Pisarze z Oscarem albo zabawa w "a gdyby tak..."


Jak zapewne zdążyliście się zorientować, jest to blog o książkach (czytaniu, literaturze, no tego typu zjawiskach w każdym razie), więc mimo że oczywiście każdy wodzony jest na pokuszenie, postanowiłam jednak trzymać się obranego kierunku. Ale to oczywiście nie znaczy, że odmówię sobie przyjemności napisania czegoś o Oscarach!


Nie będzie jednak o filmach – a przynajmniej nie do końca – ale o książkach, które stały się podstawą dla filmu, który w danym roku zwyciężył w kategorii "najlepszy film". Ale na tym nie koniec, bo pomyślałam sobie: a co, gdyby sprawdzić, ile zasługi autora książki jest w ilości statuetek? Dlatego dzisiaj pobawimy się – oczywiście żartobliwie, bo wiadomo, że film to zupełnie inne medium i że wcale nie jest powiedziane, że z bardzo dobrej książki automatycznie będzie świetny scenariusz (albo odwrotnie). Toteż mając w pamięci, że nagrody oczywiście należą do scenarzystów, reżyserów i tak dalej, sprawdźmy jednak, tak ze szczyptą pobłażliwości, ile by taki na przykład Tolkien zgarnął statuetek? Ograniczyłam liczbę przykładów do ośmiu, ale gdyby ktoś chciał bawić się dalej – możliwości zostaje jeszcze sporo.

"Władca pierścieni"

Pierwszy film, "Drużyna pierścienia", dostał 4 Oscary. Tak naprawdę tylko jedną ze statuetek można by poniekąd wręczyć Tolkienowi. Którą? Tę za charakteryzację, oczywiście! Przecież wiadomo, że twórca Śródziemia pozostawił po sobie mnóstwo notatek i zapisków (które już ujrzały światło dzienne albo które zapewne jeszcze zdążą je ujrzeć) z dokładnymi zapiskami kto, jak i gdzie wyglądał. Oczywiście filmowcy dodali do tego swoją wyobraźnię, ale inspiracja jednak wyraźnie leży po stronie oksfordzkiego profesora. Żadnego z dwóch Oscarów za "Dwie wieże" nie można jednak wręczyć Tolkienowi (bo jednak wiecie, efekty dźwiękowe...?). No, ale worek ze złotymi golasami rozwiązuje się w przypadku "Powrotu króla". No sami powiedźcie: oczywiście najlepszy film – chociaż ducha Tolkiena nie ma w nim znowu aż tak dużo – jest jednak poniekąd zasługą materiału wyjściowego. To raz. Scenariusz adaptowany – w sumie najłatwiejsza z kategorii do "przypisania" pisarzowi (zastrzeżenia: patrz wyżej) – to dwa. Znowu charakteryzacja – trzy. Scenografia – no przecież bez detalicznych opisów Alan Lee nie zrobiłby takich ilustracji, a potem Śródziemia w Nowej Zelandii – to cztery. No i kostiumy, ewentualnie, też na podobnej zasadzie – to pięć.

Werdykt: Pięć Oscarów – szanowny profesor musiałby mocno zacisnąć zęby na fajce, bo jednak trudno jest nieść tyle statuetek i wciąż mieć wolną rękę, żeby dystyngowanie pykać fajeczkę.

 Ale oddając sprawiedliwość twórcom filmów, umieszczam
ich przynajmniej na ilustracjach. Źródło.

"Przeminęło z wiatrem"

Drugi film to jeden z dwóch przykładów na to, że można zdobyć Pulitzera i przy okazji stać się inspiracją do nakręcenia multioscarowego obrazu (dokonali tego jeszcze "Wszyscy ludzie króla" – po polsku powieść nazywa się "Gubernator" – Roberta Penna Warrena). Mimo że filmowe "Przeminęło z wiatrem" i książkowy pierwowzór (zresztą jak i w przypadku numer jeden) mają ze sobą wspólny punkt wyjścia, a potem się nieco rozchodzą, to przecież gdyby nie pomysł Margaret Mitchell, filmu jako takiego by nie było. Więc statuetka za najlepszy film – odhaczamy. I oczywiście scenariusz adaptowany (o tym, jak powstawał, istnieje bardzo zabawna sztuka "Księżyc i magnolie", tak swoją drogą). Scenografię – w końcu opisy sukien Scarlett i wyglądu wnętrz zajmują sporą część książki – też moglibyśmy przypasować do osoby autorki.

Werdykt: Trzy Oscary – mimo rozbieżności, Margaret Mitchell nie musi się martwić o popadnięcie w zapomnienie i z błyskiem w oku wygłasza trzy zupełnie odrębne przemowy i dziękuje swoim przodkom za dające inspirację opowieści.


