Wielkie koty za płoty albo wpis na Dzień Kota


Dzisiaj ważne święto, zwłaszcza, co udowadnialiśmy już sobie nie raz, dla czytelników. Bo któż tak zadba, byś czytał w tej samej pozycji i nie wydziwiał? Kto zaopiekuje się tobą, żebyś nie wytężał zanadto wzroku nad książkami? No nikt inny, tylko on – kot. A że dzisiaj Dzień Kota, święto o tyle nowe, co – sami przyznacie – niezwykle w kalendarzu potrzebne, to dzisiaj o kotach w literaturze.


Ale byłoby za prosto, gdyby pójść wyłącznie tym tropem. Zwłaszcza, że autorzy i autorki koty lubią, więc co to za wyzwanie. Dlatego pomyślałam, że miło będzie sprawdzić, gdzie kot dla fabuły jest znaczący, ale kot niebylejaki, bo wielki. Przemyka często w tle, czasami marnie kończy, ale bez niego akcja byłaby nudna albo nawet w ogóle by się nie zaczęła. I właśnie z tego powodu przyjrzymy się dzisiaj wielkim kotom z kart najróżniejszych dzieł. Z lekką nadreprezentacją tygrysów, bo albo jestem stronnicza, albo tygrysy są jakoś od autorów i autorek ulubione. Książek rzecz jasna jest dziewięć.


Bo wiadomo, że Sienkiewicz lubił podróżować, a że czasy były takie, że biały zamożny mężczyzna mógł sobie pozwolić na ociupinę orientu, to nasz pierwszy noblista wyruszył w pewnym momencie do Afryki, a tam z kolei na polowanie. Dostał nawet swój portret w stosowanym wdzianku, który namalował mu Stanisław Witkiewicz, ojciec Witkacego. Zatem nic dziwnego, że oprócz listów, Sienkiewicz akcję jednej ze swoich powieści umieścił w Afryce. Teraz muszę się Wam do czegoś przyznać: nie znoszę „W pustyni i w puszczy”. Męczyłam się na tej książce strasznie i była ona przyczyną mojej kłótni z polonistką w podstawówce, kiedy to kategorycznie odmówiłam uczenia się jakiegokolwiek fragmentu tego dzieła na pamięć. Ale cóż zrobić, pomyślałam, napiszę o „W pustyni...”, nie będę uprzedzona. W końcu wielki kot tam jest. W końcu Afryka, więc są okazy fauny dla Afryki ikoniczne (cała ta książka świetnie ilustruje europejskie podejście do egzotyki w tym czasie, co można uznać za komplement; albo nie). Lwa nasi bohaterowie, uprowadzeni przez porywaczy. Wszyscy się lwa boją, oprócz dzielnego Stasia, który w lwie widzi szansę na poprawę losu swojego i Nel. Lew oddaje zatem życie, żeby bohaterowie mogli się wyswobodzić i uciec. No i trzeba jeszcze wspomnieć, że przecież pies bohaterów, Saba, to znaczy lew, pełni rolę trochę takiego kotopsa powieści. 

Co się dzieje dzięki kotu? Staś ma możliwość stać się herosem i nadwerężyć sympatię czytelnika do siebie, za to ratuje Nel i dzięki temu mamy kolejne setki stron, podczas których bohaterowie przemierzają sawannę i dają upust niespecjalnie tonowanemu rasizmowi obowiązującemu w epoce.
A gdyby kota nie było? Podczas wędrówki beduini-porywacze spotykają stado antylop. Staś chce wziąć udział w polowaniu na nie, ale zostaje wyśmiany. Beduini polują na antylopy, po czym zjadą upolowane zwierzęta, rzucając swoim więźniom ochłapy. Po czym uprowadzają ich w kierunku zachodzącego słońca. „W pustyni i w puszczy” zamiast na liście lektur do piątej klasy ląduje w szufladce „ta powieść Sienkiewicza o Europejczykach w afrykańskiej niewoli, zdecydowanie nie dla dzieci”.

