Teodor z Rivii albo o „Ziarnie prawdy” Z. Miłoszewskiego

Skoro powiedziałam A, to powiem też B (a w rezultacie też C, ale o tym kiedy indziej). Po lekturze „Uwikłania” w paczce zostały jeszcze do przeczytania kolejne części, a że zostałam zapewniona o postępującej poprawie (zanim... ale nie uprzedzajmy faktów), to zabrałam się za „Ziarno prawdy”. W dodatku na ekrany wchodzi film, a to zawsze miło przeczytać książkę zanim się go zobaczy, żeby uniknąć spojlerów – chociaż kolejność jest tu dowolna, zależy od preferencji medium. No, ale dobrze, chodźcie na spacer tym razem po Sandomierzu w towarzystwie naszego prokuratora, co marzy o wielkiej miłości.

Teodor Szacki narzeka tym razem w Sandomierzu. Nieboszczyka znajdują od razu na wstępie pod murami archiwum, które tak się składa, że było kiedyś synagogą. Sprawa wikła się coraz bardziej, kiedy okazuje się, że nieopodal ciała znaleziono nóż służący do uboju rytualnego. A im dalej w las, tym tropów wskazujących na to, że cokolwiek dzieje się w spokojnym Sandomierzu, ma jakiś związek z kulturą żydowską, jest coraz więcej. W związku z tym nasz dzielny prokurator oprócz doprowadzania wszystkich sandomierzanek do stanu wrzenia zajmuje się wietrzącą antysemicki spisek prasą i manifestami lokalnego oddziału narodowców. I chociaż nadal jest bohaterem mnie także doprowadzającym do stanu wrzenia (choć z innych powodów niż postacie kobiece w książce) to „Ziarno prawdy” jest lekturą niesamowicie wciągającą.

Nie dziwi Was zapewne, że dzisiaj do roli ilustracji zaprzęgłam fotografie z filmu, prawda? Wszystkie ze strony dystrybutora.

Po pierwsze, wątek kryminalny. Miłoszewski tym razem co prawda znowu trochę przekombinował z intrygą, ale nie ma całej masy rzeczy, które musimy przyjąć na wiarę. Oparł się raczej na starym dobrym mechanizmie rodem z opowiadań Conana Doyla, wprowadzając go w polskie realia. Niestety po raz kolejny postanowił dać nam wgląd w zakamuflowane rozważania „tego złego” (nazwijmy tę postać tak umownie, żeby nie brnąć przez zakamarki fabuły i nie psuć Wam przyjemności z lektury), co mnie głównie irytowało w „Uwikłaniu”, a i tutaj raczej nie rozdzierałabym szat, gdyby autor sobie te wstawki darował. Ani nie podnoszą one nastroju tajemniczości, ani niewiele wprowadzają do fabuły - w końcu i tak o wszystkim dowiemy się z ust innych bohaterów.

Po drugie, Sandomierz. Prokurator Szacki miota się między opinią „wspaniałe, urocze miasteczko z prześliczną panoramą” a opinią „co za paskudna, nudna wiocha”. Z perspektywy naszego głównego bohatera wszystko, co poza Warszawą, to prowincja (co niestety w ustach wychowanego w Warszawie bohatera może brzmieć prawdopodobnie - a już przy kimś o takim charakterze...). W każdym razie w „Ziarnie prawdy” oprócz opisów ulic i okazyjnie knajp, które Szacki odwiedza, znajdują się najlepsze bodaj w obu dotychczas przeze mnie przeczytanych tomach sceny: te dziejące się w domach sandomierzan, którzy niestety z reguły pojawiają się tylko raz i potem akcja mknie dalej, za to widać w tych scenach po pierwsze świetne ucho Miłoszewskiego do dialogów, a po drugie pazur obyczajowy. Z chęcią bym przeczytała po prostu o życiu w małym mieście, bez tajemniczych morderstw w tle.

