Autorze, trzymaj się z daleka ode mnie albo o moich lekturach szkolnych zdecydowanie nie ulubionych


Po podzieleniu się swoimi lekturami ulubionymi i po rozważaniach bardziej abstrakcyjnych przyszedł czas, żeby napisać coś o książkach, które sprawiały mi sporo mąk i zawodów w czasie czytania ich na lekcje polskiego. Właściwie nie mogę napisać, że było tego sporo, bo chociaż jestem bardzo czepialskim czytelnikiem, to jestem w stanie wychwycić jakieś chociaż małe kwestie, które windują książkę w moich oczach. No, ale nie jestem bez serca, czasami jakąś lekturę znielubię. Także dzisiaj właśnie o takich lekturach – analogicznie do ulubionych wyłuskałam dychę, hm, znienawidzonych to trochę za mocno powiedziane. Nielubianych, o.


Ale będą wyjątki, ponieważ jest tu książka, którą uważam za najokropniejszą, jaką kiedykolwiek czytałam – w innych kategoriach niż warsztatowe, niemniej, naprawdę, najokropniejszą. Czas zrzucić ten ciężar z serca i o tym napisać, a co.

W pustyni i w puszczy”
Autentycznie do dzisiaj, jak wspominam tę lekturę i późniejsze „co się działo” na lekcjach polskiego – ziewam. Wiem, że wiele osób ceni sobie tę książkę. Ba, naraziłam się w swoim czasie współżakom, bo byłam tą czarną owcą, której się to tak dramatycznie nie podobało. Ale co ja mogę – postać Stasia, idealna i bez skazy, którego czyny były dobre, albowiem były czynami Stasiowymi, drastycznie obrana z charakteru Nel, która służy autorowi właściwie wyłącznie po to, żeby pokazać, jak świetnie sobie w każdej sytuacji radzi Staś i że napędzany poświęceniem i empatią do towarzyszki jest w stanie góry przenosić; do tego jeszcze Kali, który pełni tu rolę takiego „dobrego dzikusa”, który w sumie głównie podziwia Stasia i oczywiście jego zachowania mają być źródłem humoru („Kali jest donkey” - serio?), i Mea, o której w sumie trudno powiedzieć coś więcej, z taką swadą jest opisywana. Poza tym to, że skontrastowano Stasia jako, hm, „pana” Kalego i Mei z porywaczami, którzy nieustannie ich biczowali – też do mnie nie przemówiło; Staś jest lepszy, ale nie jest wcale bardziej postępowy, jest ludzki, ale nie w takim sensie, żeby uznać czarnoskórych towarzyszy za równych sobie. Te relacje podległości oparte na kolorze skóry drażniły mnie w tej piątej klasie i drażnią teraz. Przy czym w sumie jestem jakoś tam wdzięczna za tę lekturę – bo nauczyła mnie patrzeć trochę na przekór autorowi i wzbudziła podejrzenia co do tego, czy aby na pewno to, jak autor opisuje wydarzenia, jest takie godne podziwu, czy może jednak tam się pod spodem nie dzieje aby coś innego.
 Procella słusznie kiedyś zwróciła mi uwagę, że ilustrując wpis
zdenerwowanymi zwierzętami nie uwzględniłam manuli. Dlatego
dzisiaj naprawiam ten błąd i ilustruję wpis zdjęciami bardzo zdegustowanych
manuli. Manule pochodzą z tumblra zbierającego zdjęcia
zniesmaczonych manuli, oczywiście.


Opowieści o pilocie Pirxie”
Wiem, że to dziecinne podejście, ale opowieści o Pirxie sprawiły, że się zniechęciłam do Lema (obiecuję sobie, że nadrobię, ale ten Pirx mnie na lata skutecznie przyblokował). Wynudziłam się na nim jak mops, bo przede wszystkim nie umiałam się w żaden sposób przekonać do bohatera – wydawał mi się bezpłciowy, nieinteresujący i w gruncie rzeczy było mi obojętne, co się z nim stanie. Chyba jedyna taka moja utrwalona i stała awersja do jakiejkolwiek książki – tak, że jak jakiś czas temu wpadła mi ta książka w ręce za złotówkę, to nie wzięłam, bo po pierwszych zdaniach wróciły do mnie wspomnienia tamtej lektury. Jeśli ktoś wielbi i będzie chciał zachęcać – zachęty z radością powitam! Za to z Pirxa, mimo wszystko, pochodzi jedno z tych zdań, które wbiły mi się w pamięć na lata – że to takie krótkie nazwisko, że ledwo się zaczyna, a już się kończy, więc takie jest mało dostojnie i ciężko się nim godnie przedstawić.


Ludzie bezdomni”
I oto książka, o której pisałam we wstępie. Absolutnie najbardziej denerwujący bohater literacki – zgiń, przepadnij, Judymie! Człowiek, który jest emującym, rozdartym między „powinienem” i „muszę” manekinem do wieszania dowolnych tez, który życia nabrał tylko w powozie, w którym został skopany przez niemiłe dziecię (och, silna więź identyfikacji między mną a dziecięciem, wyraziło moje wszystkie niewypowiedziane uczucia do Judyma!). Nie wierzę w ideał, który tak się chce poświęcać, że poświęca nie tylko swoje szczęście – ale przede wszystkim tej dziewczyny, która chciała z nim być (biedna), i to jeszcze argumentując ni przypiął, ni przyłatał, że z nią nie da rady się poświęcać. A w sumie niby dlaczego nie? Autor nie daje po temu żadnych przesłanek. I jeszcze ta sosna! Coś strasznego, do dzisiaj się denerwuję, jak tylko pomyślę o „Ludziach bezdomnych”.

