Cały świat jest sceną albo o czytanych dramatach


Jak tylko odkryłam w kalendarzu, że na dzisiaj przypada Światowy Dzień Dramatu i Teatru (ukłony wszystkim dramaturgom!) zaświeciły mi się oczy. Bo to przecież idealna okazja, żeby napisać tych kilka słów o takim specyficznym jednak czytelniczym doświadczeniu, jakim jest czytanie dramatu. A przy okazji podzielić się z Wami moimi ulubionymi dramatami, których po zastanowieniu kilka wybrałam.


Oczywiście wszyscy, którzy w tym momencie zakrzykną, że dramaty się lepiej ogląda, niż czyta, będą do takiego okrzyku uprawnieni. Jasne, że dobrze wystawiony dramat ogląda się świetnie. Tylko że w sumie z czytania dramatu też można mieć sporo radości. Bo jednak wystawienie dramatu to jest konkretna wizja reżysera, urzeczywistnienie na scenie tego, co jest zawarte na tych stronach i w tych słowach. W głowie możemy sobie obsady wymyślać przeróżne, w myślach wychodzimy poza scenę, scena jest tam, gdzie chcemy i tym, co chcemy (cały świat jest sceną, że tak sobie zarzucę Szekspirem). Sami jesteśmy reżyserami – a możliwości castingowe są nieograniczone. Innymi słowy, wydaje mi się, że naprawdę czytanie dramatu może dawać sporo frajdy.

Swego czasu zaczytywałam się dramatami i mniej więcej obczytałam się w klasyce (mniej więcej, bo na przykład mam straszliwie ziejącą dziurę w miejscu, w którym powinien być Czechow na przykład). Czasami nawet czytałam sobie dramaty na głos (wtedy ogromne wrażenie zrobił na mnie "Lorenzaccio" Musseta, który po cichu wrażenia zupełnie nie robił, a i w intrydze można się było pogubić). Teraz od czasu do czasu podczytuję sobie nowości, które drukują w "Dialogu" – i czasem jestem zdumiona pozytywnie, a czasem negatywnie, ale staram się jednak od czasu do czasu jakiś dramat, dla odświeżenia sobie formy, przeczytać.

Bo oczywiście dramat jest w czytaniu, jak się to ładnie mówi, swoisty. Bo w sumie to dialogi, z od czasu do czasu pojawiającymi się didaskaliami (jeśli autor jest sumienny, dokładny i lekko znerwicowany, jak Beckett) albo w ogóle bez tychże didaskaliów (w nowszych dramatach się z nich w większości rezygnuje). Czyli innymi słowy: hulaj dusza, piekła nie ma. Jeśli gdzieś w dialogu bohaterów nie ma – a najczęściej jednak nie ma – zawartej charakterystyki zewnętrznej bohatera (jak w tej scenie pojedynku z "Hamleta", gdzie mowa jest o Hamlecie jako pocącym się z powodu tuszy), to właściwie nic naszej wyobraźni nie ogranicza. I to jest w dramacie jednocześnie fajne i niefajne. Dlatego najczęściej przeczytane dramaty zostają mi w pamięci jako wiązka moich własnych przeżyć i przemyśleń przede wszystkim, z opowiadaną historią i językiem, jakim została opowiedziana, w tle.

No dobrze, to teraz może do konkretów, czyli – jakie dramaty zostały ze mną po przeczytaniu na dłużej i jakie spokojnie mogę wymienić jako te "ulubione"? Lista nie jest w żaden sposób kompletna z dwóch powodów – część dramatów pozawałam już w wydaniu scenicznym, więc skreśliłam je z tego wpisu, bo jednak ich nie czytałam, a widziałam, a po drugie mam jeszcze garstkę dramatów, które ciepło zapisały mi się w pamięci, ale nie do końca umiem odtworzyć przyczyny tego zapisania się. Także o nich będzie kiedy indziej, jak przy okazji sobie je odświeżę. A zatem – przed Wami z lekka oszukiwana lista dziesięciu dramatów, które mają swoje miejsce w moim sercu.


