Front pałacu w Kluwieńcach robił zupełnie pogodne wrażenie albo o Zofii Nałkowskiej


Słuchajcie, dzisiaj mam dla Was wpis, który jakiś czas temu zrodził się w mojej głowie. Bo w dyskusji pod tą notką pojawiło się nazwisko Nałkowskiej i tak sobie pomyślałam, że dobrze by było poświęcić jej osobny wpis. Tylko że zaraz za tą myślą napłynęła druga: że w sumie znam osobę, która by o Nałkowskiej umiała napisać bardziej kompetentnie ode mnie, bo przeczytała wszystko, co Nałkowska kiedykolwiek napisała. A że ta osoba mieszka ze mną pod jednym dachem to w sumie nie było tak trudno – także dzisiaj prezentuję Wam wpis gościnny autorstwa mojego mola książkowego (który zgryźliwie zapowiedział, że powinnam go podpisać jako "u mnie w domu", skoro tak najczęściej go tutaj wzmiankuję).

Dawno, dawno temu, może nie aż tak dawno, ale jednak – Pyza zachorowała. Był sam środek szalejącej jesieni, listopadowe pluchy z ciemnym chlupotem dobijały nam się do okna, a Pyza postanowiła zawrzeć bliższą znajomość z zarazkami. Leży Pyza i cierpi, więc w cierpieniu ulżyć jej należy. Podało się więc Pyzie długopisik, karteczkę, a ona siup, siup przystąpiła do robienia listy (a jakże!) i z takim ekwipunkiem wysłała mnie do biblioteki. Lista była krótka i niedobra, bo niczego, co na niej było, nie było, więc wysiliłem umysł i zaimprowizowałem. Improwizacja nie poszła za dobrze. Przyniesiony stos książek wzbudził w Pyzie jedynie politowanie, a już granatowa okładka i złote literki głoszące "Nałkowska Zofa Hrabia Emil" doprowadziły Pyzę do wymizerowanej chorobowej furii i groźnego fuknięcia: "Sam sobie to czytaj!". "Przeczytam!" odparłem. Co innego było do roboty, kiedy wzgardzono dobrocią, improwizacją i otwartym sercem? I przeczytałem. I choć nie była to najwspanialsza powieść świata, choć była to nawet powieść dość zła, to właśnie tak wybuchła największa literacka miłość mojego życia – miłość do Zofii Nałkowskiej.

Zofię Nałkowską kocham za wszystko. Za każdy stylizowany portret w dziełach zebranych, za każdą kropeczkę, za każdy przecinek, za każde słowo. Nawet gdy tonie w odmętach pretensjonalności, to ja się nie poddaję i nie zniechęcam, i tonącemu słowu podaję rękę. A słowa u Nałkowskiej niestety czasem toną. Ale co zrobić nie miała ona łatwo.

Bo jak można mieć łatwo, kiedy ojciec to geograf, socjalista i działacz społeczny z ambicjami zmieniania świata, a matka o złotym sercu we wszystkim mu pomaga? Bogato wtedy nie jest, człowiek uczy się czytać, pisać i myśleć za szybko, a potem – nie daj Bóg – nawet debiutuje. Zofia Nałkowska debiutowała poezją i spuśćmy na to zasłonę milczenia i zaciągajmy, zaciągajmy, zaciągajmy, bo i pierwsze powieści (choć badacze literatury z radością odnajdują w nich nowy kobiecy głos) tchną moderną, na którą Nałkowska była trochę za młoda i w związku z tym dręczyła się w miejscu ustronnym, wygięta na szezlongu lub w trawie, spowita naturą bujną a dziką, myśląc: "och, jakże dobrze kobiecie jest nie żenić się, a trzeba". I jej myśli tragiczne, i przekonanie, że jest artystką spóźnioną, ciągnęły się trawą i ciągnęły, aż pod fundamenty pałacyku, dworku lub kamienicy.


 Zofia Nałkowska w modernistycznym gąszczu
problemów (patrz: Węże i róże).


Los kobiety stłamszonej przez kulturę to oczywiście sprawa poważna, nie chcę wcale tego wątku podejmowanego w pierwszych powieściach bagatelizować, ale to nie on jeszcze czyni z Zofii Nałkowskiej najwspanialszą pisarkę świata. To pragnienie wolności i upodmiotowienia kobiety za bardzo było zaplątane we wszystkie rekwizyty końca XIX wieku: kotary, migreny, więdnące kwiaty i dumnych, niepomnych na nic jeźdźców. Pierwszy kroczek w mozolnej drodze ku geniuszowi to właśnie odrzucenie tego stylu i patosu, bo przecież nie problemów. Poczucie głębokiej nierówności, jaka kryje się za sztywnym ustawieniem ról damskich i męskich, da się u Nałkowskiej wyczuć we wszystkich książkach. Rosnąca świadomość swoich możliwości artystycznych i szacunek dla każdego słowa sprawiają, że po prostu język Zofii N. (nazwijmy ją i tak, skoro jest autorką wspaniałych reportaży z mrożącego krew w żyłach więzienia w Grodnie – Ściany świata) staje się prostszy i pomyślany do ostatniej kropki. I tym sposobem w okresie międzywojennym Zofia Nałkowska wspięła się na prawdziwe literackie wyżyny.

