Z książką mam +100 do wszystkiego albo dlaczego chcemy czuć się lepsi, bo czytamy?


To nie jest tak, że coś takiego od razu rzuca się w oczy. Albo może ja jestem mało spostrzegawcza, bo przecież i tak może być. Na początku są akcje. Akcje są dlatego, że kilka milionów Polaków nie przeczytało w danym roku ani jednej książki. No to hop, siup, zatrudniamy ludzi, płacimy aktorom, kręcimy spot. Albo inaczej: wieszamy billboardy. Albo jeszcze inaczej: zakładamy fanpage'a na portalu społecznościowym. Kilkamy, lubimy, dzielimy się dalej. Albo nie, bo nachodzi nas straszna refleksja. I dzisiaj o tej refleksji będzie (a we wstępie trochę hiperbolizuję, ale dalej już będzie zupełnie serio).


To właściwie temat, który jakoś dotyka wielu bolączek polskiego (ale pewnie nie tylko) czytelnictwa. Dlaczego? Dlatego, że wytwarza jakiś dziwny obraz polskiego czytelnika, który jest nieźle sytuowany, najczęściej mieszka w mieście, a książki kupuje w księgarni. To znaczy nie zrozumcie mnie opacznie: pewnie, taka jest statystyka. Tylko że taka statystka bywa dość myląca, bo stwarza większościowy obraz, który z kolei sytuuje się po przeciwnej stronie tego obrazu człowieka nieczytającego. Który to człowiek okazuje się bolączką trapiącą wszystkie systemy państwa i jeszcze w dodatku nie czyta. To jest jedna sprawa. Ale na niej oparte są inne. 


Nadrabiam zaległości z wczoraj i dzisiaj za ilustracje robią zdjęcia
poważnie wyglądających kotów. Źródło.


Bo bardzo łatwo jest uznać, że skoro ja czytam, to jest coś, co sprawia, że jestem lepszy od tego, który nie czyta. Co jest znowu założeniem o tyle niedobrym, co szkodliwym. Z niego bowiem wypływa taki na poły kolonialny przekaz wszystkich tych akcji, zachęcających do czytania. Akcje te często startują z poziomu żartu, który komuś się spodobał i został przyklepany, i powędrował sobie dalej, tylko że nikt nie zauważył, że pod spodem, pod tym żartem kryją się treści, które można łatwo wyciągnąć na wierzch i już ani nie jest zabawnie, ani przyjemnie, ani – co najważniejsze – zachęcająco. Oczywiście nie jest tak, że absolutnie wszystkie nasze akcje są takie - odnoszę się głównie do tych ogólnopolskich i tych, które pamiętam. Może mam jakąś wybiórczą pamięć, w którą zapadają same denerwujące mnie sprawy. Nie wykluczam.

Ale może wytłumaczę się trochę z tego „kolonialnego” charakteru. O co mi chodzi? Ano o to, że wiele akcji zachęcających do czytania profiluje sobie taki właśnie dziwny target: oto są jacyś tacy ludzie mało kulturalni, co to nie czytają (nie wnikamy, ba!, nie interesuje nas, z jakiego powodu – bo może mają znikomy dostęp do biblioteki, budżet domowy pożerają wydatki pierwszej potrzeby, nikt ich nie nauczył, że czytanie jest przyjemnością, a nie obowiązkiem i tak dalej). My czytamy, więc teraz my im pokażemy, że też powinni czytać. I sypią się argumenty: czytaj, bo inaczej nie idę z tobą do łóżka (bo jak nie czytasz, to jesteś mało inteligentny), czytaj, bo czytanie jest fajne (ale dlaczego?), czytaj, bo taki jest społeczny przymus (aha, więc nie czytasz, bo zraziła cię do tego szkoła? Co z tego, czytaj, i to migiem!). Tak więc organizatorzy akcji stoją trochę na pozycji tego „białego człowieka”, co to w dzikich krainach będzie przekazywał swoje wzory kultury, bez zrozumienia sedna problemu. Trochę ta metafora jest może za ostra, ale im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej mnie irytuje, że całość zaczyna przypominać taką dziwną relację.