Krzesła Ionesco (z rozszerzeniem na wszystko)
Bardzo lubię teatr absurdu. Tak już mam, że stosowane w nim chwyty mnie chwytają i zazwyczaj daję się im uwieść. U Ionesco pomysł wyjściowy jest świetny: dwójka staruszków, ni to właścicieli lokalu, ni to stróżów nocnych, ni to w sumie jakichś po prostu dziwnych emerytów, szura krzesłami po scenie, licząc, że ktoś do nich przyjdzie. I właściwie tyle. Do tego oczywiście dochodzą historie staruszków – czy prawdziwe, czy zmyślone, czy życzeniowe, tego możemy się oczywiście domyślać, ale z taką małą dozą niepewności, że może jednak te wszystkie podejrzanie wyglądające historie były prawdziwe. Poza tym, jak dla mnie, ta sztuka ma ogromną moc oddziaływania, bo jest w swojej umowności niezwykle sugestywna.


 "Krzesła" w reżyserii L. Renego, Teatr Dramatyczny w Warszawie, 
1957 rok (przyznaję, że wybierałam zdjęcia starszych realizacji, bo raz, 
że bardzo lubię sposób, w jaki są robione, a dwa, chciałam, żeby były 
czarno-białe). Źródło.



Hamlet, Makbet i Wieczór Trzech Króli Szekspira
W ogóle, co w sumie jest jednak popularne, lubię Szekspira i nie będę zaprzeczać. Może z wyjątkiem Romea i Julii i Tytusa Andronikusa, bo tam sam pomysł wydaje mi się z lekka creepy (Romeo...) i bardzo creepy (Tytus...), ale poza tym, zasadniczo, Szekspira lubię. Do dzisiaj pamiętam, jakie gigantyczne wrażenie wywarł na mnie Hamlet, czytany jakoś chyba w liceum, w sobotni wieczór, gdzie miałam zamiar tylko tak zajrzeć i zobaczyć, o co to całe halo, i utknęłam na cały wieczór i kawałek nocy. To jest doskonałe, wieloznaczne studium tego, jak można się zachowywać w sytuacjach granicznych, przy czym, no cóż, zawsze mi żal Ofelii. Makbet z kolei jest dla mnie kopalnią świetnych cytatów i motywów – ten las, co ma przyjść do Makbeta (zawsze mam ciarki na plecach), Lady Makbet, co to jest niby niezniszczalna, ale jednak morderstwo ją psychicznie wykańcza (mycie rąk!), duch Banka na biesiadzie, no po prostu to jest jak jedna wielka podróż przez późniejsze tysiące nawiązań. A Wieczór Trzech Króli zawiera najbardziej poetycką deszczową piosenkę, jaka powstała.



 "Hamlet" w reżyserii Adama Hanuszkiewicza z Teatru Narodowego w Warszawie. Hamleta gra Daniel Olbrychski, Klaudiusza - Jerzy Kamas. 1970 rok. Kolejne zdjęcia z archiwum
Instytutu Teatralnego w Warszawie via e-teatr.



Oresteja Ajschylosa
Dla mnie połączenie idealne: jest groza, jest fatum, są powikłane relacje rodzinne i jest sprawiedliwość, siły nadprzyrodzone w działaniu i poplątani w swoich wyborach i psychice bohaterowie. W sumie chyba nie robiłoby to na mnie aż takiego wrażenia, gdyby nie to, że natężenie makabry jest współmierne do natężenia patosu. Poza tym, jak już wiecie, mam słabość do mitologii greckiej, więc obok Ajschylosa nie mogłam siłą rzeczy przejść obojętnie. Poza tym według mnie to jest jedno z jaśniejszych wyjaśnień, co takiego u licha się stało u tych Atrydów, że skończyło się tak, a nie inaczej.



