Weź Bożenę do metra albo co nas odstrasza w Wielkich Pisarzach

 

Wielki pisarz. Wielkie dzieło. Utytułowany. Z nagrodami. Orderami. W co drugim podręczniku od polskiego chociaż urywek jego opowiadania. Na liście lektur niezmiennie od powstania listy lektur. Wydawałoby się: sen każdego pisarza. Tyle tylko, że chyba jednak coś się przy tym traci. Pytanie – co i ile? Będzie trochę swojsko, trochę międzynarodowo i trochę plotkarsko.

  Pomyślałam sobie ostatnio, rekomendując kolejnej osobie „Nad Niemnem” i obserwując jej reakcje, że jednak bycie takim pisarzem, co to go wszyscy znają i – no dobra, kochać to nie kochają, ale przynajmniej o nim słyszeli – to wcale nie jest taka znowu bułka z masłem i dywan przyjemności. Nie wiem, czy mieliście okazję polecać komuś „Nad Niemnem”. Osobiście uwielbiam tę książkę, mam z nią same dobre wspomnienia i przeczytałam ją właściwie z własnej woli, bo co prawda figurowała na liście lektur, ale nie zanosiło się, żebyśmy mieli ją czytać. Z wypiekami śledziłam losy Justyny i Jana, zachwycały mnie malowane przez Orzeszkową pejzaże i w gruncie rzeczy po raz pierwszy chyba zżymałam się na wybory bohaterów, kibicowałam jednym, życzyłam innym połamania nóg (i to nie tego na szczęście) i ogólnie wciągnęłam się w książkę jak w dobry serial – bo coś w „Nad Niemnem” jest z serialu, ale to temat na inną notkę.

Jedna z dwóch bohaterek dzisiejszego wpisu. Źródło.

Dlatego od tej pory, kiedy znajdzie się w moim otoczeniu jakiś nieświadomy człowiek narzekający na nudę i że by coś poczytał, ale nie wie co, od razu zaczynam zachwalać mu „Nad Niemnem” (w dobie czytników przeszłam już nawet do wysyłania albo ścigania rzeczonej powieści z Wolnych Lektur – także jeśli nie czytaliście, zajrzyjcie tutaj, a gdybym ja Was nie przekonała, to na pewno ten wpis Królowej Matki Was przekona). I w jakichś ośmiu przypadkach na dziesięć obserwuję, jak człowiekowi twarz blednie, włos rzednie, ogółem twarz mu się wydłuża i widzę w jego oczach gorączkowe zastanawianie się, jak mi uprzejmie powiedzieć, żebym sobie wzięła to „Nad Niemnem”, byleby daleko od niego. Skąd się bierze taki strach przed Wielkimi Pisarzami?

Trochę przekornie piszę o nich od wielkiej litery. Bo dzisiaj trochę już nie wypada tak śmiertelnie poważnie podchodzić do kanonu, bo w kanonie, jak wiadomo, wiele rzeczy ma zachwycać, a jednak nie zachwyca (swoją drogą Gombrowicz sam znalazł się chyba w miejscu, które trochę obśmiewał, a trochę jednak do niego dążył). No, ale dobrze. Ciekawym problemem, który tutaj widzę, jest to, co się stało, że ci popularni przecież w swoim czasie pisarze zmienili się w pomnikowe postaci, do książek których sięga się często pod (szkolnym lub innym) przymusem?
A to bohaterka druga. Choć wygląda lekko indiańsko, nie dajcie się nabrać, wcale nie pochodzi z tak daleka. Źródło.