Należałoby się najpierw zastanowić, czemu ludzie nie czytają i do której z tych grup kierujemy nasz przekaz. Bo powody, jak już pisałam, bywają różne (i nie zakładajmy z góry, że chodzi tylko o leni i zepsute przez komputer pokolenia). Najczęściej, jeśli można tak powiedzieć, uciekając się do zwodniczej statystyki, ludzie nie czytają, bo nie umieją. Nie, że nie umieją składać literek, ale po prostu jakoś zawiódł ich system, który miał w nich wykształcić nawyk, a wtłukł im do głowy przekonanie, że jak nie zapamiętają, jakiego koloru Izabela Łęcka miała wstążki do włosów, to dostaną dwóję. I jasne, jest druga strona medalu: dom rodzinny. I że czytelnictwo rośnie tam, gdzie się dziecku czyta i gdzie dziecko widzi, że dorośli czytają. Ale co, jeśli tego dorosłego nikt nie nauczył? Może sam się przekona, a może nie.

Ale czy przekona go do tego żartobliwy spot ze znanymi aktorami, którzy z ironią będą mu powtarzać, żeby nie czytał, bo wtedy będzie miał mniej marzeń, chyba nie chce być inteligentny i jeszcze komuś zaimponuje. Nie wiem, jak Wam, ale mi to przypomina taki słyszany w szkole i bardzo źle kojarzący mi się ton, którego używał (na szczęście rzadko) nauczyciel, kiedy chciał kogoś poniżyć i w ten sposób nadepnąć mu na dumę. Chyba można się zgodzić, że to nie jest najlepsza metoda pedagogiczna i skutek przynosi chyba tylko w filmach o trudnej młodzieży. Bo jasne, cały spot ma mieć wydźwięk satyryczny, ho, ho, jakże nam wesoło, no chyba nie bierzecie tego na poważnie, psst, jest zupełnie odwrotnie. No jasne, tylko czy autorzy zauważyli, że to, co robią – oprócz teoretycznie zachęcania do czytania (?) - to kreowanie jakiejś wizji tego człowieka nieczytającego: głupka bez marzeń, którym wszyscy gardzą?

Bo problemem większości takich akcji jest to, że nie tyle skierowane są do osób nieczytających (bo nic konkretnego nie mówią), ale do czytających właśnie (bo używają arsenału środków zrozumiałych głównie w tym kole czytelniczym). I albo schodzą do dość niskich rejestrów (czytaj, to pójdziemy do łóżka), znowu traktując osobę z jakiegoś powodu nieczytającą jako lenia i troglodytę, który poleci na seks, albo pozostają w rejestrach słabo czytelnych dla kogoś, kto w czytaniu nie widzi nic zabawnego. Bo czemu aktor usadowiony w pięknej, przeszklonej bibliotece z mnóstwem książek ma go przekonać do czytania? Jak w większości przypadków ten ktoś ma bibliotekę w odległości większej niż kilka kilometrów, nowości pojawiają się tam przy dobrych wiatrach raz do roku, a większość książek obłożona jest od razu w szary papier i umieszczona w dawno nieremontowanym budynku?

Więcej jeszcze: teraz nawet nie wystarczy czytać. Trzeba czytać książki uznane. I zaczynają się przedziwne podziały: ty czytasz romanse i harlequiny, fuj, tak naprawdę to w ogóle nie czytasz. O, a ty lubisz książki młodzieżowe? No weź przestań, za stary jesteś. Wpisałeś sobie „Zmierzch” do ulubionych książek? Pewnie na żarty, prawda?

No właśnie. Z jednej strony istnieje zatem swego rodzaju presja: czytaj! Z drugiej: ale nie wszystko! Trudno z takiego błędnego koła wybrnąć. Wydaje mi się, że dobrze jest czytać. Dobrze jest czytać dużo i różnorodnie, żeby umieć potem określić, która książka jest warta uwagi, a która nie. Bo jasne, nie jestem jakimś szalonym książkowym liberałem, żeby mówić, że wszystko, co na papierze, jest doskonałe. Bo, oczywiście, nie jest. Są książki takie sobie, są książki złe i bardzo krzywdzące czytelnika i są książki tak złe, że właściwie nie wiadomo, o czym wydawca myślał umieszczając je w planie wydawniczym. I oczywiście jak ktoś taką złą – ale naprawdę złą – książkę wytknie, kulturalnie, palcem i pokaże, co jest w niej złe, trudno się obrazić. Ale czasami mam wrażenie, że się te książki wytyka tylko z pozoru z poczucia misji („nie czytajcie tego, bo potem już świat dla Was stracony, słońce zgaśnie i w ogóle osuniecie się w nicość!”), a w gruncie rzeczy z przyjemności, że może pokazać swoje obycie („ha, ha, to taka zła książka jest, tumany czytają i nie widzą, to ja im pokażę!”).