 "Oresteja" Józefa Pary z wrocławskiego Teatr Współczesnego z 1973 roku. Źródło.



Ślub i Operetka Gombrowicza
Obie sztuki są jednocześnie prześmieszne i przerażające. Z jednej strony mamy więc, odpowiednio, rodzinę albo klasę, z drugiej jakąś siłę, która pozornie jest w mniejszości, a okazuje się w istocie zagrażać porządkowi – porządkowi oczywiście w wydaniu dość nieporządnym, ba, przerażającym nawet do tego stopnia, że z jednej strony jego przedstawicieli nam żal, a z drugiej to w sumie się cieszymy, że nadchodzi kryska na Matyska. Do tego to jest kolejna kopalnia motywów i dialogów, które dają się zastosować w życiu codziennym (każdy ma takie chwile, że "rzyg, rzyg" idealnie oddaje jego stan ducha i zastępuje każdą inną reakcję). W ogóle to od dramatów Gombrowicza zaczęła się moja z tym autorem przygoda i bardzo sobie taki początek chwalę, bo nie zniechęca się człowiek aż tak trudną formą (stąd ten "Ferdydurke" jako lektura może część osób zniechęcić) i nawet, jak część wyda mu się niezrozumiała, to przynajmniej się, dziwiąc, uśmiechnie.



 "Operetka" w reżyserii Macieja Prusa z Teatru Dramatycznego w Warszawie z 1980 roku. Źródło.



Grupa Laokoona Różewicza
Deliberowałam nad tym, który dramat Różewicza tutaj dorzucić, bo zasadniczo darzę uczuciem wszystkie, i w końcu przypomniała mi się Grupa Laokoona, którą czytałam z lekkim niedowierzaniem siedząc na przystanku PKS i czekając na – jak się potem okazało – niezwykle rozklekotany okaz autobusu. To w sumie jest dramat dość, jak na autora, napisany zrozumiale i konwencjonalnie, to znaczy bez formalnych wygibasów, i są tu dwie rzeczy, które doceniam bardzo: raz, to rodzinny setting, czyli coś, co bardzo lubię (dobrze napisana rodzina, z różnymi charakterami, nawet jeśli to są charaktery-typy, do tego kłócąca się o jakieś zaszłości przy stole – dla mnie bomba), a dwa, to dyskusje o sztuce. I to takie, które pokazują, że nie zawsze ten, co się zna, faktycznie się zna i to wcale wszystko nie jest takie proste i zamknięte w jednej, ustalonej interpretacji. Strasznie ironiczny ten Różewicz.



 "Grupa Laokoona" z Teatru Powszechnego w Warszawie, reżyserował Zygmunt Hübner. Źródło.



Götz von Berlichingen Goethego
Sztuka słynąca chyba głównie z tego straszliwego do zapamiętania tytułu. Umieszczam ją tutaj jednak, a jakże, z dwóch powodów. Po pierwsze, to jest dobry dramat o walce o władzę z potężną, silną postacią kobiecą – którą żądza władzy gubi, ale zanim to się stanie, Adelajda napsuje krwi innym bohaterom. Po drugie zaś – jest w tym dramacie taka jedna scena... Czyta sobie człowiek te wszystkie wielkie mowy, natchnione monologii, złości na Adelajdę, pomstuje na Götza, ze smutkiem wzdycha nad wojnami chłopskimi, aż tu nagle pojawia się taka linijka dialogu: "au, chomik mnie ugryzł!". Tak, tak, umiał Goethe przekłuwać balonik napięcia. 
 

