Kiedy Merkury musi ratować Słońce i Księżyc albo o "Wszystko, co lśni" E. Catton


Powiem po prostu: powieść Catton jest przegadana, i to w obu sensach tego słowa. To znaczy, że – po pierwsze – jest za długa, a nie do końca starcza w niej materiału, żeby z niej uszyć taki zgrabny koncept, jaki zapewne miał z tego wyjść i że – po drugie – to jest historia zbudowana na dialogach. Które wcale też nie są porywające. Rozczarowałam się tą powieścią i postaram się Wam dzisiaj powiedzieć, dlaczego. Oczywiście jak zwykle dorzucę też słowo o tym, co w tej książce jest ujmującego, bo nie jest to książka zła. Po prostu jakoś się z autorką rozminęłyśmy.


Jak tylko usłyszałam, że chodzi o powieść z czasów gorączki złota w Nowej Zelandii, pomyślałam: „o tak, to jest właśnie książka dla mnie!”. Nie odstraszyła mnie nawet jej objętość – bo takie 900-stronicowe cegły czyta się źle i w autobusie wygląda się na przeintelektualizowanego pasażera. Ale byłam dzielna, woziłam ją ze sobą, podczytywałam na przystankach, i w końcu po prawie dwóch tygodniach zamknęłam z poczuciem ulgi. Cały czas liczyłam, że nagle spadnie na mnie takie olśnienie zawartością i formą powieści – i po skończeniu najdłuższej, ponad 400-stronicowej pierwszej części wszystko wskazywało na to, że tak będzie. Ale poza naprawdę świetną częścią dotyczącą procesu sądowego, tak się nie stało.

W skrócie, o co chodzi: do Hokitika, miasta na wybrzeżu Nowej Zelandii, przybywa szukający szczęścia Walter Moody. Ma za sobą upiorną podróż w ładowni statku, planuje się wzbogacić na wydobyciu złota i zacząć życie od nowa. Zatrzymuje się w podłym hoteliku – który jest tak podły, że dwunastu gniewnych ludzi z okolicy wybiera go na miejsce swojej tajnej narady wierząc, że nikogo tam nie będzie, jako że hotel, jako się rzekło, jest podły. Ale że jest tam Moody, to w końcu po ostrożnym wybadaniu go, czynią zeń powiernika swoich tajemnic, żeby pomógł im rozplątać tajemnice ostatnich miesięcy. Jakie to tajemnice? Otóż jednego dnia stały się cztery rzeczy: podróżujący konno polityk zatrzymał się w domku w dziczy i znalazł tam ciepłe jeszcze zwłoki, które za życia uchodziły za biedne, a po śmierci okazały się dziedzicem ogromnej fortuny, na drodze znaleziono półżywą miejscową prostytutkę, a szczęściarz, który jest też właścicielem pokaźnego majątku, przepadł jak kamień w wodę. Taki jest punkt wyjścia całej historii i o rozmotanie tajemnic, motywów poszczególnych bohaterów oraz o wyprostowanie życia samego Moody'ego będzie chodziło przez pozostałe setki stron.

 W ramach ilustracji dzisiaj zdjęcia i obrazki ze skandalu, który stał się udziałem autorki. Catton wypowiedziała się negatywnie o polityce nowozelandzkiej, a konkretnie o rządzącej partii, i została oskarżona o to, że sama "Wszystko, co lśni" pisała, korzystając z rządowego stypendium. Co rozpętało dyskusję o tym, czy w związku z tym nie miała prawa krytykować postępowania rządu w ogóle (i w kwestiach funduszy na kulturę) i szerzej o wolności słowa i jej granicach. Źródło.


