Wiedźmin z Warmii albo o „Gniewie” Z. Miłoszewskiego


Punktualnie o godzinie 1:25 odłożyłam ostatni tom o prokuratorze Szackim na półkę, westchnęłam i zaczęłam w głowie układać sobie, co można by o nim napisać. Nie byłam specjalnie zła za zakończenie, jakie nam autor zafundował, chociaż rankiem przekonałam się, że doprowadziło ono wielu czytelników do wściekłości. Dużo bardziej zdenerwowało mnie co innego, ale i tak uważam, że „Gniew” jest najlepszą częścią trylogii o „białowłosym herosie Temidy”. Co oczywiście nie znaczy, że nie mam uwag. Więcej nawet – mam ich całą wywrotkę.

Jak już wiecie, czytuję „Politykę”. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale w sezonie wakacyjnym w tymże czasopiśmie ukazywały się cyklicznie felietony Ziemowita Szczerka o jego wrażeniach z podróży przez „Ziemie Odzyskane”. Jak zapewne wiecie, tą nazwą zaraz po wojnie oznaczano tereny, które Polska w ramach pewnej rekompensaty dostała na zachodzie i północy, a o których mówiono, że to stare piastowskie dziedzictwo wracające do Macierzy, czyli do tej nowej, powojennej Polski właśnie. Dzisiaj mówi się raczej „Ziemie Zachodnie i Północne”, bo jednak nazwa „Odzyskane” kojarzy się bardzo mocno z komunistyczną propagandą. A że jak sygnalizuje nazwa bloga mnie te tereny mocno interesują z różnych powodów, to i felietony Szczerka czytałam namiętnie co tydzień. I co tydzień doprowadzały mnie one do białej gorączki – nie tylko z powodu rażących błędów, któe autor popełniał, ale niech będzie, że licentia poetica pozwala czasem coś uprościć albo podkoloryzować, ale także dlatego, że od pozy „jestem zupełnie spokojny, o, proszę, poniemiecki dom tu się zapadł” autor przeszedł do fazy pisania – i wybaczcie słowo, ale ono najlepiej obrazuje sytuację – na permanentnym wkurwieniu. Szczerek w zasadzie tak od trzeciego felietonu już do końca pisał o „Ziemiach Odzyskanych” jako terenach zepsutych, wypaczonych i zbrzydzonych przez Polaków, którzy tam zamieszkali, i – nie zastanawiając się ani co można z tym zrobić, ani czemu tak się stało – opieprzał ich z góry na dół.

Czy ja wspominałam, jakie to wydanie jest piękne? Nie dość, że okładki są utrzymane w tym samym stylu, inteligentnie podają to, co najważniejsze i mają świetny pomysł (za projekt odpowiadają Joanna Górska i Jerzy Skakun), to jeszcze ja się je ułoży jedna na drugiej, to na grzbiecie widać delikatnie odbijające się nazwisko Szackiego. Naprawdę szacunek! Skompilowałam je w jedną grafikę ze strony wydawnictwa.

