Ach, ta egzotyka albo czego się spodziewamy po lekturze z innego kraju?


Oczywiście dobrze jest znać literaturę własnego kraju – pisaną często w różnych językach, o czym bywa, że zapominamy – ale przecież nie czytamy wyłącznie literatury polskiej. Chyba, że jesteśmy studentami polonistyki, którzy chcąc nie chcąc czasami muszą poświęcić nie rok, i nie dwa, na intensywną lekturę rodzimej prozy i poezji. Co jednak nami kieruje, kiedy sięgamy po literaturę innego kraju albo szerzej: innego kręgu kulturowego? Czego po niej oczekujemy? Co nas motywuje? Dlatego po wczorajszej wycieczce w książkowe zwiastuny, dzisiaj będzie garść refleksji na takie właśnie tematy.


Jak już zapewne zauważyliście, mam swoje ulubione kraje, literaturę których czytam namiętnie i z przyjemnością. Do takich należą z całą pewnością Czechy. Dlatego denerwuję się zawsze, kiedy gdzieś przeczytam, że to jest taka przyjemna, lekka, zawsze z humorem poprowadzona narracja, i że taka właśnie jest czeska literatura. Otóż nie. Koncepcje "ducha narodowego" pozostawmy romantykom i XIX-wiecznym literaturoznawcom. Uważam, że literatura danego kraju może mieć pewną specyfikę, ale bez przesady z tym wrzucaniem wszystkiego do jednego worka. Zwłaszcza, że wtedy często cierpią na tym twórcy, którzy się w danym kanonie wyobrażeń o tym, co taka literatura ma oferować, nie mieszczą. Na przykładzie Czechów widać to dość dobrze: ukazują się u nas tłumaczenia najczęściej takich "przyjemnych" powieści, przez co niektóre trendy pisarskie (i czytelnicze) omijają nas szerokim łukiem. Na przykład o traumach wojennych i powojennych wyszła u nas tylko, jeśli się nie mylę, jedna przetłumaczona książka – drastyczne "Pieniądze od Hitlera" Radki Denemarkovej, cała reszta natomiast nie wydaje się, żeby była obiektem zaciekłych targów ze strony polskich wydawnictw. No i z tego też wynika to nieustanne pisanie, jaka to literatura czeska zabawna i przyjemna, ho, ho. Jasne, istnieją tam takie książki. Ale przecież nie tylko.

 Ilustracje to są faktycznie ilustracje - z "Przewodnika
po miejskim ogrodzie zoologicznym w Warszawie"
(a więc rodzimy powiew egzotyki) z 1929 roku,
dostępnym dzięki nieocenionej Bibliotece

Ale jednak, jak napisałam, pewną specyfikę danej literatury da się zauważyć. Nie bez kozery przecież jedni z rozkoszą czytają literaturę iberoamerykańską, podczas gdy inni (w tym, przyznaję, ja) brną przez nią nie bez pewnych trudności. Tyle tylko, że sprawa nie jest wcale prosta, bo najczęściej nie idzie o literaturę jednego kraju, ale pewnego kręgu kulturowego. To znaczy rzadko kiedy spotkamy chyba kogoś, kto widząc, jak czytamy Jensena zakrzyknie "ach, jak ja nie znoszę literatury duńskiej", raczej wywiązuje się wtedy dialog na zasadzie "coś mi nie pasuje z tą literaturą skandynawską". Oczywiście zdarzają się wyjątki – bo na przykład istnieją przecież twórcy szalenie uniwersalni, którzy niespecjalnie czytani są jako literaci reprezentujący jakiś kraj, a bardziej po prostu jako pisarze. Nie wiem, ile osób czytających Murakamiego sięga również po innych japońskich pisarzy – trochę ich jednak przetłumaczono – czy raczej określa się jako fani Murakamiego tylko i wyłącznie. I żeby nie było: nie ma w tym nic złego, po prostu wydaje mi się to dobrym przykładem tego, że często jeden fenomen wcale nie przekłada się na drugi.



Swoją rolę odgrywają tu też nagrody literackie, które promują twórców (zasadniczo – zostawmy na boku dyskusję o upolitycznieniu literackiego Nobla) niezależnie od tego, z jakiego kraju czy kręgu kulturowego pochodzą. Jasne, na początku istnienia Nobla znajdziemy tam mnóstwo pisarzy z krajów skandynawskich, ale potem zasadniczo może nam ta nagroda pomóc w zapoznaniu się z książkami pisanymi w krajach, które literacko rzadko odwiedzamy. Zresztą nagrody literackie często pomagają nam odkryć pisarzy, który w inny sposób by do nas nie trafili – znowu: najczęściej wtedy następuje nagle wysyp tłumaczeń dzieł danego autora (przykładów można by znaleźć mnóstwo). A jako że na szczęście w odwrocie jest nagradzanie wyłącznie pisarzy z kręgu euro-amerykańskiego, to coraz więcej w naszych księgarniach i bibliotekach pisarzy z Afryki czy Azji. Literatura Ameryki Południowej to już osobny problem do rozważenia.



