Ale żółw żegluje dalej. Albo wpis pożegnalny


Miało być o czym innym, ale jak tylko sprawdziłam po południu wiadomości, wiedziałam, o czym napiszę.


- Dlaczego tu jesteśmy?
- UNIKAM SPEKULACJI O SPRAWACH KOSMICZNEJ NATURY.
T. Pratchett „Kosiarz”

Wczoraj zmarł sir Terry Pratchett. I smutno mi, bo to był zupełnie, z ręką na sercu, taki pierwszy mój pisarz – pierwszy też w tym sensie, że nie tylko dostarczający mi zawsze takiej magicznej szafy, przez którą można sobie przejść do innego świata i na chwilę się oderwać od tych problemów, które mamy tutaj, ale też taki, którego pisanie naprawdę śledziłam: od momentu, kiedy zaczynało się wypuszczanie w świat pomysłów, zapowiedzi, o czym będzie kolejna książka, przez projekty okładek, jakieś zaowalowane sugestie czego się spodziewać, potem szybkie skanowanie strony Prószyńskiego, kiedy będzie tłumaczenie, potem od razu gonitwa do księgarni po nową książkę i informowanie wszystkich, że dzisiaj mnie już nie ma dla nikogo. I dlatego sami rozumiecie, że dzisiaj musiałam napisać o czymś zupełnie innym, niż planowałam. Mimo że to jest taki wpis, który myślałam, że napiszę kiedy indziej, zupełnie inaczej i nie z tego punktu wyjścia.

Wszystko zaczęło się od tego, że mam kolegę. Kolega jest z gatunku tych czytelników-misjonarzy, którzy jeśli święcie wierzą, że jakaś książka jest dobra, to będą ci ją polecać tak długo, aż ulegniesz i zgodzisz się, żeby ci ją pożyczyli. On tak miał z Pratchettem i przy każdej okazji, kiedy się spotykaliśmy, wykrzykiwał „ale jak to, ale jak to – nadal nie przeczytałaś żadnego Pratchetta?!”. W końcu dla świętego spokoju poprosiłam, żeby mi coś pożyczył. I wtedy usłyszałam zdanie, które wówczas wydało mi się zupełnie bez sensu: „ale co cię śmieszy najbardziej – śmierć, czarownice, a może straż miejska?”.

Stanęło na tym, że zostały mi wręczone „Pomniejsze bóstwa” i „Ruchome obrazki”. „Wiesz, to są takie niepowiązane w cykle powieści, także możesz się zorientować, jak Pratchett pisze” - to była dołączona do nich informacja. Gdzieś wtedy jechałam, więc wrzuciłam książki do torby i obie przeczytałam telepiąc się autobusem po polskich dróżkach. Pamiętam, że towarzyszyło mi takie uczucie „okej, to nie jest złe, ale czym się tak znowu zachwycać?”. Także widzicie, nie złapało mnie tak od razu, nie ma mowy o żadnej miłości od pierwszego wejrzenia. Ale kolega się nie poddał – i dzięki mu za to! Potem jakoś tak jak leżałam przeziębiona, dostałam paczkę z trzema tomami przygód wiedźm. Ale twarda byłam, jeszcze mnie nie złapało. Tak trochę, tak, żeby powiedzieć: „hm, wiesz co, może coś jeszcze bym przeczytała?”. I tak w końcu dostałam „Straż! Straż!”. I to było to.

W przeciwieństwie do wielu czytelników, wcale nie byłam niezadowolona, kiedy się okazało, że Świat Dysku skręca w poważniejsze rejony. Owszem, niektóre książki były już zupełnie, ale to zupełnie odległe od punktu wyjścia, od tego Rincewinda gadającego z cebulami w „Blasku fantastycznym” i w „Kolorze magii”. Mniej było takiej prostej satyry, takiego prześmiewczego fantasy z pierwszych tomów, więc mówienia o tym, co jest nie tak ze światem – też tym naszym. W Ankh-Morpork pojawił się Vetinari i zaprowadził jedyny w swoim rodzaju, ale działający, porządek. Komendant Vimes został komendantem, wyszedł z nałogu, poznał tę właśnie kobietę, którą powinien był poznać. W państwie-mieście zaczęły powoli działać kolejne elementy: straż, sekary, poczta, bank, w końcu kolej. Wiek Nietoperza, który długo funkcjonował w wykrzyknieniu „Ależ mamy w końcu Wiek Nietoperza!”, które symbolizowało postęp i przyszłość, jakoś tak się skończył i ruszyliśmy dalej.