Bohaterowie
To jest jedna z największych wad tej powieści. Bo bohaterowie nie są tutaj właściwie bohaterami, ale nośnikami pewnych tez i reprezentantami większych od nich idei. Mamy podział na postaci reprezentujące planety i gwiazdy (o tym za chwilę), i wszystko pięknie, ale brakuje im charakteru. Narrator co jakiś czas podaje nam informację o postaci – na przykład, że jest niepewna siebie – ale nic z tego za bardzo nie wynika; rozmija się to z postępowaniem postaci. Poza jedną są bardzo słabo zróżnicowane. A wygląda to na pozór zupełnie inaczej: mamy bogacza, mamy szczęściarza, mamy aptekarza handlującego pokątnie opium, Maorysa, prostytutkę czy na przykład kapitana statku z mroczną historią. Tyle tylko, że w swojej istocie bogacz jest charakteryzowany jako człowiek bogaty i przy kości, szczęściarz wysławia się w dziwny sposób i umie wznieść ponad ideały epoki, aptekarz jest dokładnie tym, kim napisałam wyżej, Maorys w ogóle nie ma właściwie charakteru, prostytutka zmienia swój charakter z kolei średnio co część, a mroczny kapitan jest mroczny, ale nie za bardzo wiemy, co nim kieruje. I tak to wygląda. Miałam wrażenie, że konstrukcja powieści tak była dla autorki istotna, że zapomniała o dopracowaniu takiego szczegółu, jak charaktery bohaterów – przez co musi ich być określona liczba, ale trochę zabrakło dla nich tej chwili do zaprezentowania. A szkoda, bo na przykład koncept postaci, urodzonej już w Nowej Zelandii, przez co czuje się gorsza od innych – przybyłych z Anglii – wydaje się być kopalnią motywów. Szkoda mi również bardzo stereotypowo przedstawionego Maorysa.

Konstrukcja
No właśnie – to jest taka powieść w całości opierająca się na swojej budowie wewnętrznej (czy jakby to inaczej ująć w słowa – konstrukcji całej narracji). Podzielona na dwanaście części, oparta o astrologiczne wykresy, z dwunastoma postaciami reprezentującymi znaki zodiaku i innymi, będącymi odpowiednikami planet, z poprzedzającą każdą część tabelą-wykresem, prezentującym kto na kogo będzie miał wpływ – prezentuje się nieźle. Tylko że, no właśnie: mam wrażenie, że nie jest to do końca konsekwentny zabieg, bo w częściach dotyczących przeszłości jedna z postaci nie występuje, a mimo to pojawia się na astrologicznym wykresie, mimo że nie ma szans na jakiekolwiek kontakty z innymi postaciami powieści, bo w tym czasie zwyczajnie ich jeszcze nie zna. Ładnie za to wpleciony został motyw astrologii do samej fabuły – trochę późno, bo już po potwornie przegadanej części pierwszej, ale mimo wszystko dobrze.

Nowa Zelandia
Nie ukrywam, że to, że akcja dzieje się w Nowej Zelandii, było jednym z odważników na mojej wadze „czytać”-”nie czytać”, oczywiście na korzyść czytać (i dlatego uznałam, że doskonale wpisze się w kategorię wyzwaniową „powieść dziejąca się w kraju, do którego zawsze chciałam pojechać”). Tylko że ta Nowa Zelandia to jest zupełny pretekst – właściwie mogłoby to się dziać zupełnie gdzie indziej: na Syberii w czasie wydobycia cennych kruszców, w Kalifornii w czasie takiej samej gorączki złota albo na Marsie w kopalniach przyszłości. Naprawdę niewiele by się zmieniło. Mam wrażenie, ze dzieje się tak dlatego, że bardziej niż tło istotna była ta konstrukcja narracyjna. Dlatego bohaterowie poruszają się zawsze od punktu A do punktu B, stamtąd do C i tak dalej, a cała reszta ginie w tle. Na osłodę dostajemy trochę realiów, sprowadzających się głównie do egzotycznych nazw roślin i zwierząt. Mamy w powieści jeden (jeden!) dialog, w którym bohater każe innemu zachwycić się tym szczególnym miejscem, jakim jest Nowa Zelandia. Oczywiście ten uniwersalizm można odczytać jako zaletę – że koloniści przekształcają krajobraz na swoją modłę, żeby czuć się jak „w domu”, w Anglii. Można by to tak widzieć, ale mam wrażenie, że byłaby to raczej nadinterpretacja względem tekstu.