Pomyślałam, żeby napisać tę notkę, kiedy zobaczyłam, że w lutym wypadają urodziny Boženy Němcovej. Nie wiem, czy ją kojarzycie – to taka dziewiętnastowieczna czeska pisarka, autorka jednej z „pozycji obowiązkowych” na czeskich listach lektur, czyli „Babuni”. Mówi się o niej czasem – chociaż nie przepadam za tym odnoszeniem wszystkiego do porównań „taki/a polski...”, ale to w sumie dość obrazowe – że to taka czeska Orzeszkowa. Niemcową przetłumaczono w sporej ilości na polski i na pewno jest porozdzielana po Waszych bibliotekach, jeśli mielibyście ochotę sprawdzić, o co chodzi z tą „Babunią”. Ja znalazłam ją w okresie dzikiej fascynacji literaturą czeską i była w mojej ówczesnej bibliotece chyba w czterech egzemplarzach. Ale wracając do rzeczy: Niemcowa to też trochę taka pisarka-pomnik. Wszystkie cechy ma odhaczone: wielka, milowe kamienie w rozwoju literatury, listy lektur, ekranizacje, ulica w każdym mieście, tabuny literaturoznawców rozbierających jej utwory od stu lat na czynniki pierwsze... Ale właśnie, czy czytelnicze uwielbienie za tym podąża? Czy jednak zostało te sto lat temu i potem już jakoś tak nie rosło? Nie ma przecież szału na klasycznych pisarzy, prawda? Nie nosimy pinów z napisem „I love Sienkiewicz” albo „Ciężki przypadek Orzeszkomanii” (chociaż taki może ktoś ze względu na dwuznaczność może i nosi). No to co tak spetryfikowało tych naszych pisarzy?

Bo historia z Niemcową jest taka, że ją się skutecznie odbrązawia, co ma zachęcić czytelnika do sięgnięcia po jej książki. I chyba tu leży – przynajmniej jakiś – klucz do sukcesu. Ci nasi wielcy pisarze zostali usztywnieni przez kołnierze lat i analiz, i tych wszystkich laurów, pod którymi nam poznikali. Aż strach sięgąć po jakąś ich książkę, bo przecież po pierwsze wszyscy wiedzą, o czym to jest (to swoją drogą ciekawe, że taki argument się często pojawia: „wiem, o czym to jest, to po co mam czytać”), po drugie, co mają w tym zobaczyć. I to chyba skutecznie tłumi w zarodku ewentualną czytelniczą fascynację.
O, a taka akcja stała się udziałem Bożeny (tu plakat też z nazwiskiem). Źródło.

No to wróćmy do Niemcowej. Bo te strategie ściągania jej z pomnika są różne. Po pierwsze zatem postarano się nieco ją uczłowieczyć. Starannie odkurzoną Niemcową jako Niemcową, pokazując, że była niesamowicie fascynującą i wszechstronną osobą, która angażowała się w wiele akcji charytatywnych, literackich, ale też politycznych (te manifestacje polityczne dziewiętnastego wieku mogą nam się czasem wydawać zabawne, ale myślę, że jednak trzeba było mieć sporo odwagi, żeby zrobić coś, na co nikt inny się nie poważył – Niemcowa jako jedyna odważyła się coś zrobić na pogrzebie innego czeskiego pisarza, Havlička Borovskiego, kładąc na jego grobie koronę cierniową – może i patos, abstrahując już zupełnie od cierpień Borovskiego, ale jednak trzeba było mieć, powiedzielibyśmy dzisiaj, jaja, żeby to zrobić, podczas gdy inni pod okiem tajnej policji stali i patrzyli). A z drugiej strony epokowa fascynacja Niemcową nie była taka zupełnie platoniczno-egzaltowana, bo miała nasza pisarka wianuszek zupełnie nieplatonicznych wielbicieli, i to często dużo młodszych.