Granica jest tu oczywiście niesamowicie cienka. Ale chyba takie przypadki, które nigdy w życiu nie nacięły się na upodobaniu do kiepskiej książki, są nieliczne. Jasne, dobrze jest widzieć, że się czyta literaturę nie najwyższych lotów – z wielu powodów – ale czy to jest powód, żeby odcinać się wyraźnie od ludzi, którzy ją czytają i tego nie widzą?

Nie wiem, tak na dobrą sprawę, jakie jest z tego punktu dalsze wyjście. Oczywiście dobrze jest mieć nadzieję, że taki ktoś, kto pokocha wampirze serie wyrastające jak grzyby po deszczu, potem sięgnie po coś podobnego, i dalej, i dalej, aż wyląduje z „Wampirem” Reymonta w fotelu (trochę poleciałam), a wszyscy ci, co tak marli ze zgrozy, że czytał „Zmierzch”, odetchną z dumą i ulgą. Co rzecz jasna jest możliwym scenariuszem, ale nie jest jedynym, który się w rzeczywistości realizuje. Bo wiele osób zostanie przy tych romansach.

Czy to źle? Hm, w pewnym sensie tak, zwłaszcza jeśli książka pod pozorami romantycznej miłości skrywa szkodliwy wzorzec zachowań męsko-damskich, w relacjach przyjacielskich czy innych. Ale to jest dużo szerszy problem, który wykracza poza tylko czytanie takich czy innych książek. Bo przecież wszystkiego (tak sądzę) można się nauczyć, dowiedzieć i dojść do tego – ale na pewno pomoże, jeśli inni nie będą patrzyli na nas z góry. Widzicie, może nie doszłam do jakichś wstrząsających i przełomowych wnioskach, ale trochę chciałam sobie przemyśleć taką czytelniczą filozofię, którą gdzieś tam niezwerbalizowaną, ale jednak posiadam. Nie jest to filozofia doskonała, ale już jakiś tam zalążek.

_____________

A na dowód, że sama lubię czasem sięgnąć po książkę wcale nie taką znowu dobrą, pojutrze będzie o strasznych książkach, co to są straszne, ale je lubię. I trudno. Za to ile radości z pisania o nich. Za to jutro - recenzja.

Weź dokładkę!

40 komentarze

  1. Strasznie nie lubię tego elitaryzmu pt."jak możesz lubić takie gnioty jak Zmierzch czy 50 twarzy Greya"! Skoro czytelnictwo mamy na takim poziomie, jaki nam pokazują te wszystkie straszne badania (czyli, że osoby czytające powinny dostawać medale i dotacje, że im się chce, a dzieci w szkole powinny je na wycieczkach oglądać), to wyśmiewanie kogoś za gust literacki to strzelanie sobie w stopę.
    Rozumiem, że ktoś może uważać książkę za gniot. Ale może to powiedzieć bez uwłaczania jej fanom ("uważam, że to gniot!" brzmi inaczej niż "to czytają tylko idioci!"). Ja wiem, że siedzenie na szklanej górze elitarnego czytelnictwa jest fajne, ale naprawdę donikąd nie prowadzi. Na pewno nie do większych nakładów, lepszcych tłumaczeń i dostępu do nowości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko właśnie mam takie wrażenie, że to jest dokładnie ten tok myślenia: jesteśmy tacy świetni, że czytamy, należy nam się wszystko. I zgadzam się ze wszystkim co piszesz - da się kulturalnie (w końcu w większości chodzi o to, że "czytam, o, takim jestem kulturalnym człowiekiem!") zakomunikować swój sąd o książce, nie odbierając niczego jej czytelnikom.

      Usuń
  2. Sprawa jest prosta - ludzie nie czytają, bo tego nie potrzebują. Ja zaś nie potrafię przekonać samego siebie, że książka naprawdę jest ludziom nieczytającym do czegokolwiek potrzebna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobrze, ale nie potrzebują, bo nie widzą takiej potrzeby - nikt im w większości nie pokazał, że książka może być czymś fajnym, tak? No i tu jest problem - bo przecież nieczytający się nudzą, narzekają na kiepską telewizję i tak dalej; wydaje się, że nic prostszego, tylko pokazać im całe literackie światy. No, ale właśnie nie, bo jeśli ktoś nie wyniósł z domu/szkoły/skądinąd takiego po prostu lubienia czytania, to danie mu do ręki książki - i masz, czytaj, uwzniośli cię - nie ma sensu.