Jeśli chcecie fajerwerków i językowych wygibasolągów, to nie są te wyżyny. Bowiem Nałkowska - za każdym razem nieszczęśliwie zamężna (najpierw nierozumiejący i zdystansowany Leon Rygier – któremu jednak zawdzięczamy teksty Nałkowskiej w gazecie u uroczej nazwie "Echa Kieleckie", potem brutalny, władczy i niewierny Jan Jur-Gorzechowski, generał) lub choćby zakochana (tu wspomnę tylko niektórych: przedwcześnie zmarły Ludwik Liciński, zaborczy – znowu – i niespełniony artystycznie Bogusław Kuczyński, wreszcie netrafiony Jerzy Zawieyski) – siedzi cierpliwie na kanapie i cedzi słowa. Brzmi to może dziwnie, ale nie mam lepszego czasownika na zupełnie wyjątkowe i charakterystyczne właśnie dla Nałkowskiej rozważanie każdego zdania, wielokrotne oglądanie każdego słowa, wreszcie niezliczone korekty, których dokonywała przed powstaniem ostatecznej wersji. I choć dla niektórych takie powolne pisanie mogło by uchodzić za nieróbstwo lub zbędną padanterię, to u Nałkowskiej przynosi to doskonałe efekty. Nic nie jest przegadane, wszystko jest za to doskonale odmalowane, a wspaniałość jest trudna do uchwycenia, unosi się tuż ponad językiem tych powieści jak mgła, dym, aura, czy inny metafizyczny opar. 


Zofia Nałkowska wraz z mężem na kuracji
pod szczytami Alp Szwajcarskich (okres pisania Choucas).


Wydaje ci się, że już wiesz o co chodzi, że dostrzegłeś główne zręby akcji, wiesz do czego dążą piętrzące się wydarzenie. Myślisz: "mam Cię!" i jak polonistka w szkole nad Orzeszkową, tak ty nad Nałkowską wypowiadasz jedyne słuszne klasyfikacje: jaka to idea, jaki to nurt, jaka to tendencja – a tu nic z tego. Myślisz, że Zofię Nałkowską rozgryłeś, a to nie orzech włoski. Jej myśl się wymyka, bo przecież nie chodzi tylko o twardych mężczyzn mordujących kobiety, nieszczęśliwe miłości, cierpienie, czy życie na skraju nędzy, ale opowieść o zaplątaniu w życie, które zbyt często jest uwikłaniem w cierpienie.

Wspaniałymi owocami tej wytężonej pracy jest zarówno mocno krytyczny wobec międzywojennej Polski Romans Teresy Hennert (doskonały jest tam moment – opis sceny nocnego małżeńskiego seksu – tak wieloznaczny i życiowy, choć wciąż z pogranicza patologii), alpejskie Choucas (gdzie Nałkowska z wielką czułością opłakuje ludobójstwo dokonane na Ormianach w latach 1915-1917, a wszystko w doborowym międzynarodowym senatoryjnym towarzystwie), prowincjonalna Niedobra miłość (ten obraz zmierzchającej arystokracji gdzieś na zapadłym krańcu Polski!) i wspaniała, zwiewnie socjalistyczna Granica (tę przeczytałem na końcu, żeby rozstać się z powieściami Nałkowskiej właśnie w ten sposób i zderzyć "arcydzielność" lektury szkolnej ze wszystkimi innymi dziełami pisarki – nawet w tej konfiguracji książka nie rozczarowuje, jest po prostu mocna, aż chce się zostać socjalistą).

Ale to jeszcze nie jest szczyt. Tuż przed nim jest jeszcze Dom nad łąkami uroczo lakoniczny, z doskonałymi opisami zwierząt (Nałkowska potrafiła malować ich wewnętrzne życie jak nikt! Ma się wrażenie, że ona po prostu zna życie wewnętrzne takich na przykład psów i nie może być inaczej). W Domu nad łąkami Nałkowska odtwarza klimat dzieciństwa w drewnianym domku na piaszczystych wydmach pod Warszawą, a właściwie to w Kobyłce koło Wołomina (dodam, że z tego klimatu nic nie zostało, bo nagle w okolicach stolicy zrobiło się tłoczno, bilbordowo – zajdź do mnie po hamburgera z colą i nowy płyn do spryskiwaczy, a do sąsiada po uszczelki do zraszarek, które koniecznie należy zareklamować w formacie kilka metrów na kilkanaście). Jest w tej książce smak pionierstwa, jest jakaś świeżość dopiero raczkującej wielkomiejskości, która szuka swej podmiejskiej daczy. Nic tylko wsiąść w koleje mazowieckie, patrzeć na resztki lasów sosnowych pomiędzy betonowymi płotami i czytać, i tęknić.