Ha, powiecie, wyciąganie komuś życia seksualnego na światło dzienne to słaba sprawa. I trochę tak jest – ale z drugiej strony trzeba jednak mieć wzgląd na to, że nie robi się tego po to, żeby dostarczyć widowni tematu do plotek (a jeśli tylko takie ma się motywacje, no to cóż... słaba sprawa!) ani po to, żeby ośmieszyć tego naszego Wielkiego Pisarza. Często przecież zakręty biografii mogą dać lepszy ogląd twórczości takiej osoby albo wyjaśnić takie a nie inne wybory. Nie wiem na przykład, czy znacie tę historię o drugiej żonie Sienkiewicza (co swoją drogą, jeśli wierzyć Magdalenie Samozwaniec, było gorącą ploteczką na salonach w swoim czasie)? Dla mnie po niej dużo jaśniejsze stały się niektóre motywy z „Rodziny Połanieckich”, a i sama lektura stała się jakaś bardziej znośna, chociaż denerwowała mnie miejscami niepomiernie.

W dodatku nasi południowi sąsiedzi wybrali Niemcową na patronkę jednej ze swoich akcji popularyzujących czytanie (chociaż według raportów nad stanem czytelnictwa, należą do jednych z najbardziej zaczytanych narodów Europy). Wisiały swego czasu w Pradze plakaty z Niemcową i hasłem „Weź Bożenę do metra!”. Pamiętam, że zrobiło to na mnie dobre wrażenie właśnie dlatego, że było proste, jasne, wybrano pisarkę, którą wszyscy znali i świetnie to ograno: ta „Bożena” zamiast „Niemcowej” podkreślała bliski stosunek, jaki się ma do takiej Znanej Pisarki, przypominała może szkolne czasy (nie wiem, czy też mówiliście o pisarzach po imieniu, zwłaszcza jak Was denerwowali), akcentowała to, że chodzi o kogoś bardzo dobrze znanego, a jednocześnie oswajała pisarkę, robiła z niej kogoś swojskiego, takiego, z kim przejażdżka rano do pracy będzie nie tylko udanym spędzeniem tej półgodziny, ale też będzie po prostu czymś przyjemnym. Właściwym celem akcji było co prawda propagowanie audiobooków z lekturami, ale myślę, że przy okazji można było osiągnąć też coś więcej.

Uzupełnieniem akcji była jeszcze druga odsłona, w której zachęcano do słuchania audiobooków na rowerze. Bohaterem został Alois Jirásek, czyli - posługując się metodą obrazową - "taki czeski Sienkiewicz".

Ja bym z chęcią zobaczyła u nas coś takiego. I niekoniecznie w metrze, bo to by przecież ograniczało nas tylko do Warszawy, ale w ogóle może w komunikacji miejskiej? „Weź Elizę do tramwaju” albo „Niech Henryk będzie z tobą” to całkiem niezłe hasła, a kto wie, może by kogoś skusiły?

_________________

Podczas pisania tej notki zdałam sobie sprawę, że koresponduje ona trochę z wpisem Padmy o czytaniu klasyków w ogóle. Bardzo dobrym wpisem, dodam dla porządku, jeśli nie znacie, warto zajrzeć.

A jutro będzie o inspiracjach branych z książek. Trochę na poważnie, a trochę nie, dla równowagi.

Weź dokładkę!

31 komentarze

  1. Osób, które polecają Nad Niemnem jest całkiem sporo. Chociaż to zwykle zmarnowany wysiłek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My, ludzie polecający "Nad Niemnem", będziemy próbować do skutku! ;)

      Usuń
    2. Albo do chwili, kiedy uznamy, że ignoranci sami są sobie winni i wiele tracą, ale nam się już nie chce nikogo nawracać :P Doszedłem niegdyś do wniosku, że miło jest mieć autora lub książkę tylko dla siebie i ewentualnie się rozradowywać, kiedy się człowiek znienacka natknie na innego wielbiciela:)

      Usuń
    3. Właściwie to obie opcje są dość przyjemne :). Wszystko zależy od nastawienia (książkolub-misjonarz, książkolub-samotnik, a i jeszcze kilka dałoby się znaleźć, trzeba by się zabrać za taki wpis chyba ;)) - ja zazwyczaj jednak, jak lubię jakąś książkę, to lubię się i dzielić radością z niej ;). I nie ustaję w nadziejach, że jednak się komuś spodoba tak samo, jak mi.