Akropolis Wyspiańskiego
Ha, z Weselem mam problem, bo ja widzę, jak to jest przemyślnie zrobione, ale aż tak mnie nie zachwyca. Wyzwolenia wciąż nie czytałam. Noc listopadową cenię, ale znam z wystawień. Za to Akropolis to jest rzecz dla mnie. Ten pomysł, by posągi z katedry wawelskiej ożywały, jest po prostu doskonały! Z jednej strony oczywiście mamy wątek, nazwijmy to polonijny, ale z drugiej ten sztafaż jest jak z bardzo dobrej animacji z lekką nutką grozy, i takiego utworu skręcającego wyraźnie w stronę fantastyki. Wizualizacja tego pomysłu zawsze powoduje, że się uśmiecham sama do siebie, bo klimat, jaki Wyspiański w Akropolis stworzył, jest niesamowity.



 "Akropolis" z 1966 roku z Teatru Rapsodycznego w Krakowie. Reżyserem był Mieczysław Kotlarczyk. Źródło.



O, to tak dla uczczenia dnia dramatu – poza tym kiedyś pojawił się w dyskusji wątek tego, że dramaty się lepiej ogląda niż czyta, więc pomyślałam, że szepnę słówko też za czytaniem dramatów. Czy Wam też się zdarza czasem dramat przeczytać? A może macie swoje ulubione?

_______________

Jutro są pewne bardzo ważne dla literatury urodziny, więc będzie wpis na te właśnie urodziny, ponieważ inaczej być nie może.

Weź dokładkę!

27 komentarze

  1. "Czekając na Godota" mi się bardzo dobrze czytało. I "Makbeta" w polskim tłumaczeniu (czyim, nie pomnę). Ach, no i wszystkie komedie Oscara Wilde'a, które są cudownym zbiorem bon-motów. Prawdę mówiąc, wolę czytać niż oglądać, chyba że to Szekspir. Szekspira wolę oglądać. Nie wiem czemu, chyba chodzi o jakość wystawiń/ekranizacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Becketta znam tylko z wystawień, ale ciągle sobie obiecuję, że coś przeczytam ("Szczęśliwe dni" są niesamowite, a do tego Godot, no i "Końcówka", i "Ostatnia taśma"... No, dużo tego :-)). Z kolei jeśli chodzi o Szekspira, to nie wiem, jak w oryginale, w tłumaczeniach czyta mi się go znakomicie - a wystawień widziałam kilka dość strasznych, więc... ;-). I w sumie nie mam nawet ulubionego tłumacza, zasadniczo w każdym przekładzie podoba mi się co innego albo mam sentyment, bo akurat taki czytałam jako pierwszy :-).

      Usuń
  2. "Antygona w Nowym Jorku" - Janusza Głowackiego, to moja ulubiona sztuka. Bo nawiązuje do Antygony Sofoklesa, bo akcja utworu rozgrywa się w ciągu jednej nocy w Tompkins Square Park w Nowym Jorku w środowisku ludzi bezdomnych, bo jest świetną ironią, prześmiewczym pamfletem na czasy współczesne. Świetna tragifarsa!
    A poza tym Mrożek, jedna z lepszych "Na pełnym morzu", za żonglowanie słowami - wolność, honor, demokracja itd.

    Zapraszam: http://magdallenamagazine.blogspot.com/2014/03/100-lat-melpomeno-miedzynarodowy-dzien.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och tak, Mrożek jest doskonały ("Na pełnym morzu" jest naraz prześmieszne i przestraszne; bardzo też lubię wracać do "Męczeństwa Piotra Oheya").

      Usuń
  3. Czytanie dramatów może mieć bardzo praktyczne zastosowania. Przypomniała mi się scena z "Mansfield Park" kiedy Henry Crawford tak pięknie czytał Szekspira (o ile dobrze pamiętam, był to właśnie "Hamlet"), że nawet niewzruszona Fanny spojrzała nań łaskawym okiem - przez moment, ale jednak.

    I chyba się domyślam, a nawet jestem na granicy pewności, czyje urodziny będziesz jutro obchodzić ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jaki fajny kontekst! Nie pomyślałam o tym, bo wyszłam z czysto egoistycznej przyjemności czytania sobie, no ale oczywiście można czytać i innym - z, jak widać, pozytywnym skutkiem ;-).

