Kiedy Kupid nie ma cela albo jakich książek lepiej nie czytać w Walentynki


Słuchajcie, może nie uwierzycie, ale to był chyba drugi czy trzeci mój pomysł na wpis, który miałam w notatniku, kiedy zaczęłam myśleć o założeniu tego bloga. A wszystkiemu winna nastoletnia trauma – którą pomyślałam, że dobrze się będzie w końcu podzielić. No dobrze, żartuję. Ale tylko trochę.


Otóż pamiętam jak dziś, że jako nastolatka, mieszkająca w małej wsi zagubionej wśród lasów, miałam do nowości wydawniczych dostęp właściwie żaden. Dlatego każda nowa książka, która pojawiała się w moim zasięgu, budziła niemalże niezdrową ekscytację. Także kiedy przyjaciółka wręczyła mi w piątek po szkole „Nostalgię anioła”, cała szczęśliwa ułożyłam sobie książkę przy łóżku i sobotę spędziłam na czytaniu. Nie wiem, czy znacie tę powieść – Alice Sebold opisuje w niej historię dziewczynki, która zostaje zgwałcona i zamordowana, a morderca pozostaje na wolności. Główna bohaterka, już po śmierci, opowiada z zaświatów historię swojej rodziny, która musi sobie radzić z jej nagłą stratą i swoje stany psychiczne. Do dzisiaj tak naprawdę nie umiem powiedzieć, czy jest to książka dobra – miejscami jest wstrząsająca, kiedy indziej ociera się o kicz – ale na pewno robi wrażenie i pozostaje w pamięci. I tak spędziłam sobie całe Walentynki te kilkanaście lat temu, bo od książki zupełnie nie mogłam się oderwać. Ale nie powiem, żeby to był najlepszy sposób na spędzenie takiego dnia.

Bo widzicie, jeszcze dwie sprawy. Pierwsza: naprawdę nie mam nic przeciwko Walentynkom. Wiem, że dobrze jest mówić, ze to kicz, zachodnia tradycja, Słowianin to tylko Noc Kupały i tak dalej, ale ja zwyczajnie mam taki ugodowy charakter, że nie widzę nic zdrożnego w tym, że można mieć więcej niż jeden dzień, kiedy miło jest się przynajmniej poprzyglądać, jak ludzie wręczają sobie te miśki i róże. Bo dlaczego nie. A druga: mój stosunek do melodramatów jest, powiedzmy, problematyczny. Przez długi czas miałam na nie alergię, teraz może też jakoś straszliwie za nimi nie przepadam, ale dobrze napisany melodramat zniosę. W każdym razie, po tych wstępnych uwagach, przedstawiam Wam mój spis czterech rodzajów książek, które na klasyczny miły Walentynkowy wieczór nie są takim znowu najlepszym wyborem.



Powieści, w których główna heroina ma być urocza, a jest głupia – a wszystko oczywiście idzie jej jak z płatka. Nie wiem, czy znacie to uczucie: czytacie sobie spokojnie, książka ma ładną okładkę, ciekawy opis, ekspozycja jest niezła, zawiązanie akcji też, tło obyczajowe całkiem, całkiem, ale... Ale na rany kota, czemu ta główna bohaterka jest tak straszliwie, niewyobrażalnie głupia? W dodatku wychodzi na to, że autor wcale tego nie widzi, po prostu uważa, że stworzył słodką istotkę, która podbije serce czytelnika tak szybko, jak innych pałętających się po fabule bohaterów, gotowych słać heroinie pod stopy swoje marynarki, oddawać domy i dziedzictwo wielopokoleniowych arystokratycznych rodzin, no i kochać ją na zabój. Podczas gdy jedyną rzeczą związaną z sercem, którą ma ochotę zrobić czytelnik, to wbić słodkiej heroinie sztylet prosto w jej własne i zacierać z uciechy ręce, że teraz reszta, sympatycznych przecież całkiem, bohaterów może jakoś zagospodarować fabułę dla siebie.