      Usuń
    4. Ja się na misjonarza nie nadaję, zdecydowanie jestem samolubny :) Dlatego przeżyłem wstrząs, kiedy po wejściu do blogosfery odkryłem wielbicieli Szabo, Wiktora Zawady i takich tam niszowców, których miałem tylko dla siebie :P

      Usuń
    5. Cóż mogę powiedzieć, trudne jest życie fana niszowych pisarzy, jeśli nie ma misjonarskiego charakteru w takim razie;)

      Usuń
    6. I tam, może się cieszyć swoimi skarbami jak Harpagon swoją szkatułką :P

      Usuń
  2. Ja ostatnio spędziłam miłe chwile z "Emancypantkami" :)

    Myślę, że problemem jest szkoła. No niestety polska szkoła wygląda tak, że mało kto ma z lekcji polskiego miłe wspomnienia. Ja na pewno nie. (Zabawna anegdotka - kolega dostał kiedyś naganę za czytanie na polskim pod ławką Gombrowicza). Już sam fakt, że książka jest lekturą, skutecznie nam obrzydza myśl o niej na resztę życia. Druga kwestia związana ze szkołą: uczniowie są często zmuszani do zapoznania się z lekturą, zanim do niej dojrzeją. To, co w wieku 15 lat znudzi, ze względu na tematykę, formę albo język (np. archaiczny język powieści pozytywistycznych może nieco odstraszać), w wieku 30 lat, kiedy zebraliśmy już pewne doświadczenia życiowe, może okazać się fascynujące. I może program szkolny zamiast iść ciurkiem epokami, powinien jednak uwzględniać zainteresowania uczniów i wyrabiać w nich nawyk czytania, zamiast zakładać, że po maturze już nigdy się żadnej książki nie otworzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam właśnie, sama się do "Emancypantek" przymierzam!

      Szkoła jest pewnie odpowiedzią przynajmniej na część tego pytania, z tym się zgodzę. Zwłaszcza co do tego, że często trzeba czytać lekturę, chociaż zupełnie się do niej nie dorosło. Ale wciąż wierzę, że są polonistki-fascynatki (ba! znam takie!), które umieją sobie z tym poradzić :). O, taki przebłysk optymizmu :). Ale sama wiem, jak straszliwie pewne książki umiano mi w ten sposób obrzydzić - na szczęście zasadniczo byłam dość odporna.

      Usuń
  3. Ale to nie jest tylko nasz problem - jestem wielbicielka Magdy Szabo, uważam ją za genialną, niezwykle subtelnie posługującą się językiem pisarkę, która w dodatku pięknie plecie opowieści, kojarzą mi się z robieniem koronek. Kiedyś wyraziłam podziw dla niej w rozmowie z koleżanką i dowiedzialam się, że na Węgrzech (gdzie koleżanka mieszka) nikt Szabo nie lubi. Zdumiona spytałam czemu i dowiedziałam się "bo to lektura, oni to muszą czytać tak jak my Nałkowską". Nie powiem, żebym nie zrozumiała, ale żal mi się Magdy szabo zrobiło okropnie, bo jak można mieć taką pisarke i jej nie lubić, bo lektura?!

    Słowem, nie my jedni.

