5 moich ulubionych poetów albo o dwóch procentach

Gdzieś kiedyś wyczytałam, że podobno tylko dwa procent naszego społeczeństwa czytuje poezję. Poezja ma u nas pecha, bo trudną ją nawet kupić. W zeszłym sezonie urlopowym spędziliśmy kilka wypraw do księgarń, usiłując zakupić „Klangor” Urszuli Kozioł, którego jak się okazało nigdzie nie mogliśmy dostać. W końcu z pomocą przyszedł internet i po odbiorze niewielkiej paczuszki poszliśmy na pizzę, żeby uczcić udany zakup (i częściowo go podczytywać, czego nie uważam za barbarzyństwo, bo jednak skoro przy jedzeniu czytuję prozę, to czemu nie poezję).

Poezja ma wiele zalet, i to w sumie takich, że każdy wśród nich znajdzie coś dla siebie. Można ją na przykład czytać, bo jest dużo krótsza od powieści. Dla lubiących się pośmiać znajdzie się zawsze coś zabawnego: jakiś wyjątkowo trafny rym albo lekki temat. Dla lubiących porozmyślać nad egzystencją i to najlepiej w czarnych odcieniach można wysyłać paczkami co poważniejsze tomiki. Ci, którzy w czytaniu najbardziej cenią sobie to, że autor nikomu do końca nie narzuca odbioru – są wprost stworzeni do czytania poezji.

A mimo to jakoś utarło się, że poezję czytają ponuraki, bardzo poważni ludzie, profesorowie, stara inteligencja i potomkowie szlachty. Mniej więcej w takim zestawie, może z kilkoma zmiennymi. Wpis o zaletach czytania poezji to byłby zupełnie inny wpis – dzisiaj za to chciałam Wam napisać kilka słów o mojej absolutnie ulubionej piątce poetów (kilku musiałam zepchnąć z pudła, ale schowałam ich zaraz w rękawie do jakiejś innej notki). W końcu teoretyzowanie „a jak by tutaj sprawić, żeby inni czytali poetów” trąci mi nieco za bardzo Musierowiczowską „McDusią”, więc dzisiaj zupełnie subiektywnie, do czyich wierszy lubię zajrzeć.

Bolesław Leśmian 
Pewnie gdyby tworzyć jakieś zestawienie ulubionych poetów ogółem, Leśmian byłby wysoko. Z charakterystyczną frazą, upodobaniem do przepięknych neologizmów, wyczynianiem cudów z językiem polskim, który chyba nigdy nie wydawał się bardziej giętki i ze specyficzną wyobraźnią, Leśmian jakoś przebił się w świadomości wielu. Trochę robi tu szkoła, bo jednak Leśmiana się tam czytuje (albo przynajmniej czytywało, w moich latach szkolnych „W malinowym chruśniaku” wzbudzało niezdrowe wręcz zainteresowanie), a trochę to, że zaadoptowano sporo jego wierszy na piosenki. Właściwie nic dziwnego, wiele z nich świetnie się do tego nadaje i wychodzi to bardzo naturalnie. Cenię sobie wysoko Leśmianowską melancholię za sprawami, które były albo być mogły, chociaż się nie wydarzyły i lubię – co pewnie Was nie zaskoczy – tę jego zdolność do wykorzystywania baśniowych motywów tak, żeby nie wydawały się oczywiste albo oklepane. Albo wręcz stwarzanie tych motywów – często łapałam się na tym, że kiwałam nad czymś mądrze głową, po czym stwierdzałam, że nie ma przecież takiej baśni i to Leśmian tak zręcznie wymyślił i baśń, i motyw, i poetyckie przetworzenie.

 Dzisiaj przy okazji będzie też muzycznie. Zamiast tradycyjnych ilustracji,
garść piosenek. Co prawda ten album aż tak mnie nie zachwycił, ale Adam
Strug pięknie śpiewa Leśmiana! 