      Usuń
    2. Tylko czy czytanie musi koniecznie uwzniośliać? Przecież można spokojnie czytać dla rozrywki. Mam czasami wrażenie, że żyję na początku XIXwieku, kiedy czytanie powieści było źle widziane, bo nie umoralniało ;).

      Usuń
    3. Nie, masz rację, użyłam skrótu myślowego. Raczej "masz, czytaj, zbawi cię od nudy, a przy okazji uwzniośli, bo wiesz, czytanie uwzniośla tak w ogóle" - po czym: "ale tylko niektórych książek, więc tę odłóż na miejsce i nie bierz więcej do ręki!" ;).

      Oj tak, do dzisiaj bawią mnie bohaterki XIX-wiecznych powieści potępianych za czytanie powieści (w "Ani z Zielonego Wzgórza" ten motyw jest tak pięknie ogrywany!). Ale właśnie, to się rozbija o dwa czynniki: ten elitaryzm związany z samym faktem czytania i elitaryzm związany z tym, że się czyta właściwe (cokolwiek ma to znaczyć) książki.

      Usuń
    4. Ale ja totalnie nie wierzę w założenie, że nie czytają = nudzą się. Czytadło jako forma rozrywki nie jest jakoś szczególnie lepsze od serialu :)

      Usuń
    5. * a wymaga nieporównywalnie więcej uwagi. Nie myślałaś o zainstalowaniu Disqusa? Edytowanie napisanych komentarzy jest fajne :)

      Usuń
    6. Czy ja wiem? Może nie lepsze, może porównywalne, ale dlaczego właściwie by nie pokazać, że czytanie jest czymś ciekawym - bo to jest właściwie sedno problemu.

      I wiem, że blogger nie pozwala na edycję komentarzy (też tego nie lubię), ale wiem też, że wiele osób nie przepada z kolei za Disqusem. Zapiszę sobie tę kwestię do rozważenia ;).

      Usuń
  3. Do czytania zmusić nikogo się nie da (oczywiście poza szkołą) i nie ma takiej potrzeby. Każdy żyje i robi to, co uważa dla siebie za najlepsze. Skoro moja przyjaciółka woli ogladać denne seriale (na które zresztą narzeka), zamiast usiąść z książką, to wcale nie znaczy, że jest mniej inteligentna czy gorsza. Ona zwyczajnie nie ma ochoty czytać i nie widzi takiej potrzeby. Ja, jako mol książkowy, mam problemy ze zrozumieniem takiego podejścia, ale to mój problem, nie jej. Co do wyboru lektur, moja starsza córka czyta tylko romanse, młodsza tylko fantastykę a syn nic nie czyta, chociaż widzi mnie z książką bez przerwy. Mój mąż nie czyta wcale, bo zaraz zasypia:) Ja uwielbiam thrillery, co też nie jest zbyt rozwijające, ale szczerze to mam to w nosie, czy komuś pasuje co czytam, czy nie. Jeżeli miałabym się wstydzić tego co czytam, to chyba bym przestała. Nie zdarzyło mi się również nigdy patrzeć z góry na kogoś czytającego harlequiny, chociaż dla mnie to jest nuda, ale to też mój problem a nie czytającego. Osobiście nie wyobrażam sobie, żeby nie czytać. Jak można nie czytać wcale? Ciężkie do wyobrażenia. Jednak w życiu nie przyszło mi do głowy, że człowiek, który nie czyta jest kimś gorszym, głupszym, innym gatunkiem, który powinien wyginąć.
    Dobra, starczy:) Odnąszę czasami wrażenie, że niektórzy ludzie chlubią się czytaniem po to tylko, by czuć się kimś lepszym, mądrzejszym. Nie dajmy się zwariować! Lubisz czytać-czytaj, nie lubisz-baw się dobrze w inny sposób. Żyj i daj żyć innym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, no i poza tym, tak sobie myślę, właściwie nie ma nic złego w czytaniu jednego gatunku literackiego. To znaczy zwłaszcza teraz, kiedy te granice są w zasadzie takie płynne. I czasami człowiek sam się łapie na tym, że zaczynał powieść obyczajową, a pod koniec to już czytał czysty horror ;).

      Usuń
  4. Bardzo dużo wątków się tu pojawia i chyba nie dam rady się odnieść do wszystkich.

