9 sposobów na wręczanie prezentów książkowych albo o braniu i dawaniu


Słuchajcie – mam dzisiaj urodziny. Dlatego pomyślałam, że czy trafi mi się przyjemniejsza okazja, żeby napisać o książkach w kontekście prezentów? No, może jeszcze na Boże Narodzenie, ale do grudnia jeszcze daleko, no i wtedy wszyscy piszą o prezentach. Dlatego ja tak trochę niekonwencjonalnie, w marcu, ale ponieważ różne się trafiają marcowe okazje, w tym urodziny także innych osób, no to czemu by się dzisiaj nie zastanowić nad kwestią tego, jak dawać książki w prezencie?


Bo okazuje się, że to wcale nie jest łatwy kawałek chleba. Ba, jest to raczej jedno z większych wyzwań, przed jakimi staje śmiertelnik zdecydowany obdarować kogoś książką. Dla ułatwienia rozmyślań, pogrupowałam sobie wszystkie te kłopotliwe kwestie w podpunktach, tak jak lubię.
Mniej więcej o tym jest wpis, minus ślub.

Czytam, więc jestem – czyli prezentodawca z misją: to znaczy ktoś, kto zawsze daje innym książki, nawet jeśli prezentobiorca nie przepada za książkami (albo za ich dostawaniem, bo na przykład ma małe mieszkanie – różnie się zdarza). Mimo to prezentodawca nie spocznie, póki nie wyposaży nas w komplet dzieł zebranych Tołstoja i przegląd albumów ze zdjęciami neorenesansowych zamków w zachodniej Europie. Nie przyjmuje do wiadomości, że można nie chcieć dostawać książek – wśród osób, które tego nie lubią, budzi popłoch. W dodatku zawsze wymaga, żeby rozpakować prezent przy nim i się ucieszyć. Biada tym, którzy nie okażą entuzjazmu!

Naprawdę nie lubisz science fiction? – czyli prezentodawca, który lubi, więc ty też powinieneś: to taki rodzaj osoby, która lubi robić prezenty na zasadzie takiej, że daje te książki, które sama chciałaby przeczytać, a niekoniecznie takie, które dana osoba chciałaby dostać. Wszyscy czasami jesteśmy takim prezentodawcą – zwłaszcza, kiedy istnieje pokusa, że dana książka zostanie potem z nami pod jednym dachem albo szybko pójdzie w pożyczki. Jest to strategia prezentowa, za którą może stać albo dobre serce („chciałbym ci pokazać, co widzę w tej książce!”), albo chęć podbicia świata („ha, tym sposobem sobie kupię książkę X, a Y i tak przeczytam!”). Z ręką na sercu – kto nigdy nie kupił komuś książki postępując według takiego wzoru?


I żeby zostać w temacie: kilka ewentualnych reakcji 
na prezent - prosto z "Przyjaciół".

Książka to książka – czyli prezentodawca nie mający pojęcia, co robić: to jest taki słodki rodzaj osoby obdarowującej, która wie, że lubimy książki, ale sama się na tym nie zna, mimo to chcąc nam sprawić przyjemność kupuje nam jakąś książkę. Do dzisiaj pamiętam, jak kiedyś dostałam zapakowane przepięknie wydanie „100 największych katastrof” - zupełnie bez podtekstu. Po prostu osoba ofiarowująca mi w dobrej wierze książkę wiedziała, że uwielbiam takie prezenty, po prostu chciała wybrać coś uniwersalnego, a jak wiadomo wszelkiego rodzaju albumy są takim typem wydawnictwa, które zasadniczo zawsze pasuje. Teraz w sumie sprawa dla takich osób została ułatwiona – można dać osobie bon czy kupon na książki, więc ryzyko nie trafienia się minimalizuje. Nie przepadałam nigdy natomiast za dostawaniem książek z paragonem – żeby móc je ewentualnie wymienić. I nigdy tego nie robiłam, więc co prawda mam kilka przedziwnych pozycji w mojej domowej biblioteczce, ale ile pięknych historii się za nimi kryje!