Śmiałam się ze slapsticku, z satyry, którymi Pratchett władał doskonale (a ileż cennych uwag, ile doskonałych onelinerów, ile powiedzeń, które wryły mi się w pamięć pochodzi właśnie z Pratchetta!). Ale kiedy te elementy zaczynały znikać, czy raczej ustępować miejsca innym, kiedy świat przedstawiony zaczął się uspójniać, kiedy Dysk zyskał własną fizykę, kiedy magia zaczęła mieć całkiem realne podstawy naukowe, i kiedy bohaterowie nie byli już postaciami, które miały wyłącznie budzić w nas śmiech – chyba wtedy pokochałam cały ten majdan już zupełnie nieodwołalnie. Przecież „Straż nocna”, to doskonałe połączenie opisu tego, jak funkcjonuje zastraszone społeczeństwo pod rządami krwawego, nieobliczalnego reżimu, szalonej podróży w czasie, przesłania o tym, że to my decydujemy, kim się staniemy w przyszłości, tego, jak działa zwodnicza przecież pamięć i delikatnej historii miłosnej męża i żony (to wcale nie jest takie znowu częste!), jest doskonałą powieścią. Chyba moją ulubioną (chyba, bo tak trudno wybrać - w ogóle może lepiej nie wybierać, bo każdy wybór będzie niesatysfakcjonujący). Ale nie tylko. To cudownie filmowe „Piekło pocztowe” z przemianą bohatera-kanciarza w bohatera-kanciarza-ale-z-sumieniem i tym cudownym kotem pocztowym, co to chodzi zawsze ustaloną trasą, więc trzeba mu odsuwać z drogi krzesła i otwierać drzwi, bo inaczej drobi w miejscu, ze wspaniałą, silną postacią Adory, której chłop wcale nie jest do szczęścia potrzebny, bo zna swoją wartość i wie, co może i co umie. „Potworny regiment”, który pokazuje, że płeć nie ma znaczenia przy realizacji marzeń. „Panowie i damy”, gdzie widać, że nie zawsze to, co wiemy i widzimy jest tym, czemu powinniśmy ufać, bo lepiej oglądać każde zagadnienie z kilu stron. Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo.

Jak pięknie Pratchett umiał pisać o takiej codziennej niecodzienności. Jego bohaterowie przeżywali wielkie przygody: zwiedzali obce lądy, przenosili się w czasie, walczyli ze smokami i mieli dziadka, który jest Śmiercią. Ale przy okazji tam się zawsze toczyła ta największa przygoda: ta pierwsza kolacja z dziewczyną, która się nam podoba, próba powiedzenia mężowi o ciąży, wydostania się z szufladki, w którą człowieka wsadziło społeczeństwo i wyjściowa pozycja rodzinno-społeczna. Przyznaję, że czytałam Świat Dysku też dla tych codzienności – chociaż rozgrywających się w tak nieprzychylnym miejscu, jak to szalone, krwiożercze, funkcjonujące na własnych regułach Ankh-Morpork, gdzie pewnie w rzeczywistości nie przeżyłabym dnia albo w najlepszym razie umarła z głodu (kiełbaski Dibblera!). Bo to wcale nie jest łatwe, pisać w taki sposób, żeby nie zostawiać czytelnika z poczuciem, że oto właśnie przeczytał o czymś wielkim, niecodziennym, ale w taki sposób, że łatwo było się z tym zmierzyć, że się nie zostawało z tym Wielkim Bohaterem, takim zupełnie obcym, ale z takim, którego doświadczenia mimo wszystko - mniej lub bardziej - pokrywały się z naszymi.