Czemu o tym piszę? Ano temu, że Miłoszewski w „Gniewie” opisuje Olsztyn, do którego przenosi się akcja, na podobnym poziomie zdenerwowania. Wkłada w usta Szackiego obserwacje, które właściwie nie wychodzą poza „co to za szkaradziejstwo z lat dziewięćdziesiątych, co zasłania dawne pruskie koszary” albo „ależ zmarnowana kamienica ze śladami dawnej świetności”. Szacki nie zastanawia się, co tutaj się właściwie wydarzyło. Biega po Olsztynie ze świadomością, że miasto zostało spaskudzone, ba, nawet powie to oficjelom, że to oni wykończą gród nad Łyną, ale wbrew pozorom poprzedni mieszkańcy Olsztyna właściwie się w tych wszystkich narracjach nie pojawiają. Ot, jako szkielety znajdowane co jakiś czas albo jako „Rzesza”, albo jako wyrzut sumienia z plebiscytu w 1920, ale to właściwie tyle. Architektura pruska, którą tak zachwyca się Szacki, pozostaje pusta, bez ludzi, którzy ją wznieśli. To dziwne, że w całym tym swoim „żartobliwym” zacięciu, w które Miłoszewski uzbraja swoich bohaterów (żartujących sobie swobodnie o „odfajkowaniu Niemca”, „podpisaniu volkslisty” albo wspomnianym plebiscycie) nie rusza jakoś faktycznie tych Niemców. Niemców, którzy przecież jakoś sami z siebie stamtąd nie zniknęli. Ale to uwaga na marginesie. Szkoda mi po prostu, że krajobraz Olsztyna nie posłużył Miłoszewskiemu do zbudowania intrygi – tak jak było z Sandomierzem w „Ziarnie prawdy”, które udało się tak a nie inaczej właśnie dlatego, że działo się w tym miejscu. „Gniew” mógłby właściwie równie dobrze rozgrywać się w zimnym Białymstoku, zadymionym Krakowie albo poukładanym, ale mglistym Poznaniu i nic specjalnie by się w tym świecie przedstawionym nie zmieniło.

Jednocześnie jednak bardzo podoba mi się to, że „Gniew” jest – podobnie zresztą do „Ziarna prawdy”, ale zdecydowanie mocniej – zaangażowany społecznie. Temat przemocy domowej, która pozostaje bardzo długo niewidoczna, jest najstraszniejszym chyba z możliwych zagrożeń. Co prawda rozwiązanie, że należy pomagać ofiarom nie dlatego, że tego wymaga człowieczeństwo, ale z obawy przed karą, nie do końca do mnie przemawia, ale doceniam sam pomysł. Dlaczego? Dlatego, że w przeciwieństwie do poprzednich części cyklu wreszcie narracje „z głów” przestępców mają tutaj sens: uwierają dokładnie tam, gdzie powinny i szczerze mówiąc zostają z czytelnikiem (a w każdym razie ze mną) jeszcze długo po zakończeniu lektury. Dużo dłużej nawet niż kolejne wymyślne morderstwa – trochę trącące dla mnie rozwiązaniami z thrillerów medycznych – które serwuje nam autor. One są bowiem, na co zrzędziłam już przy „Uwikłaniu” i „Ziarnie prawdy” często przekombinowane, a że autor nie zostawia nam żadnych śladów, bo zostawia je w sferze poza światem przedstawionym, a zatem dla nas niedostępnej, to trudno wszystko ze sobą poskładać. Zostajemy z masą niedopowiedzeń, które można skwitować chytrym uśmieszkiem, jasne, ale dla mnie to są błędy w sztuce pisarskiej i nic na to nie poradzę. Dziwi mnie tylko, że redakcja je przepuściła.

I tak rozmyślałam i rozmyślałam, kogo mi ten Szacki z wyglądu przypomina, i w końcu wpadłam na to, że jak czytam, to mam przed oczami Jima Caviezela z "Impersonalnych". Dumna byłam strasznie, jak na to wpadłam. Źródło.

