więc nie jest taka do końca wolna.

    Co w niej jest takiego? Ludowe mroczne krajobrazy wędrówki i ciągły niepokój, kim okaże się tytułowy towarzysz podróży. No i pokrzepiająca świadomość, że warto być dobrym człowiekiem, bo chociaż z daleka wygląda to na naiwność, to z bliska okazuje się być najlepszym życiowym wyborem.

    Miejsce pierwsze: Krzesiwo

    Zaczyna się od podłej zbrodni, której nie umiem bohaterowi wybaczyć: żołnierz morduje wiedźmę, która wskazuje mu ukryty w drzewie skarb. Jest nim krzesiwo, chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się, że skarby są ukryte w trzech skrzyniach w trzech komnatach wewnątrz spróchniałej wierzby. Skrzynie nie są takie zupełnie bez opieki, bo siedzą na nich trzy psy, jeden większy od drugiego ze specyficznym w dodatku szczegółem w psiej fizjonomii. Doceniłam tę baśń tak naprawdę-naprawdę dopiero po zobaczeniu, w jaki sposób ilustrator (wspomniany na początku Jeppsen) sportretował poczciwe psiska. Od tej pory, jak mam zły humor, sięgam sobie po tę baśń w tym wydaniu i czytam, i oglądam, i jak dochodzę do ostatniego zdania: „Wesele trwało tydzień, a psy siedziały z gośćmi przy stole i robiły wielkie oczy” (dla porównania przekład Beylin: „Wesele trwało cały tydzień, a psy siedziały przy stole razem ze wszystkimi i wytrzeszczały oczy” - już nie brzmi tak dobrze), to już czuję się zazwyczaj odrobinę lepiej.

    Co w niej jest takiego? Nieco okropny i zadufany w sobie bohater, ale można go jakość znieść, bo te psy są takie wspaniałe! Plus nieustający problem do rozgryzienia: jakim cudem nasz nieświetny główny bohater przeniósł ze skrzyni psa o oczach jak Okrągła Wieża w Kopenhadze?

No dobrze, teraz Wy możecie się pochwalić. Albo ewentualnie powybrzydzać na mój wybór (sama już trochę wybrzydzam, bo tyle baśni się nie załapało) i podać kontrpropozycje!

_____________

A jutro będzie recenzja książki, która mnie zachwyciła, chociaż po pierwszych trzydziestu stronach naprawdę rozważałam oddanie jej do biblioteki bez przeczytania do końca.

Weź dokładkę!

10 komentarze

  1. A ja najbardziej lubię "Królową Śniegu". Za to, że zupełnie odwraca fantasy quest, za postać Rozbójniczki, za zwierciadło, za wszystko generalnie. Ale "Calineczkę" też bardzo lubię.
    W baśniach "Dziewczyna, która podeptała chleb" i pokrewnych bardzo mi się podobała wyobraźnia Andersena, te wszystkie światy czające się pod powierzchnią bagien. Z jednej strony straszne, z drugiej fascynujące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Królową śniegu" też uwielbiam - ale pisałam o niej przy okazji książek o zimie, więc poczułam się rozgrzeszona :) - ale to jest doskonały przykład, że silne kobiece postaci w fantastyce istnieją w takiej baśniowej klasyce (Gerda jest doskonała!). Co do "Dziewczyny..." - zgadzam się, światy podziemne u Andersena są niesamowite (i zupełnie przerażające, to fakt).

      Usuń
  2. Uwielbiam baśnie Andersena! Mam w domu ich piękne wydanie, które niestety jest już troszkę podniszczone od ciągłego czytania.

    Patrząc jednak na Twoją listę baśni uświadomiłam sobie, że kojarzę tytuły, szczątki niektórych historii, ale faktycznie żadnej z baśni dokładnie nie pamiętam. A ponieważ planuję powrót do wszystkich książek dzieciństwa (zaczęłam od "Wakacji z duchami" oraz Sherlocka Holmesa) to i po Andersena sięgnę. Wszak na baśnie nigdy nie jest się za starym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że tak! I to jest wspaniałe w baśniach :). Od lat noszę się z powtórką "Wakacji z duchami", tak swoją drogą ;).

      Usuń
    2. Tak mi się właśnie widzi, że Andersen jednak pisał dosyć "dorośle". Przecież jego baśnie są momentami przygnębiające, a niektóre nawet przerażające. I chyba dlatego tak je uwielbiam :)

      A "Wakacje z duchami", chociaż lubię kontrasty (mocno śnieżną "Przygodę z owcą" Murakamiego czytałam na plaży), to jednak lepiej czytać w cieplejszej porze roku. Przy tej kupie śniegu za oknem, jakoś trudno mi wejść w klimat upalnego lata nad jeziorem.

      Usuń
    3. No, przed latem po nie nie sięgnę, ale z tego, co pamiętam, czytałam je po raz pierwszy jesienią i ten nastrój letniej plaży był mi dość bliski :).

      Co do samego Andersena: dużo baśni kierował jednak głównie do dzieci, chyba ta "dorosłość" wychodziła trochę przez to, że jednak zamierzał nadać im taki wysokoliteracki sznyt. Ale to właśnie sprawia, że możemy je czytać zawsze i wszędzie - zresztą, właściwie jak każdą książkę, na którą mamy ochotę :).

      Usuń
  3. "Ole Zmruż Oczko" to mój numer jeden- oswaja z trudnym tematem śmierci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Andersen wydawał się być szczególnie zafascynowany tym tematem - wiele jego baśni porusza ten temat, ale prawda, że nie we wszystkich robi to w najprzystępniejszy dla dziecka sposób.

      Usuń
  4. "Serce matki", "Matka" albo "Opowieść o matce", znam pod różnymi tytułami. Nie ma osoby, której nie przeraziłam, opowiadając ją (w dodatku ja dobrze opowiadam), włączając w to baaaardzo dorosła i zblazowaną klasę gimnazjalistów :D. Przejmująco smutna, chociaż ma IMHO skopane zakonczenie ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie właśnie to zakończenie najbardziej przyprawia o ciarki (bo nagle cała sprawczość matki się ulatnia, niewiele jej zostaje do działania w momencie, w którym okazuje się, że czegokolwiek by nie robiła, jej dziecko spotkałby taki a nie inny los), jest przerażająco nieodwołalne.

      Ale że nawet gimnazjalistów, no, no... :) Wczoraj jak grzebałam przy tej notce starannie ominęłam "Opowieść...", na pewno nie należy ona do baśni, do których często wracam, jestem podatna widać na przerażanie nią ;).

      Usuń