Ale na samym szczycie, w samym centrum mej miłości do Zofii Nałkowskiej są Niecierpliwi. Nieszczęśliwa powieść wydana za późno i za blisko wojny, aby zyskała czytelników, którzy się jej należeli. Historia w Niecierliwych jest niby prosta: jakieś wyjazdy, jakieś pogrzeby, jakaś tajemnicza śmierć, nic żeby tam znowu, ale jeśli się do tego doda rozważania o pamięci, która żyje w nas własnym życiem i pożera nas teraźniejszych, żeby rozegrać jakieś swoje z dawna niezałatwione sprawy, to dostaniemy naraz i literaturę iberoamerykańską, i Olgę Tokarczuk, i Gombrowicza, tyle że wcześniej, piękniej i subtelniej. Do żarłocznej pamięci dochodzi rodzinna skaza charakteru, jakaś przenoszona z pokolenie na pokolenie ułomność, która niektórym nie pozwala zasiedzieć się w życiu, dręczy ich i prześladuje. I nie jest spokojnie, i zupełnie nie wiadomo, jak sobie z nimi wszystkimi dać radę i ani się spostrzegamy, a wszyscy ci niecierpliwi żyją w naszej pamięci i dalej toczą boje, które przerwał im ostatni rozdział.


Sanacyjna bomba wpada do mieszkania Zofii
Nałkowskiej, niszcząc część jej zapisków (zobacz:
relacje w dziennikach z okresu międzywojennego).

Ta książka zostaje na długo. Jest jednocześnie historyczna i uniwersalna (wrzuca w międzywojnie i ani trochę nie trąci naftaliną). I choć główni bohaterowie, Jakub i Teodora, nie są napisania z myślą, by ich pokochać i do serca przytulić, to jest w nich coś głęboko prawdziwego, jakaś niezmyślona słabość i niesłabnące pragnienie szczęścia. Kiedy się przeczyta Niecierpliwych, można wpaść w Nałkowską tak bardzo, że chce się przeczytać absolutnie wszystko. I tutaj nikogo lubiącego maratony i ambitne wyzwania polegające na zgłębianiu całego dorobku nie czeka rozczarowanie, po powieściach można sięgnąć po Dzienniki, z których można się dowiedzieć może nawet więcej niż byśmy chcieli, ale na pewno po ich przeczytaniu wiadomo, kim jest Nałkowska, i można się z nią zaprzyjaźnić.

I może po tych wszystkich lekturach wpadnie komuś z Was do głowy myśl, że w okolicach 15 maja (imieniny Zofii) dobrze byłoby podarować Nałkowskiej kwiaty, które tak lubiła i szczegółowo opisywała każdego roku (kto, jakie i przez ile dni pachniały – boska lektura!). Jeśli tak, nie krępujcie się i przychodźcie na Powązki Wojskowe, bo nadmiaru hołdów na pomniku pisarki przy żadnej z moich wizyt nie było widać i w deszczowy dzień można odnieść wrażenie, że po spiżowej twarzy wyrzeźbionej przez siostrę Hannę, dyskretnie spływają łzy.

______________

Także jeśli jeszcze nie mieliście styczności z Nałkowską, to może przekona Was głos jej wiernego fana i czytelnika – a jeśli mieliście, to może zachęci Was do powrotu (od siebie dodam, że oczywiście nie miałam w domu spokoju, póki "Niecierpliwych" nie przeczytałam – i jaka to jest znakomita książka, mówię zupełnie serio!). A "Hrabiego Emila" nie przeczytałam, ale jak się okazuje, dobrze się stało, bo to moje nieprzeczytanie stało się początkiem takiej pięknej literackiej fascynacji, o.

A jutro będzie recenzja książki, która mnie z kolei kompletnie zauroczyła!

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Westchnę tylko z zazdrością, bo ja bym tak czule o Nałkowskiej nie umiał. Lubię i cenię, ale jednak momentami irytacja bierze górę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać, miłość bywa ślepa (ale nasłuchałam się sporo o modernistycznych przygodach Nałkowskiej, więc wiem, że irytacji tam trochę było, no ale uczucie silniejsze :-)).

