10 najlepszych baśni Pomorza Zachodniego albo ranking wybitnie subiektywny #3


Po baśniach Braci Grimm i baśniach Andersena przyszła pora na baśnie dużo bardziej, powiedziałabym, osobiste. Zapowiadałam już we wpisie o mokradłach, że w końcu o nich napiszę – i dzisiaj jest ten dzień. Właściwie dzisiaj będzie o książce, która w jakiś sposób jest chyba nawet najważniejszą książką mojego dzieciństwa – i w ogóle bardzo ważną dla mnie pozycją w księgozbiorze. A przy okazji będziecie mieli możliwość dowiedzenia się czegoś o Pomorzu Zachodnim, które właściwie na turystycznej mapie kraju kojarzy się głównie z wakacjami nad morzem, mimo że większa jego część wcale nad morzem nie leży.


„W krainie Gryfitów” - bo tak nazywa się wybór baśni o Pomorzu (Gryfici byli dynastią książęcą panującą na Pomorzu aż do XVII wieku, kiedy Pomorze było samodzielnym, mniej więcej w każdym razie, księstwem) – to obszerny wybór legend, podań i baśni, które zbierane po wojnie głównie po niemieckich bibliotekach albo wśród ludzi, którzy na Pomorzu zostali, miał w gruncie rzeczy służyć do potwierdzania polskości tych terenów. Nie wiem, na ile obeznani jesteście z określeniem "Ziemie Odzyskane" – zalicza się do nich tereny należące do państwa niemieckiego, które po 1945 roku przeszły w ręce polskie, to znaczy właśnie Pomorze, Warmię i Mazury, Dolny i część Górnego Śląska, i Ziemię Lubuską (tam książkowo też zawędrujemy!). Oczywiście nastąpiła duża akcja – także, nazwijmy to „literaturowa” - mająca na celu pokazanie, że chodzi o ziemie prapolskie i wracające po wiekach w jedyne właściwe ręce. Jak z tym było – oczywiście można się domyślać (trudno oczekiwać jakichś oznaków "polskości" z czasów Chrobrego w XX wieku, skoro sama "polskość" była wynalazkiem znacznie późniejszym), niemniej „W krainie Gryfitów” to trochę taki efekt tego postępowania.


Ta mapa pokazuje mniej więcej zasięg tych narracji, które są
w zbiorze. A wzięłam ją z miejsca ze starymi mapami, oczywiście.


Czy w związku z tym nie warto po ten zbiór sięgać? Ależ skąd! To są opowieści dające niesamowitą frajdę w czytaniu – niektóre co prawda dopiero po obraniu ich ze stosownego dla epoki sztafażu – i godziny naprawdę dobrej rozrywki. Baśnie pogrupowane są w dziesięć kategorii; jak nie trudno się domyślić, moja ulubiona to „Baśnie o karzełkach, diabłach, czarownicach i strachach”, bo to jest dokładnie ten poziom dreszczyku i grozy, który mi odpowiada. Wyboru dokonał Stanisław Świrko, baśnie zaś zbierali i przerabiali rozmaici autorzy – w tym na przykład Gracjan Bojar-Fijałkowski, którego spuścizna obejmuje wiele tekstów na temat Pomorza Zachodniego i Środkowego w ogóle, i o którym pewnie jeszcze napiszę.

Dla mnie te baśnie były wstępem do tego, żeby w ogóle poczuć historię Pomorza. Jasne, są w nich te straszliwe wstawki o uciskanym polskim chłopie i gnębiącym go niemieckim arystokracie, ale z drugiej strony były to wreszcie opowieści o miejscach, które na literackiej mapie naszego kraju zostają właściwie do dzisiaj białą plamą (poza może Szczecinem – o tym też pewnie jeszcze napiszę). Dlatego dzisiaj zapraszam Was na wyprawę na Pomorze i mój ranking dziesięciu ulubionych baśni z krainy Gryfitów. Może sięgnięcie zachęceni po resztę? Jeśli tak, to od razu powiem, że ukazały się chyba tylko dwa wydania – jedno w miękkiej okładce, ładnej i zielonej, z czerwonym orłem, drugie w płóciennej, trwalszej, ale pozbawionej trochę charakteru. Do obu ilustracje, kanciaste, poszrpane i przypominające liście olszyny, robił Wiesław Majchrzak.