Janko Muzykant”
Chyba moje pierwsze lekturowe rozczarowanie. To była czwarta klasa, czyli początek tej „poważnej” podstawówki i pierwsza „poważna” lektura, w dodatku ho, ho, nie bylejaki autor, ale Sienkiewicz. Zasiadłam, przeczytałam i zdębiałam. Ale jak to – to już? Ale co ja mam zrobić z tym Jankiem? Współczuć? Zdziwić się? Zezłościć na niesprawiedliwość społeczną? Co zrobić, skoro Janko jest tak pisany, że ani on ziębi, ani grzeje? Pamiętam, że czekałam na jakieś olśnienie i ono nie chciało jakoś nadejść. 

Krzyżacy”
Strasznie dużo tutaj tego Sienkiewicza – a ja przecież lubię jego pisarstwo, tak w ogóle, no, ale jednak. „Krzyżaków” przeczytałam po zapoznaniu się z „Trylogią” i to chyba zaważyło na moim do nich stosunku. Bo to jest w sumie powieść poruszająca się po wytartym już schemacie: bohaterów można na zasadzie komplementarności dopasować jednych do drugich (najbardziej chyba ucierpiał Fulko de Lorche, który byłby bardzo ciekawą kreacją literacką, gdyby tak strasznie nie był Longinem Podbipiętą w średniowiecznych klimatach), kompozycja jest niemal identyczna (wielka bitwa na koniec – w tym w „Krzyżakach” to jest taka bitwa na dobitkę, że tak to ujmę, czyli wielki dzwon na koniec, chociaż właściwa treść już się skończyła, bohaterom pokończyły się przygody, no ale jak tu o Grunwaldzie nie napomknąć?). Dlatego nie bawili mnie „Krzyżacy” aż tak bardzo jak „Trylogia”, chociaż trzeba przyznać, że wprowadził tam Sienkiewicz trójkąt miłosny dla siebie mniej standardowy (mężczyzna i dwie kobiety, a nie kobieta i dwóch mężczyzn) i gdybyż jeszcze ta Danusia miała chociaż zręby charakteru...
 

Mały książę”
Mam problem z „Małym księciem”, ponieważ sam pomysł wyjściowy nie jest zły, ale potem wchodzi w banał. Tylko że zdaję sobie sprawę, że nie tyle treść jest banalna, co niespecjalnie jej się przysłużyło wyświechtanie, wybieranie cytatów i umieszczanie ich wszędzie i tak dalej. Z drugiej strony – Muminki też są wszędzie, a jednak wcale nie wydają mi się zbanalizowane. Więc coś jest nie tak z „Małym księciem”. Trudno mi to ująć: mam wrażenie po prostu, że to wcale nie jest aż taka doskonała książka, za jaką chce uchodzić. I że te wielkie prawdy, które przemyka, ani nie są takie znowu wielkie, ani prawdziwe. Za to quest w daremnej próbie uszczęśliwienia toksycznej połowy w związku – zaliczam „Małemu księciu” na plus, tak samo jak design (z braku lepszego określenia) Lisa.

Porwanie w Tiutiurlistanie”
Powiem szczerze: mam bardzo mgliste wspomnienia co do samej fabuły, bo też wiele wody upłynęło, kiedy tę powieść Żukrowskiego czytałam, ale ta książka znalazła się tu z bardzo konkretnego powodu. Jak dzisiaj pamiętam, że w czasie czytania miałam straszny spadek nastroju i dla mnie wtedy, to była druga albo trzecia klasa szkoły podstawowej, to było jednak nieprzyjemne odkrycie, że przecież tak w ogóle jest w porządku, ale jestem jakaś zdenerwowana i smutna. W końcu po rozmowie z rodzicielką doszłam do wniosku, że to kwestia tego, co czytam. Przygnębiła mnie ta książka bardzo – dlatego może nie tyle kwestionuję jakieś jej literackie wartości, ile właśnie to wywołane uczucie, które sprawiło, że nigdy do „Porwania...” nie wróciłam, bo czytanie go było jednym z najgorszych moich doświadczeń.

Dym”
To z kolei nowela, która robi tu za „Antka” tego zestawienia. Czyli utwór literacki, który skrzywił nieodwołalnie moje dzieciństwo. Nie wiem, czy pamiętacie tę nowelę – jest matka, jest syn, syn pracuje w fabryce, matka wypatruje go z okien domu, z których widzi fabryczny komin i unoszący się nad nim dym. Z tego dymu od razu wie, co się dzieje z synem. I kiedy w fabryce jest wypadek to już dym z oddali informuje ją, że została sama, bez środków do życia i ukochanego dziecka. No i jak po czymś takim bezpiecznie patrzeć na dym z komina? No nie da się. Długo trwało, zanim ten idylliczny obrazek dymu lecącego z komina domu nie wywoływał we mnie złych przeczuć.

