Empikgate albo ten wpis, który piszą wszyscy


Ostatnio gdzie się nie obejrzę, każdy pisze o tym, co dzieje się w Empiku, poleca wpisy, co dzieje się w Empiku albo w wolnej chwili zagaduje „a wiesz, co dzieje się w Empiku?”. Bombardowana ze wszystkich stron informacjami pomyślałam, że właściwie też mogłabym coś w tej sprawie napisać (skoro już postanowiłam, że piszę codziennie).


Dla wielu Empik to miejsce kultowe. W moim życiu Empik pojawił się bardzo późno, bo w wiejskiej okolicy, gdzie się wychowałam, mieliśmy księgarnie, ale na pewno nie Empik i chyba tak naprawdę pierwszy mój kontakt z tą siecią to wycieczka do któregoś większego miasta w liceum. Podobało mi się wtedy, że tyle tam książek – często niedostępnych w uroczej, ale małej księgarence, gdzie się okazyjnie zaopatrywałam – i że wszystko ma swój osobny dział. Ale później, kiedy miałam Empik dość blisko swojego domu, było mi do niego coraz bardziej nie po drodze. Zwłaszcza, że najczęściej kupowałam filmy, a nie książki (o, słodkie biblioteki!), a te zaczęły się okazywać tańsze – czasami dużo tańsze – u konkurencji.

Ale jednak Empik pozostał dla wielu synonimem Księgarni, tej księgarni pisanej od wielkiej litery. Nie przeczę, że to bardzo wygodny sklep, i że często są tam pozycje, które trudno znaleźć gdziekolwiek indziej (zwłaszcza czasopisma), ale z drugiej strony ta wygoda Empiku zaczęła się – przynajmniej dla mnie – sprowadzać bardziej do tego, że jest blisko, niż do tego, że wewnątrz jest przyjemnie i, no właśnie, wygodnie. W środku zaczął rządzić pewien chaos i przez dłuższy czas myślałam, że to kwestia dużej ilości klientów, a ja jestem aspołeczna. Ale coraz częściej znajdywałam pozaginane książki (które, swoją drogą, myślałam, że w końcu wylądują na przecenie, ale okazywało się, że jednak nie), powrzucane za inne stojące w pierwszym rzędzie i zagracone kąty, gdzie jeszcze kilka lat temu widywałam empikowych czytelników.

Trochę tendencyjnie, ilustracje z filmu o dużych i małych księgarniach. Źródło.


Potem doszła do tego sprawa z bestellerami Empiku. Kiedyś często zatrzymywałam się przy „Top 10”, żeby zobaczyć, co ciekawego ludzie czytają. Teraz zaczęłam słyszeć z coraz to innej strony, że dana książka stoi na wysokiej pozycji nie dlatego, że faktycznie tyle osób ją kupiło, ale że to zakulisowe działania na linii wydawca-dystrybutor. Swoją drogą nie natrafiłam nigdzie na oficjalne potwierdzenie tej wiadomości, ale tak czy inaczej do „topek” Empiku zniechęciły mnie tytuły, które zaczęły się tam windować. Można zwalić winę na nas, czytelników, że wybieramy sobie takie powieści do czytania, ale może właśnie jest odwrotnie i czytamy takim owczym pędem, i wszystko samo się napędza: stoi w „Top 10”, to czytam, a że czytam, stoi w „Top 10”. Specjalnie nie piszę „oni czytają”, a „ja nie czytam”, bo jednak każdemu się zdarza.