A teraz, nie przedłużając – zestawienie!

Dla równowagi, za ilustracje posłużą dzisiaj pocztówki ze starego Pomorza. Tutaj Szczecinek.

Miejsce dziesiąte: Kłopoty mieszkańców Sianowa

To zbiór anegdot o tym, jakie problemy mieli mieszkańcy Sianowa (to miasteczko niedaleko Koszalina słynące z fabryki zapałek) – nic zaskakującego, wszystko jest w tytule. To właściwie wariacja na temat tych wszystkich historyjek o wybitnych osiągnięciach miasteczek z innych miejsc kraju – takiego dajmy na to Wąchocka. W legendzie przytaczanej w zbiorze mieszkańcy Sianowa usiłują hodować sól, wypasać bydło na omszonym dachu ratusza i przechytrzyć mieszczan z pobliskiego Koszalina. Oczywiście wszystko podyktowane jest chęcią zysku i oparte na domniemanym sprycie sianowian, a w rezultacie spełza na niczym po serii zabawnych katastrof. Wąchock jakoś się ze swoim statusem miasteczka, w którym żyje słynny sołtys pogodził, Sianów chyba nie wie, że tak go obsmarowano w zbiorze baśni.

Co w niej jest takiego? To typowy szereg nieszczęść, z których mamy się śmiać, trochę jak z rzucania w kogoś tortem. Z jednej strony – może miejscami denerwująca jest naiwność historii, z drugiej – naprawdę nie można się nie uśmiechnąć. Tylko - spojler - byczka żal.


Darłowo. Źródło.

Miejsce dziewiąte: Diabeł powsinoga

Uwielbiam motyw takiego podrzędnego Rokitki (w odróżnieniu od szlacheckiego Boruty) żyjącego przy drodze w spróchniałej wierzbie, który pewnego dnia postanawia wszystkim udowodnić, że nie je piekielnego chleba za darmo i umie wyrządzić krzywdę lokalnej społeczności (a rzecz dzieje się w Rowach – to miejscowość niedaleko Ustki, czyli w dzisiejszym województwie pomorskim - widzicie, to "Pomorze" w przypadku zbioru baśni ma naprawdę szerokie, powiedziałabym przedwojenne, granice). Tym razem poszło o most – diabełek go zniszczył, po tym, jak jego plan objadania mieszkańców z zapasów został potępiony przez samego Lucyfera, i teraz ma pomagać przy jego odbudowie, ale w zamian dostanie duszę pierwszej osoby, która po nowym moście przejdzie. Oczywiście lokalna społeczność znajdzie i na to radę.

Co w niej jest takiego? Figura smutnego diabła, trochę takiego arlekina, który najbardziej to chciałby jeść szynkę, ale nie ma nic za darmo i pracować trzeba. Do tego koncept jak ocalić duszę i jednocześnie nie złamać umowy jest dość powszechnie wykorzystywany w baśniach i z innych okolic, ale zawsze lubię, jak pokazuje się takie zdroworozsądkowe podejście chłopstwa do życia i inteligencję, która wcale nie zależy od wykształcenia. Tylko, jak zwykle - znowu spojler - żal zwierząt.

Miejsce ósme: Dobry starosta

Historia jest, jak zapowiada tytuł, o dobrym staroście, który pomaga ludziom i jest ogólnie taki, jak jego przydomek – po prostu dobry. Niby nic ciekawego, ale okazuje się, że starosta jest dobry także po śmierci. Wystarczy popłynąć na wyspę, gdzie się ukazuje jego duch, i tam otrzyma się radę i pomoc w nieszczęściu. Jak byłam mała, była to dla mnie jedna z najbardziej krzepiących wiadomości w ogóle – że jest taka wyspa, gdzie o północy ukazuje się dobry duch. Zawsze warto mieć taką informację w zapasie.

Co w niej jest takiego? Narracja jest bardzo konwencjonalna, ale przyznaję – po prostu mam straszny sentyment do tej opowieści. A gdyby Was interesowało, co to za wyspa – chodzi o jedną z tych, które znajdują się na jeziorze Woświn (w trójkącie między Chociwlem, Dobrą i Łobzem – to właściwie środek Pomorza).