Łysek z pokładu Idy”
Przy lekturze „Łyska...” zbuntowałam się i powiedziałam: koniec, nie czytam. Ale miałam takie wyrzuty sumienia, że jak tylko skończyła się lekcja, pobiegłam do biblioteki i przeczytałam. Bardzo lubię twórczość Gustawa Morcinka, doceniam przesłanie „Łyska...” i zupełnie nie rozumiem, czemu akurat przy tej książce ogarnął mnie taki bunt czytelniczy, ale uznałam, że to godny epizod do uwiecznienia na tej liście. Może to była kwestia ekspozycji na trudny problem, z którym nie do końca można sobie było poradzić w wieku lat ilu? Dwunastu? Trzynastu? A może jednak forma i język, bo problem problemem, ale „Łysek...” (w przeciwieństwie do innych dzieł Morcinka) aż taki znowu porywający nie jest.

Siłaczka”
I zamknę moją listę Żeromskim i kolejną w jego dorobku antypatyczną bohaterką (gwoli ścisłości: „Przedwiośnie” na przykład bardzo lubię, więc nie chodzi tu o jakieś uprzedzenie do autora w ogóle). Stasia jest kochana, Stasia się poświęca, urabia się po łokcie, nie mierzy sił na zamiary i kończy, jak kończy. Mam wybitnie problem z tymi poświęcającymi się w imię idei bohaterkami i bohaterami – zwłaszcza u Żeromskiego. Bo ja ani w ząb nie dostrzegam, dlaczego nie mogli tego załatwić inaczej, po prostu to nie jest wpisane w tekst w inny sposób niż tylko „och, Idea wzywa! Idea nakazuje!”. I koniec.
Jakoś taki bardzo przyrodniczy z wyglądu
się zrobił ten wpis, ale ze zdjęciami manuli jest tak,
że jak człowiek zacznie, trudno skończyć.
No dobrze, starałam się przy okazji dobrać przykłady lektur, których nie lubię albo nie przepadam z różnych powodów. Czy może ktoś z Was jest admiratorem jakiejś z powyższych książek? Bo wyszło już w trakcie poprzednich dyskusji, że „W pustyni...” i „Krzyżacy” zasadniczo cieszyli się raczej powodzeniem. Podejrzewam więc, że pewnie na Waszych listach lektur wspominanych bez sentymentu goszczą inne pozycje, niż na mojej.

___________________

Jutro zakończę wpisy o lekturach – przynajmniej na jakiś czas – wpisem na Światowy Dzień Poezji. Poezję trochę w temacie lektur omijałam, więc czas to naprawić.

Weź dokładkę!

62 komentarze

  1. Ja akurat miło wspominam "Ludzi bezdomnych", "Małego Księcia" oraz "Siłaczkę". :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, jak widać w przypadku "Ludzi..." i "Siłaczki" żywię awersję do bohaterów takich z charakterem dość mocno w typie lelum-polelum, przedstawianych jako postaci godne naśladowania :-).

      Usuń
  2. Manule <3 Prawda, że nic lepiej nie przekazuje niezadowolenia? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są idealne, dzięki Ci wielkie za ten typ :-)!

      Usuń
  3. A z Lemem mam tak samo, Pirx mi go zablokował na lata. Ostatnio dojrzewam, żeby może spróbować, ale jakoś tak schodzi i schodzi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie - ale się w końcu skuszę, bo tam drzemie sporo fascynujących historii, wnosząc z tego, co o Lemie czytałam i słyszałam :-).

      Usuń
    2. Ja tez długo obchodziłam Lema szerokim łukiem, ale w końcu dotarłam. I żałuję. Że tak późno.
      Lem to osobny gatunek literacki, absolutnie niepodrabialny. Pirx jako lektura robi mu tzw. złą robotę, bo nie jest to lektura dla podstawówki. A potem się człek zniechęca na długie lata, i traci kawał porządnej literatury, bo się wydaje, że to łolaboga niemożebnie trudne jest.
      (Piszę te słowa przy akompaniamencie śmiechu mężowskiego, zaczytującego się obecnie w Leme. Tak, tak - bo Lem bywa przeokrutnie, cudownie zabawny!)

      Usuń
    3. Mogłabyś coś w takim razie dla zniechęconych Pirxem coś polecić :-)?

      Usuń
    4. "Cyebierada" albo "Kongres futurologiczny". Cyberiada to całe spektrum umiejętości pisarskich Lema, "Kongres.." to kwintesencja ironii Lemowskiej. I humoru, ot chociażby:
      "Tylko głupiec i kanalia lekceważy genitalia,
      bo najbardziej jest dziś modne reklamować części rodne".

      Usuń
    5. Widzę, że "Cyberiadę" chwali dużo osób, może faktycznie to jest dobra książka, żeby się z Lemem przeprosić :-).

      Usuń
    6. Ja Pirxa nawet nie skończyłam, tak mnie znudził. Ale po latach wróciłam do Lema i przeczytałam "Solaris". No i muszę powiedzieć, że było warto się przełamać! Polecam zatem. :)

      Usuń
    7. Właśnie już zacieram ręce na lato, zamierzam je spędzić z Lemem :). "Solaris" na pewno znajdzie się na mojej liście :)!

      Usuń
  4. Matko, "Siłaczka"! I "Janko"! I "Dym"! Ale Siłaczka najbardziej! Wyrobiły we mnie wstręt do nowel, oraz głębokie przekonanie, że polscy autotrzy leją wodę, oraz nie umieją pisać z humorem. Oraz, że nie lubią kobiet, bo albo każą im umierać, albo uznawać wyższość mężczyzn.