Bank rozbił ostatnio wpis na jednym z blogów o tym, w jaki sposób Empik traktuje pracowników. No i pojawiła się od razu grupa oburzonych na Empik („jak tak można, wyzysk!”), grupa kiwająca smętnie głowami („wiadomo, świat tak działa!”) i grupa oburzonych na pracowników („lenie, chcą kasę, a układać książek im się nie chce!”). Ale chyba nie tyle chodzi o to, żeby zająć jakieś wyraźne stanowisko w sprawie postępowania Empiku względem pracowników – bo takie zapewne zająć mogą głównie ci, którzy mieli z nim do czynienia jako z pracodawcą – ale o to, że to kolejna z wielu spraw w kolejce „demokracji konsumenckiej”, która pojawiła się w ostatnim czasie. Pewnie sporo osób prychnie teraz, że co to za wymysł. A mnie się wydaje, i staram się to uskuteczniać, że jednak mój wybór ma znaczenie. Że może jak ja, to jeszcze ktoś i tak dalej. Innymi słowy: jeśli mam wątpliwości, czy robienie zakupów w jakimś miejscu, kupowanie określonych produktów albo nabywanie rzeczy wyprodukowanych w konkretnym miejscu jest etycznie wątpliwe, to póki nie wyjaśnię wszystkich wątpliwości, staram się tam i tego nie kupować.

 Źródło (notabene artykuł o miłości do księgarni).


Dlatego argument „ale to takie wygodne!” mnie nie przekonuje. Więcej nawet, kojarzy mi się z niezbywalnym argumentem „bo to takie tanie!” albo „ale tego jest najwięcej!”, którym zasłaniamy się, kupując rzeczy z krajów, w których ich wytwórcy dostają za nie psie pieniądze albo rzeczy w inny sposób kogoś krzywdzące. W przypadku Empiku często znaczenie mają ceny: Empik jest zwyczajnie drogi. Miałam okazję jakiś czas temu rozmawiać z ludźmi, pracującymi w wydawnictwie. Przeraziła mnie informacja, że w tej chwili dystrybutor ma tak wielką marżę, że stanowi ona około połowy ceny książki. A z pozostałej połowy ma się wyżywić wydawnictwo (czyli tłumacz, korektor, redaktor) i autor (dlatego tak swoją drogą nie wierzę, że ewentualny upadek Empiku spowoduje jakiś niesamowity krach na polskim rynku księgarskim). A potem narzekamy, że książka droga, a literówek pełno, a bohaterowi zmienia się kolor oczu, a to tłumaczenie takie jakieś niezgrabne – po prostu nie miał kto tego wychwycić, bo wydawnictwo wydaje dużo, żeby się utrzymać, a zatrudnia coraz mniej ludzi – żeby się utrzymać.

To oczywiście nikogo nie usprawiedliwia, ale jest to problem dużo bardziej złożony. Dotyka jednak sedna innej kwestii: zgubnego monopolu. Empik jako taki właśnie monopolista sprawił nie tylko, że „jak cię nie ma na naszej półce, to nie istniejesz”, ale że z naszego obiegu zaczęły wypadać małe księgarnie. Nie wszystkie są takie urocze jak z filmu „Masz wiadomość”, ba – większość nie jest, co więcej wiele z nich zamieniło się w sklepy z podręcznikami, bo po inne książki częściej zaczęliśmy zachodzić do wielkich księgarni. To przykre, bo znowu mamy do czynienia z błędnym kołem: nie kupujemy w małych księgarniach, bo są brzydkie i sprzedają podręczniki, a robią tak, bo w nich nie kupujemy, a z czegoś muszą żyć. No, a poza tym te wielkie księgarnie wcale nie mają – pozostając przy filmowej metaforze – sympatycznej twarzy Toma Hanksa.