Źródło. Barlinek (czyż nie cudowna nazwa? A dość niedaleko
leży jeszcze Drezdenko! - swoją drogą prześliczne miasteczko).


Miejsce siódme: Opat Bruno z Kołbacza

Czyli historia o tym, skąd się wzięły sieje w jeziorze Miedwie (tak swoją drogą to jest piąte pod względem wielkości jezioro w Polsce, więc wiecie – ważna sprawa). Opat Bruno pochodzi z Włoch i za Włochami tęskni, zesłany do klasztoru na końcu świata. A najbardziej tęskni za smakiem siei, której w okolicy, gdzie aktualnie przebywa, nie uświadczysz. Co więc robi? To, co każdy szanujący się zakonnik w ludowej opowieści, czyli wchodzi w pakt ze złym. A potem zastanawia się, co zrobić, żeby i wilk był syty, i owca cała.

Co w niej jest takiego? To jest jedna z tych opowieści, znowu, które mają wiele swoich wariantów i występują chyba nad każdym dużym jeziorem. Ale co ja poradzę, mam słabość do historii o łakomych mnichach, lokalnych diabłach-siłaczach i sprytnych dzwonnikach.

Miejsce szóste: Upiór w Suchej
To jedna z tych opowieści o sprawiedliwości społecznej. Otóż jest sobie bogacz i wyrobnik. Za jakieś przewinienie wyrobnik zostaje na rozkaz bogacza oćwiczony batem i ledwie zipie. Dwójka chłopów ze wsi – Suchej, to niedaleko Barlinka – udaje się po doktora, ale w drodze spotykają stojącą nieruchomo w poprzek ścieżki postać. Jak nietrudno się domyślić, to nasz chłop, który doktora się nie doczekał. Ale na tym nie koniec opowieści – zjawa postanawia zemścić się na bogaczu, który jednak nie czeka na zagrobową sprawiedliwość i zasięga porady kata (oczywiście istnieje pewna pula zawodów uprawniona do parania się zjawiskami nadprzyrodzonymi - zwykle mowa o kowalu, w tym wypadku chodzi jeszcze o podkreślenie, że bogacz jest w opozycji do miejscowych, oczywiście sugeruje się jego pochodzenie, a kat jako stojący na marginesie społeczności jest tu naturalnym sprzymierzeńcem). Kat chce wywieść duszę chłopa w pole (dwuznaczność nie zamierzona, wybaczcie), ale mu się to oczywiście nie udaje. Jak kończy zły pan – zapewne się domyślacie.

Co w niej jest takiego? To w sumie jedna z rzadszych w tym zbiorze narracji, w których napięcia nie są rozgrywane tak wprost na linii narodowościowej, za to pokazują, że nawet biedaka nie wolno skrzywdzić, bo biedak może nagle dostać do ręki siłę przewyższającą każdy zgromadzony w skarpecie swojego pana pieniądz.


 Źródło. Połczyn Zdrój.


Miejsce piąte: Śpiewający przetak

To jest jedna z tych opowieści, gdzie wracający do domu mężczyzna spotyka niezwykłe coś, które wykonuje jakąś niezwykłą czynność. W tym wypadku „coś” jest nadzwyczaj oryginalne – bo jest to toczący się drogą przetak (drogą, dodam dla porządku geograficznego, do Stargardu). Nie wiem, czy wiecie, co to takiego – coś w rodzaju dużego, drewnianego sitka (służyło na przykład do karmieni kur – my w domu przesiewamy na tym mąkę do chleba). Tak więc nasz przetak toczy się drogą i śpiewa. Oczywiście szybko się okazuje, że to nie jest po prostu przetak i wszystko zmierza ku pięknemu zwieńczeniu, w którą zaplątany jest oczywiście amor. Ale przede wszystkim jest to ładna historia o miłości – także tej rodzicielskiej.

Co w niej jest takiego? No serio – jak nie lubić baśni, w której pojawia się śpiewający pod Stargardem przetak?