Ratunku, co robić – czyli prezentodawca skonsternowany: co ma związek nie tyle z jego charakterem, co z twoim; może reagujesz alergicznie na książki, w których pojawia się jakiś wątek światopoglądowy albo dostajesz wysypki od samego patrzenia na półkę z bestsellerami? No to nie ma co się dziwić, że osoba, która chce ci podarować książkę, popada w niezły stupor. A jak już się z niego wybudzi, idzie pytać przechodniów, jakie książki są na tyle bezpieczne, żeby ci je ofiarować. Temat staje się drażliwy w przypadku osób o bardzo wyraźnej orientacji światopoglądowej, bo wtedy ryzyko, że obdarowany zakrzyknie: „ale cóż to, czy nie wiesz, że w tej książce...!”. Co wtedy? Uciekać!

Ależ ty masz już wszystkie! - czyli prezentodawca w kropce: co się zdarza, jeśli prezentobiorca ma ogromny księgozbiór albo przeczytał wszystkie książki w danym temacie. Wtedy zawsze powstaje pytanie, co za książkę można takiej osobie podarować? Osobiście dużą przyjemność sprawia mi dawanie prezentów dopasowanych do takiej osoby – w przypadku książek wymaga to co prawda sporej orientacji przez cały rok, co taka osoba czyta (przy wejściu do mieszkania rozdzielamy się i dyskretnie robimy notatki), ale potem wyraz twarzy takiego prezentobiorcy jest bezcenny. Gorzej, jeśli ktoś taki zbiera książki dotyczące jakiejś bardzo wąskiej dziedziny i jest tak niesamowicie obczytany, że trudno trafić. Cóż, zawsze zostaje album. Album jest, jako się rzekło, dobry na wszystko.



Jedną już masz – czyli prezentodawca, który nie da ci książki: nie da, ponieważ istnieje mnóstwo rzeczy, które chciałby ci dać, a które niekoniecznie są książką. I nie ma w tym, uważam, nic złego. Przyjemnie jest czasem dostać sweter. Gorzej, jeśli prezentodawca uważa, że książki to zupełnie zmarnowana szansa na fajny prezent – „do raz przeczytanej przecież się już nie wraca, prawda?”. Jeśli jednak w końcu stwierdzi, że może z tą książką to nie jest zły pomysł, to istnieje ryzyko, że zaczniemy od niego dostawać książki uniwersalne. Och, witajcie, albumy, dawnośmy się nie widzieli!

Zbierasz tylko oryginale wydania? - czyli prezentodawca franciszkanin: to zupełnie wydumana dla mnie kwestia, ale wierzę, że zdarzają się ludzie, którzy zbierają tylko określone, najczęściej bardzo drogie książki, na przykład „O obrotach sfer niebieskich” wyłącznie z autografami Kopernika albo „Krytyki czystego rozumu”, których wydania znajdowały się kiedyś nie dalej niż 50 stóp od biurka Kanta. Szczerze mówiąc, z żadnym takim bibliomanem nie miałam osobiście do czynienia w tym sensie, że nie musiałam jej/mu dawać prezentu. Ale wyobrażam sobie, że można wtedy poszperać po antykwariatach – także tych online – czasami stare książki da się dostać naprawdę tanio; gorzej z tą określonością.

Proszę cię bardzo – czyli prezentodawca, który wie, że spodoba ci się wszystko: uwielbiam taki typ, bo nie boi się, czy nam się spodoba, czy nie i często popuszcza wodze fantazji (nie muszę mówić, że od takiej osoby najrzadziej dostaniemy album?). Czasami ofiaruje nam dziwną książkę w języku, którego nie znamy, ale który a) możemy poznać, b) książka ma piękne ilustracje, c) przypomina jakoś nas ofiarodawcy i zobaczywszy ją, od razu o nas pomyślał. W ten sposób i prezentodawca jest zadowolony, i my (chyba, że wolimy dostawać prezenty tylko z wcześniej ustalonej listy – wtedy mamy problem).