Po trzecie, postaci epizodyczne. Mniej więcej chyba już łapię metodę autora – wyposażyć każdego w zestaw charakterystycznych cech i już mamy bohatera. No, tak samo jak w „Uwikłaniu”, działa to średnio: co prawda łatwo się postaci zapamiętuje, ale z drugiej strony pozostaje to dziwne wrażenie, że Szacki nie spotyka w ogóle zwykłych, szarych ludzi. W dodatku widać tutaj już absolutnie straszliwą manierę nazywania bohaterów, która kulminuje (uwaga, uprzedzam fakty z perspektywy 100 przeczytanych stron „Gniewu”) w trzeciej części. Naprawdę patolog o nazwisku Rzeźnicki ma robić za comic relief? Jakoś nie rozumiem chyba tego rodzaju poczucia humoru. Poza tym bohaterowie „Ziarna prawdy” mają dziwną tendencję do wyczulonych zmysłów (także szóstych), pozwalających im na działania popychające akcję do przodu, co nieprzyjemnie pachnie deux ex machina. Ale tu akurat uwierzcie, że można autorowi wybaczyć, bo te postaci - zwłaszcza nastolatków i staruszków - są napisane bardzo zręcznie.

Po czwarte, prokurator Szacki. Oczywiście nie mogę sobie odpuścić tej okazji, żeby zrobić to, co nasz bohater lubi najbardziej: ponarzekać. Szacki narzeka, ile wlezie, właściwie na wszystko: że jest samotny, że za dużo ludzi zaprasza go na grilla, że nie ma się z kim spotykać, że kobiety same pchają mu się do łóżka – widzicie pewien schemat, prawda? Przy czym prokurator z jednej strony będzie dziamolił, jak strasznie wyuzdani są ludzie na tej prowincji, a z drugiej sam będzie postępował dokładnie w taki sposób, który go niby tak odrzuca. Bezrefleksyjnie postępował, dodajmy dla porządku. Poza tym – mimo że zostaje podkreślone kilka razy, jak to w Sandomierzu wychudł i zmizerniał – wszystkie kobiety wciąż do niego wzdychają (Geralt z Rivii jako punkt odniesienia nie jest już może tak widoczny jak w części pierwszej, ale jego duch wciąż jest w postaci Szackiego obecny). Otrzymujemy co prawda cudowną scenę spotkania z byłą zwierzchniczką, kiedy samoocena Szackiego pikuje w dół (team Chorko!), ale nie ma tak dobrze. Epizodyczny występ żony prokuratora w jednej jedynej scenie upewni nas, że jeśli jakaś kobieta pokochała naszego bohatera, to już kaplica, zostanie w nim zadurzona po wsze czasy, a każdy inny facet wyda jej się nudny i będzie z nim tylko na złość Szackiemu. Czemuś, autorze, tak skrzywdził biedną panią Szacką? Zaiste, nie wiem.

Po piąte, humor. Bo jest go tutaj trochę i z tego lepszego sortu niż wspomniana zabawa z nazwiskami. Całkiem przyjemnie wypadają aluzje do innego sandomierskiego kryminału, czyli telewizyjnego „Ojca Mateusza” (może poza jedną wstawką szpitalną) – zwłaszcza we wspomnianych przeze mnie scenach obyczajowych. Znajdzie się sporo błyskotliwych dialogów i kilka razy nasz pan Szacki dostanie po nosie (powinnam to chyba osobno wypunktować i dopisać: "hurra!"). Za rozmowę młodego małżeństwa na temat sytuacji w Sandomierzu należą się w ogóle Miłoszewskiemu brawa i uznanie.

Po szóste, metafizyka. W „Ziarnie prawdy” znajduje się piękna scena, kiedy to Szacki wraca z Lublina do Sandomierza i zdaje sobie sprawę, że mija po drodze właściwie same dawne sztetle, które w wyniku Zagłady przestały istnieć. Zamyśla się nad tym i w ten sposób ląduje otoczony niesamowitymi cieniami gdzieś na bocznej drodze, ale kiedy chce ruszyć, cienie nagle znikają. Podobało mi się, że Miłoszewski wprowadził tę melancholię za minionym i uznał, że nie wszystko zawsze trzeba wyjaśniać. A że komponuje się to z wątkiem głównym śledztwa, tym lepiej. Ta odrobina magii, którą wplata autor w przygody Szackiego - które mają być jednak przede wszystkim realistyczne - świetnie się sprawdza i dobrze kontrapunktuje inne wątki. Aż szkoda, że tak jej mało.