Jakieś dowody, powiecie, tak to sobie każdy może ponarzekać. Nie ma sprawy, już przedkładam materiał dowodowy. Dane utajniam, coby nie siać spojlerów, ale lojalnie uprzedzam, że ten akapit może zawierać ich śladową ilość. Dla przykładu podam dwie niekonsekwencje fabularne, które najbardziej rzucają się w oczy. Pierwsza: policjant z dochodzeniówki, z którym w tym tomie współpracuje Szacki, w czasie przesłuchania opowiada historię, jak to rodzice zdecydowali się odczynić jego specyficzne nazwisko dając mu papieskie imiona, a siostrę nazywając po świętej katolickiej „na topie”:
(...) i stąd ten Jan Paweł. Urodziłem się tego samego dnia, kiedy nasz papież słynną mszę na placu Zwycięstwa odprawiał. Mam jeszcze siostrę, Faustynę Łucję” (s. 294). 
Wszystko pięknie. No więc dlaczego w scenie na cmentarzu, kiedy mamy okazję obcować z policjantem sam na sam i dostajemy wgląd w jego myśli, czytamy: 
„(...) nie miał pojęcia, sam był jedynakiem z rodziny jedynaków (...)” (s. 365). 
Siostrę w ciągu tych siedemdziesięciu stron anihilowało? Jako że uwielbiam dzielić włos na czworo, pomyślałam sobie: można oczywiście interpretować scenę, w której opowiada o siostrze jako taką anegdotę, którą mówi, kiedy tłumaczy dziwne decyzje imienne swoich rodziców, ot tak, klasyczny przykład rozładowywania atmosfery – można, ale nie mamy aż tylu wiadomości o tym bohaterze, żeby stwierdzić, czy tak faktycznie jest, czy nie. Nie wspominając o tym, że z tych strzępków charakteru (typowa strategia Miłoszewskiego: policjant jest smutny, ma wąsy i charakterystyczne dane personalne, kropka) nie wynikałoby takie postępowanie. No to teraz druga: we wspomnieniach lekarki z oddziału psychiatrycznego dostajemy opis przetransportowania tam chłopczyka, który w pożarze stracił matkę – jeszcze pachnie spalenizną i ma ubłocone stopy, kiedy przywożą go na oddział. Chłopiec (uwaga, spojler!!!) z tęsknoty postanawia umrzeć – sęk w tym, że nie może wiedzieć, że musi spędzić życie bez osoby, za którą tęskni, bo a: wie, że ta osoba żyje, b: nie wie, co ma zamiar zrobić jego ojciec. Także dramatyczna scena wydaje się być jednak obliczona na efekt, a nie na prawdopodobieństwo wydarzeń.

Stąd też mam pewien problem z zakończeniem. Otwarte zakończenia są bowiem bardzo trudne, a jeśli autor popełnia błędy na kartach powieści, tym trudniej jest uwierzyć, że takie zakończenie jest celowym zabiegiem narracyjnym, a nie że tak po prostu „wyszło”. Coś jak w przypadku Sagi o wiedźminie, gdzie też zżymano się na to, jak autor postąpił. Przy całym jednak podobieństwie, Geralt znowu wychodzi z tej konfrontacji zwycięsko. Prokurator Szacki nie jest jednak w tym tomie aż tak irytujący – głównie dlatego, że jest nieustannie zmęczony; widać też, że i Miłoszewski jest już swoim bohaterem zmęczony. Z Szackiego zostaje głównie charakterystyczny ubiór – podkreślany na każdym kroku – i zwyczaj narzekania na wszystko. Wątki z „Ziarna prawdy”, które powinny się przenieść do „Gniewu” (jak było z „Uwikłaniem”) zupełnie wyparowują. Jako smaczek dla czytelnika powróci pewna postać z tomu pierwszego, ale to właściwie tyle. Chociaż dowiemy się, że w międzyczasie Szacki był w Warszawie (tzn. między pobytem w Sandomierzu a w Olsztynie), to zachowuje się tak, jakby znaczna część jego przeszłości ulotniła mu się z głowy.

Swoje apogeum osiąga też w „Gniewie” denerwująca maniera nazywania postaci, która przywodzi mi na myśl Neojeżycjadę Małgorzaty Musierowicz (wszystkie te Arlety Kopiec-Mrówek i Nory Górskie). Miłoszewski nazywa więc swoich bohaterów: Bierut, Zemsta, a lekarza doktor Frankenstein (cha, cha, boki zrywać). Po co? Właściwie trudno powiedzieć. Jeśli to mają być elementy humorystyczne – to raczej słabe. Jeśli nazwiska mają być „znaczące” to również średnio to wyszło, bo forma, w jaką są ubrane, sprzyja raczej tym skojarzeniom przywołanym powyżej. To zresztą strasznie dziwne, bo przecież w „Uwikłaniu” takiej strategii, nazwijmy ją „nazewniczą”, przecież nie było. Potem autor jakoś się z nią uaktywnił, niestety.