Kryminał? Powieść wiktoriańska? Love story z motywem astrologicznym?
To prawda, Eleanor Catton udowodniła, że można wziąć garść starych, klasycznych motywów, ubrać je w kostium powieści wiktoriańskiej, dostosować język, ubrać narratora w strój nobliwy i dziewiętnastowieczny... Tylko nadal nie wiem, w jakim celu tak do końca. Żeby pokazać, że się da? No ależ oczywiście, że się da. To, że mammy powieści wiktoriańskie udowadnia, że się da. Dorzucenie wątku kryminalnego i historii miłosnej niczego tu nie zmienia. Towarzyszyło mi przy czytaniu takie poczucie, że autorka chciała stworzyć powieść i do akademickiego rozbioru na części pierwsze, i do czytania ot tak, popołudniami, tylko że coś jakby poszło nie tak.

 I jeszcze jedna ilustracja do całej sprawy wolności słowa bądź jej braku. Źródło.

Nagroda Bookera
To druga książka autorki i już nagrodzona bardzo prestiżową nagrodą Bookera. To w ogóle pięknie, że dostała ją autorka (jeśli macie ochotę poczytać, że z tym Bookerem dla kobiet wcale nie było tak prosto, to w dyskusji pod wpisem o „literaturze kobiecej” ciekawy link w temacie podrzuciła Procella, znajdziecie go tutaj), i rozumiem, że doceniono konstrukcję – bo nadal uważam, że zabiegi formalne są tu ciekawe – ale nie wiem, czy ochrzciłabym tę powieść mianem arcydzieła. Krzywdę wyrządza „Wszystkiemu, co lśni” także polski wydawca, przytaczając moim zdaniem nie do końca fortunną recenzję z „The Guardian”: „Każde zdanie tej intrygującej opowieści zostało mistrzowsko napisane, a trzymające w napięciu zakończenie każdego rozdziału sprawia, że błagamy o więcej”. Do czego się odnieść najpierw? Wiem, że to kopanie leżącego, bo fraza „każde zdanie zostało mistrzowsko napisane” sama się prosi, dlatego może pozwolę sobie przytoczyć zdanie, na którym westchnęłam cicho, przypominając sobie zapewnienie z okładki:

„Moody zmienił położenie swoich skrzyżowanych nóg, tak że kończyna, która wcześniej była pod spodem, znalazła się na wierzchu” [cytuję z wydania pierwszego Wydawnictwa Literackiego, s. 20].

Już nie wspomnę, że to by dopiero było, gdyby Moody zmieniał położenie cudzych kończyn, ale ta potrzebność tak drobiazgowego opisu w tak strasznie napompowanej fabule aż bije po oczach, prawda? Co zaś się tyczy napięcia – to jedna z tych rzadkich książek, że mogłam przerwać lekturę w pół zdania i nie było mi jakoś szkoda, bo toczy się ta akcja tak nieśpiesznie właściwie do ¾ tekstu, że specjalnego napięcia (poza napięciem mięśni od trzymania tej cegiełki) jakoś nie odczuwałam. Można to oczywiście zrzucić na karb moich subiektywnych upodobań – ale szczerze mówiąc myślę, że wynika to, wiem, że się powtarzam, z konstrukcji. Albo wóz, albo przewóz (w tym wypadku).

Tłumaczenie
Pan Maciej Świerkocki wykonał ogromną pracę i przełożył dla nas tą dokładnie 932-stronicową powieść. Nie wiem, jak wygląda język oryginału, być może też trochę zgrzyta – w tłumaczeniu przeszkadzało mi przede wszystkim niewielkie zróżnicowanie rejestrów języka, jakim posługują się bohaterowie. Ponownie, nie wiem, jak jest w oryginale, ale na przykład we wspomnianej przeze mnie scenie procesu, kiedy sędzia napomina prokuratora i adwokata widać, że jednak musieli używać specyficznych sformułowań. Dziwi mnie też, że miejscową prostytutkę wszyscy nazywają „dziwką” albo i gorzej, nawet nobliwi mieszczanie i mężczyźni chcący jej pomóc. Również taktyka tłumaczenia nazwisk mężatek jest deczko dziwna: otóż żona George'a Sheparda nazywa się pani George Shepard. Wiem, że „Grzegorzowa Shepard” byłaby za daleko idącym polonizmem (w stylu tłumaczeń Rozalii Bersteinowej), z kolei „pani Georgeowa Shepard” brzmiałaby dziwnie, ale już na przykład „pani Shepardowa”, po prostu, nie byłaby chyba aż tak złym pomysłem. Ale że tłumacz ze mnie żaden, to zamiast wysuwać propozycje zwracam tylko uwagę.