Jakże można było pomyśleć o innych ilustracjach,
niż takie z "Króla lwa"? Źródło.


Och, jakoś tak wychodzi, że książki z wielkimi kotami nie należą domoich ulubionych. Na szczęście oprócz denerwującego Mauliego mamy w książce sporo inteligentnych zwierząt, w tym oczywiście słynną panterę Bagerę, która nie dość, że ratuje Mauliemu tyłek wiele razy i stanowi głos rozsądku, to dzięki niej w ogóle mały człowiek nie zostaje od razu wydany na pożarcie tygrysowi – kolejnemu wielkiemu kotu u Kiplinga, tym razem odgrywającego rolę tego złego i tego trochę przygłupiego, czego nie umiem książce darować, bo jeśli jest coś, czego nie lubię, to przedstawianie złego bohatera jako głupka, trudno wtedy naprawdę uwierzyć, że może zagrozić protagoniście na serio – ale ma szansę na kontynuowanie egzystencji. Nie, żebym jakoś mu szczególnie kibicowała.

Co się dzieje dzięki kotu? Mauli nie zostaje pożarty i wyrzucony poza rodzinę wilków (niekoniecznie w tej kolejności) i w ogóle jest popychany do co bardziej rozsądnych działań. Gdyby nie Bagera, Mauliego by nie było, po prostu.
A gdyby kota nie było? Wilki ze strachu przed tygrysem postanawiają nie przyjmować Mauliego do swojego stada. Shere-khan oddala się ze swoim łupem. „Księga dżungli” to opowieść o bezwzględnych dzikich zwierzętach, wśród których nie ma żadnego miejsca dla człowieka. Niech się trzyma z daleka, nic tu po nim.

Życie Pi”
Książka Martella biła swego czasu rekordy popularności – a ostatnio odświeżył ją film. Dla mnie to jedna z tych pozycji, co do których wciąż się waham, czy to aby na pewno dobre książki. Bo z jednej strony historia jest bardzo ciekawa, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę zakończenie. Z drugiej autor stara się wyciągnąć na wierzch tyle zachowań człowieka w sytuacji ekstremalnej, że momentami ociera się o taki voyerystyczny kicz. Na szczęście tygrys, z którym główny bohater w wyniku splotu tragicznych okoliczności płynie na małej łódce przez ocean, jest jednym z tych mniej kontrowersyjnych zabiegów i stwarza ciekawe pole do interpretacji.
 
Co się dzieje dzięki kotu? Zwyczajnie tylko tyle, że akcja się w ogóle toczy. Gdyby nie interesujące napięcie na linii bohater-tygrys, zwyczajnie nie bardzo byłoby o czym pisać, a tak historia Robinsona a rebours może być odczytywana jako historia egzystencjalna z drugim dnem.
A gdyby kota nie było? Opowieść o chłopcu dryfującym przez Pacyfik w samotnej łódce powiela schematy znane z wcześniejszych tego typu opowieści. Powieść Kanadyjczyka przemyka przez listy bestsellerów, ale nie porywa czytelników. Wszyscy denerwują się, że chłopak zjadł podróżującą z nim antylopę.


 Lew rozmyślający jednak o zmianie gatunku. Źródło.


Czterej pancerni i pies”
Z książką Przymanowskiego już chyba tak jest, że albo Was wciągnie, albo zanudzi. Ja należę do tej pierwszej grupy i miałam sporo radości z czytania jej jakoś tak w czasie szkoły średniej (inną kwestią pozostaje ta, jak byłoby teraz). W każdym razie, zakrzykniecie, jaki tam wielki kot?! Przecież pies! No jasne, pies, ale przecież wszystko zaczyna się od Janka polującego w tajdze na tygrysa. Gdyby nie tygrys z początku, nie byłoby wielkiej przyjaźni człowieka z psiakiem, a potem psiskiem, marszu na Berlin, gromienia hitlerowców i w ogóle niczego by nie było. Inna sprawa, że gdyby tygrys był skuteczniejszy, pancernych byłoby trzech i to bez psa. Ach, te nierozstrzygalne problemy!
 