Miejsce czwarte: Widma

To jest historia z okolic Nowogardu – a chodzi o upiory grasujące w okolicy. I to upiory nie byle jakie, bo rycerskie, należące do złych (bo oczywiście niemieckich – wiecie, średniowiecze, nie średniowiecze, rację trzeba mieć było – ale przymknijmy na ten element chwilowo oko i cieszmy się historią) panów z rodu Eberstein. Po tym, jak ród wymarł, zaczęły krążyć fantastyczne historie o widmach rycerzy, straszących nieopodal miasta. I to jest legenda będącą zbiorem takich właśnie opowieści. A to o psach z płonącymi paszczami, a to o upiorze, który chciał się podzielić kolacją, a to o tym, że zawsze trzeba starannie dobierać towarzyszy podróży i uważać, co się do kogo mówi, no i oczywiście o tym, że chciwość nie popłaca. Dla mnie to jest wszystko bardzo w klimacie wiedźmińskich historii – i chyba dlatego do dzisiaj czytuję je z przyjemnością. Wiecie, te upiory spotykane na drodze, które terroryzują okolicę, ale z drugiej strony nie bardzo wiadomo, co z tym zrobić, bo raz, że dostarczają rozrywki w nudnym kołowrocie kolejnych dni, a dwa, że są takie trochę legendarne, więc nie wiadomo, czy w ogóle jest coś z nimi do roboty.

Co w niej jest takiego? Zapewnia dostateczny przypływ grozy (zwłaszcza historia upiornej kolacji) i uczy, że lepiej się nie przechwalać, jeśli się nie ma czym.


Piła (dzisiaj w województwie wielkopolskim). Źródło.


Miejsce trzecie: Nocna przygoda drwala Marcina

Drwal z okolic Osieka (czyli właściwie już z dzisiejszej Wielkopolski) wyszedł na nocną zmianę, która miała być spokojna. I byłaby, gdyby nagle nie usłyszał ujadania psów i dziecięcego płaczu. W ten sposób Marcin zapoznaje się z małym widmem, na które poluje sam Duch Puszczy (spuśćmy zasłonę milczenia na tę nazwę własną). Z pomocą siekiery i zapasu soli postanawia stawić czoło złemu. Jak to zwykle bywa, jego starania zostaną wynagrodzone, chociaż nie tak, jak się spodziewa.

Co w niej jest takiego? To jest taka prosta historia bazująca na samotnym człowieku w środku ciemnego lasu, gdzie wszystko zdarzyć się może. Poza tym główny zły bohater jest naprawdę dość przerażający – mimo że nakreślony bardzo oględnie.

Miejsce drugie: Pas wilkołaka

Czyli historia o tym, że nie zawsze chcemy tego, czego sobie życzymy i że nad nałogiem zapanować jest bardzo trudno. Otóż pod Goleniowem jeden mężczyzna otrzymuje tajemniczy pas od staruszki, którą w dobrej wierze uratował. Nie należy jednak, jak wiadomo, ufać wszystkim bezbronnym staruszkom, które się w życiu napotyka, ale niestety nasz bohater dopiero ma się tej prawdy nauczyć. Zanim to się stanie straci całą garderobę i część wspomnień. Całe szczęście, że w końcu spotyka na swojej drodze przedsiębiorczego karczmarza.

Co w niej jest takiego? Idea przedmiotu, który może obdarzyć wyjątkową siłą, ale trzeba za nią zapłacić ogromną cenę – właściwie motyw eksploatowany w wielu historiach, także pisanych i kręconych współcześnie – tutaj pokazuje całą grozę takiej sytuacji, kiedy od takiego przedmiotu samemu trudno się uwolnić. W tym wypadku bardzo dosłownie.






Miejsce pierwsze: O regalickim wodniku

No i numer jeden – dla mnie jedna z najlepiej napisanych baśni w zbiorze i w ogóle z doskonałymi środkami pogłębiającymi w czytelniku narastający nastrój grozy. Rzecz dzieje się na dzisiejszych przedmieściach Szczecina, niegdyś, jak się domyślacie, osobnej wiosce. Wiadomo, że po zmierzchu wzgórza okrąża wodnik-gigant, czyli nie jakieś tam półnagie chuchro, co to zajdzie do karczmy w karty pograć i zostawi po sobie kałużę albo po nocy wygrywa na skrzypcach na kamieniu na środku rzeki. Dlatego po zmroku mieszkańcy wsi ryglują się w domach i tak żyją od lat. Ale tym razem ma być inaczej – grupa dziewcząt, które poszły do lasu na jagody, i towarzyszących im chłopców, zasiedziała się w lesie. Nagle słyszą głuche stąpanie zza wzgórza – co to będzie? Czy pozbędą się maszkary terroryzującej okolicę? A może zostaną uprowadzeni w celach raczej konsumpcyjnych?