No dobrze, ale czy w momencie, kiedy sięgamy po książkę autorstwa pisarza afrykańskiego, to oczekujemy już określonego, powiedzmy, settingu? Niekoniecznie. Warto przypomnieć, że przecież wielu pisarzy spoza Europy i Ameryki Północnej to potomkowie dawnych urzędników, żołnierzy, misjonarzy i innych ludzi, którzy wylądowali w tym czy innym miejscu tego czy innego Imperium – w RPA urodził się przecież nawet Tolkien, a przecież nikt nie uznaje go za pisarza afrykańskiego. Ale mimo to, w momencie, w którym decydujemy się na książkę z innego kręgu kulturowego – przykład afrykański jest tutaj bardzo dobry – to wydaje nam się, że pojawią się tam określone tematy: głód, choroby, wojna i tak dalej. Pytanie tylko, czy dzieje się tak dlatego, że nie powstaje tam absolutnie żadna inna literatura, czy że dostajemy do rąk wybór tego, co zostało uznane za reprezentatywne? Tutaj znowu przychodzi w sukurs kwestia nagród literackich: rzadko kiedy książka nie traktująca o poważnym problemie – albo przynajmniej robiąca to w formie "lekkiej" – zostaje zauważona. Nie jest to samo w sobie naganne, wydaje mi się jednak, że potrafi zaburzyć i perspektywę, i odbiór literatury powstającej w danym kręgu kulturowym.



Oczywiście człowiek nie jest w stanie znać się na wszystkim i orientować się, co w trawie piszczy, w każdym literackim zakątku globu. Dlatego w pewne wybory trzeba uwierzyć, ale ze świadomością, że poza nimi w danej literaturze może kryć się o wiele więcej. W końcu wybór to zawsze tylko pewien wycinek rzeczywistości.

Na koniec: ciekawą sprawą jest pewna taka adaptacja wzorów literackich zza granicy. Na przykład nie wiem, jak Wy, ale ja łapię się często na tym, że literatura zachodnioeuropejska nie dostarcza mi tego zadziwienia realiami, mimo że przecież, bo ja wiem, w naszych szkołach mundurki – jeśli nadal są – oznaczają zupełnie co innego niż w Wielkiej Brytanii albo powieści dziejące się w liceach polskich zupełnie nie wyglądają jak te amerykańskie. A jednak tak już przywykłam do tych szafek, cheerleaderek i czołowych graczy w futbol, że przestałam zauważać odmienność tych realiów. Zastanawiam się, czy czytając odpowiednio dużo literatury innego kraju – nawet jeśli nie mamy styczności z jego realiami poza literaturą – też dałoby się osiągnąć podobny efekt?

____________

A jutro będzie o prezentach.

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. Wydaje mi się, że szczególne zainteresowanie literaturą jakiegoś kraju (lub obszaru kulturowego) może wynikać tylko ze szczególnego zainteresowania tym krajem. Np. jeśli natknę się na fińską książkę, to jest spora szansa, że ją przeczytam (co nie znaczy, że czytałam Kalevalę i mam jakąś systematyczną wiedzę o fińskiej literaturze - niestety rzadko się na nią natykam). Jest to chyba jedyny u mnie tego typu przypadek. Jeśli chodzi o inną literaturę obcą, to każdego autora traktuję osobno i nie oczekuję od niego, że będzie on reprezentantem swojego kraju, czy też kręgu kulturowego. Nie stawiam sobie też za cel, żeby orientować się w literaturze światowej, bo jest to po prostu niemożliwe - owszem, zetknęłam się z pisarzami japońskimi i chińskimi, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wzięła do ręki książkę autora malezyjskiego czy indonezyjskiego. We wszystkich przypadkach poza literaturą anglojęzyczną jestem i tak skazana na wybór wydawcy i tłumacza. Owszem, dobrze jest czasem poszerzyć horyzonty, ale nie będę się nad tym dłużej zastanawiać, bo już się zaczynam lekko stresować moją niedostateczną znajomością literatury chorwackiej, rumuńskiej czy belgijskiej albo portugalskiej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, w większości przypadków zapewne jest tak, jak piszesz: że zainteresowanie krajem przekłada się na zainteresowanie jego literaturą - i odwrotnie. Zastanawiam się jednak, czy nie może być też tak, że w niektórych przypadkach po prostu lubi się pewien "klimat", czy tą dajmy na to specyfikę, a krajem się specjalnie nie interesuje? Sądzę, że coś takiego też jest możliwe. Kiedyś pamiętam, że podczas jakiejś imprezy (typu siedzimy i gadamy o książkach :-)) zastanawialiśmy się ze znajomymi, czy znamy np. jakiegoś belgijskiego pisarza - i w sumie trafiały się kraje, że nikt nie umiał nikogo przyporządkować, ale często byliśmy zaskoczeni tym, że jednak raz mniej, raz bardziej, ale dajemy radę z tym, żeby wymyślić jakiegoś pisarza z kraju, o którym kompletnie nic nie wiemy (no, troszkę wiemy, bo czytaliśmy, ale jednak). To mnie jakoś tak pozytywnie nastawiło do literatury światowej ;-).