    Te akcje, o których wspomniałaś, są może rzeczywiście mało trafione. Z drugiej strony, jaki byłby "właściwy" sposób promowania czytelnictwa? Zapewne są w Polsce ludzie, którzy nie czytają, bo nie mają w ogóle dostępu do książek, ale jest to naprawdę grupa bardzo znikoma. Oczywiście dostęp do nowości wiąże się z koniecznością ich zakupu, ale przecież osoby, które przez cały rok nie biorą do ręki książki, robią tak nie dlatego, że już zdążyły przeczytać wszystko wydane 10 czy 20 lat temu (o klasyce nie wspomnę). Większość nie czyta, bo nie czuje takiej potrzeby.

    Nie będę hipokrytką i powiem, że czuję się lepsza od tych, którzy nie czytają. Czuję się też lepsza od tych, którzy czytają wyłącznie czytadła i tego nie widzą. Ale zbieram materiały do wpisu o bohaterach książkowych (pozytywnych), którzy z zasady książek nie czytali, a byli przy tym niesamowicie inteligentni. Na razie mam jednego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, do czego się szczerze przyznaję, nie mam pojęcia, jak promować czytelnictwo - wiem tylko, że nie na te sposoby, które opisałam we wpisie. Ale nie wątpię, że jest więcej akcji - może słabiej rozpropagowanych, może na nie nie natrafiłam? Na przykład ta o czytaniu dziecku 20 minut dziennie była skonstruowana całkiem do rzeczy - nie przeciw, a za.

      No i oczywiście, że to nie jest najważniejszy powód. Największą bolączką jest chyba nadal to, że czytanie kojarzy się z nudą i obowiązkiem - trochę to kwestia edukacji szkolnej, a trochę słabych mechanizmów przekazywania "czytelnictwa". Tak sobie dywaguję, ale nie jestem w stu procentach pewna.

      No i czekam na wpis, zdecydowanie! Poza tym rodzaje inteligencji też są różne, więc wszystko zależy ;).

      Usuń
    2. Z obowiązkiem to się kojarzy "czytaj dziecku 20 min. dziennie" i wydaje mi się, że to właśnie jest bardzo zniechęcające i tworzy przymus. A przymus nie jest dobry. To ja już wolę ten "kolonializm". A może za bardzo fetyszyzujemy czytelnictwo właśnie?

      Usuń
    3. Hm, wydaje mi się, że jednak ten przekaz skonstruowany jest subtelniej (na zasadzie: czytaj, niezależnie od tego kim jesteś, jeśli życzysz sobie i swojemu dziecku jak najlepiej, a nie musisz czytać, bo jeśli nie, to znaczy, że jesteś głąbem i twoje dziecko też takie będzie).

      Inna sprawa, że nie wiem, na ile fetyszyzujemy czytelnictwo, a na ile wszystko dookoła niego: co czytamy, jak czytamy, że czytamy za mało albo że ludzie wkoło nie czytają, albo gdzie kupujemy książki (ta krucjata antysupermarketowa ostatnio) - co się właściwie składa jakoś na obraz fetyszu czytelnictwa ;).

      Usuń
    4. Krucjata antysupermarketowa? Nie spotkałam się z tym zjawiskiem. Ktoś poratuje linkiem? :)

      Usuń
    5. Pojawiła się ta kwestia w wypowiedziach Macieja Nowaka o kinie jako budzie z popcornem przy okazji (sprawa była głośna - było o tym na pewno na blogu Zwierza, Szproty, Fabulitas, a pewnie nie tylko tam), ostatnio też w swojej wypowiedzi nt. Empiku na alarm biła M. Kalicińska (albo Empik, albo supermarket, gdzie, jak wiadomo, książka traci swoją wartość! - w tym stylu).

      Usuń
    6. A, Nowaka czytałam, tylko bardziej zwróciłam uwagę na wątki teatralne. Wypowiedzi Kalicińskiej muszę poszukać. Chodzi za mną notka o kupowaniu książek, ale to jeszcze potrwa, zanim się zbiorę do napisania czegoś dłuższego (napisania jak napisania, ale żeby jeszcze się przełamać i opublikować...).

      Usuń
    7. Publikuj! O kupowaniu książek np. taka ja zawsze chętnie poczyta :-).

      Usuń
    8. To łatwo powiedzieć, ale ja każde zdanie muszę z siebie wyszarpywać pazurami, a potem i tak nie wrzucę na bloga. Jakiś czas temu mocno się zablokowałam jeżeli chodzi o pisanie. Może i dobrze, w internecie i tak za dużo jest bzdur, po co jeszcze moje?