    Z "Krzyżakami" nie miałam problemu, ale już Trylogia była dla mnie nie do przejścia. Przeczytałam dwa tomy "Potopu", trzeciego nie dałam rady. W ogóle, Sienkiewicz dla mnie jest albo jednorazowy albo w nieczytalny. Ale bitwa pod Grunwaldem zacna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, te nowele są takie, że ustawiają kobiecą bohaterkę przed wyborem: matka, żona, nieszczęśliwa kochanka (chociaż ta seksualność jest albo milczkiem, albo w ogóle jej nie ma), byleby nie realizująca swoje pasje z powodzeniem (bo Stasia swoje pasje miała i wszyscy wiemy, jak to się skończyło). Generalnie tam by się z dzisiejszej perspektywy przydało nieco humoru, chociażby czarnego (co w sumie wszyscy umieli, ale nowele ich widać jakoś petryfikowały).

      Mam taką tezę, że lubienie bądź nie "Krzyżaków" zależy od tego, czy się ich czytało przed czy po "Trylogii" ;-). A co do Sienkiewicza, to jest wbrew pozorom bardzo różnorodny pisarz - próbowałaś z "Rodziną Połanieckich" na przykład? Zupełnie nietrylogiczny klimat ;-). I cały czas się przymierzam do "Bez dogmatu", bo ciekawa jestem.

      Usuń
  5. Zgadnij, jaka powieść u mnie znalazłaby pierwsze miejsce w tym zestawieniu? :>
    Natomiast podpisuję się pod Małym Księciem, do tej pory nie rozumiem powszechnego nad nim zachwytu... Z mojej strony dopisałabym jeszcze "Ferdydurke" - mój licealny koszmar, oraz "Lorda Jima". Nie pamiętam już dlaczego, ale pamiętaj, że jego lektura to była po prostu kosmiczna mordęga...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ;-P
      "Lorda Jima" mam na czytniku i zamierzam go niedługo przeczytać, bo moją lekturą nie był, a z chęcią bym poznała Conrada coś poza "Jądrem ciemności". "Ferdydurke" z kolei się w liceum zachwyciłam, takie to było inne niż wszystkie pozostałe lektury (ale już np. "Transatlantyk" zostawił mnie z dość mieszanymi uczuciami; za to bardzo lubię dramaty Gombrowicza).

      Usuń
    2. Bo Gombrowicz wielkim pisarzem był ;-P
      A poważniej: nie wolno było ludzi zmuszać do Wyspiańskiego, Gombrowicza i Witkacego. Ich trzeba odkryć samemu, a jeśli lekcja polskiego wbija ci ich lekturą w twarz, to musi się skończyć traumą.
      Do Conrada zachęcam gorąco do nowel (bo znam, a powieści nie czytałem ;-) ) - krótkie i do myślenia.
      "Jądro ciemności" to zaś taki kanon. Trochę jak Biblia, bo do niego odnosi się Dukaj w "Sercu mroku" i do niego odnosi się (a właściwie przepisuje go na nad-realia Wietnamu) F. F. Coppola w "Czasie apokalipsy".

      Usuń
    3. Już o tych nowelach słyszę któryś raz, muszę się rozejrzeć :-).

      Usuń
    4. W takim razie nowelom może dam szansę. Swoją drogą, kiedy oglądałam jakąś teatralną adaptację Lorda Jima, to całość wydała mi się dosyć znośna. Generalnie uważam, że w wielu przypadkach obowiązkowe lektury odbierają przyjemność czytania i zniechęcają. Niestety.

      Usuń
  6. Chyba pierwszy raz widzę, że ktoś zgadza się ze mną w kwestii "Małego księcia" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się zgadzam. Znaczy - to nie jest zła ksiażka, ale ta zachwycona kultowa otoczka rozrosła się zdecydowanie nadmiernie.

      Usuń
    2. No, to już mamy tutaj coraz więcej takich osób :D.

      Usuń
  7. Ojej, nie wiedziałam, że ktoś oprócz mnie też darzy "Porwanie w Tiutiurlistanie" taką niechęcią. "Pirxa" też nie mogłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo chyba ten Żukrowski nie jest specjalnie popularny i czytany, ale jak to dobrze, że nie jestem w tym sama :-).

      Usuń
    2. "Ten Żukrowski" już w ogóle nie jest chyba czytany z przyczyn światopoglądowych...

      Usuń
    3. Ten konkretny Żukrowski to raczej nie, nie przypominam sobie tego w "Porwaniu...". Natomiast mam ten zwyczaj, że dużo czytuję pisarzy nie czytanych obecnie z przyczyn światopoglądowych - i w sumie dość późno skojarzyłam, że ten Żukrowski od "Porwania..." to ten Żukrowski od "Skąpanych w ogniu" ;-).

      Usuń
    4. A wiesz, że ja nawet nie pamiętam, o czym właściwie ta książka była, nie potrafiłabym też sama wymienić autora, ale sam tytuł i bardzo negatywne z nim skojarzenia wryły mi się w pamięć.

      Usuń
    5. Na pewno był tam smutny kogut z partyzancką (?) przeszłością, coś w tym rodzaju - ale no właśnie, nie tyle sama treść, ile to wrażenie z lektury się tak mi utrwaliło (że nie mam potrzeby do tej książki wracać, w ogóle).