A to dla ciebie – czyli prezentodawca, który zna cię lepiej niż ty sam (i robi notatki): najprzyjemniej jest być i takim prezentodawcą, i mieć takiego. Nie wiem, czy znacie to uczucie, kiedy zbliża się jakieś Wasze święto i dostajecie pytanie „a co byś chciał dostać?” i wtedy pustka w głowie. „No tak, coś tam było, ale co...?”. Jestem trochę takim przypadkiem – zwłaszcza jeśli chodzi o książki – że doskonale pamiętam, jakie chciałam dać innym i nigdy nie pamiętam, co to było, co sama chciałam. Więc całe szczęście, że mam takiego prezentodawcę pod ręką. Umiejętność dawania takich prezentów jest niezwykle cenna i rzadko kończycie wtedy z albumem. Chyba, że jest to akurat Ten Wymarzony Album, Który Chcieliśmy Dostać.

Oczywiście te charakterystyki są pisane z dużym przymrużeniem oka. Poza tym wyznaję zasadę, że sam prezent liczy się o tyle, na ile ktoś w ogóle się pofatygował i pomyślał, żeby go wręczyć. Dlatego nawet „100 największych katastrof” darzę ogromnym sentymentem. I chociaż myślicie pewnie teraz o mnie jako o jakieś szalonej antyfance albumów – to tak nie jest. Wiecie, w końcu „100 największych katastrof” i te sprawy.

Jesteście jakimś określonym typem prezentodawcy książkowego? A może macie jakiś swój ulubiony – albo wprost przeciwnie?

_________________

Może zauważyliście, ale w nagłówku bloga pojawiła się nowa Pyza - czytająca. Autorką jest wspaniała Ania, prowadząca tego tumblra (koniecznie zajrzyjcie - myślicie, że wiecie wszystko o modzie? Albo o rybach? Albo o rybach w modzie?). Jeśli chcecie wiedzieć więcej, zajrzyjcie tutaj. Jutro będę się zastanawiała nad tym, czy umiem coś powiedzieć o pewnych książkach. Bo tak sobie myślę, że o tych konkretnych – to chyba nie.

Weź dokładkę!

17 komentarze

  1. Przede wszystkim: wszystkiego najlepszego, dużo uśmiechu i samych trafionych książkowych prezentów!!!;)

    A teraz komentarz do posta;) Często sama daję ludziom książki, zazwyczaj właśnie na urodziny. Mam jednak ogromny problem z ich wyborem... I boję się, że naprawdę mogę z takim prezentem nie trafić, nawet znając gust czytelniczy danej osoby. Tutaj naprawdę bardzo przydaje się jakaś lista życzeń albo dokładna znajomość zainteresowań solenizanta.. Tylko że nawet wtedy nie ma pewności, że dana książka się spodoba. No cóż, zawsze można kupić album, ale raczej unikam takiego rozwiązania;)
    Widzisz, teraz będę myśleć o tych książkowych prezentach. I planować prezenty. Niekoniecznie książkowe;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim ;): dziękuję, bardzo mi miło :-).

      To prawda - ja wyewoluowałam już od prezentodawcy z misją, kiedy często dawałam książki, co do których miałam przekonanie, że były dobre, co oczywiście często nie przekładało się wcale na odczucia obdarowanego, co zrozumiałe, i teraz staram się mniej więcej chociaż trafić w upodobania obdarowanego. Co jest oczywiście trudne, zgadzam się w stu procentach - ale mam zawsze frajdę z próbowania :-).