      Usuń
  2. Ciekawie brzmiące nazwisko działa mi na wyobraźnię. Dzisiaj przeglądałam na stronie BBC listę książek, które warto przeczytać w marcu. Pojawiło się kilka anglosaskich nazwisk, które nic mi nie mówiły, ale i tak moją uwagę przykuło coś innego: Hanya Yanagihara. Ładne, nie? I w ogóle trudno się z niego domyślić z jakiego kręgu kulturowego pani pochodzi. Okazuje się, że to Amerykanka i książka dzieje się w NYC, ale to nic. Inne i egzotyczne przykuło moją uwagę. I tak mam, że czasami sięgnę po autora z zupełnie odległego kraju tylko po to, żeby przeczytać coś osadzonego w innej kulturze, gdzie ludzie jedzą coś innego, mają dziwnie brzmiące imiona, może tradycje są jakieś inne, ale jacy podobni.
    Z drugiej strony, samą polską literaturą żyć nie sposób i czytanie tłumaczeń to najnormalniejsza dla mnie rzecz. I jeżeli ktoś mi poleca książkę to nie robi mi różnicy skąd pochodzi autor.
    Pomaga mi to też jakoś umiejscowić dany kraj. Jak ktoś wymienia jakieś państwo, to lubię wiedzieć gdzie leży, ewentualnie stolicę, mniej więcej jaki typ rządów i znać choćby z nazwiska jakiś pisarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że czasem można się zdziwić, że nazwisko brzmiące bardzo egzotycznie należy do pisarza takiego "swojskiego" :-). Lubię takie odkrycia, bo one pokazują, że świat wcale nie jest taki wielki i obcy, i że jest w nim miejsce dla wszystkich pisarzy i czytelników - uogólniając.
      No i zgadzam się, że dużo łatwiej pomyśleć o jakimś kraju, kiedy myślimy o jakimś przypadku literackim - nawet niekoniecznie o książce autora z tego kraju, ale przynajmniej takiej, która się w nim dzieje.

      Usuń
  3. "Nie bez kozery przecież jedni z rozkoszą czytają literaturę iberoamerykańską (...)" - to ja, to ja! ;-)
    No dobrze. Ale poważniej. Jest w tym poście i w pierwszym komentarzu dużo racji "nacjocentrycznej". Ale są i tacy pisarze, których trzeba byłoby sklasyfikować jako "obywateli świata pomiędzy". Nie będę tu tworzył sążnistej listy, użyję tylko jednego - gorszącego - przykładu, jakim jest Salman Rushdie. O czym on pisze? Zazwyczaj o imigrantach. Wbrew pozorom "Szatańskie wersety" to opowieść o diasporze hinduskiej w Albionie, a nie paszkwil na islam. "Dzieci północy", "Wstyd" i "Ostatnie westchnienie Maura" to historie burzenia światów i wykorzeniania, rzucania na nową glebę, nawet jeśli bohaterowie nie ruszają się z Elefantyny, jak w "Ostatnim westchnieniu...". A gdy dochodzimy do "Śalimara klauna", to już robi się zupełnie gęsto, gdy naszym oczom ukazuje się ten "świat pomiędzy", który jest faktyczną ojczyzną terrorystów. Nawet jego osadzone poza naszym światem powieści (choć obóz koncentracyjny bestii mitycznych z "Szatańskich wersetów" też się w naszym nie mieści, ale jednak był gdzieś pod Londynem), takie jak "Grimus", czy "Harun i Morze Opowieści" to historie bohaterów wyrwanych ze swojego świata w otchłań Nieznanego. Obcych w obcym kraju.
    Aś się rozpisałem... Pszam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam nawet w planach napisać o swoich problemach z literaturą iberoamerykańską, ale póki co analizując to stwierdziłam, że jeszcze nie do końca wiem, o co mi chodzi, więc na razie o tym nie napiszę ;-).

      I w sumie o tym nie pomyślałam, ale faktycznie są jeszcze literatury, które łączą (albo funkcjonują na podziale, granicy - nie wiem, jakby to nazwać), te emigranckie to jest dobry przykład. Tam by się pewnie też znalazła grupa pisarzy, która pisze o utraconej w taki czy inny sposób ojczyźnie, ale te prozy o diasporach/diaspor to jest fajny temat (pytanie, na ile elementy "ojczyźniane", żeby słowa na "n" nie używać, się tam pojawiają, czy nie pojawiają).

      Usuń