Benedict Cumberbatch na okładce
I jako ostatni punkt, o którym chciałam się wypowiedzieć, podam ten, że na ostatniej stronie okładki znajduje się postać jako żywo wyglądająca jak brodaty Benedict Cumberbatch. Na dowód zdjęcie.

 Pan z okładki.
BC mniej więcej w podobnej pozie.

Także trochę jestem rozczarowana „Wszystkim, co lśni”. Po części dlatego, że nastawiałam się na coś dużo lepszego, po części dlatego, że uważam, że zabiegi formalne nie powinny przysłaniać fabuły i bohaterów. Dlatego jeśli kiedyś zdecyduję się wrócić do tej powieści, to raczej sprawię sobie e-book, żeby przynajmniej fizycznie się przy czytaniu nie namęczyć.



___________________

Jutro będzie garść wspomnień o tym, co można znaleźć jeszcze niekiedy w bibliotekach.

Weź dokładkę!

10 komentarze

  1. Przeczytałaś :)! Gratuluję, taszczenie tej cegły po mieście powinno się liczyć jako fitness.
    Miałam bardzo podobne wrażenia po lekturze, eleganckie ćwiczenie z pisania powieści wiktoriańskiej, ale pozbawione życia. Fakt, ta recenzja z Guardiana nie pomaga, strasznie podnosi oczekiwania.
    PS. "Dziwka" też mnie irytowała, chociaż mam wrażenie, że do XIX wieku używano słowa "whore" dość powszechnie, jako nazwy zawodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano :-). Tak, czuję się dużo zdrowsza i wyćwiczona po tej przygodzie z książką w komunikacji miejskiej ;-).
      No właśnie, bardzo mi się zresztą podobało, jak to ujęłaś w swojej recenzji, że to powieść przypominająca bardzo dobrą pracę zaliczeniową na zadany temat. Naprawdę pomysł i strona techniczna są świetne - ale wszystko się w tym gubi.
      No i właśnie z tą "dziwką" miałam problem w tłumaczeniu - zwłaszcza w scenach w sądzie, gdzie synonimy były dość specyficznie podane, jakby nie do końca z tego rejestru, o jaki chodziło sędziemu. Ale jeśli jest tak, jak mówisz, to może tylko w tej scenie wystąpił jakiś problem.