I jeszcze jedno, już zupełnie na koniec: nieustająco dziwi mnie, że argumentem, który najczęściej wyciąga się przeciwko Empikowi, jest to, że sprzedaje „pierdoły”, czyli całą gamę produktów kuchennych i do wyposażania wnętrz. To oczywiście jest wszystko związane z taką wizją księgarni jako świątyni książki (przez co te małe, „sklepy z podręcznikami”, obrywają drugą stroną tego przekonania jak rykoszetem). Idąc tam, chcemy się poczuć kulturalni, a nie spoglądać na rząd suszarek do sałaty. Ale wiecie co? Mam suszarkę do sałaty z Empiku, kupioną lata temu, jakoś na początku wprowadzania do Empiku produktów tego typu. Była w przecenie i tańsza od książki, po którą tam poszłam. Książkę kupiłam ostatecznie gdzie indziej, suszarka jest kolorowa i dobrze mi służy. Oczywiście, nie po to tam poszłam i oczywiście, na rzecz półek z tymi suszarkami w wielu Empikach polikwidowano mało intratne działy (ze smutkiem przyjęłam zredukowanie albo zniesienie działów z poezją). Ale chyba można potratować księgarnie trochę jako odbicie lustrzane preferencji czytelniczych społeczeństwa.

Uderzyło mnie to w chwili, kiedy zdałam sobie sprawę, że w takiej dużej czeskiej sieci księgarni (o wdzięcznej nazwie Luxor) każda książka znajduje swoje miejsce: i proza, i poezja, i różne dziedziny sztuk i nauk. W Empiku działów z taką na przykład teologią nie ma. Może dlatego, że kupujemy i czytamy mniej, a może dlatego, że Empik jest zły. A może prawda leży jak zwykle gdzieś tak pośrodku.

__________

A jutro piątek trzynastego. Wpis będzie stosowny do okazji (zabrzmiało złowrogo, tfu, tfu!).

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Działy w Empiku kiedyś były, ale potem jakby zniknęły. Co, przy częstej zmianie ustawienia, nawet mnie nie dziwi. Nie przeszkadzają mi suszarki do sałat, kawiarnie czy kubki termiczne. Nie podoba mi się chaos, za mała załoga sklepu, czy brak na półkach książek, które nie są bestsellerami i zniszczone egzemplarze.

    Empik ma już kilku konkurentów na polu dużych księgarni- w Warszawie najprężniej chyba działa Matras, gdzie póki co są głównie książki, planszówki i artykuły papiernicze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matras to jest w ogóle ciekawa historia, bo pamiętam, że kiedyś to był taki "biedny brat Empiku", potem był nieustannie w likwidacji i wyprzedaży, więc chodziło się tam pogrzebać w pudłach z książkami za pięć złotych (dorobiliśmy się wtedy głównie kolekcji dziwnych niemieckich powieści współczesnych ;)), a teraz faktycznie wydaje się, że wyrasta na jedną z najciekawszych sieci księgarni.

      Usuń
    2. I nadal mają te dziwne wyprzedaże ;). Przynajmniej mieli, kiedy ostatnio odwiedziłam księgarnię, bo w trosce o moje finanse staram się więcej korzystać z bibliotek, ewentualnie kupuję książki w Internecie.

      Usuń
    3. Oni ciągle mają jakieś wyprzedaże, ale ostatnio nie widziałam już tych pudłowych (może powinnam pozwiedzać inne Matrasy, chociaż czuję, że chyba już mi wystarczy dziwnych powieści póki co) :-).

      Usuń
    4. W elbląskim mają te pudła, choć czasem lądują w nich filmy.

      Usuń
    5. O, ja już dawno tych pudeł z filmami nie widziałam, a faktycznie były.

      Usuń
  2. Coż ;) Mnie Empik kojarzy się z pierwszymi randkami między działem z komiskami, a poezją ;) Gdy miałam 15 lat często tam chodziłam, przeglądać czasopisma, które kosztowały 15/20 zł i dla nastalotki były średnio dostępne ;) Zresztą pamiętam czasy, gdy w Empiku koło Renomy ( Wrocław) przesiadywało się godzinami na kanapie i wertowało najnowsze książki ;) Teraz nie jest tak przyjemnie i zaczynam preferować małe księgarnie, antykwariaty, gdzie mogę porozmawiać z obsługą i przyjść na ciekawe wieczorki autorskie :)
    Empik jest i pewnie będzie, ale po tym, gdy dowiedziałał się ile będę zarabiać za 3/4 etatu, stwierdziłam, że to zupełna pomyła i staram się unikać, jak mogę :)
    Pozdrawiam, bardzo ciekawy wpis ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :).
      Właśnie tak jest: z Empikiem wielu z nas ma miłe wspomnienia, ale to jednak nie jest tak, że firma nie ewoluuje a wraz z nią nie ewoluują realia (rynkowe, wydawnicze i inne). Dlatego tym bardziej jest to smutne.