Co w niej jest takiego? Uwielbiam, naprawdę uwielbiam tę legendę. Sam pomysł na wielkiego wodnika, który w opisie przypomina raczej zombie, ale i determinacja młodocianych bohaterów, którzy trochę z przypadku muszą zawalczyć o wolność swojej wsi – są doskonałe. Co prawda przeczytałam ją kiedyś w domu na głos i zostałam poinformowana, że „e, wcale nie jest tak strasznie”, ale zrzucam to na karb tego, że może nie jestem stworzona do czytania mrocznych historii na głos.

Także tak właśnie. Jeśli jesteście z Pomorza albo planujecie wakacyjne wojaże tamże – zaopatrzcie się we „W krainie Gryfitów” koniecznie. Dla historii, dla nastroju, dla fajnych opowieści. Jeśli ani nie jesteście z Pomorza, ani nie planujecie tam pojechać – też poczytajcie, zawsze warto się ubogacać krajoznawczo, nawet w fotelu.

___________________

A jutro będzie wreszcie recenzja, bo przeczytałam książkę!

Weź dokładkę!

24 komentarze

  1. Ależ to musi być fajne :) Ja z kolei mam rodzinę w lubuskiem i pamiętam z dzieciństwa zbiór baśni właśnie z tamtych okolic, teraz po szybkim wyguglowaniu wychodziłoby że to "Złota Dzida Bolesława", ale głowy nie dam. Nigdy się nie zastanawiałam nad motywacją powstania takich zbiorów, ha, ale to fajnie że powstały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudnie, nie wiedziałam o tym zbiorze - zaraz ruszam na poszukiwania, bo Ziemia Lubuska w ogóle literacko jest raczej mało wykorzystywana. Co się jeszcze tyczy zbiorów baśni z Pomorza - jest kilka całkiem przyjemnych zbiorów niemieckich, tylko niestety póki co nikt się nie pokusił, żeby je u nas wydać w tłumaczeniu. Przy czym to są zazwyczaj opowieści z całego historycznego Pomorza - czyli też z tego, co się nazywa Pomorzem Przednim, to jest dzisiejszą Meklemburgią. Więc byłyby takie międzynarodowe, patrząc z dzisiejszej perspektywy ;-).

      Usuń
  2. No i zamówiłem! :) Na Allegro można znaleźć naprawdę za grosze... Swoją drogą to fenomenalne, że baśnie z Ziem Odzyskanych wydało Wydawnictwo Poznańskie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest wcale takie dziwne, jeśli wziąć pod uwagę, że Poznań był głównym naukowym centrum zajmującym się tymi terenami (tam powstał na przykład Instytut Zachodni, który zajmował się i zajmuje nadal historią tych terenów). Szczecin to jest dość późna historia, jeśli o to chodzi :-). A same książki faktycznie są dość tanie - ludzie nie wiedzą, jakie skarby mają ;-).

      Usuń
  3. O jak miło, że się taki wpis pojawił. Wszelkie baśnie i legendy lokalne bardzo mnie interesują, a ponieważ o Pomorzu wiem niewiele, było to bardzo pouczające.

    Wpis z kiedyś o "literaturze kobiecej" niezwykle ciekawy, ale nie komentowałam, bo to temat rzeka, a ja chwilowo mam niedobór czasu. Może za rok będzie okazja ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to polecam zdecydowanie cały zbiór - daje przekrój przez zagadnienia rybacko-morskie i bardziej lądowe, no i można przy okazji posiedzieć z mapą, żeby zobaczyć, gdzie się toczy akcja, a z mapą zawsze posiedzieć miło :-).

      Dziękuję - w ogóle to widziałam zapowiedź, że może za rok też coś w tej sprawie napiszesz, wiec będę też czekała :-).