      :-D

      Usuń
  4. Ja dramaty czytać lubię właśnie z tego powodu, o którym piszesz, że można to sobie wszystko samemu wyreżyserować. Fascynuje mnie jednak przeżycie teatralne, umowność, zawieszenie czasu i przestrzeni, umowa pomiędzy aktorem a widzem, by przyjąć daną konwencję.

    Natomiast właśnie sobie pomyślałam, jak bardzo żałuję, że wybrałam się na "Rewizora" Czechowa do lokalnego teatru. Wolałabym jednak tę sztukę przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak się zastanawiam i myślę, że jednak można chyba przeczytać sztukę już po obejrzeniu - da się jednak pewne kwestie z pamięci o spektaklu usunąć, tak sądzę. Trochę jak z ekranizacją - trzeba się wysilić, żeby nie widzieć niejako "z automatu" tego bohatera-aktora, ale da się to jakoś przepracować (wypróbowałam przy zeszłorocznej powtórce z "Harry'ego Pottera" i po wielu staraniach udało się ;-)).

      A że spektakl (dobry spektakl) to jest świetna sprawa - wiadomo. I jedno, i drugie, tzn. i czytanie, i oglądanie, jak najbardziej ma swoje zalety :-).

      Usuń
  5. Nie jestem wielka fanka dramatow czytanych, wole ogladac, zle mi sie czyta dlatego ze... coz, bardzo czesto niechcacy pomijam odruchowo imie postaci, ktora mowi. Jakos moj mozg nie chce tego brac pod uwage. I czytam sobie dialog, jesli miedzy wieksza iloscia postaci, czesto dosc chaotycznie.

    Ale dramaty Ionesco, Witkacego, Wilde'a, Oresteja (widzialam swietna adaptacje w Teatrze Starym w Krakowie), Shaw'a - jak najbvardziej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, znam to! Jednak dramat przez to może się czytać wolniej, chociaż na pozór powinien się czytać szybciej, skoro to same dialogi właściwie ;-).

      Zgadzam się, "Oresteja" Klaty jest doskonała (ale ja w ogóle mam słabość do spektakli Klaty - jego "Hamlet" też bardzo swego czasu na mnie oddziałał). Bardzo do mnie trafiła - przy czym nie cała, końcówka z Orestesem Williamsem mniej, za to proroctwo Kasandry i ta Anna Dymna z siekierą - to są niesamowite sceny.

      Usuń
  6. To prawda - świetnie się czyta dramaty, reżyserując je sobie w głowie :) Pamiętam, jak dobrze czytało mi się... "Powrót posła" Niemcewicza, tylko dlatego że równocześnie wymyślałam sobie uwspółcześnioną wersję. Ale to skrajny przykład ;-) Poza tym np. strasznie podobały mi się czytane bez kontekstu dramaty Szaniawskiego - nie miałam pojęcia, kto zacz, jaka epoka, czy to znany czy nieznany dramaturg itp., sięgnęłam po niego kiedyś z nudów i zupełnym przypadkiem, ale ""Żeglarz" zrobił na mnie wielkie wrażenie bo to po prostu genialna historia, podobnie jak "Dwa teatry".

    Zawsze też mi szkoda naszych trzech wieszczów. "Dziady", "Kordian", "Balladyna", "Nie-Boska Komedia" to są super dzieła, tylko jeszcze nie trafiłam na ich ciekawą inscenizację. Podczas cierpienia mąk na "Kordianie" w Teatrze Polskim w Warszawie cały czas myślałam, że Słowacki też by nie zdzierżył bełkoczących aktorów w czarnych golfach, wjeżdżających na scenę wagonów bydlęcych oraz wielkich dłoni na kółkach i bohatera majtającego się pod sufitem na szelkach. Raczej wolałby, żeby Wojciech Kępczyński zrobił z tego musical w "Romie".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szaniawski, powiadasz? Muszę przepróbować, bo nie znam (chociaż nazwisko gdzieś mi się kołacze).