      Usuń
    9. Ej, ej - po pierwsze: miejsce jest dla wszystkich, po drugie - pisz oczywiście wtedy, kiedy sprawia Ci to przyjemność, a nie kiedy musisz się zmuszać.

      Usuń
  5. Wpis ilustrowany kotami zawsze na plus.

    Ogólnie uważam, że dobrze jest czytać, bo dużo czytając, łatwiej nam czytać ze zrozumieniem. I dlatego warto wyrabiać nawyk. Ale do wyrabiania nawyków nie wystarczy jedna czy dwie akcje społeczne (które, tak jak piszesz, przekonają raczej już przekonanych). Warto byłoby zmienić status lektur szkolnych i sposób ich omawiania - dyskutować o nich, a nie wkuwać na pamięć jedynie słuszną, maturalną interpretację, doprawioną kartkówką z nikomu niepotrzebnych detali. No i dofinansowywać małe biblioteki (moja gminna biblioteka rzadko kiedy była pusta, serio. Prawie zawsze ktoś kręcił się między regałami albo podczytywał prasę). Może zadbać o ułatwienie dostępu do książki także osobom starszym (dla osoby 70+ pokonanie kilku kilometrów z jednej małej miejscowości do biblioteki w innej małej miejscowości może być wyzwaniem). W ogóle przydałoby się czytanie zrobić normalną czynnością, jak spacer z psem czy wycieczka do kina, a nie jakąś mityczną Kulturą Wyższą, jak często wmawiają nam wspomniane wcześniej kampanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)

      O właśnie, normalną czynnością wykonywaną dla przyjemności, dodałabym. W ogóle ten podział na wysoką i wiele niższych kultur robi wiele złego, chociaż może nie w każdej sytuacji, ale w tej jednak - tak. Co do bibliotek - ja mam różnorodne doświadczenia; znam gminną, z której biorę nowości, bo tam po prostu są i to zawsze szybko, i taką, gdzie są te książki w szarym papierze, o których wspominam we wpisie. I nie sądzę, że ze złej woli, ale tak jak piszesz - finansowanie szwankuje. Tyle tylko, że potrzeba jeszcze kogoś przedsiębiorczego, żeby przekonał ludzi, że warto tam przyjść, że są nowości i tak dalej.

      Usuń
    2. Tu się bardzo zgadzam. Wydaje mi się, że chwalenie i promowanie czytania tylko jako czegoś, co rozwija, przynosi więcej złego, niż dobrego, bo utrwala obraz czytana jako nudnego wysiłku, a czytających - jako przewądrzałych snobów. Dlatego podobała mi się np. ta akcja: http://theinspirationroom.com/daily/2007/read-a-book-and-be-miles-away/

      Usuń
    3. Ciekawa akcja, ale też się zastanawiam, na ile czytelna (właściwie nie wiem, czy ktoś to zbadał, ale wyobraźnia przy książkach nie działa zawsze tak samo i pewnych kwestii trzeba się nauczyć) - ale strasznie fajnie, że wybrali takie odniesienia z kultury popularnej. To utrwalanie wizerunku czytającego jako snoba, o którym piszesz, jest szkodliwe i co więcej przypomina taki szkolny podział na tych "kujonów" i tych "fajnych", co jest dziwne i nie tak powinno się odbywać.

      Usuń
  6. Koty faktycznie dodają dużo urody do całości.

    Masz rację, że często promocja czytelnictwa trafia do osób czytających, tak samo jak potępienie grzeszników trafia do rzeszy spowiadających się co tydzień emerytów w kościele. I faktycznie trzeba pracować od małego, przez czytającą rodzinę i przyjazną czytaniu szkołę. Pamiętam, że u nas biblioteka szkolna w gimnazjum była zawsze zapchana na przerwach, pisaliśmy w gazetce szkolnych o ciekawych pozycjach, prowadziliśmy konkurs czytelniczy. Jakoś to działało, choć faktycznie nie na wszystkich.

    Dobry wpis:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie - bo chyba potrzeba też nie tylko nowości w bibliotece, ale i przedsiębiorczego bibliotekarza (tak sobie myślę, patrząc na znajome biblioteki - ale nie wykluczam, że bibliotekarz może być superprzedsiębiorczy, ale bez wsparcia, choćby zalążka kręgu czytelników, finansów etc. nic nie zrobi). Porównanie z praktyką kościelną bardzo trafne :).