Zostało mi po kryminalnej trylogii Miłoszewskiego takie niemiłe uczucie, że oszukać czytelnika jest łatwo, kiedy nie podaje się mu wszystkich informacji (czy chociażby sugestii) – tak było w „Uwikłaniu” i tak jest też niestety w „Gniewie”. Szkoda mi tym bardziej, że zarówno kompozycja, jak i centralny problem „Gniewu” były najlepszymi z całej trylogii. Również warsztat Miłoszewskiego ciekawie wyewoluował. Tylko po co ta gmatwanina?


O, taka zgorzkniała się zrobiłam przy śledzeniu poczynań Szackiego. A Wy jakie mieliście przemyślenia po zamknięciu „Gniewu”?
__________________

Jutro będzie o pomnikach trwalszych niż ze spiżu, które wcale nie okazały się takim znowu błogosławieństwem. Jeśli będziecie mieli ochotę – zapraszam!

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Nie znam tej trylogii, nawet wcześniej o niej nie słyszałam. Wydanie faktycznie ładne. Teraz muszę się poważnie zastanowić, czy chcę zaczynać kolejną serię. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jedna z tych, którą czyta się naprawdę błyskawicznie - bo mimo mojego narzekania muszę przyznać, że serio czyta się bardzo szybko, na takiej zasadzie: "ale co dalej, co dalej?!" ;).

      Usuń
  2. "Gniew" nie jest bez wad, ale mimo to będę trochę bronić Miłoszewskiego. Jest w tej chwili jednym z bardzo niewielu polskich "kryminalistów", którzy mogą stawać w szranki ze światowymi kolegami po fachu. To, co mnie przekonuje, to bezkompromisowe sięganie po tematy bolesne. Tutaj o przemocy domowej pisał tak, jak jeszcze chyba żaden inny. I to jest sztuka - dotrzeć do czytelnika tak, by nim wstrząsnąć, wzbudzić emocje, zostawić jakiś ślad. I to mu się udało.
    PS. Naprawdę irytował Cię Myślimir Szcząchor? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego napisałam, że bardzo sobie cenię społeczne zaangażowanie tych książek - "Gniewu" zwłaszcza; tyle tylko - pozwolę sobie na spojler - im więcej czasu mija od lektury, tym bardziej mieszane uczucia mam co do rozwiązania. To znaczy, dobrze, że zwrócił uwagę na to, że w wielu przypadkach można pomóc ofierze pomocy, ale czy nie powinniśmy tego robić dlatego, że jesteśmy ludźmi, a nie dlatego, że będziemy się bać, że ktoś nam kiedyś wykroi kostki z uszu? To mnie cały czas zastanawia - a ten wydźwięk tam jest, nie do końca myślę celowy.

      Co do Myślimira - uważam, że to przesada (ale jak pisałam denerwuje mnie to opatrywanie postaci nazwiskami znaczącymi, przypomina trochę kryminały Milosa Urbana, z którymi mam podobne kłopoty :)), ale sama postać była, trudno to określić inaczej, "słodka". Aczkolwiek stwierdzenie Szackiego, że co to za fajtłapa, piosenek dla dzieci słucha - wrrr!

      Usuń
  3. Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedno fabularne niedopatrzenie, które szczególnie mnie irytuje, bo potencjalnie mogłoby mieć wpływ na interpretację zakończenia, jego możliwy przebieg i motywacje bohaterów. Otóż na samym początku książki dostajemy opis, który ma nas wciągnąć, porwać i zadziwić, dotyczący tego (uwaga spoiler, choć z początku!), jak to nieskazitelny bohater, cud nad prokuratory, Szacki Teodor, kogoś dusi. Z opisu dowiadujemy się, że ofiara szarpie się i wierzga, i za nic nie chce umrzeć, a Szacki sił ma coraz mniej, no ale, uff, udaje się. Kiedy zaś w ostatnich partiach książki powracamy do tego motywu, dowiadujemy się, że sekcja pokazała, że uduszona ofiara w ogóle nie walczyła, bezwolnie przyjęła śmierć i potem mamy całe oratorium, co to znaczy i co to nam o ofierze mówi. Ja jeszcze rozumiem zjedzoną przez autora lub redaktora siostrę Faustynę, ale to?