Po siódme, niekonsekwencje. W „Uwikłaniu” dowiadujemy się, że Szacki uwielbia grać w gry komputerowe. W „Ziarnie prawdy”, chociaż bohater ma na to mnóstwo czasu (w końcu siedzi na prowincji, jak mówi, i głównie narzeka) to ani nie gra, ani nawet nie wspomni o tym, że mógłby. Można tu zrzucić winę na przemianę bohatera („ach, ruszę na prowincję szukać miłości!”) albo brak komputera (w skutek przeprowadzki pecet został widocznie w Warszawie), ale nie wydaje mi się to do końca takie proste. Nie wspominając już o tym, że warszawskie wspomnienia Szackiego nieco odbiegają od tego, co mieliśmy okazję oglądać w „Uwikłaniu”. Tu też można się zastanawiać, czy aby nie jest to celowy zabieg autora (nostalgia Szackiego przykrywa mu stan faktyczny), ale nie wydaje mi się – raczej to odautorskie komentarze, jak coś miało wyglądać, chociaż, przynajmniej w moim odbiorze, nie wyglądało. Komendant warszawskiej policji, o czym wspominałam w notce o „Uwikłaniu”, pada tu główną ofiarą tego sposobu pisania.

I to chyba tyle. Póki co „Ziarno prawdy” jest najlepiej napisaną, przemyślaną i skomponowaną częścią trylogii – ale może jak skończę „Gniew” zmienię zdanie. Na pewno dam Wam o tym znać. A jakie są Wasze odczucia po lekturze? Mieliście już okazję zaznajomić się z Szackim Sandomierskim?

___________________

A jutro w notce dam upust swojemu umiłowaniu do światowych dni tego i owego. Będzie przeglądowo i częściowo dość mokro.

Weź dokładkę!

2 komentarze

  1. Może i jest to najlepsza część trylogii, dlatego na niej skończyłam moją przygodę z Szackim (pisałam o tym szerzej na moim blogu). ;)
    Warszawy nie znam ni w ząb, więc "Uwikłanie" było dla mnie męczarnią, Sandomierz natomiast znam i również była to dla mnie męczarnia ( chyba narzekanie Szackiego jest zaraźliwe :P).
    Bardzo podoba mi się Twoja głęboka analiza (zaznajomiłam się również z Twoja notką o pierwszym tomie) i kiwałam głową, czytając o Twoich spostrzeżeniach, zwłaszcza, że bardzo pokrywały się z moimi. :) Niemniej jednak po "Gniew" nie sięgnę, bo wstawki przed rozdziałami tylko podkręcają moją niechęć do dalszego czytania. Muszę się z Miłoszewskim spotkać w innej książce. ;)

    Lecę czytać Cię dalej. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa :). Zdecydowanie po lekturze "Gniewu" powiem, że "Ziarno..." to jest najlepsza część ;). Ma ogromny potencjał (choćby sceny nocnej podróży Szackiego), ale zgadzam się z tym, co napisałaś, że to wszystko to tylko taki dodatek do tego naszego ubolewającego nad zepsuciem świata Szackiego, gdzie on jest ten w porządku, ale na zasadzie "jak Kali to dobrze, jak Kalemu to źle". Mam zresztą wątpliwości, czy to jest kreacja zamierzona (po co byłaby wtedy ta wstawka z przemyśleniami byłej żony, że jednak robi wszystko nie dlatego, że kocha innego faceta, ale z żalu po utracie Szackiego?).

      Natomiast tło społeczne podobało mi się tu bardzo: te rozmówki w domach sandomierzan są napisane świetnie, aż żal było po nich wracać do Szackiego ;).

      Dobrego czytania życzę :).

      Usuń