"Forrest Gump"

Tutaj dodam dla porządku, że jestem fanką tego, co z książkowym pierwowzorem zrobiono na ekranie, ale ciii. W każdym razie niepozorna powieść o chłopcu, a potem mężczyźnie, który głównie lubi uprawiać wrestling, na ekranie stała się bardziej przypowieścią o różnych kolejach losu, jakie mogą człowieka spotkać. Dwa Oscary – za najlepszy film i za scenariusz adaptowany – z podobnych racji jak powyższe dałoby się wręczyć Winstonowi Groomowi. Niezależnie od tego, ile z książki faktycznie znalazło się w filmie, to jednak pierwotny pomysł należy do niego.

Werdykt: Skromne dwie statuetki, kilka niezadowolonych twarzy na widowni, ale ogólnie pisarz dość zadowolony, może nawet z tryumfalnie wyciągniętymi do góry Oscarami w dwóch rękach; pudełko czekoladek musiało zostać na ten czas odłożone na mównicę.



"Ojciec chrzestny"

Oczywiście uznawany za jeden z najlepszych filmów w historii obraz musiał się w tym zestawieniu znaleźć. Przy okazji muszę się przyznać, że powieść Puzo zerka na mnie co jakiś czas z wyrzutem, że mimo wielu poleceń jakoś do tej pory nie udało mi się jej skończyć. No, ale są Oscary, jest okazja – oczywiście, jeśli dobrze policzyłam, nie wszystkie trzy statuetki można by przyznać Mario Puzo. Ale tak swoją drogą to pierwszy przypadek w tym zestawieniu, że autor książki pisał również scenariusz (razem z reżyserem), więc de facto jedną statuetkę ma i bez moich domniemywań. Drugą można by dorzucić oczywiście za najlepszy film. Swoją drogą – ponieważ w filmie są rozbieżności w stosunku do książki, co wiem nawet ja – widać tutaj dobrze tę różnicę między tym, co i jak można lepiej pokazać w powieści, a co w filmie. Puzo oba te media opanował, jak można zauważyć, zupełnie nieźle.

Werdykt: Autor zupełnie się nami nie przejmując odchodzi w dal ze swoim zasłużonym w zupełności Oscarem, może ewentualnie ogląda się za tym drugim, bo to jednak propozycja nie do odrzucenia.


"Hamlet"

Tak, tak, co prawda William Szekspir to raczej nie jest ten autor, który liczył na Oscara (ale film o którym – no, powiedzmy, że o którym – Oscara dostał), ale zupełnie serio, to gdyby miał pobierać w zaświatach tantiemy za wszystkie swoje sztuki reprezentowane, no cóż, wszędzie, to byłby na pewno najbogatszy w tamtych rejonach. Tak czy inaczej, słynny "Hamlet" z 1948 roku z Laurencem Olivierem otrzymał cztery statuetki, z których rzecz jasna, jak już się spodziewacie, ta za najlepszy film mogłaby pójść do Szekspira. Chociaż dramaturg z Stanford-upon-Avon nie słynie może z niesamowicie rozbudowanych didaskaliów (to nie Beckett jednak), to można by się pokusić o ukradkowe wręczenie mu jeszcze dwóch statuetek – za scenografię i kostiumy (jako że i miejsce, i czas akcji pierwowzoru też nie powinno być traktowane jakoś bardzo dosłownie).

Werdykt: No głupio byłoby wypuścić takiego literata bez Oscarów, więc w poplamionych atramentem dłoniach dzierży on trzy statuetki, ze zgrozą i rozbawieniem spoglądając w przyszłość na siedzącego na tej samej gali kilka dekad później Josepha Fiennesa.




"W osiemdziesiąt dni dookoła świata"

Och, oczywiście, że Juliusz Verne mógłby spokojnie i za co innego nazbierać statuetek, ale za całkiem sympatyczną adaptację swojej prozy z lat 50. przyjąłby je pewnie z ochotą. "W osiemdziesiąt dni..." rozbiło bank w połowie ubiegłego stulecia, a pisarzowi można by wręczyć tak ze dwie: za film i za scenariusz. Już nie pamiętam książki aż tak dobrze, ale zawsze miałam wrażenie, że film jest może jednak ciut bardziej szalony i dużo bardziej egzotyczny niż sama książka, w której jednak najbardziej egzotyczny był przez cały czas sam pomysł wygrania zakładu, który wydawał się być niewygrywalny. W końcu czasy niespecjalnie sprzyjały szybkim podróżom.

Werdykt: Nie mam co prawda dowodów, ale można przypuszczać, że Verne wszedłby na scenę i z uroczym francuskim akcentem podziękował za statuetki, po czym zniknąłby w chmurze dymu. Bo właściwie dlaczego nie.