    I jeszcze chcialabym napisać, że się nie do końca zgadzam z Tarniną :). Ja mialam absolutnie fatalną polonistkę. I kocham "Nad Niemnem", i "Emancypantki" (ale to nie była lektura ;)), Prusa w ogóle, "Wesele"... Nie wiem czemu. Nie umiem tego wyjaśnić. Chyba czasem się pokochuje, a czasem nie, i szkoła - może nie zaszkodzić :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja też się do końca ze sobą nie zgadzam, bo np. bardzo lubię "Lalkę" i całkiem sporo innych książek wałkowanych na lekcjach, ale myślę, że taki mechanizm jest jednak dosyć powszechny. Ale oczywiście jeśli ktoś ma pociąg do książek, to nawet szkoła nic na to nie poradzi ;)

      Usuń
    2. @Anutek - Magda Szabo! Mam ją cały czas na liście, dobrze wiedzieć, że trzeba sobie przy niej zaznaczyć priorytet. Zwłaszcza, jeśli porównanie z Nałkowską nie jest na wyrost (Nałkowska w mym domostwie ceniona jest nadzwyczajnie :-)). No i tak jak pisałam: zgadzam się, jak do człowieka coś przemówi, to nawet fatalny polonista nie zaszkodzi. Chociaż muszę powiedzieć, że sporo lektur przeczytałam na długo przed ich omówieniem (i czasami żałuję, bo byłam na nie zwyczajnie za młoda) - i podczas omawiania ich w szkole jakoś tak robiło mi się dziwnie.

      @Tarnina i @Anutek - możemy założyć klub "Lubię Prusa, chociaż przerabiałam go w szkole" ;) albo coś w tym stylu. To jednak dobrze, że działają w człowieku czasami mechanizmy obronne ;).

      Usuń
    3. Ja bym nie przesadzał z tym porównywaniem Szabo i Nałkowskiej, w każdym razie nie literacko, bo pewnie pod względem ciężaru gatunkowego są podobne :)

      Usuń
    4. Jak się przekonam na własne oczy, na pewno wyrażę opinię :)

      Usuń
    5. Szabo nie jest podobna do Nałkowskiej, została wymieniona, bo jest dwudziestowieczną pisarką przerabianą w szkole :).

      I przyznam, że ja osobiście wolę Szabo... :)

      Usuń
    6. Co za brak patriotyzmu! Ale ja też :P

      Usuń
    7. O nie, muszę sobie zanotować: "w trybie pilnym napisać notkę o Zofii Nałkowskiej"! ;)

      Usuń
    8. Lepiej o Szabo, W trybie pilnym napisz o Szabo, a przyznasz nam rację :D

      Usuń
    9. Przyjmuję zamówienie - ale najpierw muszę się obczytać w Szabo, więc to będzie za czas jakiś ;).

      Usuń
    10. Oj tam, góra dwa tygodnie wystarczą :P

      Usuń
  4. Chcę takiego pina "Ciężki przypadek Orzeszkomanii" i spinkę do krawatu, i plakat nad łóżko. Na "Chamie" płakałem i wstydzić się tego nie zamierzam, bo to jedna z najcudowniejszych książek jakie czytałem. To, co w Orzeszkowej fascynujące, to fakt, że mimo iż wszyscy mówią o programie społecznym, o literaturze z tezą, i że ona sama tak swoje pisanie przedstawiał, to te ksiązki się zupełnie wymykają taniemu pisaniu pod ideologię. Zbyt wiele jest w nich trafnej obserwacji życia, żeby rozstawić bohaterów po kątach, tych dla dobrych i tych dla nicponiów.

    Co zaś do "Nad Niemnem", to uważam, że nie ma w nim nic z telenoweli. Jest za to dużo eksperymentów formalnych - ach, to ćwiczenie się w retardacjach, wiry czasu zupełnie jak cofający się lekko i wirujący nurt rzeki, te benedyktyńskie opisy przyrody, w których kipi od emocji, wreszcie cudowne wykorzystanie cechy Benedykta Korczyńskiego "to... tamto..." do zmylenia cenzury i pisania o rzeczach, o których pisać oficjalnie było można niespecjalnie - cuda. Są też w tej książce piękne obrazy, które bliskie są mej rewolucyjnej duszy i czynią z pani Orzeszko artystkę prawdziwie punkową. Przykład: opis dworku Kirłowej, gdzie zaciera się granica między chłopskością a szlacheckością, gdzie "wytworne" przelewa się swobodnie w "zwyczajne" w małej sieni - to jest wspaniały manifest równości społecznej, bez żadnego rzucania ideami po twarzach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi Anonimie (może podpis?) - co mogę dodać, pięknie napisałeś o Orzeszkowej :). Powiedziałabym jeszcze, w tonie wpisu i w świetle tego co piszesz: że jeszcze opinia samego pisarza o sobie może zaważyć na tym, jak on jest postrzegany. Na odwrotnym biegunie znaleźliby się wszyscy ci pisarze, którym dano do interpretacji ich własne utwory z matury i nie zdali, bo myśleli o nich zupełnie co innego niż klucz ;).