      Usuń
  4. Świetny wpis!
    Dużo się dowiedziałam na temat baśniowych motywów z Pomorza. Z przyjemnością poszukam regionalnych legend i poczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)!
      Koniecznie, regionalne legendy (byleby były dobrze opracowane i sensownie wybrane, bo czasem się trafiają takie turystyczno-reklamowe, gdzie ginie nieco sens) to jest supersprawa. Na szczęście jest sporo starych wydań takich rzeczy, a i nowe zaczęły się pojawiać, często bardzo ciekawe. No i "W krainie Gryfitów" oczywiście polecam jak najbardziej :-).

      Usuń
  5. Historia Pomorza Zachodniego jest niezwykle pogmatwana, a moi wychowankowie mają całkiem inny ranking ulubionych legend pomorskich z wspomnianej przez Ciebie książki. Głównym wyznacznikiem popularności jest... długość;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jest, to prawda, więc można z tych baśni "poobierać" mnóstwo znaczeń.
      Ale czy to znaczy, się się "W krainie..." czytuje teraz w szkole? Możesz coś napisać na ten temat? A krótkich baśni jest tam cała masa, więc dałoby się ułożyć dychę ulubionych z tych, co mają 1-2 strony, faktycznie ;-).

      Usuń
    2. Reforma edukacji ma i swoja jasną stronę- pozwoliła nauczycielom (jeśli tylko mają chęć) opracować własne programy i twórczo podchodzić do podstawy programowej. To ja decyduję na jakich tekstach chcę nauczyć dzieci czytania ze zrozumieniem. Zatem zamiast w piątej klasie omawiać Bazyliszka i legendy niezwiązane z regionem, wybieram regionalne. Dzieci wybierają dowolne legendy pomorskie, które potem prezentują na lekcji. Korzystają z różnych źródeł w tym i dostępną w szkolnej bibliotece księgę "W krainie Gryfitów". (a na marginesie, czy wiesz, że piekarnia Żelek z Kamienia Pomorskie drukuje legendy pomorskie na workach do chleba?)

      Usuń
    3. Świetna inicjatywa! Pamiętam z dzieciństwa, zanim zaczęłam robić odkrycia na własną rękę, że było mi smutno, że to Pomorze jest takie niebaśniowo-legendarne, podczas gdy Warszawa czy Kraków wręcz kipiały od tych opowieści (czy w ogóle te regiony "nieodzyskane").

      Nie miałam pojęcia! Muszę powędrować gdzieś w okolice w takim razie, żeby zdobyć chleb w takim worku! Dzięki wielkie za taki cenny cynk :-)!

      Usuń
  6. Znalazłam kiedyś tę książkę na półce w domu i przeczytałam z przyjemnością, najbardziej podobały mi się chyba baśnie związane z morzem, wodą. Ciekawy i bogaty zbiór, chociaż dla mnie miał jedną poważną wadę, związaną z układem, czyli tym podziałem na tematy, bo czasami, jak wpadłam w jakiś taki dział i jeszcze do tego dany motyw był podobnie wykorzystywany w następujących po sobie historiach, to zaczynało mnie to trochę nużyć. Następnym razem muszę podzielić sobie książkę na mniejsze kęsy ;) I przy czytaniu żałowałam, że baśnie nie dotyczą bliższych mi terenów, czyli Kujaw, ale to już taki mały foch z mojej strony ;)
    PS Ilustracje mi się bardzo podobały, choć styl kreski nie tyle z liśćmi mi się skojarzył, co z "rozlanym piórem" - czasem, w zależności od papieru, atrament rozlewa się właśnie w takie ząbki, zacieki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, to chyba zależy, bo ja np. lubię mieć zebrane w jednym miejscu podobne motywy - jeśli chodzi o legendy i baśnie jestem takim skrzętnym porównywaczem :-). W części o morzu i rzekach jest ta cudna opowieść o siedmiu łebianach w niebie też! Ja nie wracam zawsze do wszystkich historii, tylko co jakiś czas podczytuję ulubione albo te, których po tytułach nie pamiętam, żeby sobie odświeżyć - może to jest właśnie jakaś metoda ;-). A o Kujawach nie ma żadnego przyjemnego zbioru? To jest taki piękny region, na pewno da się coś znaleźć (teraz widzę, że mam tu lukę, muszę sama poszperać z ciekawości!).
      Fajne skojarzenie z tym piórem, faktycznie, w sumie miałam przez to zawsze wrażenie takiej szorstkości papieru, chociaż w sumie on chyba - obiektywnie patrząc - wcale taki znowu szorstki nie jest.