Erwin Kruk 
Nazwa bloga nie wzięła się przecież znikąd. Kruk to poeta mazurski, obok Michała Kajki chyba najsłynniejszy, ale z zupełnie innego rejestru. Kruk, który stracił rodzinę w dramatycznych okolicznościach po 1945 roku, to poeta, któremu przyszło obserwować, jak cały świat fiknął kozła i wywrócił się do góry nogami, a wszyscy naokoło zachowywali się, jakby nic się nie stało. To, w jaki sposób umie on opisać przemianę Mazur, jednocześnie oddając trudną przecież przeszłość i wpleść w nią teraźniejsze obserwacje – naprawdę ciągle mnie zadziwia. Przecież jest w tym nie tylko gorycz i tęsknota, ale i takie delikatne zrezygnowanie, i jednocześnie przebaczenie, pogodzenie się z losem. Kruk umie odszukać to, co zostało stracone i przetrwało tylko w ulotnych powidokach pamięci – często przecież zawodnej – ale i odkryć w krajobrazie to, co tam kiedyś było i albo zupełnie znikło, albo w jakiejś formie się zachowało. Piękna poezja, chociaż na pierwszy rzut oka bardzo zwyczajna, bez żadnych wygibasów i podstępów językowych.

Karel Šiktanc
No mam pewną słabość do Czechów. A do Šiktanca to już zupełnie straciłam głowę. Nie dość, że to poeta absolutnie wszechstronny, bo tworzy i dla dzieci (cudowne rymowanki o zwierzętach, z których moja ulubiona to ta o starej sowie spod Krumlova), i dla dorosłych – zarówno na wesoło, jak i zupełnie na smutno. Šiktanc jest u nas właściwie zupełnie nieznany, a szkoda. Bo nie tylko sztandarowy tomik poety pokazujący szaloną tęsknotę związaną z przemijaniem, ale i nowsze dzieła wskazują na to, że to twórca, który nie zamyka się ani na nowości w sensie twórczym, ani na to, co niesie ze sobą świat. W tym roku w Czechach wyszło wznowienie jego dzieł wszystkich, na które odkąd się o tym dowiedziałam, postanowiłam zapolować. Przepięknie pisze Šiktanc o kosmosie, czyniąc z niego przestrzeń co prawda nadal tajemniczą i groźną, ale też ubogaconą w znaczenia, przez co nieco bardziej swojską i może chociaż z ociupinką takiego naszego, ludzkiego wkładu. 
A to z kolei cudny zespół, który z czeskiej poezji wybiera
perełki, żeby zrobić z nich jeszcze większe perełki.

e. e. cummings
To jest taki twórca w tym moim osobistym zestawieniu, o którym właściwie nic nie wiem. To znaczy oczywiście coś tam słyszałam, poczytałam sobie w sieci i tak dalej, ale tak na dobrą sprawę to jest jeden z tych przykładów, kiedy możemy o pisarzu nic nie wiedzieć i po prostu dobrze się nam go czyta. Lubię to, w jaki sposób Cummings pisze: tak jakby było mu wszystko jedno, co sobie pomyślimy po przeczytaniu. Coś tam rzuci tu i ówdzie, ale właściwie co wyczytamy z wiersza, to zależy od nas (sprzyja temu forma, uwolniona od norm językowych, ortograficznych, właściwie od wszystkich). Nie stroni od tematów trudnych, czasami lubi zaszokować, ale wszystko to przyjmuję trochę mając w głowie obraz poety, który wzrusza ramionami i mówi „a myśl sobie, co chcesz; whatever”.

Tadeusz Różewicz
Rzadki w moim czytelniczym dorobku przypadek, kiedy przeczytałam wszystko, co wyszło spod pióra jakiegoś autora. Różewicza przeczytałam i poezję, i dramaty, i nieliczne prozy, i poemat „Matka odchodzi”, wszystko. Zaczęło się od takiej nastoletniej fascynacji skomplikowanymi tematami ujmowanymi w bardzo „mroczny” sposób (wiecie, innymi słowy od słynnego „ocalałem, prowadzony na rzeź”), potem przeszło w fazę ciągłą głównie dzięki niesamowicie kompletnemu stanowi Różewiczów w wiejskiej bibliotece w miejscowości, gdzie spędzałam wakacje, a potem już jakoś tak zostało. Podoba mi się w Różewiczu ta konsekwencja, żelazna niemal, w tym pisaniu ciągle o tym samym, nieustannym odgrzebywaniu tematów, które nie chcą usunąć się w cień i wracają bez przerwy, ale i ta elastyczność w nowych wierszach, kiedy widać było, że poeta nie jest jakimś zamkniętym w przeszłości osobnikiem sparaliżowanym traumą, ale że żywo reaguje na to, co się wokoło niego dzieje – trochę pobłażliwie, trochę złośliwie, trochę jakby się dziwił, że jeszcze ciągle coś się dzieje, a trochę, jakby wszystko już było i nic nowego właściwie nie dało się wymyślić.