      Usuń
  8. A Żeromski to chyba nasz największy uświęcony grafoman! ;) Nie znoszę typa serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę Żeromskiego trochę broniła, bo ta opinia o jego grafomanii jest dość popularna, ale mnie się wydaje, że za bardzo jednostronna - bo on przecież umiał pisać świetnie, tylko z kompozycją miał problem (to ciągłe przerzucanie bohaterów z miejsca na miejsce jest przerażające). No i to prawda, że zdarzają się w jego dorobku książki straszne ("Ludzie..."), kuriozalne ("Uroda życia"), ale też podejmujące w nieortodoksyjny sposób trudne problemy ("Przedwiośnie"). Więc chociaż aż dwa jego utwory tu umieściłam, to nie potępiam jego twórczości w czambuł :-).

      Usuń
    2. Ja mu wielokroć szansę dawałam, całkiem niedawno przeczytałam "Popioły". Myślę sobie, że facet miewa pomysły, i w krótszych formach, opowiadaniach, sprawdza się bardzo dobrze. Rozłazi się przy powieściach. Judym jest kuriozalny, postać wymyślona na użytek idei, w żaden sposób nierealna.
      Hej, a może Żeromski sprawdziłby się jako pisarz fantastyki ?:P

      Usuń
    3. Ale dlaczego fantastyki? Moim zdaniem to, co mu tak tragicznie nie wychodzi, to zmiany scen - on zazwyczaj wrzuca bohatera do pociągu/samolotu/innego środka komunikacji i przenosi go w inne miejsce tak rach-ciach, żeby zająć się kolejną sceną gdzie indziej. Z takim, powiedziałabym, montażem ma problem ;-).

      Usuń
    4. Coraz większą mam ochotę, żeby sobie przypomnieć Żeromskiego (i pogłębić znajomość), bo tyle teraz słychać negatywnych opinii o jego twórczości, a ja zupełnie nie mam pojęcia, skąd się biorą. Może rzeczywiście to szkolne czytanie narzuciło mi pogląd, że "wielkim pisarzem był", którego sama z siebie bym nie przyjęła. W każdym razie "rozdarta sosna" bardzo mi się podobała, choć jak się teraz nad tym zastanawiam, to można się tu dopatrzyć oznak kiczu ;)

      Usuń
    5. Dlatego fantastyki, że ja czytając Żeromskiego nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oto znalazłam się w rzeczywistości alternatywnej ;). Głównie przez konstrukcję bohaterów, którzy wydawali mi się kompletnie nierealni i wymyślani na potrzeby powieści ;).

      Usuń
    6. Zgodzę się, ale nie deprecjonowałabym w ten sposób fantastyki - w końcu to jest tak szeroki gatunek, że bohaterów realnych znajdzie się tam na kopy ;-). Ale rozumiem już, o co Ci chodziło - i przekornie się trochę zgadzam, a trochę nie, bo o ile "Ludzie..." i "Siłaczka" dzieją się dokładnie w takiej przestrzeni i są takimi bohaterami, jak opisujesz, to jednak i Żeromski umiał stworzyć bohatera zajmującego! :-)

      Usuń
    7. @Tarnina, mnie ta rozdarta sosna w gruncie rzeczy sama w sobie, jako symbol, nie mierzi, mnie denerwuje, że to wygląda tak bardzo na dopisane, żeby uzasadnić nieuzasadniony i na ostatnią chwilę wybór Judyma ;-). No i to prawda, że jakoś ostatnio więcej się słyszy o Żeromskim w kontekście słabej literatury, może jakoś mieliśmy falę re-czytania Żeromskiego i tak wyszło ;-)?

      Usuń
    8. Mam wrażenie, że Żeromski wyjątkowo brzydko się zestarzał.

      Usuń
    9. Zastanawiam się, czy tak jest - w pewnych kwestiach na pewno (chociażby antysemityzm), w innych niekoniecznie (nowe, porywające idee versus rzeczywistość). A w ogóle w pierwszej chwili pomyślałam: "hm, na tych zdjęciach nie wygląda przecież jakoś wyjątkowo źle..." ;-).

      Usuń
    10. Kurcze, a ja jakoś przekonałam się do Żeromskiego. Właśnie "Ludzie bezdomni" i ten okropny Judym uświadomili mi jedną ważną rzecz - bohatera literackiego wcale nie trzeba lubić! Można się z nim nie zgadzać, można się z niego śmiać. nie jest pomnikiem. Co więcej, sam Żeromski też przecież go nie lubi, nie zgadza się z nim, co chwila pokazuje jego śmieszność, wikła go w absurdalne sytuacje w których bohater absurdalnie reaguje. Judym ma nas wkurzyć, a nie być wzorem do naśladowania. Przynajmniej tak odebrałam "Ludzi bezdomnych". A do tego, jako że były to już czasy Giertycha - ministra edukacji, z przyjemnością tropiłam zakamuflowane wątki homoseksualne (Korzecki, te sprawy ;-))

      Usuń
    11. W normalnej sytuacji bym powiedziała, że powinnam sobie przypomnieć, ale "LB" zostawili mnie z taką traumą, że raczej tego nie uczynię ;-). Zastanawiam się nad Twoją interpretacją i w sumie ma to sens (całe otoczenie odbiera Judyma w taki sposób z przymrużeniem oka - ale ja to odczytałam, że to dlatego, że z niego taki idealista, a oni realnie patrzą na świat), tylko że mnie cały czas drażni to okropne zakończenie i ten Judym "weź swoją miłość do kieszeni, ja tu będę świat ratował samotnie, o, a tu rozdarta sosna stoi". Ono jest po prostu wewnętrznie bardzo słabo umocowane!