      Usuń
  3. Tak myślałam, że dziś będzie o Empiku.:) Też chciałam napisać o tym notkę, ale w sumie w swojej zawarłaś już właściwie wszystko, co o tym przybytku myślę, więc dam sobie spokój.

    Dodam jeszcze, że olsztyński Empik przez jakiś czas (krótki bo krótki, ale jednak) miał mały regalik z książkami pourazowymi, które kosztowały kilkanaście złotych. Sama swojego Riordana stamtąd mam. Szkoda, ze już tego nie praktykują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki regał pourazowy widziałam tylko w empiku-outlecie kiedyś - szkoda, bo jednak są takie książki, które z chęcią kupimy po niższej cenie, jeśli nie zależy nam jakoś specjalnie na ich oprawie. Nawet się wtedy wahałam, czy nie wziąć kilku pouszkadzanych tomów Amberu, bo były za jakieś kilka złotych, ale cieszę się, że się nie skusiłam - między innymi dlatego, że teraz wyszło to wznowienie :).

      Usuń
  4. "Można zwalić winę na nas, czytelników, że wybieramy sobie takie powieści do czytania, ale może właśnie jest odwrotnie i czytamy takim owczym pędem, i wszystko samo się napędza: stoi w „Top 10”, to czytam, a że czytam, stoi w „Top 10”. Specjalnie nie piszę „oni czytają”, a „ja nie czytam”, bo jednak każdemu się zdarza."

    Akurat Top 10 to jest półka na której są faktyczne najlepiej sprzedające się książki - z tym że warto zwrócić uwagę że większość to książki "najlepiej wystawione", czyli publikacje wydawnictw z Grupy Wydawniczej Foksal. Za "Bestsellery" i "Nowości" już trzeba słono płacić. Trzeba też płacić za sam fakt, że książka znajdzie się okładką do czytelnika. Dodatkowo koszmarem dla wydawców jest tzw. "magazyn centralny" i "system". Sytuacja jakiś czas temu wyglądała mniej więcej tak: ukazuje się książka w nakładzie 4000 egzemplarzy. Empik zamawia jej do magazynu centralnego... 100 egzemplarzy, z których po egzemplarzu trafia do jego 100 salonów. Ponieważ książka dość fajna, to te 100 egzemplarzy się sprzedaje w ciągu 2 dni mimo kiepskiej ekspozycji. No więc wydawca zwraca się do Empiku z pytaniem, czy nie domówi więcej. Empik oznajmia "Niestety nie, system przyjmuje tylko nowości oraz książki których sprzedała się duża ilość - Państwa książki sprzedało się tylko 100 egzemplarzy...". Teraz jest już trochę lepiej, ale jest inna kwestia - "system" domaga się od wydawców okładek dużo przed premierą książki. Jeśli okładka się zmieni, co zdarza się często, również z winy samego Empiku (tak, firma Empik potrafi przekonać wydawcę że jeśli książka będzie miała zbyt oryginalną/odbiegającą od typowej dla gatunku okładkę, to nie ma szans na promocję) - nie ma możliwości jej podmiany w "systemie", wskutek czego sprzedawcy błądzą wśród półek w poszukiwaniu książki, która wygląda zupełnie inaczej niż w magicznym systemie.