O, taki mniej więcej byłby mój wybór, chociaż tłok za tym małym podium jest może nie ogromny, ale spory. No i nie ma żadnej poetki, ale nie dlatego, że ich nie lubię albo nie czytuję, po prostu tak jakoś wyszło. Będzie temat na kolejną notkę w przyszłości. A teraz Wy – kogo byście wymienili pośród swoich poetów ulubieńców?

__________

Jutro w południe zapraszam na wpis lekki, łatwy i przyjemny, bo w końcu poniedziałek, człowiek potrzebuje podniesienia na duchu.

Weź dokładkę!

14 komentarze

  1. Szkoła zabiła we mnie jakikolwiek entuzjazm względem poezji. Jestem zdania, że teksty, a poezja zwłaszcza, mają tyle interpretacji ilu interpretujących, a szkoła to przekreśla każąc dostrzec w niej dokładnie to samo co widzi ktoś inny. Dlatego poezja jest dla mnie katorgą, bo od zawsze słyszę, że źle ją interpretuję. Może kiedyś się do niej przekonam, ale nie dziś. Teraz nadal mam w głowie szkolne reprymendy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w sumie jakoś koresponduje z dyskusją pod wpisem o wielkich pisarzach - tam też się zastanawialiśmy, jak to jest z tą rolą szkoły. To smutne, co piszesz, ale może sedno problemu tkwi w tym, że poezję dobrze jest czytać na własną rękę? Nie neguję tego, że dobrze jest mieć pewne wiadomości, ale najlepiej zdać się na własną wrażliwość. Życzę Ci jednak odkrycia "Twoich" poetów i radości z czytania poezji w przyszłości :)!

      Usuń
  2. Poezja jest fajna, ale od dłuższego czasu nie mogę się wpleść w rytm żadnego poety, nie sprawia mi przyjemności czytanie tak lubianego przeze mnie Herberta, tak potrafiącej przekazać piękno Szymborskiej, tak angażującego Baki, tak ciekawego pod względem słownictwa Wergiliusza... Więc czytam tylko to, co sam sobie napiszę, bo dopiero wtedy jestem stuprocentowo pewien, że wczuję się w rytm ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, te kryzysy chodzą po ludziach ;). Czytanie swojej twórczości to zawsze jest jakaś myśl, może też warto "wyskoczyć" poza swoich ulubieńców i poszperać jeszcze gdzie indziej? Wiesz, takie zaskoczenie czasem potrafi człowiek wyrwać z kryzysu ;).

      A na marginesie - bardzo lubiłam tłumaczyć Wergiliusza na łacinie, bo zawsze wydawał mi się taki przyjazny, jeśli chodzi o dobór słów (przynajmniej w eklogach), ale już na przykład do "Eneidy" podchodziłam kilka razy, zanim ją przeczytałam w całości za jednym razem (w tłumaczeniu - może to kwestia tego, nie wiem).

      Usuń
  3. Wydaje mi się, że statystyki, jakoby poezję czytywało 2% naszego społeczeństwa są zawyżone. Może 2% z tych, co w ogóle cokolwiek czytają. Bo rzeczywiście jest chyba takie przekonanie, że poezja to tylko dla, jak to ujęłaś "profesorów i potomków szlachty", ewentualnie dla "humanistów" i taki przeciętny konsument dóbr kultury podchodzi do niej z daleko posuniętą ostrożnością (co najczęściej oznacza, że w ogóle nie podchodzi). Zgadzam się z przedmówczynią, że to chyba taki wyniesiony ze szkoły, może podświadomy strach, że się nie odgadnie "co autor miał na myśli". (Zastanawiające, dlaczego ciągle narzekamy na szkołę).

    Do grona ulubionych zaliczyłabym Halinę Poświatowską. I też się podzielę piosenką:
    http://youtu.be/vfnyJwi1AL4

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, coś z tą naszą edukacją czytelniczą musi być nie tak - zwłaszcza w kwestii poezji, skoro tyle osób narzeka... Wydaje mi się, że z tymi dwoma procentami z tego procenta czytających masz rację, brzmi to bardzo prawdopodobnie (choć trochę jednak smutno). Dziwne jest zwłaszcza to, na co zwróciłaś uwagę - tego strachu przed zrozumieniem czy niezrozumieniem. Chyba jeśli chodzi o prozę tego nie ma (albo jest w jakimś minimalnym stopniu).

      A Poświatowska jest piękna, piosenki za to nie znałam. Dziękuję :)!

      Usuń
  4. Jest z poezją problem. Stała się tym dla literatury, czym opera dla muzyki: niszą tak odległą, że mityczną. Że nikt nie wierzy w osoby czytające poezję, czy słuchające opery dla przyjemności. Czytelnik poezji i miłośnik opery są dla społeczeństwa synonimami słowa "snob".

