Ileż można albo o poetach, którym szkoła nie służy

Na zakończenie tego czteropaku rozważań o lekturach postanowiłam wybrać temat, który się przy okazji okrzyku „wszystko przez te lektury, to wina szkoły!” przewija dość często, czyli kwestię poezji czytanej w szkole. Pomyślałam, że może nie tyle teoretyczne rozważania, co pokazanie tego na przykładach, może być fajną przygodą, więc wybrałam trójkę poetów, którzy na byciu w kanonie lektur szkolnych ucierpieli chyba najmocniej (choć, jak to w takich razach bywa, nie nieodwołalnie, na szczęście).
 
Z czytaniem poezji w ogóle jest problem, bo poezja nie jest zasadniczo tak intuicyjna jak proza. Dzieliłam się już z Wami moimi ulubionymi poetami (w sumie zaraz po tym wpisie uznałam, że powinnam zrobić drugi dopełniający, bo nie wymieniłam wszystkich) i tam w dyskusji się pojawiały te argumenty właśnie, że do poezji podchodzi się jak pies do jeża przez szkole wspomnienia, w których pojawia się ten wątek „jedynej słusznej interpretacji”. Dodatkowo zwykle wspomina się jeszcze o tym, że sam poeta poproszony o napisanie pracy maturalnej o swoim wierszu nie wstrzelił się w klucz. No właśnie, bo z tą interpretacją jest chyba tak, że tak długo, jak długo trzymamy się tekstu, może pójść w bardzo różne strony. Jasne, że nie można wziąć tego zupełnie z sufitu, ale zasadniczo poezja oddziałuje jednak na naszą wrażliwość – a tę mamy przecież różną, skojarzenia – tak samo, i o ile są w tekście zazwyczaj jakieś punkty zaczepienia, to przecież czytanie wiersza w kluczu „to jest o tym i o tym, a wynika z tego i z tego”, znacząco go spłyca, a czytelnikowi odbiera (co najmniej) część radości z lektury.

Adam Mickiewicz: jeden z wieszczów padł chyba ofiarą dokładnie tego sposobu omawiania poezji, połączonego dodatkowo z tym, że czyta(ło) się go w szkole mnóstwo. To co prawda dawało jaką taką orientację w tym, co pisał – bo wiadomo, że „Liryki Lozańskie”, „Sonety krymskie”, „Pan Tadeusz” („Dziady” to inny temat), a do tego Maryla, stosunek do powstania, opowiadanie o wiewiórce i tworzenie legionu, Konstantynopol i zalakowana trumna. I wszystko wspaniale, tylko że tak sobie myślę, że nawet jak to piszę to ta hasłowość pojawiająca mi się automatycznie w głowie przy Mickiewiczu w gruncie rzeczy wcale za dobrze o sposobach poznawania jego twórczości nie świadczy. Bo z Mickiewiczem poznaliśmy się dość szybko – przecież już „Pani Twardowska” jakoś we wczesnej podstawówce, a jeszcze wcześniej apele z okazji urodzin wieszcza (jakoś kompatybilnie z jasełkami – nie do końca wiem, jak to w mojej podstawówce działało, ale działało). I potem w sumie towarzyszył on mi na każdym szczeblu dalszej edukacji. Co jest charakterystyczne dla tej szkolnej wersji Mickiewicza? Pokazywanie wierszy, które nie są wcale łatwe w docenieniu dla dzisiejszego czytelnika: bo mają rymy, bo są właściwie czytelne, i przede wszystkim – bo funkcjonują częściowo jako kulturowe klisze (no samo nasuwa się to „wypłynąłem na suchego przestwór oceanu” podczas spaceru przez gęstą trawę?). Jeszcze się wytłumaczę z tej czytelności: to są wiersze często bardzo, hm, figuratywne, w taki sposób, że jeśli się nie weźmie pod uwagę budowy, można sobie powiedzieć, że właściwie co w nich takiego wyjątkowego. A o budowie wiersza i tym, co może ze sobą nieść, się u nas w szkołach właściwie chyba nadal nie uczy (ja ze swojej edukacji pamiętam jedynie kwestie rymów, ale tylko jeśli chodzi o budowę – o znaczenie, jakie mogą ze sobą nieść, już nie). I chyba dlatego, kiedy mowa o Mickiewiczu, wyciąga się zwykle argument, że wszyscy wolimy Słowackiego – Słowacki zdaje się być lżejszy, bardziej poetycki i uduchowiony, poza tym podejmował jednak trochę inne od Mickiewicza tematy i osadzał je w innych klimatach. I ten Mickiewicz, którego tak od groma jest (było?) w programie nauczania wychodzi na takiego dobrze poznanego, nudnego z przesytu autora – więc dużo częściej da się usłyszeć, że ktoś woli Krasińskiego (którego się w sumie w szkole poznaje tylko od strony „Nie-boskiej komedii” i nie wnika tam w drażliwe kwestie).
W ramach ilustracji - wiersze. Tutaj na przykład "Pielgrzym" Adama Mickiewicza,
czyli zapis doświadczenia z deptania ananasów.