      Usuń
  5. Podoba mi się czeska akcja, polska wersja też mogłaby być fajna. Problem z lekturami jest też taki, że omawia się je oderwane od kontekstu. Na lekcji historii Renesans, na polskim czytamy Pana Tadeusza. Może gdyby to zgrać, byłoby łatwiej zrozumieć po co się czyta, dlaczego ta książka była ważna? Albo gdyby informować o reakcji współczesnych na wydanie Wielkiego Dzieła? Zdaje się, że Pan Tadeusz nie został przyjęty zbyt ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to odbrązawianie zawsze - mam wrażenie - dobrze robi. A z tego co wiem, to przynajmniej w części szkół stara się zgrać programy, tak żeby przedmioty nawzajem się uzupełniały na podanej przez Ciebie zasadzie. Kontekst jednak może zrobić wiele dobrego :).

      Usuń
  6. Ja może akurat "Nad Niemnem" polecać nie będę (brr, wzdrygam się na samą myśl o tej książce, chociaż o dziwo, wciąż chcę sięgnąć po nią po raz drugi - magia literatury?), ale już takie "Ogniem i mieczem", "Chłopów" czy "Przedwiośnie" jak najbardziej.

    "Niech Henryk będzie z Tobą" wyjątkowo mi się spodobało :) Może jeszcze: "Zaproś Stefana do domu" albo "Idź z Władkiem na spacer"?

    Bożenę już odnotowałam, bo nigdy o niej nie słyszałam. Może do metra jej nie zabiorę (chyba, że w Krakowie jednak je wybuduję), ale już do tramwaju prędzej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba się wziąć za produkcję pinów w takim razie. "Zaproś Stefana do domu" jest cudne (Władek na spacer - niebezpieczne, jeszcze się po drodze człowiek zaczytany w "Chłopak" napatoczy na latarnię ;)). Koniecznie daj znać, jak się jeździło z Bożeną po Krakowie:)!

      Usuń
  7. Z góry mówię - tylko nie bij! "Nad Niemnem" było jedną z niewielu lektur, które mnie tak wymęczyły, że choćby mnie ktoś kroił to do tej książki nie wrócę. Nie zrozum mnie źle, z przyjemnością czytałam większość lektur, uwielbiam Sienkiewicza i Kraszewskiego, ale "Nad Niemnem", brr...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, bić nie będę, zwłaszcza że sama mam podobne historie ("Ludzie bezdomni" - to była męczarnia, damn you, Judym!) - ale może kiedyś dasz jeszcze szansę Orzeszkowej, jak złe wspomnienia zbledną ;).

      Usuń
    2. Minęło jakieś 13 lat (hm, czy to znak?), ale dreszcze mam nadal :) Do samej Orzeszkowej nic nie mam, "Chama" czytałam dwa razy i za każdym razem robił na mnie to samo dobre, acz przygnębiające wrażenie. Natomiast Justynie, globusowi pani Emilii i całej reszcie mówię stanowcze "Nie, dziękuję"

      Usuń
    3. O "Chamie" słyszałam bardzo dużo dobrego, ale jeszcze go nie przeczytałam mimo mojej dobrej opinii o Orzeszkowej. Znajduje się w planach na przyszłość :).

      Usuń