    Ech, praca w wydawnictwie leczy z wielu złudzeń...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam o tej praktyce płacenia za wystawianie okładką do przodu, ale nie byłam pewna, czy to nie plotka. To smutne, co piszesz, zwłaszcza o absurdach tego "systemu". A już sprawa z okładkami - dziwna rzecz, żeby sieć księgarni dążyła do unifikacji sprzedawanego towaru. Przecież zupełnie nie tak powinno to wyglądać (zwłaszcza w literaturze dziecięcej, ale przecież nie tylko). Swoją drogą, właśnie to mnie w całej sprawie tak uderza: ta dzika siła, którą ma największa firma, że może wpłynąć na takie rzeczy, które zdawałoby się leżą poza jej kompetencjami i poza możliwościami.

      Usuń
    2. Sieć dąży do unifikacji bo widzi co kupują ludzie, a ludzie przede wszystkim oceniają książkę po okładce i kupują książki, bo są podobne do innych książek. Więc jeśli fantasy, to musi być elf i smok, jeśli fantasy szlacheckie to sarmata z wąsem, jeśli steampunk to facet w pilotce/kobieta z parasolką, sterowiec i zębatki. Jest cała masa świetnych powieści dla kobiet osadzonych w realiach Bliskiego Wschodu - trudno je od siebie odróżnić, wskazać lepsze czy gorsze bo na wszystkich jest pół kobiety w burce z widocznymi oczami :) A wszystkie powieści erotyczne muszą lecieć Greyem. Czasem pojawi się jakiś wyrodek z "przełomową" okładką, np. "Dom nad rozlewiskiem" i nagle okazuje się że sprzedają się książki z domem na okładce - no to bach, nie chcemy już kobiecych sylwetek na powieściach kobietych, chcemy urokliwe domki z ogrodem!!! Odstępstwa karane są gorszą ekspozycją. Pół biedy jeśli wygląd okładek zgadza się z treścią, ale zdarza się że dobre książki są krzywdzone gorszymi okładkami a wydawcy godzą się na ustępstwa żeby trafić do szerszej publiczności...

      Usuń
    3. No tak, może źle się wyraziłam, bo widzę mechanizm stojący za tą uniformizacją, ale nie podoba mi się on z różnych względów. Raz, że tak jak mówisz, nagle wszystkie powieści robią się do siebie podobne i nie wiadomo zupełnie, która jest dobra, a która żeruje na popularności jakiegoś pisarskiego trendu. Dwa, bo to sprzyja rozleniwieniu czytelnika (e, nie sprawdzam o czym to, ma domek na okładce, biorę, pewnie będzie podobne). Rozumiem - i cenię - wydawanie jakieś serii wydawniczej albo książek jednego autora w jednej oprawie graficznej, ale poza tym wszystko, co opisujesz, jest raczej smutne, a na pewno nie chwalebne. Poza tym ta sprawa gorszych okładek, które mają trafiać do szerokiej publiczności, denerwuje mnie już od jakiegoś czasu (zwłaszcza, że często-gęsto zupełnie nie odnosi zamierzonego skutku, a tylko dostajemy po prostu lubianą książkę w złej oprawie).

      Z drugiej strony to jest ciekawy temat, takie okładkowe trendy. Co się daje na okładkę, co się sprzedaje i czemu, co jest obowiązkowym zestawem okładkowym w danym gatunku literackim etc. :) A na marginesie - w jednej z bibliotek, z których korzystam, panie obkładają starsze książki w kolorowe gazety. Do dzisiaj pamiętam "Udrękę i ekstazę" Stone'a obłożoną w gazetę z półnagimi męskimi modelami :).

      Usuń
    4. Od niektórych okładek rzeczywiście wolę półnagich modeli :)

      Usuń
    5. Mnie przede wszystkim fascynuje dobór tych obkładek - ale zawsze jak pytam, to dana pani nie wie, bo obkładał je kto inny :)

      Usuń