      Usuń
  2. Mnie się zdaje, że to kolejna książka której krzywdę zrobiła nadmuchana kampania w stylu „dzieło wiekopomne stworzone ręką dwunastoletniego geniusza” plus przekonanie, że to i powieść wiktoriańska, i skomplikowana konstrukcja, i psychologizm, i nadnaturalność, i intryga, i dekonstrukcja kolonializmu (ludzie, ludzie, słuchajcie, nie tłumaczymy kwestii Chińczyków!, o matko, jakże to głębokie!) i jeszcze tylko brakuje książki kucharskiej, żebyśmy dotarli do poziomu almanachu babci Helenki.
    Też mnie najbardziej zabolał ten brak charakterów, przy czym najbardziej poszkodowane w tym względzie są chyba postaci planetarne. Lydię można podsumować zdaniem „bo to zła kobieta była”, podobnież Carvera. Shephard - w stylu innym niż Carver , ale równie monotonnym – kolejny „zły”, Lauderback, ot bogacz i tyle, typowa „figura przy władzy”. Anna ciekawie prezentowała się w pierwszej części, gdy czytelnik poznawał ją li i jedynie przez wyobrażenia innych postaci (pomyślałam, że to ciekawy pomysł, zwłaszcza, że Anna to Księżyc, a ten inne postaci to znaki zodiaku, ale moja teoria padła przy Tauwhare’em, który jako jedyny nic do Anny nie miał). Problem w tym, że jak już Anna pojawia się na scenie to zmienia charaktery jak rękawiczki. Emery zdawał mi się trochę taką męską wersja Anny, ale też jak tylko pjawił sie we własnej osobie, to z lekka się rozjechał, znaczy, trudno mi uwierzyć w chłopaka, który zachowuje się jak Emery, będąc właśnie chłopakiem. Co do Crosbie’ego i Moody’ego to już bym się tak nie czepiała.
    Czepiałabym się za to czego innego – otóż najbardziej „od czapy” zadała mi się środkowa część książki, ta której osią jest proces i zemsta. Jak dla mnie – na diabła te osi. Mnie się o wiele bardziej podobała opowieść o miasteczku, w którym każdy ma swoje interesy, każdy coś kombinuje, każdy upycha różne brudy i brudki do szuflady, a równocześnie każdy jest jakoś, bo jakoś, ale ludzki. Wielkie miłości, co zaginają czas i przestrzeń, zemsty po latach i inne mroczne żądze jakoś na tym tle wypadły mi blado. Wolałabym się dowiedzieć, co z ta „gorszą przyjaźnią” Moody’ego i Gascoigne’a; co zrobi ten idiota Pritchard, który ewidentnie ma ochotę być bohaterem innej, bardziej romantycznej powieści, ale za cholerę mu nie wychodzi; jak Balfour i Nilssen oderwą się od swoich protektorów i jak staną na własne nogi; jak Devlin odnajdzie się w nowym miejscu i Quee w nowej sytuacji życiowej. I takie tam różne michałki. A intryga z morderstwem, złotem i spiskiem to mnie obeszła bokiem.
    Co do rozpisek gwiezdno-planetarnych, to odnoszę wrażenie, że o ile w pierwszej części odnoszą się do bohaterów występujących w danym rozdziale, o tyle w trzeciej części (tej dotyczącej wcześniejszego roku) obrazują raczej rozkład sił, patronujący danej scence, na zasadzie, kto i dlaczego, do tego doprowadził. Ale to jedynie koncepcja, bo o astrologii wiem mniej, niż nic, musiałam nawet sobie druknąć tabelkę z symbolami znaków zodiaku, bo mi się myliło jedno z drugim. Do tego stopnia, że dopiero po kilkuset stronach załapałam, że bohater, którego uznałam za najsympatyczniejszego, jest spod mojego znaku zodiaku.
    A i przyznam, że miałam skojarzenia „Wszystko, co lśni” z „Kwinkunskem” Pallisera, ale Palliser całkiem świadomie machnął ręką na charaktery bohaterów, więc analogia dotyczy tylko struktury, czasów i objętości książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "tylko brakuje książki kucharskiej, żebyśmy dotarli do poziomu almanachu babci Helenki" - doskonałe jest to podsumowanie :-)! Kwestii Chińczyków bardzo brakowało - dla mnie to nie wynika z jakiejś próby dekonstrukcji kolonializmu, ba, wręcz przeciwnie. Postaci nie-białe są zepchnięte do roli tła tak naprawdę - jak Tauwahre, tak Quee i Sook. Można by to interpretować w ten sposób, że skoro mówią po angielsku nie tak dobrze, jak pozostali, to nie mają też za dużo czasu od narratora, ale tym bardziej wydaje mi się to przykre, jakby nie do końca stał za tym pomysł - jakby mieli tylko wypełniać to dość jednostajne tło.

      A tak na poważnie - mam wrażenie, że część postaci gwiezdnych też obrano z charakteru: Nilssen, Frost, Clinch - oni właściwie są postaciami mocno wycofanego tła, dostali po jednej cesze dystynktywnej, roli do odegrania w intrydze ze złotem, i tyle. Ale zgadzam się, że postaci planetarne już w ogóle oberwały tym sposobem pisania: trafnie zauważasz, że Anna raz jest spokojnym dziewczęciem, któremu się w życiu nie powiodło, raz pewnym siebie wampem, raz intrygantką - ale że to nie tyle jest wpisane w postać, co w rolę, jaką w danej chwili ma do odegrania (i nawet to, że księżyc jest zmienny, nie wydaje mi się tu przekonujące, bo to nie bohaterka ma zmienny charakter, tylko autorce zmienia się pomysł na nią). Zresztą autorka często pisze postać w danej scenie tak, jak jest jej wygodnie, a nie konsekwentnie (Gascoigne tym obrywa - jego zauroczenie Lydią, chęć niesienia pomocy innym, wszystko znika, pałeczkę przejmuje Devlin, w pewnym momencie te postaci się jakby wymieniają - i nie sądzę, żeby to było uzasadnione ich "astrologicznymi reprezentacjami"). Ta koncepcja z Anną-księżycem i jak jest opisywana mi się podoba, myślę, że można by ją było spróbować obronić (Tawhare jednak był mścicielem ojca jej dziecka, czy nie tak?).