    A teraz po ty wstępie, jako snob pierwszoligowy sformułuję swój "Top 5", ale bez uzasadnień, aby nie kraść Ci miejsca na blogu:
    1. Rafał Wojaczek, który ocalił dla mnie poezję jako środek wyrazu dekadentów (antonim pojęcia "snobów").
    2. T. S. Eliot, bo jego "Marina", "Dry Salvages" i "Próżni ludzie" wczepiły się pazurami w pamięć, pod powieki, "gdzie wszystkie sny wiążą się koliście".
    3. K. K. Baczyński, który tworzył przepiękne obrazy swoimi porównaniami.
    4. J. Słowacki, który, jak powszechnie wiadomo, "wielkim poetą był". A tak naprawdę, za jego "Anhellego", "Lillę Wenedę" i "Króla-Ducha" - to pieśni naszego Osjana, którego nam brakowało.
    5. E. A. Poe, nie za jego rymy i rytmy zgoła odpustowe, lecz za nastrój, który wybrzmiewa niczym czarny, żelazny dzwon.

    Zaś co się tyczy E. Kruka: za jego znajomość i sympatię do niego masz u mnie wielkiego plusa. Nie spodziewałem się, że prócz kilku zapaleńców szuwarowo-bagiennych i polonistów z Olsztyna, ktoś go jeszcze pamięta. A żeby go do tego lubić, to już "szacun" (u mnie nie załapał się na pierwszą piątkę, ale jest w czołówce).
    "- To mówiłem ja, Jarząbek, trener trzeciej kategorii".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, snobowanie się poezją ma długą tradycję u nas, może dlatego taki obraz się utrwalił (chociaż nie uważam, że jest taki znowu prawdziwy, ale to inna sprawa). O, Wojaczek i Eliot znaleźli się u mnie bardzo blisko podium (ale ostatnio odświeżałam sobie Wojaczka i doszłam do wniosku, że zupełnie co innego widzę teraz w jego poezji niż w czasach nastoletnich, kiedy się Wojaczka czytywało). A Poego czytałam bardzo mało i głównie prozę, muszę podczytać, o.

      Hm, dla mnie Kruk był jakimś takim oczywistym wyborem czytelniczym w pewnym momencie, ale że mam inklinacje szuwarowo-bagienne, to w sumie wszystko jasne :).

      Usuń
    2. "Inklinacje szuwarowo-bagienne"... Żeglarka, czy kajakarka?

      Usuń
    3. Tylko wędrowniczka, za to lubująca się w terenach nadrzeczno-jeziornych :).

      Usuń
  5. Przyznaję, nie przepadam za poezję, wolę prozę. Ale lubię Szekspira, Gałczyńskiego od czasu do czasu poczytać, tylko zazwyczaj podobają mi się nie te najsłynniejsze. Lubię też konkretne wiersze (zawsze mnie wzrusza "Kot w pustym mieszkaniu" Szymborskiej i irytuje "Lubię, kiedy kobieta" Tetmajera), nawet jeśli poety w dużych dawkach nie trawię.

    Swoją drogą, kiedyś kupiłam antologię "100 most love poems" i bardzo mi się spodobała ta idea. Nie było w niej awangardy, same anglojęzyczne klasyki. Szkoda, że nikt nie wpadł na to, by coś takiego wydać po polsku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może są jakieś wybory wierszy na dany temat i po polsku? Nie widziałam co prawda na własne oczy, ale aż mi się wydaje niemożliwe, że nikt jeszcze na coś takiego u nas nie wpadł!

      Usuń
  6. Właśnie odkryłam dzięki temu wpisowi E. E. Cummingsa, jestem oczarowana! Dziękuję!
    Jestem w klasie maturalnej i szkoła bardzo mnie zraziła do poezji. Gdy na lekcji poznam nowy wiersz to najczęściej bywa tak, że intryguje mnie, dopóki nauczyciel nie zacznie go analizować, zabijając indywidualne podejście ucznia i tą nieuchwytność, niedopowiedzenia poezji, rozbierając ją na czynniki pierwsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma sprawy - niech się dobrze czyta! Bardzo się cieszę :).
      To przykre, że szkoła jakoś nie umie sobie poradzić z poezją (zabijanie niedopowiedzenia to chyba całkiem trafna diagnoza - sama pamiętam jeszcze przygody z kluczem maturalnym).

      Usuń