O tych bohaterach chciało - i chce! - się czytać, chciało - i chce! - się z nimi być. Komendant Vimes, którego karierę z dołu na szczyt śledziło się z zapartym tchem i od czasu do czasu wypuszczało się książkę z rąk, bo trzymało się za niego kciuki, więc trudno było ją utrzymać. Naprawdę rzadko płaczę na książkach, ale kolejne koleje losu związku Vimesa i Sybil zawsze sprawiały, że kończyłam lekturę ze łzami w oczach – to jest taki doskonały przykład niedoskonałego związku, ani oni piękni, ani młodzi, ani wspaniali w takim modelowym tego słowa znaczeniu, a jacy jednocześnie piękni i prawdziwi. Trzymałam kciuki za Marchewę, który wcale nie był takim wielkim naiwniakiem, jak mogło się na początku wydawać, i za to, żeby im się z Anguą udało – chociaż też w takim potocznym rozumieniu tego słowa nie udało im się wszystko do końca przecież. Moist – niepoprawny szachraj, który od wszystkiego chciał się wykręcić, a skończył jako szanowany obywatel – chociaż na początku mnie zdenerwował (jak to nowy cykl! Gdzie jesteś, straży?), to potem z radością czekałam na jego kolejne poczynania. Patrycjusz Vetinari nigdy nie pozwolił mi się zatrzymywać. Wiele się nauczyłam od Babci Wheaterwax, na przykład tego, że jeśli pokażesz pewność siebie, to nikt nigdy w nią nie zwątpi. I że warto mieć spiczasty kapelusz. No a Niania Ogg? I ten jej wielki pieszczoch Greebo, którego bym nawet kijem nie tknęła z obawy, że mnie zje razem z tym kijem, zanim się ktokolwiek zorientuje? A cudowna Tiffany, której daleko było do takiej dziewczyny, co to dorasta po to, żeby się wprowadzić do pałacu, gdzie mieszka jej książę? I idealne wcielenie współczesnej guwernantki, Susan, która wie, jak sobie poradzić z potworem, i która ma swoje szczęśliwe zakończenie, ale zupełnie inne, niż można się spodziewać, bo i ona jest zupełnie inna, niż można się spodziewać? No i kwestooooor! A pewnie i tak nie wymieniłam wszystkich, których chciałam.

Nie zawsze miałam z książkami Pratchetta zupełnie po drodze. „Długa Ziemia” mnie lekko rozczarowała, bo za świetnym konceptem nie do końca szedł ciekawy rysunek dalszych elementów świata przedstawionego i bohaterów. Wczesnych przeddyskowych i śróddyskowych powieści – jak tych o Jimmym Maxwellu – nie znam wcale. „Spryciarza...” odłożyłam na półkę na lepsze czasy. „Dobry Omen” mnie tak znowu nie uwiódł. Ale Dysk – o, do Dysku wracam zawsze, jak mi smutno albo jak mi wesoło, jak mam ochotę spotkać się z dobrymi znajomymi, którymi wszyscy ci bohaterowie z biegiem lat się stali. I chociaż są tam części lepsze i gorsze, i takie, na które narzekałam, i takie, od których nie mogłam się oderwać, to jest to cykl mój ulubiony nad ulubione. Taki jak wygodny fotel, że można w nim usiąść i wiadomo, że nic złego nas w nim nie spotka, bo to jest nasz fotel. I jest wygodny. I przyjemnie się wraca do mieszkania, gdzie taki fotel jest.

Dlatego jest mi tak smutno, bo w sumie po raz pierwszy doświadczam na własnej skórze, jak to jest, kiedy pisarz, na którego każdą książkę czekałam i po którą zaraz stawiałam się w księgarni, i wiedziałam, że teraz to już będzie dobry dzień, nawet jak nie był od rana, że taki pisarz odchodzi. I to tak, że zupełnie się tego nie spodziewamy – bo przecież to jeszcze nie miał być koniec. I tym bardziej podziwiam to, w jaki sposób Pratchett pisał Dysk – bo pisał go z myślą o czytelnikach. Pisał tak, że te tomy się łączą, że historia się rozwija, ale nie zostajemy z urwanym wątkiem, z pustymi rękoma i z taką luką, która pozostanie niewypełniona. Wiemy, że to się dzieje dalej nawet, jak nie patrzymy. Nie zostaliśmy zostawieni z niczym. Ba, wręcz przeciwnie.

I za to jestem mu bardzo wdzięczna. Dziękuję razem ze wszystkimi innymi czytelnikami, sir Terry.

___________________

Jutro pojawi się wpis zapowiedziany wczoraj. A dzisiaj pozwólcie jeszcze, że pójdę i poczytam o Vimesie et consortes.

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Tak! Pratchetta lubiłam, ale pokochałam go w momencie w którym zaczął skręcać w poważną stronę. To cudownie dickensowkie "Pieklo pocztowe"! Oraz, Patrycjusz to jeden z moich ulubionych bohaterów książkowych, a ulubiony władca.