      Usuń
    12. Bardziej chodziło mi o formę, niż o treść. Żeromski pisał specyficznie i IMHO ten aspekt jego twórczości nie wytrzymał próby czasu.

      Usuń
    13. Ciekawa jestem, jak to postrzegali jemu współcześni, tzn. czy faktycznie im to nieustanne przerzucanie bohaterów między lokacjami nie przeszkadzało (ale nie mam pojęcia, tak sobie dumam) ;-).

      Usuń
  9. Ja mam teorię, że Lema u nas się za wcześnie wprowadza. Sama pamiętam obrzydzenie do "Bajek robotów", na które w dodatku poszliśmy z klasą do teatru na beznadziejne przedstawienie. Pirxa nie chciałam wtedy tknąć, chociaż tata podsuwał mi go wielokrotnie. Tknęłam dopiero jako dorosła, jakoś koło 30 i od tej pory jestem miłośniczką Lema w ogóle, a Pirxa, Bajek i Cyberiady w szczególności. Więc zachęcam, bo to naprawdę jest dobra lektura, tylko może nie dla trzynastolatków, przynajmniej nie dla wszystkich.

    Za to z rzeczy, których nie znosiłam w szkole, na pierwszy plan wysuwa się "Historia żółtej ciżemki". Przeczytałam ją dopiero niedawno i też z trudem - psychicznie ani jako dziecko, ani teraz nie byłam w stanie przebrnąć przez tego Wawrzka błąkającego się po lesie i wiłów, którzy mu obiecywali, że go do mamy zawiozą. Krzywdę w psychikę mi ta książka zrobiła w dzieciństwie i swojemu dziecku ruszyć nie dam, bo on też z wrażliwych. Sienkiewicza, pamiętam, że w czasach szkolnych nawet dobrze mi się czytało, chociaż bez zachwytów, ale jak później musiałam doczytać resztę dzieł, to przyszło załamanie nad schematycznością wszystkich tych powieści. W zasadzie wystarczyło poznać imiona bohaterów i tło historyczne, i resztę można było sobie samemu dośpiewać. Tylko "Bez dogmatu" się różniło, ale teraz bym chyba nie dała rady ze względu na głównego bohatera. Nie będę spoilerować, jak nie czytałaś, ale ciekawi mnie Twoja opinia, więc jak już przeczytasz, to opisz, proszę. "Łysek" też był moim koszmarem, do tego stopnia, że nic innego Morcinka nie przeczytałam, chociaż słyszałam, że to nie jego najlepsze dzieło. A stosunek do Żeromskiego mamy bardzo podobny :) "Przedwiośnie" pochłonęłam, Judym w komplecie ze Stasią mnie wykończył...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Łysek" i "Pies, który jeździł koleją" to były moje wyciskacze łez, czytałam to jak lud prosty, zalewający się łzami nad losami Stefci i Waldemara. Przeczytałam ze dwa razy i do dziś nie powtórzyłam, bo jednak takie emocje na co dzień mi nie służą. Idealnym przeciwieństwem był za to "Janko" - "Co zrobić, skoro Janko jest tak pisany, że ani on ziębi, ani grzeje? Pamiętam, że czekałam na jakieś olśnienie i ono nie chciało jakoś nadejść". No, właśnie, idealnie ujęte. Ani grzał, ani ziębił, fabuły nie było, świata przedstawionego nie było - i o co to halo?

      Natomiast "Ludzi bezdomnych" to, mówiąc nieelegancko, przeleciałam. Byle dalej, byle szybciej. Nie dość, że nie rozumiałam, co autor do mnie mówi, to jeszcze ten Judym i jego wodolecznictwo, im dalej w las, tym gorzej. Lubię książki o dylematach moralnych, ale dylematy Judyma były tak wydumane, jakby się urwał z jakiegoś harlequina - tam też rozdzierają szaty nad jakimiś nieistotnymi kwestiami - choć przynajmniej harlequiny liczą sobie mniej stron, no i sosen w nich mniej.

      Do "Pirxa" jako takiego pretensji nie zgłaszałam. Ale chyba, jak go braliśmy na tapetę, to miałam już coś Lema za sobą, bodajże "Cyberiadę" i "Dzienniki gwiazdowe". Przyznam, że choć są takie samograje Lema ("Eden", "Dzienniki" właśnie, "Pokój na ziemi", "Katar"), do których często wracam, to akurat "Pirxa" nigdy już potem do ręki nie wzięłam. Nie, że tak mnie wymęczył, ale jakoś mnie nie ciągnęło. Wymęczył mnie za to "Powrót z gwiazd", z tym swoim bohaterem i jego - tfu, tfu - wielką miłością, oparta chyba o syndrom sztokholmski, bo o cóż by więcej.

      Przyznam, że średnio do mnie trafiała literatura obozowa, aczkolwiek nie wiem, czy to nie wina ściśnięcia wszystkich tych dzieł w jednym miesiącu, bo już matura za progiem, a program okrojony. A może po prostu nie przepadam za gatunkiem wspomnieniowym, bo jedyne co mi się pozytywnie w pamięć zapadło to "Jeden dzień z życia Iwana Denisowicza".

      Usuń
    2. Zamierzam, zamierzam, bo jestem coraz bardziej ciekawa i zła jestem, że mnie ten Pirx tak na lata skutecznie odciął od półek z Lemem. Na wszelki wypadek nie będę zaczynała od powrotu do Pirxa, ale może w takim razie wypróbuję Cyberiadę.