Powieści, w których jeden z bohaterów jest śmiertelnie chory – uściślając: a rzecz jest o miłości. A Wy, tak jak ja, macie mieszany stosunek do kryminałów. Bo to się nigdy dobrze nie kończy. Co prawda w moim domu rodzinnym podobne powieści czyta się pasjami, co mnie jakoś nieustannie dziwi i odkąd się wyprowadziłam, patrzę nawet na to z pewnym sentymentem – zwłaszcza odkąd zminimalizowałam niebezpieczeństwo, że ta właśnie książka, którą z nudów zaczęłam czytać, a którą ktoś tu wcześniej odłożył, jest melodramatem. Po prostu strasznie nie lubię podobnych historii, które nie dają żadnej nadziei czytelnikowi, po prostu wiemy, że któreś z tej dwójki zachoruje i umrze, co ma nam złamać serce i pozwolić popłakać. Ja w takich momentach zamiast płakać, złoszczę się na autora, bo przecież miał możliwości, a postanowił napisać fabułę według klasycznego schematu. I jasne, bohaterów mi żal i współczuję im (chyba że przy okazji powieść spełnia kryterium pierwsze), ale przede wszystkim wkurzam się na autora.


Powieści, w których rozwiązanie fabuły jest zupełnie niedorzeczne – może dla ilustracji, o co mi chodzi, anegdota. Anegdota, która nie wynika z mojego osobistego doświadczenia czytelniczego, ale zdarzyła się pod mym dachem, więc zawłaszczam. Jest taka powieść Jerzego Sosnowskiego, której tytułu nie pomnę, która opowiada intrygującą historię miłosną, wiecie: on, ona, jakiś problem, wielkie miasto, problem jakoś tam się udaje – bądź nie – rozwiązać, znowu jakiś kolejny problem i tak dalej. Co ja się nasłuchałam komplementów pod adresem tej książki: że tacy bohaterowie z krwi i kości, i to tło obyczajowe takie sensowne, no po prostu ci, co psioczą na współczesną polską prozę nie mają w ogóle sumienia. Aż tu nagle pod sam koniec okazuje się, chociaż nic wcześniej na to nie wskazywało, że główna bohaterka jest cyborgiem. I nagle obyczajówka zmienia się w matriks, helikoptery, kosmici, panie kochany, czego tam nie ma. Do dzisiaj, za każdym razem, jak się u mnie w domu zapewnia po jakichś 50-100 stronach, że coś jest doskonałą prozą, pada zdanie: „no, no, na pewno okaże się, że bohaterka jest cyborgiem”. No więc sami rozumiecie.

Powieści, w których bohaterce przytrafiają się same złe rzeczy – to trochę taki przykład z „Nostalgią anioła”, ale niekoniecznie. Bo od czasu do czasu coś tam się bohaterce (albo bohaterowi, ale mam takie wrażenie, że częściej jednak autorzy lubią spuszczać plagi egipskie na bohaterki) przydarzy dobrego, ale ogólnie przemierza ona świat przedstawiony, żeby być regularnie upadlana, bita, ciemiężona i nie wyciągająca z tego żadnych wniosków, bo konstrukcja fabuły skutecznie jej to uniemożliwia. I nawet jak już dochodzi do jakiejś sytuacji, z ktróej bohaterka musi, po prostu musi wyjść zwycięsko, to stacza się jeszcze bardziej w dół, a to przysłowiowe światełko, to oczywiście pociąg. Przykłady można by tu mnożyć.

Tyle wymyśliłam, na pewno to nie wszystko i jeszcze na coś bym wpadła, ale skoro Walentynki już jutro – to kończę pisanie. Na pewno Wam przyjdzie jeszcze jakaś literacka konstrukcja na myśl.