      Właśnie sobie uświadomiłam, że zdecydowanie powinny się na tej liście znaleźć "Dziady", czy właściwie część trzecia. To jest znakomity dramat - gęsty, mięsisty, z tyloma furtkami do polemik i interpretacji, że głowa mała. Plus te monologi się tak doskonale czyta! (A na marginesie - widziałam "Irydiona" z warszawskiego Polskiego i był równie przerażający, więc może jakoś wieszcze nie mają tam póki co szczęścia ;-) - może trzeba by pogrzebać w jakichś starych realizacjach, tylko pewnie większość jest nie nagrana nigdzie).

      Usuń
  7. Dramaty czyta się świetnie.
    Ja bym polecił (choć wielu się nie zgodzi):
    1. S. Mrożek: „Tango”, „Emigranci”, ale dobrze też sprawdza się ostatni jego dramat: „Karnawał, czyli pierwsza żona Adama”. Ten ostatni nawet lepiej w lekturze, bo można się zatrzymać i przemyśleć ten koktajl alegorii.
    2. S. I. „Witkacy” Witkiewicz „W małym dworku”. Prócz tego czytałem tylko „Szewców”, ale ich zdecydowanie lepiej się ogląda.
    3. F. Duerrenmatt „Wizyta starszej pani”. Dwa dramaty: mrożkowe „Tango” i „Wizyta ...” uważam za najważniejsze dramaty diagnozujące stan ducha ludzkości XX wieku, ukazujące korzenie przemocy, którą tak doskonale rozwinęły europejskie pięknoduchy u szczytów cywilizacji.
    4. S. Beckett „Czekając na Godota”. Nie, nie potrafię znaleźć słów. Lektura zostawia w takim stuporze, że trudno coś o niej rzec. Prócz tego, że jest fascynująca.
    5. A. Jarry „Ubu Król”. Jak to powiedział A. Poniedzielski o pewnym cieszyńskim kabarecie: „To nie jest świat w krzywym zwierciadle. To świat odbity w baterii. Takiej łazienkowej”.
    6. W. Shakespeare „Hamlet”, „Wieczór Trzech Króli”, „Burza”, „Makbet”, kroniki... Długo by wymieniać. I mimo tego, droga Pyzo, że tak się różnimy w gustach co do epiki XIX wieku, twórczości Żeromskiego, czy Nałkowskiej, to tu się zgadzamy: „Romeo i Julia” jest fe, a „Tytus Andronikus” jest potworny (widziałaś może film Julie Traymore z A. Hopkinsem?)
    7. Najdziwniejszy dramat, jaki miałem okazję przeczytać. „Mord w katedrze” T. S. Eliota. Autor zdawał się mieć zupełnie w nosie kwestię przydatności scenicznej tych monologów chórowych i indywidualnych. I podziwiam reżyserów, którym udaje się to-to wystawić. Ale czyta się jak poemat. A poemat Eliota, to piękna rzecz.
    Czego nie polecam do czytania (co nie znaczy, że nie przeczytałem, czy uważam za złe): J. Słowacki „Lilla Weneda” (zasługuje na film, i to co najmniej Ridelya Scotta za kamerą), Witkacego „Szewcy” (wspominałem), „Dziady” Micka Adamkiewicza.