      Z Emerym z kolei miałam tak, że jak był opisywany przez inne postaci, zupełnie go nie widziałam (w końcu słońce oślepia, jeśli się na nie patrzy prosto ;-)), a jak się pojawił - zwłaszcza z roku 1865 - to mi się złożył w całość. Nie do końca widzę jego motywacje, ale on też jest tak napisany, że właściwie nawet mieć by ich nie musiał. Zastanowiło mnie natomiast, skąd ta wielka fortuna Emery'ego, skoro ze scen z życia Crosbiego wynika, że miał tylko ten samorodek od CW, od ojca nic nie dostał, nie zdążył za wiele zarobić, długi miał u FC...

      Proces był wg mnie cudownie zmontowany, fajnie była wreszcie pokazana ta wielogłosowość, która miała być chyba atutem części pierwszej, ale nie była, Moody nabrał życia - przy czym jego interesy nieźle się splotły z osobami, które reprezentował - no, innymi słowy, będę tej części broniła. Chociaż to, co piszesz o tym, jak można było poprowadzić inne postaci bardzo mi się podoba. Można by tu było wreszcie tchnąć nieco życia w potwornie papierowego Sheparda też.

      Hm, no właśnie dla mnie te tabele za każdym razem miały odzwierciedlać sieć wpływów i zależności - dlatego tam, gdzie nie ma kogoś, tam jego symbol powinien zniknąć, albo zostać przypisany komu innemu. Natomiast nic nie wskazuje na to, że Crosbie przejąłby w 1865 znak Moody'ego.

      Nie czytałam Pallisera, ale na blogu Tarniny widziałam podobne skojarzenie: http://czytamtoiowo.blogspot.com/2015/02/zoto-czy-tombak-wszystko-co-lsni.html, więc pewnie macie rację :-).

      Usuń
    2. Mnie zabrakło przy tej części procesowo-zemstowej bohaterów z poprzedniego odcinka. No bo jak, tłuczemy te dwanaście postaci na okrągło, a potem, puff i jeden znika zupełnie, drugi pojawia się na trzy zdania, trzeci wykonuje jakieś charakterologiczne "hop, siup, zmiana dup" z czwartym. A intrygi Lydii i Carvera naprawdę mnie obeszły bokiem, zwłaszcza ten Carver, co miał za dużo mroczności, a za mało życia w sobie. Może autorka, zamiast pisać powieść totalną, machnęłaby jeden tom o zwykłym życiu w Hokitika, a drugi o nadnaturalno-kryminalnych miszmaszach? Ale, z drugiej strony, nieładnie komuś czynić takie uwagi, jak już wysmażył te tysiąc stron. :)

      Co do Chińczyków, to w tej scenie, jak do Emery'ego dociera, że swoją intryga pt. "jak wykołować Carvera" ukrzywdził Quee'ego, pomyślałam - zupełnie jak autorka, też tak poszła w te machinacje astrologiczne, w te zawijasy fabularne, w te zbiegi okoliczności - że nieszczęsny Quee został potraktowany z lekka z buta. I to razem z Tauwhare'em.

      Odnosząc się jeszcze do komentarza poniżej - o, właśnie, ta scena z Devlinem, Anna i Tajemniczym Dokumentem! Ta życzeniowość w zmianie zachowania Anny też mnie zabolała. Ogólnie, z lekka mnie irytuje takie fastrygowanie fabuły elementem nadprzyrodzonym.