      Usuń
    2. Ten podział sam w sobie nie jest zły, nawet sprawia wrażenie po prostu dobrze zebranych źródeł, ale dla kogoś kto lubi czytać książki grzecznie strona po stronie może być nieco męczący - ha, w tym chyba problem, ja w ogóle nie umiem/lubię czytać książek na wyrywki, nawet jeśli wydają się być do tego stworzone :)
      Przyznaję ze wstydem, że baśnie i legendy kujawskie to temat, któremu miałam się bliżej przyjrzeć, ale został zepchnięty na to straszne "później"; na pewno jest co najmniej jeden zbiór, "Legendy kujawskie", niedawno wydane w ramach jakiś unijnych projektów - ale jeszcze go nie czytałam. Za to widziałam i jeśli chodzi o ilustracje, to hm... przypominają obrazki z kolorowanki - może dlatego, że to SĄ ilustracje z kolorowanki, która została wydana do kompletu ;)

      Usuń
    3. To jest w sumie problem z tymi nowymi regionalnymi wydaniami - że często bardzo infantylizują treść, zostawiając takie wrażenie, że jak baśnie, to tylko dla dzieci, i że w sumie to jest taka literatura "turystyczna", bez zacięcia historycznego czy źródłowego; mam kilka takich zbiorów - mania zbieracza lokalnych legend - ale nie jestem z nich jakoś szczególnie zadowolona.

      Usuń
  7. Świetna sprawa - przypomina mi kultowe w niektórych kręgach "Mazurskie opowieści" Jadwigi Tressenberg (są tak kultowe, że odbywają się rajdy rowerowe śladami topników, czarnych psów, baranów i lokalnego dra Frankensteina...)
    Bardzo lubię te klimaty ludowych opowieści. Szkoda, że w dobie ujadających pudelków.pl są zapominane...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Mazurskie opowieści"! Jak ja się uchowałam, że jeszcze nie słyszałam o tej książce. Koniecznie muszę przeczytać (jak widać moja zdolność do unika wszelkich popularnych i kultowych książek jest nieograniczona ;-)).

      Usuń
    2. Powstał nawet specjalny szlak rowerowy, przy którym umieszczono drewniane rzeźby nawiązujące do mazurskich legend, pisała o nim kiedyś Zuzanna z bloga "Szufladopółka", m.in. tutaj: http://szufladopolka.blogspot.com/2013/08/szlakiem-mazurskich-legend-cz3-ostatnia.html

      Usuń
    3. Dzięki za link - doskonały jest ten pomysł!

      Usuń
  8. Ojej, dopiero teraz odkryłam ten post! I najgorsze, że nie czytałam pomorskich baśni, a ja właśnie z Pomorza jestem, nawet moje miasto tu jest na jednej pocztówce! Trzeba będzie nadrobić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to w takim razie pochodzimy z podobnych okolic, bo i mój dom rodzinny na Pomorzu :). Jak będziesz miała okazję, koniecznie zajrzyj -- radość z czytania jest podwójna, jak jeszcze człowiek dokładnie wie, gdzie co jest, a jak już gdzieś bywał, to w ogóle (dla mnie te baśnie zyskały jeszcze, jak zaczęłam sobie po Pomorzu wędrować, nagle to wszystko stało się takie osadzone w konkretnym miejscu, wspaniała sprawa) :).

      Usuń
  9. Sięgnę po nie na pewno, już poszukałam na allegro, okazuje się, że dostępne i tanie. No i dla dziecka mojego też fajna rzecz, niech poznaje ziemie dziadów swoich;) Jeździmy tam zawsze na wakacje, Pomorze rulz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rulz, wiadomo ;). Na allegro i w antykwariatach jest tego faktycznie bardzo dużo -- właściwie do dzisiaj nie wiem, czy nakład był taki kosmiczny, czy po prostu "W krainie Gryfitów" jest takie jakieś niedoceniane.

      Usuń