Co się dzieje dzięki kotu? Mamy okazję poznać bohatera i osieroconą futrzaną kulkę, która okazuje się potem najbardziej kultowym psem peerelu. Na szczęście tygrys miał na tyle przyzwoitości, żeby zginąć, biedak, w pierwszym akcie, nie ukatrupiając jednocześnie głównego bohatera.
A gdyby kota nie było? Powieść Przymanowskiego opowiada o zesłanym na Sybir polskim chłopcu, któremu nikt nie powiedział, że może zgłosić się do jakiejkolwiek formującej się polskiej armii. Opiekujący się chłopcem mężczyzna na początku oddaje szczeniaka towarzyszącej mu suczki interesantowi z głuszy. Potem razem z chłopcem uprawiają niegościnne ziemie dalekiej północy. Solidny realizm, trudne życie zesłańca, którego wydarzenia wielkiej historii omijają z daleka.

Serena”
W książce Rusha niebagatelną rolę odgrywa puma. Za pumą biega po lasach jeden z dwójki głównych bohaterów, dla którego upolowanie dumnego kota jest tylko jedną z obsesji. Wszystkie jednak okażą się tak samo niezdrowe. Puma właściwie pełni też rolę takiego zwierzęcia-wytrycha, które daje się interpretować na wiele sposobów, w tym jako alter ego jednej z bohaterek. Wspominałam już o niezdrowych obsesjach? No właśnie. Nie powiedziałabym, że warto czytać wyłącznie dla pumy, ale jeśli macie ochotę na lekturę z wielkim kotem i dość dziwnym przykładem ewolucji silnej bohaterki w kierunku coraz bardziej zdziwaczałej kobiety (bo przecież kobieta, wiadomo, hormony i w ogóle) i pozgrzytać zębami – no wprost wymarzona lektura.
 
Co się dzieje dzięki kotu? Autor ma szansę na liczne nawiązania do tego, jaka to puma jest mistyczna i wieloznaczna. A bohater może pielęgnować niezdrowe obsesje. Tak na wypadek, gdyby czytelnik zapomniał.
A gdyby kota nie było? Na pewno główny bohater kultywowałby dalej inne ze swoich niezdrowych obsesji. I polował na niedźwiedzia, na ten przykład. A co mu tam. Chociaż niedźwiedź to słaba alegoria drapieżnej kobiety.



Męczeństwo Piotra Oheya”
Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak by to było mieć znienacka tygrysa w łazience, dramat Mrożka rozwieje Wasze wątpliwości. W mieszkaniu Oheyów bowiem zamieszkuje dziki kot, co stanie się zresztą pretekstem do defilad różnych mniej lub bardziej podejrzanych indywiduów przez spokojne do tej pory pokoje z kuchnią. Zdestabilizuje to rzecz jasna życie rodziny w sposób zupełnie groteskowy, przez co z jednej strony człowiek łapie się na myśli „to koszmar!”, a z drugiej „ale jaki zabawny!”. Oczywiście tygrys może być zupełnie metaforyczny (wiele metaforycznych dzikich kotów dzisiaj), ale tak właściwie może być całkiem realny. I utrudniać korzystanie z łazienki na całkiem realne sposoby.
 
Co się dzieje dzięki kotu? Och, właściwie wszystko. Łącznie z planowaniem wizyty maharadży, wycieczką szkolną i podejrzanym naukowcem, który wprowadza się do pokoju Oheyówny. Linia interpretacyjna bez tygrysa byłaby pusta.
A gdyby kota nie było? W łazience Oheyów zamieszkuje pancernik. Trzeba go przenosić, jeśli człowiek chce się wykąpać, ale poza tym nikogo to nie interesuje. Zabawna komedia o mieszkaniu z pancernikiem w M4.