      Wymieniałam przedwczoraj Domańską wśród moich ulubionych, więc się nie będę powtarzała z argumentami "za", ale rozumiem też, o co Tobie chodzi i kumam, że to może młodego człowieka straumatyzować (mnie coś w tym guście wyrządził Pinokio z tym odseparowaniem od rodzica, porwaniem przez cyrk i straszeniem ogólnym za podejmowanie decyzji na własną rękę; inna sprawa, że Pinokio jako bohater wydawał mi się zawsze dość głupawy, niestety).

      Jak przeczytam "Bez dogmatu", to na pewno napiszę - to jest chyba zresztą powieść o jednym z bohaterów "Rodziny Połanieckich", tak przynajmniej by mi wynikało z opisu (i jestem ciekawa, jak tam wypadł, bo w "RP" był jednym z moich ulubieńców). Morcinka gorąco polecam, zwłaszcza jego wersje legend śląskich, są napisane ze swadą i bardzo dowcipnie :-).

      Usuń
    3. O, napisałam komentarz, a tu się w międzyczasie pojawił kolejny pod spodem. Więc ten wyżej jest do @asaszan. @Ann-wlkp, ja jestem tym dziwnym stworzeniem, które nie płakało na "O psie...". Zupełnie nie rozumiem fenomenu tej książki, ale to zupełnie. Wszyscy naokoło wspominają, jak płakali, a ja nieczuła jakoś byłam na losy tego psa zupełnie. Tak samo zresztą jak na Lessie, która mnie wymęczyła tym swoim powrotem przez pół kraju do domu strasznie.

      A "Powrót z gwiazd" tak dobrze mi z opisu wyglądał, mam go nawet na liście do przeczytania "kiedyś". Ale może faktycznie jednak zacznę, jako już deklarowałam wyżej, od "Cyberiady" bądź czegoś w tym nurcie, a potem zobaczę, jak się moja znajomość z twórczością Lema dalej potoczy :-).

      No właśnie - dylematy Judyma są wydumane, niepoparte w ogóle tym, co się w powieści wcześniej działo, i jeszcze ta sosna tam z tym swoim rozdarciem jak kwiatek do kożucha dosztukowana zupełnie pod sam koniec.

      Usuń
    4. Wzruszam się każdym psem, pod tym względem miętka jestem. Dajcie mi uszy nadstawione, łapy zabłocone i donośne szczekanie, a wzruszę się nawet Houellebecqiem. :)

      Co do "Powrotu z gwiazd" to podoba mi się koncept - że wraca facet z podróży, a tu świat tak się zmienił, że on jak ten dinozaur między ssakami. Ale właśnie ta miłość.. ta miłość, jak już się pojawi, to jest jak bolący ząb. Czyta się, czyta, jest przyjemnie, a tu nagle zaboli, jakby człowieka dźgnęli pogrzebaczem. Naprawdę, nijak nie rozumiem, dlaczego autor podaje mi ten związek na tacy i nie mówi:"czytelniku, patrz jakie to jest nienormalne". Nie, zamiast tego słyszę, że jest dobrze, jest pięknie, i jakoś się ułoży.

      Co do Lema - jak tak klasycznie sf (podróże w gwiazdy, planty obce itd) - to polecam "Eden", a w drugim rzucie "Niezwyciężonego". Jak podróże i sf, ale tak mniej na serio - to "Dziennik gwiazdowe" i "Pokój na ziemi". Jak na serio i bez gwiazd, za to ze śledztwem i układaniem zdarzeń paranormalnych w ciągi logicznych wydarzeń - to "Katar" i "Śledztwo". Jak robotycznie i z przymrużeniem oka - to "Cyberiada". No i jeszcze recenzje z książek nienapisanych (Doskonała próżnia, Wielkość urojona). Przyznam, że kompletnie nie znam "Pamiętnika znalezionego w wannie" i sequeli, takoż "Obłoku Magellana", "Głosu Pana" i kupy innych rzeczy.

      Usuń
    5. Dzięki wielkie za wszystkie rekomendacje! Zobaczę, czym dysponuje biblioteka i pomyślę o urlopie z książkami Lema właśnie :-). Jeśli się uda, ślad na blogu na pewno będzie!

      Usuń
    6. O, " Głos Pana" to ja gorąco polecam. "Obłok Magellana" też mi się podobał, chociaż wiem, że Lem uważał tę powieść za nieudaną, nie lubił jej i długo jej nie wznawiano. Ja czytałam jeszcze chyba pierwsze wydanie, bo, jak wspomniałam, tata wielbicielem jest od lat dziecięcych i stała na półce. Rodziciel mój, a nawet oboje, szczerze polecają "Pamiętnik znaleziony w wannie", który do mnie akurat nie przemówił, ale też czytałam go dawno, jeszcze przed Pirxem, na fali "Obłoku". Może powinnam mu dać drugą szansę. A urlop z Lemem świetny pomysł :) ja w sumie trochę podobnie poznałam się z Pirxem, chociaż urlop był przymusowy w postaci tygodnia w szpitalu z dwulatkiem z zapaleniem płuc. Mąż przywiózł mi Pirxa do czytania i nie było ucieczki :)

      Usuń
    7. Coraz bardziej podoba mi się ta wizja (aczkolwiek ostatnio nie skorzystałam z okazji do przeproszenia się z Pirxem, ale też nie byłam w aż tak podbramkowej czytelniczko sytuacji ;-)). Ale dobrze, nie będę zapeszać, tylko po cichu liczę, że ten urlop z Lemem się uda :-).