    PS. Pewnie świetnie tez się czyta „Uciekła mi przepióreczka...” S. Żeromskiego, ale znam tylko wersję słuchowiskową. Oceniam więc „na ucho” ;-)
    Znów się rozgadałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ rozgaduj się do woli :-). Tak, "Tango" jest doskonałe i stwarza wiele możliwości do interpretacji scenicznych, poza tym i ta babcia, no i napięcie Edek-Artur, po mistrzowsku to jest zrobione ("Karnawału..." nie znam, muszę nadrobić). Witkiewicza czytałam sporo, ale jakoś mało mi się w pamięci ostało - dobre wrażenie zrobił na mnie na pewno "Wariat i zakonnica" (ten twist!) i "Jan Maciej Karol Wścieklica". A co do "Tytusa..." z Hopkinsem, to nigdy nie obejrzałam w całości - w sumie nie wiem, czy bardziej się bałam, czy po prostu nie nadarzyła się jakoś okazja, ale może i dobrze. W ogóle zasadniczo się zgadzam z Tobą, oprócz "Dziadów" - bo to jest jednak znakomita rzecz, zwłaszcza w części III według mnie, jak pisałam wyżej ;-). A "Przepióreczkę..." zaczęłam słuchać, ale mam jak z audiobookami - muszę się przemóc, żeby dokończyć (nawet znakomita obsada mnie nie ratuje; ale nie poddaję się jeszcze).

      Usuń
  8. Niedawno marudziłam, że w szkole czyta się dramaty, zamiast oglądać, ale w sumie niektóre równie dobrze czyta się, co ogląda. Ciekawe, jak czasem rozjeżdża się wrażenie po przeczytaniu i po obejrzeniu. I nie mówię tu o kwestii samej interpretacji, ale o tym, że na co innego jednak zwraca się uwagę.
    Też bardzo lubię czytywać Szekspira (on ma takie sensowne kobiety, wiążące się z takimi bylejakimi facetami, że aż się chce czasami wyjść z siebie i stanąć obok), choć raczej w nowszych tłumaczeniach, bo jednak łatwiej przyswajalne. Natomiast z takich współczesnych rzeczy jeden dramat bardzo lubię czytywać, a bardzo mnie zawiódł na scenie; z tym że nie widziałam na żywo, ale w Teatrze TV. Główną rolę grał Gajos, którego bardzo lubię i mogę oglądać na metry, a mimo to całość jakaś była taka sobie. Chodzi mi o "Narty Ojca Świętego" Pilcha - sympatyczna rzecz, dużo pięknych cytatów, choć bez przesadnego ubonmotowienia, happy end małżeński, monologi alkoholowe i jeden dialog, który do dziś bardzo trafnie podsumowuje naszą scenę polityczną, choć sztuka sprzed dziesięciu lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dużo dobrego o "Nartach..." słyszałam, ale że mam z Pilchem kłopot, to jakoś jeszcze mi się nie podłożyły pod lekturę. A co do Szekspirowskich kobiet - mnie zawsze jakoś zgrzyta, że one źle kończą, nawet w komediach. Ta nieszczęsna Tytania, która najpierw wychodzi na idiotkę, bo chce być sprytna, a potem się musi ukorzyć przed mężem, ech.

      Usuń
    2. Mnie jeszcze Viola bolała w "Wieczorze" i Porcja w "Kupcu". No, nie dało się jakiegoś sensownego chłopa dopisać, jak już musi być do pary?
      "Tytusa" z Hopkinsem się też trochę obawiam.

      Usuń
    3. No właśnie, a jeszcze przecież jest ta nieszczęsna Desdemona! Ale to już inna sprawa trochę.

      Usuń
    4. "One źle kończą...". No cóż. Czuje tu generalizację. Co do zasady mężczyźni kończą też źle. Stratfordczyk bez usypania stosiku trupów nie mógł zakończyć tragedii, a w komediach obrywali wszyscy po kolei. A Tytania zakochana w ośle, to piękna wolta do figury Midasa: nie musi być piękny, wystarczy, żeby był bogaty ;-)

      Usuń
    5. Nie, no jasne, że generalizuję, bo to "złe kończenie" w sumie ma różne objawy i zasadniczo można by nawet niektóre uznać za nie całkiem takie złe (ale Tytanii szkoda, no szkoda, bo te bohaterki takie z charakterem są przytępiane, żeby ostatecznie się jakoś wpasować w kanon społeczny - przy czym pewnie można by pogrzebać w tekście i wyszperać inną interpretację, co by było optymistyczne). A że i mężczyźni źle kończą, to się tu chyba wszyscy znający Tytusa A. zgadzamy ;-).

