Niemcy, których nie było albo o „Niemcach na peryferiach Europy” K. M. Gaußa


Właściwie to ten reportaż wpadł mi w ręce przypadkiem. Bo niespecjalnie przepadam za reportażami. Zawsze zadaję sobie pytanie, co właściwie przyświeca autorowi przy pisaniu, bo analiza jest zwykle siłą rzeczy nie do końca wyczerpująca, samo dla siebie opisanie jakiegoś zjawiska społecznego mnie nie przekonuje, i nie wiem w końcu, jak mam taki reportaż czytać. Ale z racji zainteresowań – co zresztą widać w nazwie bloga – skusiłam się na tomik Gaußa. Tym bardziej, że leżał biedny w taniej książce chyba już od jakiegoś czasu, więc skusiłam się też na przekornej zasadzie: o, reportaż z Czarnego leży i go nie wykupują? Co jest grane?


Może na początek dwa słowa wprowadzenia. O czym są reportaże Gaußa? Otóż autor podróżuje po trzech krajach, Litwie, Słowacji i Ukrainie, i szuka rozrzuconych po nich dawnych osad niemieckich. Stąd ci Niemcy w tytule. Perferie też można by jakoś zrozumieć, ale chodzi o kontekst. Bo ci Niemcy, do których Gauß dociera, to nie są tacy Niemcy, co to mieszkają za naszą zachodnią granicą – to są potomkowie dawnych osadników, z trzynastego wieku albo osiemnastego, albo jakoś spomiędzy, którzy przetrwali czas, kiedy niedobrze było być Niemcem w Europie Środkowej, czasami zachowując język i kulturę, a kiedy indziej – częściej – próbując się zasymilować z narodem w danym państwie większościowym. A nie było to takie znowu łatwe, bo po wojnie, co łatwo można sobie wyobrazić, wiedza o tym, że ktoś jest Niemcem mogła być orężem do walki przeciwko takiemu komuś. Toteż rodzice wychowując dzieci nie uczyli ich już języka i sami starali się jak mogli nie wyróżniać z tłumu. Do tego dochodzi kwestia wysiedleń – w dwóch opisywanych krajach, które były przecież częścią Związku Radzieckiego, osoby uznane za Niemców często przymusowo przesiedlano w głąb kraju, za Ural albo do Kazachstanu, a powodem tego nie była czyjaś wywrotowa działalność, ale deklarowana narodowość.

Dzisiejsze ilustracje to pocztówki niemieckie z tych miejsc,
w których mieszkali lokalni Niemcy w Europie Środkowej. Wszystkie
stąd. Muszę Wam kiedyś napisać o książkach wyłącznie ze starymi
niemieckimi pocztówkami (chociaż nie wiem, czy taki post cieszyłby
się jakąkolwiek popularnością, ale miałabym radości a radości).

Gauß zastaje zatem w trzech odwiedzonych przez siebie krajach potomków takich właśnie ludzi albo tych, którzy te czasy pamiętają. Opisuje specyficzne podgrupy, które wytworzyły się w ramach tych społeczności i w tym przypadku wędrówka z nim jest fascynująca: przez stowarzyszenie Wolfskinder z Wilna, czyli dzieci, które zgubiły się w czasie ucieczki z Prus Wschodnich, przez wieś hopgarcką, w której do dziś rozbrzmiewa specyficzny dialekt niemiecki na słowackim Spiszu, aż po zagubioną wśród – dosłownie – niczego Kudrjawkę na Ukrainie, dokąd ściągnięto wysiedlanych w latach 40. do Kazachstanu Niemców czarnomorskich i ich potomków.

No, ale dobrze, ale dlaczego w takim razie nie pieję z zachwytu? Powody są co najmniej dwa.

Powód pierwszy jest taki, że nie do końca umiem powiedzieć, o co Gaußowi chodziło. Bo owszem, daje nam wgląd w sprzeczności, jakimi rządzi się bycie Niemcem na Wschodzie (o tym zaraz) dzisiaj. Często osoby, które deklarują niemieckie pochodzenie, chcą tylko wyrwać się na Zachód, tymczasem nie tylko, że nie znają niemieckiego, to jeszcze nie bardzo wiedzą, co by tej ich niemieckości miało dowieść. Wojna i to, co stało się po niej, zniszczyły ich kulturę i tradycyjne, często wielonarodowe społeczeństwa, w których żyli. Ale Gauß nie analizuje zbytnio przyczyn tego, czemu coś się stało. To prawda, podaje dość obszerne wyimki z historii Niemców na owych opisywanych przez siebie peryferiach, zapuszcza się w mroczne zaułki poplątanej historii, ale z rzadka decyduje się zapytać o tę deklarowaną przez swoich bohaterów przedwojenną idyllę. Bo taka właśnie jest opowieść o przedwojennym życiu na Wschodzie: zgoda, harmonia i rozwój. Czasami, delikatnie, coś zgrzyta, jak w opowieści o wileńskich Żydach albo kuszeniu Wolfskinder przez różne neonazistowskie organizacje. Ale na ogół pozostajemy przy dziwnej wizji wygładzonej przeszłości, z której nie do końca wiadomo jak przeskoczyliśmy do epoki, kiedy nie da się już porozmawiać z wnukiem w swoim domowym języku. I nie mówię tutaj o kwestiach związanych z nazizmem – o tym Gauß pisze często i nie zataja żadnych szczegółów.