      Usuń
  2. Wszystkiego dobrego i mnóstwa ciekawych lektur!
    Moim zdaniem prezenty książkowe to jedne z lepszych, jakie ludzkość w ogóle wymyśliła. Przede wszystkim dlatego, że są mało inwazyjne. Jeśli nam się nie spodobają, zawsze można po prostu odłożyć na półkę i nie zaglądać (inaczej sprawa się ma, jeśli zostaliśmy obdarowani np. obrazem typu "jeleń na rykowisku" ;) A poza tym czytanie nawet słabej książki może sprawić przyjemność - przyjemną możliwość złośliwego skrytykowania autora ;) Nie chciałabym tylko otrzymywać poradników z cyklu "jak żyć" bo takich książek po prostu nie trawię.
    A patrząc od strony prezentodawcy - przyznam się, że kieruję się często swoim gustem książkowym. To znaczy staram się dobierać prezent pod kątem zainteresowań obdarowywanej osoby, ale jednocześnie wybieram coś, co sama chciałabym przeczytać. Wychodzę z założenia, że jeśli prezent nie podoba się nawet ofiarodawcy, to nie może być dobrym prezentem ;)
    Swoją drogą bardzo mnie zastanawia, jak to się dzieje, że od wielu lat Polacy deklarują, że książka jest ich najbardziej pożądanym prezentem gwiazdkowym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo :-)!
      Tak, to fakt, że książka nawet jak nie trafi w upodobania, to generalnie jest mało kłopotliwa - plus zawsze znajdzie się ktoś, komu można ją potem pożyczyć albo po latach odkryć, że jednak ta ofiarowana nam kiedyś książka to w gruncie rzeczy ciekawa jest i można poczytać, w końcu i tak się czasami zdarza. Och, tak, jest pewna przyjemność w złośliwostkach, ale czasami są takie książki, że człowiek się tylko oburza i nie ma na to siły :-).
      Hm, właściwie nigdy o tym nie pomyślałam... No tak, zawsze człowiek się stara, żeby i jemu prezent się podobał, bo w innym wypadku faktycznie można czuć się dziwnie. Szukałam kontrprzykładu z doświadczenia, ale nie znalazłam ;-).
      Chyba dlatego, że to pierwsze przychodzi do głowy - więc w ankiecie podaje się to od razu, jakby bez większego zastanowienia. No i taka odpowiedź dobrze wygląda, co też nie jest sprawą bez znaczenia. Tak sobie myślę, w każdym razie, co do przyczyn takiego stanu rzeczy.

      Usuń
  3. Przede wszystkim najlepsze życzenia! Oprócz półek uginających się od znakomitych lektur, życzę Ci jeszcze dużo czasu na ich czytanie!

    A nawiązując do postu - dziwi mnie zawsze, że dostaję tak mało książek z okazji przeróżnych świąt, mimo że wszyscy naokoło dobrze wiedzą jak bardzo lubię czytać. Kiedy chodzi mi jakaś książka po głowie to muszę o tym wspominać bardzo, bardzo głośno... Z drugiej strony jednak, ja to bym tylko książki ludziom dawała, ale wiem że nie zawsze i nie wszyscy chcą je dostawać... ot takie dylematy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie :-)!

      Och, to jest dobra strategia, zwłaszcza kiedy chce się dostać określoną książkę :-). Chociaż ja np. lubię być zaskakiwana, bo zazwyczaj sama kupuję zupełnie inne książki niż dostaję. Poza tym mimo że książka wydaje się prezentem uniwersalnym, to im bardziej ktoś lubi czytać, tym większy strach, że trudno mu coś dobrać pod jego gust i tak dalej. Więc to jednocześnie kłopotliwa sprawa :-).

      Usuń
  4. Spóźnione sto lat :)
    Jako obdarowywany jestem tym typem, który wszystko już ma, marszczy się na widok bestsellerów i dostaje wysypki od przypadkowych albumów :D Dlatego rodzina się zbuntowała i przestała kupować mi książki, mimo wprowadzenia innowacji w postaci listy prezentów, jak na ślub :P
    Sam najchętniej kupowałbym wszystkim książki, ale jestem w stanie zrozumieć, że ktoś wolałby elektryczną szczoteczkę do zębów i zapas nici dentystycznej. Nic na siłę, książkę zawsze mogę dokupić sobie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki - to dobry sposób na przedłużanie urodzin ;).
      Oj tak, niedobrze być takim typem prezentobiorczym, bo wtedy faktycznie otoczenie może się zbuntować (swoją drogą, zupełnie na marginesie, ale tak mi się skojarzyło, że dawanie książek na śluby zamiast kwiatów robi się coraz popularniejsze chyba). No właśnie, to stwarza dobrą okazję do samodzielnego robienia sobie książkowych prezentów :-).