    Mnie strasznie trzepnęła ta scena (nie pamiętam w której książce!), w której Vimes będąc w czarnej d... przypomina sobie, że jest godzina czytania dziecku książeczki. I idzie ją przeczytać. Miałam wtedy łzy w oczach (nie mam dzieci, nie planuję ich mieć, ale no...).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Pratchett miał niesamowity talent do przedstawiania postaci antypatycznych w taki sposób, że czytelnik zdawał sobie sprawę, że coś tu nie gra, że wcale nie mamy do czynienia z taką miłą postacią, co to pod szorstkim zewnętrzem skrywa milusie wnętrze, ale jednak się człowiek do takiej postaci przywiązywał. Vetinari się zresztą z tym, jaki jest, nigdy nie krył :-).

      To jest chyba w "Łupsie", gdzie to potężne wkurzenie, na którym Vimes funkcjonuje przez cały czas, obejmuje też to, że nie może przeczytać Sammy'emu Juniorowi książeczki. Cudownie pokazane jest, jak świat Vimesa się zmienia wraz z przyjściem na świat potomka - w taki niekiczowaty, a jednocześnie bardzo delikatny sposób (i że to jest właśnie Vimes, a nie Sybil, która tak do tego wszystkiego podchodzi bardzo zdroworozsądkowo przecież).

      Usuń
    2. Tak, w 'Łups!", dziękuję :).
      W ogóle, jeśli chodzi o pokazywanie zmian w życiu bohatera i jak na niego wpływają, Pratchett jest mistrzem. W wielu seriach mam wrażenie, że postacie cały czas stoją w miejscu, nie rozwijają się mimo deklaracji. W Świecie Dysku wszyscy są w ruchu, nawet Vetinari.
      Chyba zrobię sobie powtórkę, jak tylko przebiję się przez biblioteczny stosik.

      Usuń
    3. Tak, nawet ten Rincewind, który w późniejszych tomach jest trochę postacią z innej bajki, wyraźnie zaznaczoną ma linię rozwoju i ewoluuje (chociaż tak ciut-ciut, ale jednak!). To świetnie widać, jak się czyta serie po kolei - w zeszłym roku ucięłam sobie powtórkę z całej straży za jednym zamachem i wtedy się przekonałam po raz kolejny, jak to jest dobrze napisane i pomyślane.

      Usuń
  2. A ja napiszę tylko, że mi strasznie smutno :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Ale ten czas, który upłynął od komunikatu o odejściu sir Terry'ego uświadomił mi, ilu fanów swoich książek wychował - bo to przecież się rozkładało na lata i w sumie pokolenia już! - i jaka wokół nich wyrosła piękna społeczność. Mimo to - smutno.

      Usuń
  3. Mamy podobne historie, ja się zakochałem w wiedźmach już po tym, jak po przygodach tego głupka Rincewinda miałem ochotę porzucić męczenie się ze Światem Dysku. Na szczęście po drodze był chyba Mort, który obleciał. A potem Trzy wiedźmy i przepadłem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I też uwielbiam tego poważnego Pratchetta, to jest prawdziwe mistrzostwo świata, jak on przeprowadził swój cykl od idiotycznej bieganiny Rincewinda do sceny z grającym na harfie goblinem w Niuchu.

      Usuń
    2. Tak, miałam to szczęście, że dzięki wspomnianemu koledze nie zaczęłam od początku i Rincewinda poznałam, jak już się wciągnęłam :-). Tyle że ten Rincewind też nam tak jakoś po profesorsku okrzepł i wiedział, że nie zawsze to, czego się chce jest tym, co jest słuszne :-). Z całą konstrukcją cyklu, która nabierała rozmachu, a jednocześnie stała na coraz silniejszych podstawach zgadzam się w zupełności; mistrzostwo. Żeby utrzymać tak rozrośnięty cykl, który po drodze przeewoluował bardzo, w spójnym kształcie!

      Usuń
    3. Nawet jako profesor R. mnie drażni. Zresztą, magowie mnie drażnią, poza Bibliotekarzem :D
      Chociaż może kiedyś sobie wrócę do R., masochistycznie.

      Usuń
  4. Przyznam szczerze, ze nie lubilam tworczosci Pratchetta z małym wyjątkiem, jakim jest "Straż, Straż" która niezmiennie mnie bawi. Niemniej przykro, ze umarl czlowiek i pozostawil wiernych fanów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Straż, straż" uwielbiam - wszystko w niej uwielbiam. To, jak świetnie pokazana jest ewolucja "czarnego charakteru", sceny na dachu z trójką policjantów, słownik, od którego oczy szczypią, no i Vimes! I Sybil! Wszystko, po prostu. Czasami, jak widać po mnie, trzeba znaleźć tego "swojego" Pratchetta w Świecie Dysku.

      Usuń