Po drugie – książka jest przetłumaczona, z braku lepszego słowa, dziwnie. Pierwsza część, poświęcona Niemcom z Litwy, pisana jest w bardzo suchym stylu, tak że reportaż, gdyby nie temat, w ogóle nie byłby interesujący. Znajdują się tam różne przypadki bardzo mechanicznego przekładu w rodzaju: „miał bardzo traumatyczne przeżycie“. Na początku myślałam sobie: „cóż, taka uroda przekładu, trudno“, ale... Ale potem robi się lepiej. Może tłumaczka się rozkręciła, może pierwsza część w oryginale jest wyjątkowo nieprzystępna – nie wiem. W dodatku razi niekonsekwencja w używaniu nazw: bo raz miejscowość jest spolszczona, a niemiecka dawna nazwa wrzucona w nawias, w innych wypadkach jest nazwa niemiecka z miejscową w nawiasie, niekiedy jeszcze inaczej i trudno się połapać w autorskich – czy tłumacza – intencjach.




W każdym razie: faktem jest, że najlepszym fragmentem książki jest środkowa część o Niemcach ze Słowacji. Wyróżniają się oni na tle dwóch pozostałych grup: wysiedleni z Czechosłowacji podobnie jak czescy Niemcy z tak zwanych Sudet, mieli często możliwość powrotu, a i wysiedlenia nie były tak jak na terenie Czech bardzo mocno restrykcyjne. W dodatku Gauß świetnie pokazuje wewnętrzny podział tej grupy, który nie przebiega na tle wyłącznie politycznym, ale faktycznie ma różne swoje regionalne odłamy. Widać jednak w tej części chyba najbardziej, że autor trochę podciąga fakty historyczne pod swój opis (tak się dzieje w części poświęconej Štúrowi, czyli mówiąc w skrócie ojcu języka słowackiego – po prostu pisząc o nim, odpowiednio szybko urywa narrację, żeby nie przejść do tego, co w życiorysie Štúra nie pasowałoby do tego, co sam o nim pisze).

Ale co z tym Wschodem? Ano, Gauß używa tego niemieckiego określenia, które teraz już trochę wychodzi z użycia: Niemców, którzy żyli poza państwem niemieckim, określało się właśnie Niemcami ze Wschodu. Trochę się ten termin pokomplikował, bo wcześniej mówili tak o sobie zwłaszcza Niemcy z Prus Wschodnich, potem jednak, wraz z powstaniem NRD, ten termin zaczął znaczyć co innego. Ale Gauß używa go w tym starym sensie i Niemców z tej klasycznej Europy Środkowej nazywa Niemcami ze Wschodu. Troszkę szkoda, że wrzuca ich do jednego worka, bo wyraźnie widać, że niewiele te grupy ze sobą łączy (poza poczuciem krzywdy i bycia oszukanym, że ich życie ułożyło się inaczej ze względu na historię tego kawałka świata, niż krewnych z Niemiec) i taki termin wydaje się przez to jeszcze sztuczniejszy, niż w rzeczywistości. Gauß jest Austriakiem, nie wiem nic na temat austriackich badań nad tymi zagadnieniami czy tradycją pisania o tym, więc może niepotrzebnie się czepiam i po prostu autor przybliża pewien obraz w funkcjonującym kontekście. Tego nie wiem.


Zastanawiam się jeszcze, czemu ta książka się jakoś tak do szerszego obiegu nie przebiła. I to pomimo takiego zainteresowania opisami tego, co na Wschód od Bugu. I tak sobie myślę, że możliwą przyczyną takiego stanu rzeczy jest to, że ci Niemcy ze Wschodu, tak jak ich opisuje Gauß, są dla nas za mało egzotyczni. A autor wcale ich nie chce egzotyzować, ba, on nawet niespecjalnie podkreśla fakt, że – sam przecież niemieckojęzyczny – nie bardzo może się z nimi porozumiewać po niemiecku. Może też mała świadomość takiego zjawiska sprawia, że widząc tytuł, można wzruszyć ramionami i pomyśleć sobie „e tam, Niemcy”. A tu tymczasem czyha na czytelnika fascynująca – mimo mankamentów – historia, którą naprawdę warto poznać. Wiele jest takich scen z tego reportażu, które zapadną mi w pamięć. Jak choćby ta, w której autor zmuszony jest gdzieś na Ukrainie śpiewać ze starą Niemką czarnomorską kolędę, bo to jedyna piosenka niemiecka, którą kobieta zna i pamięta z dzieciństwa. Z drugiej jednak strony, od czasu napisania reportażu (często są to historie sprzed wejścia Litwy i Słowacji do Unii) sporo się zmieniło i zadaję sobie pytanie, czy autor przypadkiem nie uchwycił tego momentu tuż przed nadchodzącą zmianą, nie do końca zdając sobie z tego sprawę? Bo ja tam odnajduję znane mi obrazy, ale one trącą taką już, no, historią. Z jednej strony – cieszę się. Z drugiej – nie wiem, co o tym myśleć.



_______________

Ajutro jest ważne święto, więc będzie wpis na to święto. Taki troszkę przeglądowy pod specyficznym kątem. Jeśli będziecie w pobliżu – zapraszam oczywiście, bez dwóch zdań!

Weź dokładkę!

0 komentarze