    Co zaś do zaangażowania społecznego, to będę trochę trollem, przepraszam, ale mnie to jednak pachnie noszeniem nosa wysoko, że oto ja autor Was pouczę i dokształcę w palącej społecznie kwestii, a potem na końcu się przyznam, że przeczytałem na ten temat dwie bądź jedną książkę, ale, czytelnicy!, polecił mi ją stosowny autorytet. Moim zdaniem nie jest to do końca porządny research, ja wiem, że pisarz to nie badacz, który ma wertować biblioteki z góry na dół, ale mógłby się też nie stroić na społecznego aktywistę. Po prostu piszę, bo mnie to dotyka, a nie piszę, bo czuję misję społeczną (ja zaś wyraźnie w posłowiach czuję tę drugą postawę).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A i zapomniałem: doskonała recenzja! Gratulacje ogromne za nią i cały trzyczęściowy cykl rozkmin nad Wiedźminem polskiego kryminału.

      Usuń
    2. Dziękuję :).

      Nie powiem, że się nie zgadzam: trochę tak jest, ale z drugiej strony nawet jeśli odczytywać to jako "ja autor z wysokości", to wciąż jest to godne pochwały, bo może a nuż ktoś przeczyta i się zastanowi (aczkolwiek tak jak pisałam wyżej - pobudki pozostają dla mnie dwuznaczne). Co do sceny masz oczywiście rację, widzisz, nie pomyślałam o tym, tak mnie zakłuło w oczy to nagłe zniknięcie siostry policjanta :).

      Usuń
  4. To, że nie mam zamiaru sięgnąć po "Gniew" tylko potwierdziłaś. Dziękuję :) Bardzo cenna recenzja!
    W sumie ciekawa jestem ile dzieci spłodził Szacki i czy któraś z jego kochanek w końcu z premedytacją podziurawiła prezerwatywę, żeby te jego łóżkowe wojaże dały mu coś do myślenia :P Ale skoro mówisz, że prokuratorro nie pamięta o tym, co działo się wcześniej, to muszę sobie sama dopowiedzieć. ;)

    PS. Biorę udział w tym samym czytelniczym wyzwaniu! Jaki ten świat mały ;)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem do końca, czemu ten promiskuityzm Szackiego miał tak naprawdę służyć, bo nie sądzę, żeby denerwowaniu czytelników ;). Może chodziło o takie podkreślanie witalności naszego prokuratora i tego, że jest taki och i ach, że żadna mu się nie oprze? W "Gniewie" teoretycznie się znowu ustatkował, co prawda. Nie będę Cię zachęcała, ale zawsze warto sobie jeszcze wyrobić własne zdanie -- przy czym raczej w wolnej chwili, bo tu znowu jest świetna idea przewodnia (bardzo mocne opisy przemocy domowej), ale Szacki jakby znowu na doczepkę zasłania krajobraz.

      O, super :). Bardzo je lubię, bo jest takie szerokie i daje sporo możliwości manewru :). Również pozdrawiam!