Lew, czarownica i stara szafa”
Znowu lew – a właściwie chyba Lew – metaforyczny, tym razem jednak w klimatach raczej pozytywnych. Raczej – bo dla niektórych chrześcijańskie wątki w Narnii C. S. Lewisa są ciężkostrawne. Pozytywnych – bo Lew to przecież Aslan, dobroczyńcka bohaterów, przeciwieństwo złej Białej Czarownicy i spiritus movens całej akcji uwalniania, ratowania i rozmrażania. W dodatku jako tytułowy lew z pierwszej części od razu z góry nakreśla nam ducha powieści.
 
Co się dzieje dzięki kotu? Nie zdziwicie się, kiedy powiem – jestem jakaś tendencyjna dzisiaj – że wszystko? Oczywiście bohaterowie mają jakiś margines swobody i dobrej woli, więc istniała szansa, że Lew jednak zostanie pokonany. Ale na szczęście nie został, więc można spokojnie czytać sobie cykl narnijski (aż do ostatniego tomu).
A gdyby kota nie było? Mroczna postsekularna powieść dla młodzieży o złu, któremu nic nie może się przeciwstawić. Wariacja na temat „Królowej Śniegu”, w której nie ma Gerdy. Edmunda wymienia się jako jednego z literackich protoplastów wampira Edwarda.



Czarnoksiężnik z krainy Oz”
W prozie Bauma lew zostaje pozbawiony swojej koronnej cechy i zostaje tchórzliwym antykrólem lasu. Na szczęście w jego okolice zapląta się Dorotka, która wyfrunęła mimo woli z Kansas i zaproponuje mu przyłączenie się do jej krucjaty do wielkiego Czarnoksiężnika ze Szamaragdowego Grodu. Lew, skuszony perspektywą odzyskania swojej odwagi, radośnie przystaje jako pierwszy do wesołej kompanii dziewczynki i jej psa. Oczywiście lew symbolizuje pewne wartości, które powinniśmy nabyć razem z nim w trakcie wędrówki i zawsze dla mnie był nieco w cieniu innych bohaterów, ale jednak trudno bez niego wyobrazić sobie kompanię Dorotki.
 
Co się dzieje dzięki kotu? Dostarcza nam nieco humoru, a jak trzeba umie pokazać się z nieco lepszej strony. Może w przeciwieństwie do innych wielkich kotów z dzisiejszego wpisu nie jest najsilniejszym filarem fabuły, ale przecież nie każdy musi.
A gdyby kota nie było? Trochę skąpo wyposażona w ochotników drużyna Dorotki wędruje przez Oz. Odwaga nie jest w życiu najważniejsza, informują recenzenci książki Bauma.


Stado”
Czyli Wharton o czasach Wielkiego Kryzysu z lwem w tle. Kiedy zapytałam w domu, czy ktoś kojarzy jakąś powieść z wielkim kotem, bo wymyśliłam tylko osiem przykładów, no a powinno być dziewięć, od razu usłyszałam: musisz wspomnieć o „Stadzie” Whartona. Oczywiście zapytałam, o czym konkretnie, bo sama książkę kiedyś przekartkowałam, ale nie będąc fanką stylu Whartona, odłożyłam. Dowiedziałam się, że w sumie to nie bardzo już mój żarliwy namawiacz pamięta, ale na pewno był tam lew! No więc okazuje się, że lew i jego właściciel funkcjonują tutaj troszkę na zasadzie „tego motywu, który czytelnik powinien z książki zapamiętać” albo „tego charakterystycznego motywu, żeby się mówiło: cały Wahrton!”. Niemniej ubogacają całą historię, chociaż lew jest raczej mało dziki, za to na pewno koci. Jeśli ktoś z Was pamięta większe ilości lwa, nie wahajcie się doprecyzować w komentarzu.
 