_______________

Na niedzielę wpis szykuje się miły, sympatyczny i zabawny, a także odrobinę kulinarny.

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. Jakoś mi się nasunął jako reprezentant ostatniego typu tytuł "Justyna, czyli nieszczęścia cnoty", autora nie pamiętam... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, de Sade (chyba się nie mylę) - nie przeczytałam całości, ale tak, zdecydowanie to ten typ ;).

      Usuń
  2. Z pierwszego przykładu to z moich ostatnich lektur "Mechaniczne pająki" - miałam nadzieję, że wreszcie któryś z bardziej ogarniętych bohaterów przełoży pannicę przez kolano i porządnie jej wkropi na wyprostowanie charakteru.

    A co do ostatniego typu, to tak sobie myślę, że cykl "Oko jelenia" Pilipiuka by pasował. Zasadniczo bohaterka zostaje zgwałcona, umiera, zmartwychwstaje, zostaje porwana, wielokrotnie zgwałcona, okaleczona, zarażona kiłą, umiera, zmartwychwstaje, zostaje porwana, zostaje odbita, a potem się mści. A przeżywając te wszystkie przygody martwi się tylko tym, że nie będzie dziewicą na własnym ślubie. *facepalm*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No w ogóle jakoś polska fantastyka celuje w tych udręczonych heroinach (chociaż troszkę upraszczam i troszkę jestem niesprawiedliwa, bo nie tylko polska) - przecież taka chociażby sztandarowa "Achaja" to też jest ten schemat, a to przykład pierwszy z brzegu.

      Usuń
    2. Achaja to nawet nie jest udręczona heroina, to jest spełnienie fantazji erotycznych nastoletniego targetu. Czego tam nie ma: upokarzanie, przemoc, gwałty, wielokąty wszelakie, kocice, lesbijki... I tylko logiki brak. Polecam analizy pierwszego tomu, wytknięto wszelkie logiczne niespójności, bzdury i paskudne poglądy autora wylewające się z tekstu - http://niezatapialna-armada.blogspot.com/2012/08/185-eb-jak-bania-czyli-ksiezniczka-w.html

      Wydaje mi się, że fantastyka zachodnia już z tego trendu wyrasta, tzn. dręczenie ciągle jest w modzie, ale częściej się jednak dręczy panów (plus, przemoc wobec mężczyzn ma jednak inną percepcję niż wobec kobiet). No i celem takiego czy innego dręczenia nie jest już spełnianie fantazji, tylko raczej udowodnienie, że taki ze mnie postępowy i realistyczny autor bez tabu.

      Usuń
    3. Tak, ale tak sobie myślę, że często to dręczenie bohaterki wiąże się z tymi fantazjami (plus bywa mylnie odczytywane jako kreowanie silnej bohaterki - analiza "Achai", o której wspominasz, fajnie to wypunktowuje; szkoda, że Niezatapialna nie zajmuje się częściej książkami). To znaczy: zobaczcie, wcale nie dręczę tutaj kobity dlatego, że tak mi się zamarzyło, ale mam literacki cel, o, tutaj. Ten kamuflaż jest słaby, ale spotykając się z taką prozą w wieku nastu lat można tego zupełnie nie zauważyć (przecież fanami "Achai" nie są tylko czytelnicy, ale i czytelniczki, tak swoją drogą).

      I tak sobie myślę też w świetle tego, co piszesz o fantastyce zachodniej - że temu, że ten trend znika, sprzyja pojawianie się coraz większej liczby kobiet piszących fantasy. Może to za łatwa diagnoza, ale u nas też odkąd piszących pań jest więcej, mniej jest dręczonych do upadłego bohaterek w skąpych wdziankach. I oczywiście masz rację z tymi rodzajami przemocy - do tego dochodzi chyba jeszcze taka pogoń za realizmem (dobrze widoczna zwłaszcza w fantasy stylizowanym na taką lub inną epokę historyczną).

      Usuń