Czesław Miłosz: Miłosz to jest taki przypadek trochę do Mickiewiczowskiego podobny, bo po prostu jest go w programie nauczania dużo, nie są to wiersze na pierwszy rzut oka pisane trudnym językiem i często można odnieść mylne wrażenie, że to jest taka ot, sobie twórczość, nic specjalnego, trochę opisów przyrody wierszem w metafizycznym sosie. Sama miałam z Miłoszem problem dość długo – i miałam ten problem głównie dlatego, że tak mnie z każdej strony atakowano tym Miłoszem, a on do mojej wyobraźni w ogóle nie przemawiał. I zastanawiałam się długo, czy to jest twórca przeceniany, czy może po prostu ja go nie umiem docenić i doszłam do wniosku, że pora się mu przyjrzeć z bliska jeszcze raz, w oderwaniu od szkoły (pomogło mi w podjęciu tej decyzji także to, że mój ulubiony domownik jest zagorzałym fanem Miłosza i jak łączyliśmy księgozbiory to się okazało, że mamy Miłosza reprezentatywny wybór). I wiecie co? Doszłam do wniosku, że po prostu ten Miłosz w szkole podstawowej, ba, nawet w liceum – że on jest po prostu za trudny. Tam jest tyle sensów, które przy takiej interpretacji „proszę mi powiedzieć, co poeta miał na myśli” zostają mocno spłycone, a dla nastolatka one są często zupełnie nieuchwytne (mówię za siebie, wierzę, że są nastolatki, które je wychwycą). Dlatego w momencie, kiedy się powie, że to jest wiersz o tym i o tym, to wiadomo, że nie powie się, że on jest także o tym i jeszcze o tamtym – innymi słowy, sprowadza się utwór do dwóch zdań i odbiera się mu cały ten namysł, głęboki namysł nad funkcjonowaniem świata i ludzi, jaki za nim stoi.
 "Druga przestrzeń" Czesława Miłosza.


Wisława Szymborska: o, to jest wydaje mi się kolejny dobry przykład tego, co z poezji może zrobić szkoła (ale w tym wypadku w sumie chyba nie tylko szkoła). Szymborskiej było w moich podręcznikach mnóstwo, bo okazywało się, że do co drugiego tematu napisała stosowny w mniemaniu autorów wiersz. I dobrze, że tyle jej jest, bo w sumie chyba z tych trzech przykładów, które wybrałam, ona wychodzi najbardziej zwycięsko, bo jednak wyrasta ze szkół jakieś grono jej czytelników i fanów. Tylko że, no właśnie, problem jest tu też taki, że jej wiersze często się przedstawia jako takie łatwe, poruszające popularne problemy, przesycone ironią starszej pani. I to, że ustawia się je pod takim kątem, że nic tylko weź człowieku i umieszczaj cytaty na pocztówkach, mnie na przykład na dłuższy czas do twórczości Szymborskiej zniechęciło. Tylko że jak wróciłam do Szymborskiej na spokojnie, to zobaczyłam tę precyzję konstrukcji (no jestem takim budowlańcem literackim i uwielbiam precyzyjne konstrukcje, cóż poradzić), no i przede wszystkim – że czytanie jej wierszy wyłącznie, czy przede wszystkim, jako takiego zapisu ironicznego doświadczenia egzystencji, okrada je ze wszystkich innych sensów i ogranicza na wstępie na przykład szukania metafizycznej rozpaczy. To zresztą jest jeszcze inny problem: mianowicie poezja czytana w szkole upewnia nas co do szuflad, w jakie zapakowany jest dany twórca. Cierpią na tym chyba najmocniej ci oblepieni naklejkami „lekki” i „dla dzieci” - czyli że nie sięgaj, czytelniku, po Tuwima i Brzechwę, jak już przejdziesz przez trzy pierwsze lata podstawówki. Dzięki temu mamy twórców, którzy się kojarzą w bardzo konkretny sposób, a można się, czytając potem ich dzieła, mocno zdziwić, że wszystko wygląda jednak deczko inaczej. I przede wszystkim: że tyle tych punktów wyjścia do zastanawiania się i interpretacji tam się kryje, i ileż można wyciągnąć z tego dla siebie!
 No i jak by się ten wpis mógł obejść bez tego
wiersza Wisławy Szymborskiej ("Niektórzy lubią poezję").