      Dziękuję :).

      Usuń
    2. A to ciekawe właśnie, nigdy się nie przyglądałam w jakich mediach pojawiały się te kampanie promujące czytelnictwo. Bo umieszczanie ich np. w magazynie "Książki" mija się trochę z celem :-)

      Usuń
    3. A tak, pod tym względem autobus wygrywa z magazynem :-).

      Usuń
  7. Gdybym miała wymyślić jakieś hasło do reklamy społecznej promującej czytanie to byłoby to "Czytaj co chcesz" :) W domyśle "gdzie chcesz, jak chcesz, ile chcesz". I ta reklama powinna być adresowana przede wszystkim do dzieci, bo to właśnie im wmawia się, że owszem, powinno się czytać, ale... to co każe im szkoła/opinia publiczna, że fantastyka to śmieci, że literatura młodzieżowa to tandeta, że Zmierzch powinno się spalić. Tymczasem oczywiście nie powinno się aż tak fetyszyzować czytania (co z tego że dużo czytasz jak w sklepie nie potrafisz policzyć ile powinieneś dostać reszty), ale nie można też popadać w drugą skrajność i uważać, że jeśli ktoś nie czyta w ogóle od podstawówki, to wszystko jest ok.

    Jeszcze jest jeden aspekt tej sprawy - nie zastanawialiście się czasem nad sukcesem tych bestsellerów odsądzanych od czci i wiary, typu "Kod Leonarda da Vinci", "Zmierzch", "50 twarzy Greya", czy z nieco innej bajki "Harry'ego Pottera"? Ten sukces polega głównie na tym, że trafiły właśnie do osób, które na co dzień nie czytają. Z jednej strony to super - nagle okazało się, że książka to fajna rzecz, o której można rozmawiać bez wstydu z koleżankami, że czytanie wcale nie męczy, ale jest świetną rozrywką, wielu spośród tych czytelników sięgnęło po inne książki "w tym stylu" (co skwapliwie wykorzystali wydawcy), z drugiej - ludzie dla których "Kod da Vinci" to jedyna książka którą w życiu przeczytali uwierzyli bezkrytycznie we wszystko, co Dan Brown napisał, a dla wielu kobiet ideałem mężczyzny stał się toksyczny Grey. Efekt uboczny? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, masz rację - z kampanii społecznych można głównie dowiedzieć się, że jeśli czytasz, to nie masz problemów z absolutnie niczym innym (plus właściwie akcje te namawiają do czytania książek - nie gazet, nie ebooków, nie słuchania audiobooków, chyba, że to ma się rozumieć samo przez się, co wydaje mi się jednak jakoś tam błędnym założeniem). I chyba póki się nie zmieni założenie "czytaj to, co inni ci wskazują jako dobre" (a przecież wszyscy uczymy się na błędach!), to będzie trudno.

      Pewnie taki efekt uboczny, ale z drugiej strony, może też ktoś zobaczył, że spędzanie czasu z książką może być sympatyczne :). Ale tak jak pisałam - nie mam pojęcia, co z tym zrobić. To znaczy znam przypadki, które zaczęły od "Zmierzchu" i nadal czytają, nie tylko o wampirach, ale na pewno liczniejsze są takie, co to na "Zmierzchu" skończyły. I trochę rozumiem tę ochotę do czytania książek wyłącznie nowych - nie tylko dlatego, że się nie rozpadają ani nie kleją, i ładnie wyglądają - ale też są pisane prostszym językiem (no dobrze, nie wszystkie, ale upraszczam), historie można łatwiej odnieść do swojego życia i tak dalej. Chyba w to zapotrzebowanie - przy okazji wbijając ludziom do głów szkodliwe treści pod pozorem bycia "romantyczną historią miłosną" - trafił "Zmierzch", "50...", no a "Kod..." to jeszcze chyba inna sprawa :).