      Usuń
    6. "pewnie można by pogrzebać w tekście i wyszperać inną interpretację" - zgadzam się. I to jest u Shakespeare cudne, że można odpowiednio "nastroić" inscenizacje, żeby przedstawić zupełnie inne interpretacje. Np. "Kupca Weneckiego" można _odczytać_ (a tym bardziej wystawić!) na dwa sposoby: antysemicki i filosemicki. Zależnie gdzie postawimy akcenty: na długu, którego Antonio spłacać nie zamierzał, czy na płatności funtem żywego ciała. I jak brzydko zachowywać będzie się Shylock.

      Usuń
    7. Popieram! Ale rozszerzyłabym to i na innych dramaturgów (nie wszystkich, ale wiesz, na przykład te "Dziady" też się da ustawić co najmniej na kilka sposobów ;-)).

      Usuń
    8. Wierzę Ci na słowo. Musze jeszcze przejść trzy cykle psychoterapii, nim na Mickiewicza będę mógł spojrzeć bez zastanowienia "co nauczyciele myślą, że on miał na myśli?"

      Usuń
  9. Chyba wolałabym skończyć jak Makbet, niż jak Porcja. Kolejne dwadzieścia lat u boku takiego Orsino czy Antonia to by mnie wykończyły psychicznie. Zdecydowanie, wolałabym sześc stóp pod ziemią. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie, jak Makbet na pewno nie (jeszcze te zwidy, szalone wyrzuty sumienia, obłęd, duchy, nie, nie!), a tak zawsze jest szansa, że potem się człowiek z takiego "u boku" wykaraskał ;-).

      Usuń
  10. Witam,
    zaczytuję się w Twym blogu już od pewnego czasu, lecz dopiero teraz ośmielę się wtrącić trzy grosze, czyli swoje ulubione dramatowe propozycje:
    po pierwsze, L. Kruczkowski - "Niemcy"; poznawałam ten utwór jako lekturę i muszę przyznać, że pomógł mi on spojrzeć ciut inaczej na społeczeństwo III Rzeszy (kto wie, może to też dzięki niemu polubiłam naszych zachodnich sąsiadów)
    po drugie, G.B. Shaw - "Pigmallion"; choć to małe oszustwo Twoich zasad, droga Pyzo, gdyż najpierw było mi dane zobaczyć wersję Teatru Telewizji z p. Janem Englertem i p. Edytą Jungowską, a dopiero potem wypożyczyłam z mej licealnej biblioteki cudny egzemplarz Biblioteki Narodowej (ech, te wprowadzenia, opracowania literackie są wspaniałe) lecz to właśnie dzieło pisane rozpaliło we mnie jeszcze bardziej miłość do tej historii
    po trzecie, A. Fredro - "Zemsta"; po prostu lubię Rejenta i jego "niech się dzieje wola Nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba" (weszło do mego słownika)
    Pozdrawiam serdecznie :)
    Agata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, bardzo mi miło i cieszę się, że się odzywasz! :)
      "Niemcy" Kruczkowskiego to jest świetna, ale mocno zapomniana, mam wrażenie, rzecz: bardzo też nowocześnie pomyślana jak na temat i pokazująca pewne rzeczy w bardzo niewygodny dla późniejszego myślenia sposób. Też bardzo lubię ten dramat. Trochę wstyd, ale "Pigmaliona" czytałam tylko we fragmentach -- muszę się w końcu zmotywować i przeczytać całość, bo raz, ze noblista, dwa, że mnie również wystawienia, które widziałam, się podobały. A "Zemsta" jest idealna do wzbogacania języka o celne rymowane mądrości, przy czym jest naprawdę śmieszna, przy pierwszej lekturze, nic o fabule nie wiedząc, byłam zachwycona :).
      Również pozdrawiam :)!

      Usuń