Dlatego w sumie na Światowy Dzień Poezji, który przypada przy okazji w Dzień Wagarowicza, życzę nam wszystkim urwania się z przekonania, że poezja to nic ciekawego i od tych szkolnych horrorów, które się mogą z jej czytaniem kojarzyć – i sięgnąć po jakiegoś poetę. A nuż, w oderwaniu od szkolnej ławy, zaskoczy? A żeby nie być gołosłowną, podsunę Wam jeszcze listę moich ulubionych poetów (do której jeszcze koniecznie, koniecznie muszę zrobić kiedyś notkowy aneks!).

___________________

A jutro będzie taka mała atrakcja, bo jak szykowałam ten wpis pomyślałam, że w sumie znam kogoś w tym temacie bardziej ode mnie kompetentnego, dlatego jutro będzie pierwszy tutaj wpis gościnny! Chodźcie, będzie pysznie!

Weź dokładkę!

10 komentarze

  1. Zohydziła mi szkoła poezję.
    Odkrywałem ją na nowo, na własny użytek, bocznymi drogami. Wojaczek, Lipska, Poe, Shelley, przede zaś wszystkim Eliot.
    Byłbym niesprawiedliwy, gdybym zanegował wszytko, co w podręczniku się znalazło. Zainteresowały mnie wiersze Rimbouda, Baudelaire'a. Verlaine'a, Tuwima, czy całej Awangardy. Ale dopiero kopiąc "po swojemu" odkryłem ich najlepsze kawałki. Na Baczyńskiego namówił mnie G. Turnau swoimi interpretacjami.
    Potem nastąpił zwrot na "rekonkwistę lekturowców". No i Mickiewicz poległ. Nie polubiłem go. Ale Słowacki okazał się rewelacyjny w "Królu -Duchu", "Lilli Wenedzie", "Anhellim".
    Długo by mówić.

    Osobnym tematem jest moja ulubiona poezja arabska... Ale to inną porą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, bo raz, że się decyduje na jedną interpretację, często schematyczną, a dwa, że się dobiera wiersze według pewnego klucza - przez co nie zawsze się udaje znaleźć w podręczniku tę "twarz" poety/poetki, która akurat mi, jako czytelnikowi, odpowiada.

      Usuń
  2. Miałam w szkole bardzo podobne odczucia. Moim zdaniem poezji jest na liście lektur po prostu za dużo (bo krótka? bo w powszechnym mniemaniu szlachetniejsza od prozy?). To jest forma trudna, wymagająca sporej wiedzy i kompetencji językowych, a w wypadku epok dawnych też umiejętności pokonania bariery językowej. Czyli akurat tego, czego uczniowi gimnazjum czy nawet liceum najczęściej brakuje.

    Przypadek Mickiewicza to rzeczywiście kapitalny przykład na to, jak szkoła potrafi skrzywdzić poetę. Do listy zarzutów dorzucę jeszcze ten nieznośny image wieszcza narodowego, przysłaniający wszystkie kontrowersje, niejednoznaczności i zmiany światopoglądowe, których w twórczości Mickiewicza nie brakuje - i które czynią tę twórczość znacznie ciekawszą (weźmy skandal związany z wydaniem "Ballad i romansów" czy wyrzuty sumienia po "Konradzie Wallenrodzie").