      Usuń
  8. Aha, i w ogóle to z jednej strony ubolewam wraz ze wszystkimi nad upadkiem czytelnictwa, ale kiedy przypomnę sobie swoją podstawówkę, to tam czytanie książek uchodziło za rozrywkę dla kujonów. Dzieciaki, którym udzielałam korepetycji dziesięć lat później traktowały z góry te, które nie przeczytały "Harry'ego Pottera" czy innych popularnych aktualnie powieści i przerzucały się nowościami, a koło biurka niemal każdej z dziewczynek leżał książkowy stosik. Najgorsze jest to, że często spotykałam się z żalami ze strony rodziców, że ich córeczki "czytają jakieś głupoty zamiast się uczyć". Co pokazuje dość jednoznacznie, że dzieciaki chcą czytać, ale niekoniecznie to, co każe im szkoła - i tu powinny zacząć się zmiany, bo program nauczania coraz bardziej odjeżdża od tego, co interesuje nieletnich ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z oboma spostrzeżeniami się zgadzam. Tyle tylko, że rozumiem, że szkoła musi też pokazać jakiś kanon literatury i nauczyć dzieci czytać przeróżne rzeczy - od tych wybitnych, przez silnie gatunkowe, po takie sobie - tyle że właśnie: nauczyć. Bo przecież do różnych książek można podejść na różne sposoby. (Swoją drogą - nigdy nie spotkałam się - za swoich czasów nastoletnich - z dyskryminowaniem kogoś, że nie czytał "Pottera" - to ciekawa kwestia :-)).

      Usuń
  9. Wiesz, że dotąd nawet o tym nie pomyślałam, że takie akcje w pewien sposób poniżają osoby nieczytające? Inna sprawa, że nie oglądając telewizji nie ze wszystkim jestem na bieżąco, najlepiej jestem obeznana z tą o niechodzeniu do łóżka. Z drugiej strony, czy taka interpretacja tej akcji nie jest trochę zbyt surowa? Zwróć uwagę, że osoby namiętnie czytające często mają stereotypowy wizerunek kogoś nieatrakcyjnego i zamkniętego w swoim świecie, kogoś kto czyta książki bo nikt go nie chce itp (szczególnie w szkole wśród dzieciaków starszych i młodszych), albo że czyta tylko po to żeby potem się wymądrzać - a ta akcja, wszystkie te akcje po trochu, ma jakby odwrócić to myślenie. Tak sądzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkiem możliwe - tylko że wiesz, sama na początku trochę tak na tę akcję patrzyłam, ale ona skręciła w dziwne rejony fetyszyzacji czytania dla samego czytania. Więc ma takie drugie, dość niepokojące dno - które nie wiem, czy było zamierzone (wątpię), czy wyszło samo z siebie i organizatorzy jakoś tego nie zauważyli - nie wiem.

      Usuń
    2. Mam wrażenie, że ta akcja początkowo była w dużej mierze żartem, ktoś rzucił bardziej czy mniej zabawnym hasłem, a potem się nieco nadmiernie rozkręciła.

      Usuń
  10. Może to, co napiszę, zabrzmi okropnie, ale nie wiem czemu ludzie nie czytają i nie interesuje mnie to - moi najbliżsi czytają i obracam się w kręgu, gdzie czytanie/słuchanie książek jest atrakcyjniejsze niż inne rozrywki. Owszem, czuję się elitą, szczególnie, gdy poczytam wyniki badań (A skoro już o tym, to kto jest badany? Na jakiej zasadzie dobierani są respondenci?). Ale co kto czyta jest już dla mnie nieco drugorzędne. Pewnie, gdy ktoś nie wykracza poza rzeczy lekkie, łatwe i przyjemne to trochę szkoda, że nie ma chęci wyjrzeć ze strefy komfortu jakie daje mu taka literatura na nieco inne obszary, ale widocznie tak jest, tak się ta osoba czuje w tym dobrze, że nie ma chęci na zmiany. Po sobie widzę, że moje gusta czytelnicze się zmieniają - teraz czytam książki, po które kiedyś bym nie sięgnęła (bo na przykład wydawały mi się miałkie lub temat nie do końca mnie interesował), a nie mogę czytać czegoś, co kiedyś sprawiało mi przyjemność, bo już tej przyjemności nie sprawia.
    Czytanie sprzyja rozwojowi, trzeba tylko sobie na niego dać czas i zgodę:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, że gust czytelniczy w człowieku ewoluuje. A co do badań: żeby były jak najbliżej obiektywizmu, osoby wybiera się losowo, padają pytania o wiek, płeć czy wykształcenie i po odpowiedzi na nie można jakoś z grubsza określić, w jakiej grupie sytuuje się, powiedzmy, 30-latka z maturą z dużej aglomeracji miejskiej, ale trudno tu mówić o środowiskach w takim używanym potocznie znaczeniu. Tak przynajmniej to wygląda w badaniach BN - przy czym być może istnieją takie badania środowisk pod kątem czytelnictwa, tego, przyznam szczerze, nie wiem.

      Usuń