      A tak w ogóle, to żeby nie było, że tylko psy wieszam, to kiedyś jeszcze wrócę; w sumie lubię czytać rozmowy o niczym :). Poza tym takie kobyły zawsze lepiej czyta się na drugi raz. Pamiętam, że "Kwinkunksa" przy pierwszym czytaniu niemal nie rzuciłam w kąt, bo szło mi jak orka na ugorze. A po roku, jak wzięłam do ręki, jak już wiedziałam, czego się spodziewać, a czego nie, kto jest kto, i jak mniej więcej układa się bieg wydarzeń - dwa razy większa przyjemność. Przy "Lodzie" z kolei miałam ochotę palnąć bohaterów w czajnik, żeby zaczęli jasno się deklarować, kto, z kim i dlaczego,a przy okazji zażądać od narratora konkretnych działań usprawniających bieg wydarzeń - a przy powtórce zakochałam się na amen. Więc może i z "Wszystko, co lśni" będzie podobnie.

      Usuń
    3. To prawda, w części procesowej większość bohaterów pojawiła się epizodycznie, żeby zeznać to, co zostało umówione. I może dlatego ta część jest tak dobrze zmontowana - bo nie jest rozpisana na 12+ postaci, ale koncentruje się zaledwie na kilku, z wyraźną osią w postaci pomysłów Moody'ego. I w sumie ja nie mam nic przeciwko wplataniu wątków kryminalno-nadnaturalnych, ale kurczę, niech to będzie zrobione dobrze, a nie po łebkach (niech będzie powieść totalna, ale nie taka, że jak bohater przestaje być potrzebny, to przestajemy o nim pisać).

      A co do drugiego czytania cegiełek ;-), to w sumie nie mam chyba zdania. Faktycznie lepiej się czyta, jak już wiadomo co i jak, można się bardziej zachwycać konstrukcją. Ale w tym wypadku to ja się zachwyciłam już konstrukcją i nie wiem, czy znajdę tam coś jeszcze. Ale nie mówię nie, może kiedyś. Zobaczymy.

      PS A "Lodu" fanką jestem od pierwszego przeczytania - to inny temat, ale nie mogłam się powstrzymać ;-).

      Usuń
  3. Po pierwsze – pójdziesz Pyzo do piekła za wciąganie w dyskusję osób, które mają teraz pisać pracę licencjacką i robić sto tysięcy innych ważnych rzeczy! Ale musiałam, nie zasnęłabym chyba, nie odzywając się tu, honor recenzenta by mi nie pozwolił :)

    Tyle, że to właściwie nie będzie polemika z tym co napisałaś (zwłaszcza, że mam krótką pamięć i przez te pół roku od przeczytania tej powieści sporo szczegółów mi się zatarło, a swojego egzemplarza niestety pod ręką nie mam, bo koleżanka pożyczyła i trzyma), ale krótki opis, jak ja to widzę.

    To prawda, że konstrukcja jest tu najważniejsza. Stąd programowa marionetkowość postaci, rzeczywiście pełnią rolę pionków na planszy, ale jeśli taka była koncepcja, to czemu nie? Pierwsza część jest faktycznie rozwlekła, ale tutaj – znowu koncepcja, plus jeszcze ta inspiracja stylem XIX-wiecznych powieści, i wszystko się ładnie zgadza. Nie powiem, że mnie nie drażniły te szczegółowe opisy, bo drażniły, ale drażniła mnie też narracja Manna w „Buddenbrookach”, siedziałam w tym ich wielkim domu, oglądałam z bliska każdą plamkę na ścianie i każdą gałkę w drzwiach, wdychałam kurz, nudziłam się jak mops i po ostatniej stronie poczułam ulgę, ale nie powiedziałabym nigdy, że to zła książka. Po prostu tak ta historia miała być opowiedziana. I to samo u Catton.

    Poza tym ważniejszy niż zgłębianie psychologii postaci jest we „Wszystkim, co lśni” klimat, więc moim zdaniem skąpe dawkowanie informacji o świecie wewnętrznym bohaterów – zwłaszcza niektórych – działa na plus. Co do Anny na przykład – pomijając fakt, że mnie się te zmiany jej charakteru nie wydały zbyt drastyczne, z dziewczątka w wampa nie zmieniła się z dnia na dzień, ale bodajże w ciągu kilkunastu miesięcy, które były dla niej ciężką szkołą życia, więc ta przemiana wydaje mi się akurat dość wiarygodna – jej lekka nieprzewidywalność sprawiła, że była bardziej tajemnicza, nie z tego świata. I intrygowała.