    Z Miłoszem sprawa jest z kolei dziwna, bo przecież był nie tylko poetą, ale i świetnym eseistą. Dlaczego panowie i panie z Ministerstwa uparli się akurat na te arcytrudne wiersze, skoro mogli zaproponować uczniom fragmenty "Zniewolonego umysłu" czy "Rodzinnej Europy"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, coś jest w tym "poezja szlachetniejsza od prozy", co zniechęca - bo taki źle pojęty elitaryzm może czytelnika, zwłaszcza młodego przecież, wypaczyć na długo. Stąd zresztą to, wspomniane przez Ciebie, stawianie poetów na piedestałach, też za dobrze im nie robi (ja nie mówię, żeby od razu wyciągać brudy, ale jednak dobrze pokazać, że poeta to też człowiek).

      A co do Miłosza - czyta się chyba nadal jeszcze "Dolinę Issy", bo tak sobie myślę, że jednak i "Zniewolony...", i "Rodzinna..." wcale nie są takie znowu prostsze od Miłoszowej poezji ;-).

      Usuń
  3. Ja to musiałam chodzić do jakiejś wybrakowanej klasy, bo nie mieliśmy tak dużo poezji, żeby mogło nas to zniechęcić. Chociaż może nie powinnam mówić za wszystkich, ale naprawdę nie było u nas przesytu. Miłosza i Szymborską zapamiętałam jako autorów wartych dalszego poznania i to ciągle procentuje, bo czytuję ich od tego momentu. A fanką poezji w szkole wcale nie byłam, więc u mnie proces edukacyjny zakończył się sukcesem (pod tym względem przynajmniej).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Programy nauczania i podręczniki różniły się i różnią, więc nic dziwnego ;-). Ale to w ogóle optymistyczne, co piszesz - chyba tak to zresztą powinno działać, że szkoła daje impuls i potem człowiek podejmuje czytelnicze wyprawy na własną rękę :-).

      Usuń
  4. Mnie do poezji szkoła nie zniechęciła. Może dlatego, że na moich domowych półkach mnóstwo było jej w wydaniu "nieszkolnym". I Eliot, i Rilke, i Bursa, i Pawlikowska-Jasnorzewska, i Poświatowska, i Herbert, i Baran. I jeszcze długo mogłabym wymieniać. Sama badałam poezję, nie zawsze moje rozumienie tekstów ''szkolnych" były zbieżne z linią przyjętą, ale to wcale mnie nie zrażało. Do dzisiaj uważam, że ile czytelników poezji, tyle interpretacji. Szkoda, że zbyt wielu nauczycieli zniechęca do poezji wmawiając, że klucz do zrozumienia utworów jest jeden, jedyny, właściwy.

    Na szczęście moja mama nie należy do takowych, a to ona mnie właśnie zaraziła poezją.
    Do tego stopnia, że sama troszkę pisałam. Teraz już nie piszę, ale wciąż czytam. I każdemu polecam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmmm... może jestem dziwna, ale Mickiewicza wszystko, co było zadane, czytałam z zainteresowaniem, podobał mi się dużo bardziej niż ten wymuskany maminsynek Słowacki. A zresztą ja prosta dziewczyna jestem i rymy doprawdy mi nie przeszkadzają (no OK, przeszkadzają czasem, ale nie u Mickiewicza). I w ogóle Mickiewicz tak dobrze mi się kojarzy - moja babcia z pamięci recytowała ballady i "Śmierć pułkownika" też znała na pamięć. No i miałam wybór ballad z przerażającymi, ale fascynującymi ilustracjami. A "Stepy akermańskie" to w ogóle jeden z moich ulubionych wierszy - tu jest dowód: http://tarnina.blogspot.com/2014/10/wpynaem-torba-literacka.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, dowód jest przekonujący zupełnie :D! Mnie w ogóle zastanawia ten lekturowy antagonizm Mickiewicz-Słowacki, że w sumie nikt nie powie np. "wolę Miłosza od Mickiewicza", ale zawsze jest "wolę Słowackiego" (wersja hip: Krasińskiego ;-)). Jedna sprawa, że epoka ta sama, wiadomo, ale druga, że jednak ich się stawia na dwóch przeciwległych biegunach sympatii zawsze.

      Usuń