      Usuń
    2. W sumie na Gwiazdkę było miło dla odmiany dostać stos swetrów i innych bluz. Książki sam sobie dokupiłem, więc strata niewielka :D
      Ale listy prezentów książkowych bardzo polecam, można dyskretnie porozsyłać linki albo bezczelnie powiesić na fejsbuku. Kilka księgarni już oferuje taką opcję.

      Usuń
    3. To jeszcze ja przedłużę :) Wszystkiego książkowego!
      Obawiam się, że jestem prezentodawcą z misją :( ale na swoją obronę dodam, że zwracam uwagę na to, co kto lubi! I nie wymagam, żeby otwierał przy mnie i się cieszył ;) Na moje nieszczęście w rodzinie mam raczej ludzi nie-książkowych, i kiedy kilka lat temu ktoś zaproponował, żeby na Święta zrobić u nas w domu losowanie, jak na mikołajki w szkole, kto komu kupuje prezent, to na wszystkich padł blady strach, że prezent będę im kupować ja. Nie wiedzą, co dobre, ot co ;)
      Swoją drogą nie rozumiem też tych, którzy wzbraniają się przed robieniem książkowych prezentów. Przecież dla takiego obdarowującego to jest idealna sytuacja – nie musi się głowić, wymyślać, szukać, tracić godzin w centrum handlowym albo innym szkodliwym dla psychiki przybytku, w najlepszym wypadku dostaje listę albo tytuł, a u obdarowanego – wielka radość. Mój narzeczony w każdym razie nie narzeka ;)

      Usuń
    4. Dziękuję :-)!
      No, z tymi obdarowywanymi książkami bywa różnie, to prawda. Zawsze się pocieszam (jeśli już naprawdę nie trafię - w sensie nie, że z tytułem, ale w ogóle z książką jako taką), że przynajmniej może kiedyś do niej zerkną, a nuż im się spodoba. I że ktoś musi dawać książki, i koniec :-). Ale tak w ogóle, to jednak to jest mimo wszystko prezent kłopotliwy, jeśli się w książkach nie siedzi albo w ogóle człowieka stresuje kupowanie prezentów (patrz: typy obdarowywanych też bywają różne). No i w księgarni też można się zasiedzieć ;-).

      Usuń
  5. Z poślizgiem dokładam się do życzeń - Wszystkiego Naj Naj Najlepszego :)
    Co do prezentów, ja zawsze najbardziej cieszę sięz książek, ale np. moja mama stwierdziła, że mam ich za dużo, więc więcej od niej nie dostanę, nieważne że chcę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję, dziękuję :-).
      Tak, to faktycznie chyba dość powszechna strategia rodzicielska - znajdzie się coś pożyteczniejszego od książek, zwłaszcza w momencie, kiedy dziecko samo sobie już zaczyna kupować książki ;-).

      Usuń
  6. Ja uwielbiam zostawiać prezent w pokoju i uciekać :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja od rodziny dostaję prezenty nie-książkowe, bo np. zwłaszcza babcia uważa, że mam i tak już za dużo książek. Choć czasem namówię ją na sprezentowanie mi jakiejś (zwłaszcza, że sama sobie kupię). Ostatni mój prezent gwiazdkowy (tym razem od mamy) za którym zjeździłam pół dzielnicy i nigdzie nie było (więc kupiłam po świętach) to książka na którą długo się czaiłam - o japońskich słodyczach.
    Mam parę znajomych z którymi często wręczałyśmy sobie książki. Trafne, chociaż problemem było "czy ona już to ma"? W ten sposób pojawiłam się na LC, żeby tam robić listę książek, które bym chciała dostać. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, to jest często poważny problem :). Listy to fajne rozwiązanie, chociaż nie mam jeszcze osobnej (aż dziwne, ale faktycznie nie mam), na której notowałabym nie to, co chcę przeczytać, ale także to, co chciałabym równocześnie mieć na własność i dostać w prezencie. Za to zdarza mi się notować, jakie książki chcą dostać inni -- i kiedy jestem prezentodawcą, jest jak znalazł :).

      Usuń