      Usuń
    2. Jako modernistyczna nastolatka była nieznośna, jej dzienniki z tego okresu to jest pretensjonalny koszmar :)

      Usuń
    3. Wiem, że jestem tu nieobiektywny, ale dla mnie kryje się w tej "nieznośności" jakiś czar. Przecież, było nie było, te młodzieńcze dzienniki są pisane przez genialne dziecko/nastolatkę, która wie dużo więcej niż przeciętna, potwornie dużo czyta i stara się sobie w tym wszystkim znaleźć własne miejsce. Uważam, że to bardzo ciekawy dokument z kształtowania się dojrzałej osobowości. A że się to wszystko dokonuje w dość modernistycznym entourage'u to już trudno i pouczająco (bo przecież za tą stylistyką kryje się realny stosunek wobec świata, sprzeciw wobec pozytywistycznego zawężenia horyzontów i próba wypowiedzenia czegoś zupełnie świeżym głosem - bez tego etapu nie dałoby się zbudować czystego głosu polszczyzny międzywojnia). I młoda Nałkowska tak szczerze i żywo sprzyja socjalizmowi, że to po prostu wzrusza.

      U mnie w domu:).

      Usuń
    4. Obiektywnie masz rację, ja to wszystko dostrzegam, poza tym czarem. Na pewno było w tym mnóstwo pozy, szczególnie w tym kreowaniu się na geniuszkę, nic nie ujmując talentom Zofii. Subiektywnie natomiast dziewczę należało do typu, na który mam alergię skórną i wziewną, więc szlag mnie trafiał :)
      Co do świeżego głosu, to sorry, ale Nałkowska była już tylko epigonką Młodej Polski i wyświechtanie niektórych fraz, myśli i symboli jest aż nazbyt widoczne. Własny głos ZN zyskała jednak sporo później, tak naprawdę chyba dopiero na początku lat 20.
      A socjalizm wyznawany przez ZN i krąg jej najbliższych (ojciec!) to była świetna sprawa, bardzo odległa od tej zwulgaryzowanej i obrzydzonej wersji lansowanej dużo, dużo później.

      Usuń
    5. Oczywiście to prawda z tą epigonią młodej Nałkowskiej, widzę w tym czar, choć to pewnie skutek uboczny ogólnego uwielbienia dla niej jako pisarki i jako osoby.

      Nie chodziło mi o to, że sama Nałkowska była jakoś wielce oryginalna używając językowych rekwizytów modernizmu, ale że same rekwizyty pokazywały coś nowego dlatego były dla młodej Nałkowskiej atrakcyjne. Być może oszczędność jej późniejszego, własnego języka wynika właśnie z obawy przed wpadnięciem na powrót w młodopolski patos (albo jakąś analogiczną formę przegadania).

      Usuń
    6. Uwielbienie to straszna przypadłość :)
      W kwestii języka - jako inteligentna osoba Nałkowska doskonale wiedziała, jakiej konwencji ma używać, żeby zaistnieć, nie mogła pisać innym językiem niż ten ogólnie przyjęty w tamtym czasie, niekoniecznie więc uważała ten język za atrakcyjny. Nie wiem, czy znasz któryś z jej debiutanckich wierszy - cóż to są za koszmarki oparte na sztampowych frazach. Natomiast dalszy rozwój języka Nałkowskiej budzi mój wielki podziw; zresztą język ewoluował wraz z nią samą (no i trochę z modą literacką, w końcu ZN zawsze chciała być modna :P), usilnie nad tym pracowała.

      Usuń
    7. Czytałem je kiedyś, parę było w przypisach w "Dzienniku" (z tego co pamiętam) i jestem - tu się zgodzę w stu procentach - ogromnie wdzięczny Zofii Nałkowskiej za niebywale rozsądną decyzję porzucenia kariery poetyckiej;).

      Domownik.

      Usuń
    8. ALe gdyby poszła w poezję, to pokolenia uczniów miałyby święty spokój :)

      Usuń
  2. Pyzo i Domowniku, dziękuję za wpis, Nałkowska zdecydowanie jest pisarką, z którą zmierzam pogłębić znajomość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jak cudnie :-)! Przekazuję też w imieniu Domownika wyrazy radości (w swoim, oczywiście, również) :-)!

      Usuń
  3. Wiem, że "Granice" czytałam, ale zupełnie nie pamiętam. Ani mnie za bardzo nie zirytowała, ani nie zachwyciła. Będę musiała sobie w takim razie przypomnieć, albo sięgnąć po inną powieść Nałkowskiej :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To znaczy super, że kiełkuje zamiar sięgnięcia po Nałkowską ;-).

      Usuń
  4. Omatko, aż się chce czytać! Czy Mól mógłby częściej coś tu reklamować? Nałkowską pamiętam głównie z "Medalionów", no i tu to nie wypada już dyskutować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję w imieniu Domownika, zapytam go, oczywiście, czy by nie chciał jeszcze pozachęcać -- choć chyba żaden jego ulubiony autor nie dorównuje w stopniu umiłowania Nałkowskiej właśnie :-). Ale kto wie, może się skusi :-).

      Usuń