"Pożegnanie z Afryką"

Jeden z tych przykładów, przy którym odwieczne pytanie "film czy książka" pozostawia zwolenników obu opcji względnie usatysfakcjonowanych. Karen Blixen można by oczywiście nagrodzić Oscarem za najlepszy film, skoro we wszystkich pozostałych przypadkach nie mogłam się od tego powstrzymać (no i, rzecz jasna, za scenariusz adaptowany, z wyżej wymienianych po wielokroć powodów). I skoro wiele uroku tej książki tkwi w opisach życia, które działo się w określonej przestrzeni, to już nie bądźmy małostkowi, i ten Oscar za scenografię też jej wręczmy. W końcu nie warto się takiej silnej kobiecie narażać.

Werdykt: Autorka się wcale nie patyczkuje, co tam trzy Oscary, jak się ponad dekadę walczyło o utrzymanie na trudnym rynku uprawy kawy. Także spokojnie dzierży statuetki, w końcu jednak to trochę autobiograficzna sprawa z tą książką, więc miło, że się życie podobało na tyle, żeby je obsypywać nagrodami.


Także tak wyglądają moje Oscary wręczane pisarzom (czasami nawet, jak widać, naprawdę). Trochę się pobawiłam, a teraz pora spożyć trochę trunku z hodowli Blixen, żeby się przygotować na noc. W końcu nie samą literaturą człowiek żyje!

_____________

A jutro będzie o pewnej serii książek, którą reklamowano hasłem: "co by było, gdyby Harry Potter dorósł i został gliniarzem?".

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. Świetny pomysł na zestawienie :). Wydaje mi się, że zwłaszcza Tolkien miał bardzo duży wpływ na przyszły sukces filmu, więc zasłużył na swoje pięć statuetek. Jeśli chodzi o "Przeminęło z wiatrem" i "Forresta Gumpa", to jak najbardziej się z Tobą zgadzam (choć nie czytałam książek). Natomiast niestety nie widziałam jeszcze wspomnianego przez Ciebie "Hamleta", "W osiemdziesiąt dni..." oraz "Pożegnania z Afryką".
    Ja też nie mogłam się powstrzymać przez napisaniem o Oscarach i zamieściłam zestawienie książek, których ekranizacje znalazły się wśród nominacji w 2014 roku (o 2015 pisałam już wcześniej). Jeśli będziesz zainteresowana, to zapraszam.
    Pozdrawiam,
    Książkowe Wyzwania

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej, to "Powrót króla" był najlepszym filmem? Niesamowite! Nie mogłam znieść, kiedy Aragorn w koronie na głowie zaczyna śpiewać (nie mam pojęcia, czy śpiewał w książce, ale w filmie to zdecydowanie nie wyszło) - kiedy trafiam na powtórkę w TV zawsze na tej scenie przełączam na inny kanał ;) No i bardzo żałuję, że pominięto wątek tego, co się działo w Shire i powrót bohaterów do domu był taki słodki. A w "Drużynie pierścienia" nie mogłam przeboleć, że pominięto postać Toma Bombadila.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zeszłym roku udało mi się obejrzeć wreszcie pod rząd wszystkie trzy filmy w wersji rozszerzonej, jakoś tak zaraz po powtórce z książki, i w ogóle mam mieszane uczucia i nie wiem już, czy jestem fanką filmowej wersji. Jakoś za mało tam Tolkiena w Tolkienie i właściwie to są filmy zupełnie o czym innym.

      A książkowy Aragorn ciągle śpiewa :-). Wszyscy tam zresztą śpiewają ;-).

      Usuń
    2. Rzeczywiście filmy mają inną wymowę niż książki. Przypominam sobie, że po premierze "Drużyny..." Christopher Tolkien negatywnie się wypowiadał o filmie, że był wręcz wbrew duchowi powieści jego ojca.
      Nie wiem jak z innymi częściami, ale "Powrót króla" w wersji reżyserskiej to męka ;)
      Naprawdę ciągle śpiewa? Zupełnie nie pamiętam ;)

      Usuń
    3. Christopher Tolkien chyba ma w ogóle negatywną opinię o filmach na podstawie twórczości swojego ojca (trochę to teraz rozumiem - kiedyś myślałam, że wydziwia). Podobno więcej praw do ekranizacji sprzedawali nie będą.

      Nie, no żeby aż męka, to nie :-). Bawić to bawiłam się dobrze, tylko jako ekranizacje "WP" nie sprawdzają się te filmy jakoś tak za bardzo jednak.

      No i śpiewa - zaczyna chyba już na Wichrowym Czubie (ale nie mam teraz książki, żeby sprawdzić) i w ogóle jest taki "ach, stare, dobre czasy, śpiewajmy, chłopcy!". W końcu co innego robić w świecie, który powstał z pieśni ;-).

      Usuń