      Usuń
  5. Skończyłam słuchać i dla mnie to też jest najlepsza część trylogii. Szacki przestał być tak potwornie irytujący, zniknęło na przykład klikanie w jego głowie, zapewne z powodu zmęczenia. I nie ma też okropnych, lekko seksistowskich opisów przełożonych czy współpracownic. Oczywiście, w tomie gdzie tłem jest przemoc domowa i w którym podkreśla się, że słowa też mają znaczenie, nie mogły się pojawić. Swoją drogą to ciekawa ewolucja w stosunku do pierwszego tomu, prawda? Taki Falk zamiast Kuzniecowa.
    Przyznaję, że kiedy po raz pierwszy pojawił się dr Frankenstein najpierw głośno westchnęłam: "No nie... seriously?", ale po chwili zaczęłam się śmiać. I tak reagowałam już do końca powieści. A że słuchałam "Gniewu" głównie w komunikacji miejskiej, ściągałam na siebie zdumione spojrzenia współpasażerów. Znowu zastanawiam się na ile fakt, że słuchałam wpłynął na odbiór lektury? Mam takie nieodparte wrażenie, że np. imiona i nazwiska irytowałyby mnie ogromnie podczas czytania. Może jest to też zasługa lektora. Śmiałam się przy tym tomie najwięcej i nie mogłam serio podchodzić do imion i nazwisk. Czy nie był to celowy (chociaż może niezbyt udany) zabieg autora? Przeciwwaga dla ogromnie smutnego i poważnego tematu przemocy domowej?
    I Ziemie Odzyskane. Z jednej strony zgadzam się z Tobą, że akcja "Gniewu" mogłaby się toczyć gdziekolwiek, z drugiej strony uważam, że Miłoszewski świetnie oddał lokalny patriotyzm. Kiedy po raz n-ty słyszałam o 11 jeziorach, przychodziły mi do głowy podobne historie, które sama powtarzam do znudzenia o moim rodzinnym mieście. Oczywiście, jest to krzywe zwierciadło, ale ja to kupuję i śmieję się sama z siebie.
    I na koniec Szacki. Powinnam napisać "jestę licealistką", bo dopiero po pierwszych scenach "Gniewu" wyłonił się w mojej głowie obraz prokuratora. Nie mam pojęcia dlaczego, ale wcześniej nie mogłam go sobie zwizualizować.
    Jeżeli chodzi o niedociągnięcia to jest ich sporo i co chwilę coś zgrzyta (początek vs. zakończenie, ciekawe jak przetransportowano kości Najmana przez ten bałagan w piwnicy internatu, historia synka, który nie chce żyć w ogóle nie trzyma się kupy, etc.) a samo zakończenie jest jakby bez pomysłu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się z perspektywy czasu waham, czy jednak nie "Ziarno prawdy" -- jeśli jednak chodzi o samą postać Szackiego, masz rację; podoba mi się przewrotność autora, który Szackiego-mizogina wrzuca w sam środek rodzinnych piekieł i każe przyglądać się, do czego może prowadzić ignorancja. Masz też rację, że Falk jest szalenie ciekawym kontrapunktem dla Kuzniecowa -- nie wpadłam na to!

      Zastanawiam się teraz, czy nie chodzi właśnie o takie oderwanie jednak od realizmu, stąd i doktor Frankenstein, i Myślimir Szcząchor. To wydaje mi się lepszym pomysłem niż gdyby ci bohaterowie mieli być elementami komicznymi ;-). Ale nadal mam co do tego zabiegu mieszane uczucia.

      Tak, zgadzam się, jeśli chodzi o lokalny patriotyzm -- jak najbardziej, ale też i mógłby się on objawić w każdym innym, niekoniecznie "ziemioodzyskanym" mieście. I tego mi szkoda.

      Usuń
    2. Będę śledzić czy z czasem moje zdanie co do kolejności poszczególnych części się nie zmieni. ;)

      Jeżeli chodzi o imiona i nazwiska to lepiej to ujęłaś! To mógł być celowy zabieg, takie całkowite oderwanie od realizmu. Element komiczny jednak jest, nawet jeżeli jako produkt uboczny i nie dziwię się, że wywołuje mieszane uczucia.

      No tak, to nie musiał być Olsztyn. Mogłoby to być każde inne miasto odzyskane albo takie polskie od wieków. Pod tym kątem "Ziarno prawdy jest lepsze. Wydaje mi się jednak, że Miłoszewski uchwycił specyficzny lokalny patriotyzm tak charakterystyczny dla mieszkańców Ziem Odzyskanych. Chociaż, tu też można by się przyczepić że jest jednowymiarowy. ;)

      Usuń