Co się dzieje dzięki kotu? Książka zapada w pamięć.
A gdyby kota nie było? Trzeba się mierzyć z trudnymi tematami z historii. (Prawie) każdy amerykański pisarz musi sięgnąć wcześniej lub później do czasów Wielkiego Kryzysu. Wharton też sięgnął.

Tak więc, jak widzicie, gdyby nie wielkie koty, wiele książek wyglądałoby zupełnie inaczej i nie zyskałoby aż takiego rozgłosu i miejsca w czytelniczych sercach. A Wy macie swoje ulubione wielkie fabularne koty?

__________________

A jutro będą troszkę rozważania natury teoretycznej, trochę o czytaniu, a trochę o czytelnikach.

Weź dokładkę!

11 komentarze

  1. Hmm, nie mój ulubiony kot jest całkiem mały. Nazywa się Chester i pochodzi z hrabstwa Cheshire ;). Tak wiem, mało oryginalny wybór.
    I tak troszkę, ale tylko troszeczkę mam żal do syberyjskiego tygrysa, że nie był skuteczniejszy :P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie to Kot z Cheshire nie był taki całkiem mały i zasadniczo trudno powiedzieć z lekkim sercem, że był domowy... ;)

      Usuń
  2. Liczyłam, że jednak napiszesz o małych kotkach... Ale skoro tak, to mogę przypomnieć lwy herbowe Rikissy w "Niewidzialnej koronie" ;) Nie żebym miała do nich szczególnie emocjonalny stosunek, ale tak na gorąco nic mi nie przychodzi do głowy poza wyżej wymienionymi (tak nawiasem mówiąc nie miałam pojęcia, że "Czterej pancerni" byli oparci na książce). Chociaż zapewne człowiek bez przerwy czyta o wielkich kotach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie muszę znaleźć kolejną okazję, żeby napisać o małych kotkach! :) O lwach Rikissy zupełnie zapomniałam (czytaj: znany przypadek rozmyślania z książką, która zawiera dany motyw tuż przed oczami ;)).

      Usuń
  3. Miejmy nadzieję, że przypominasz sobie najważniejszego kota w klasyce literatury - imię jego Behemot!
    Michaił Bułhakow nazwał tak członka świty Wolanda z powieści "Mistrz i Małgorzata”, występującemu pod postacią kota, mogącego zamieniać się w człowieka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, o kocie Behemocie nie sposób zapomnieć, ale nie pomyślałam, że podpada pod tę kategorię wielkiego kota. Chociaż właściwie pod jaką inną? Może powinnam jeszcze stworzyć taką w rodzaju "wielkie-ale-nie-dzikie-i-naprawdę-koty, Kot z Cheshire by się tam wtedy też zmieścił :).

      Usuń
  4. Koty, koty... Może ta kotka z "Dziecię kot"? Albo Oskar, który towarzyszył starszym mieszkającym w domu opieki i zawsze wiedział komu z nich przyjdzie pożegnać się z życiem (niestety jego historia zakończyła się nie tak dobrze, jak ta przedstawiona w książce). I jeszcze Riko, z książki Chełstowskiej i Kozłowskiego. A z rzeczy bardziej literackich - "Ostatni lampart" Lauren St. John.
    Pozdrawiam:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż - skupiłam się raczej na małych kotach;-)

      Usuń
    2. Jak widać, małe koty jakoś bardziej przyciągają :). O, a "Ostatni lampart" by tutaj pasował, ale książki nie znałam (już wpisuję sobie do notatnika, coby sprawdzić przy okazji :)).

      Usuń
  5. Tak szczerze mówiąc, pod akapitem o "Czterech pancernych" brakowało mi tego mema "Gdzie był Greenpeace, kiedy strzelali do tygrysa?".;D Taki offtop.

    OdpowiedzUsuń