      Usuń
  10. Widzę, że Dzidek Lem nie pasuje... I nie dziwi mnie to. Lem jest trudny. I próba wciskania go w kanon lektur to przykry i nieudany eksperyment. Nawet nie potrafię sobie teraz (no dobrze, jest późno, jestem niewyspany) wyobrazić, jak młodzieży (bo o dzieciach zapomnijcie) zaszczepić zainteresowanie twardą SF, która w gruncie rzeczy mówi głównie o niedoskonałości człowieka. Młodemu człowiekowi może się przydarzyć zez percepcyjny (bo na dysonans poznawczy zbyt wcześnie), gdy będzie musiał jednocześnie ogarniać słownictwo naukowe i przemyślenia Pirxa na temat kondycji ludzkiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, uraz popirxowski może wynikać z tego, że to jednak było za trudne zwyczajnie wtedy.

      Usuń
    2. O, to, to... Nawet takie "Bajki robotów" które za moich lat były lekturą w szóstej klasie... Toż przecież żeby to zrozumieć i docenić humor, trzeba mieć niezłe pojęcie o baśni jako gatunku i o fizyce na nieco wyższym poziomie niż szósta klasa. U nas pamiętam, a dzieci były z inteligenckich domów, oczytane, z dużą wiedzą ogólną, nikt nie zapałał sympatią do Lema. Podejrzewam, że część nigdy do niego nie wróciła, bo po prostu wprowadzono go za wcześnie. I tak sobie jeszcze myślę, że może Lem był lekturą, bo to jeszcze starsze pokolenie odbierało go nieco inaczej, w końcu mój tata jako dziecko też nie mógł zrozumieć przemyśleń filozoficznych, za to fascynowały go podróże kosmiczne, cała ta fantastyczna część. Przecież to były lata sputnika, lądowania na Księżycu... Dla mojego pokolenia i późniejszych ta część nie była już nowością, nie działała już tak na wyobraźnię, część pomysłów technologicznych Lema stała się archaiczna, a filozofia za tym wszystkim ukryta była jeszcze zbyt trudna. Ale Lem zdobył swoje miejsce w kanonie i nikt się chyba nie zastanowił nad senownością takiego rozwiązania.

      Usuń
    3. Plus tak sobie usiłowałam teraz przypomnieć, w jakim kontekście myśmy tego Pirxa w szkole omawiali i co nauczycielka starała się z niego wybrać dla nas, i zupełnie nie mogę tego teraz wyłowić z pamięci. Chyba pisaliśmy jego charakterystykę? Co zważywszy na fakt, że jego życie wewnętrzne było jednak dla ucznia podstawówki ciut jednak za skomplikowane, jakoś nie pomogło w zrozumieniu tej lektury. Ale może to wcale nie była charakterystyka? Nie wiem, naprawdę nie umiem sobie tego przypomnieć.

      Usuń
    4. Równie dobrze można opisywać przypadek Lady Makbet w podstawówce. Szkoda gadać. Tak sobie myślę, czy czasem większość lektur nie była zbyt wcześnie.

      Usuń
    5. Myślę, że duża część (tak sobie czasem obserwuję reakcje znajomych, którzy po latach zdecydowali się przeczytać to, co się czytało w szkole, po raz pierwszy i im zazdroszczę odrobinę, że zetknęli się z co poniektórymi autorami później, bo jednak człowiek starszy niż te naście lat dostrzega w nich inne rzeczy - zwłaszcza nie mając tego doświadczenia pierwszej lektury z wtedy).

      Usuń
  11. Za "Małego księcia" na tej liście UWIELBIAM CIĘ! Myślałam już, że jestem jedyna na całym świecie. Wrażenei to nasilało się, kiedy swoją opinię wyrażałam głośno i spotykałam się ze srogim wzrokiem. Komentarz: "JAK TO?!" (pisany caps lockiem nie bez przyczyny) był najłagodniejszy. Także dziękuję, dziękuję i jeszcze raz dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma sprawy, dla mnie czysta przyjemność odkryć, że taki jak ja jest więcej ;-)!

      Usuń
  12. AAAA skasował mi się długi komentarz :( Więc tylko dorzucę do tej listy "Anielkę", z najbardziej traumatogenną historią w dziejach literatury, czyli losami pieska Karuska. AAAAAAAAAAAAA!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak! Karusek! Jak mogłam o tym zapomnieć - chociaż deklarowałam, że mnie pies jeżdżący koleją i Lessie nic nie zrobili, to pamiętam Karuska (chociaż poza tym, skądinąd, "Anielkę" czytało mi się dobrze, a na pewno lepiej od "Antka").

      Usuń
  13. Zawsze twierdzę, że moja nienawiść do "W pustyni i w puszczy" była zapowiedzą tego, że zostanę wojującym afrykanistą. ;) Ale widzę, że historię znielubienia mamy dość posobną. Te wszystkie smętne nowelki i Danusia z temperamentem ścierki do podłogi. Tylko "Małego Księcia" lubiłam, lubię i lubić będę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to aż się prosi o taki wpis rozbierający "W pustyni..." z perspektywy wojującej afrykanistki :) (napisz, napisz!)! W ogóle temperamenty postaci kobiecych w dawnej prozie są problematyczne -- trochę odbijają nastrój epoki, w której je napisano, to na pewno, no i ideał kobiecy tamtego czasu. Dość, trzeba przyznać, przerażający.

      Usuń