    To chyba kwestia tego, czego się od powieści Catton oczekuje. Ona po prostu z założenia miała zachwycać pomysłową i dobrze zrealizowaną – moim zdaniem – koncepcją, miała być zwinną sztuczką pisarską, a nie powieścią psychologiczną czy malowniczą panoramą Nowej Zelandii. Nie miała być też zresztą wciągającym kryminałem, bo przy tym wiktoriańskim stylu byłoby to trudne, dlatego zgadzam się z tobą, że opinia z „Guardiana” może być myląca. Ale na „Wszystko, co lśni” patrzę jednak dużo przychylniejszym okiem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, mam jednak nadzieję, że zostanie mi to policzone na plus - wiesz, zapewnianie ludziom przerw w nauce to jest jednak bardzo cenna sprawa, trzeba je robić i ja jak ten dobry duszek... ;-)

      No dobrze, to się postaram odnieść i obronić :-). Tak jak napisałam: ja doceniam całą konstrukcję i pomysł, ale to nie oznacza, że uważam książkę za doskonałą. Ona jest dobra w tej kategorii, w jakiej da się ją umieścić, ale to jest taka książka, którą widać, że autor chce, by rozbierano na czynniki pierwsze i analizowano - a nie do końca wcale taka "do czytania". Może to jest trochę naiwny podział, ale im jestem starsza, tym eksperymenty literackie bardziej mnie nużą - bo oczywiście, że ciekawa forma jest ważna, ale im mniej w niej treści, tym moim zdaniem gorzej dla powieści (zwłaszcza powieści!).

      I z tym klimatem właśnie miałam problem - bo jeśli by był,to wcale by mi nie przeszkadzała pionkowatość bohaterów ani brak opisów. Tylko że ja mam wrażenie, że autorka założyła, że ten klimat stworzy: rysunkami, informacją, gdzie i kiedy rzecz się dzieje, wzmiankami o spirytyzmie (który to wątek zresztą szybko porzuca) oraz garścią egzotycznych dla czytelnika spoza NZ zwierząt i roślin.

      Postać Anny - ale zobacz, na przykład w scenie, w której przychodzi do niej Devlin z tym nadpalonym papierem, ona na początku jest inna, a potem wstępuje w nią duch, i znowu jest inna. Nie da się tego wytłumaczyć inaczej niż przez wątki spirytystyczne, okej, można do tego tak podejść - ale gdybyż to jeszcze służyło czemuś więcej, niż aktualnemu interesowi autorki! A niestety mam wrażenie, że nie służy - i to mnie denerwuje.

      Natomiast zgodzę się w zupełności, że wszystko się rozbija o ten nasz horyzont oczekiwań względem samej powieści. Szkoda mi jest strasznie, że autorka poszła w zupełnie czysty formalizm - przy czym w odróżnieniu od Manna (ale zaznaczam, że Manna znam bardziej z teorii, niż z osobistej czytelniczej praktyki), z uszczerbkiem dla treści, nawet ten symbolizm niekiedy jest napisany, hm, podejrzanie (nie wiem, jakiego adekwatnego przymiotnika użyć).

      Usuń
  4. A propos języka, w angielskojęzycznych recenzjach kilka razy natknęłam się na to, że wytyka jej się błąd jaki zrobiła w podziękowaniach. Napisała (do swojego partner) "I to Thou" a powinno być "I to Thee". Jak na autorkę, która dołożyła tyle starań żeby jej język odpowiadał epoce, to jest to troszkę żenujące.
    (Gwoli świsłości: thou i thee to staroangielskie formy you, thou używane w mianowniku, a thee odpowiada polskiemu tobie)

    Fajna, rzetelna recenzja, która niemniej utwierdza mnie w przekonaniu, że raczej nie warto sięgać po książkę. Jakby była znacznie krótsza, to pewnie bym się skusiła. Ale nie chce mi się czytać takiego tomiszcza, żeby potem wzruszyć ramionami i stwierdzić, że książka była co najwyżej "ok".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, nie wiedziałam - to dziwne, i że redakcja tego nie wyłapała...? Jeszcze w kwestii języka i tłumaczenia, też a propos tego, co w komentarzu na samej górze napisała @Anna, może zamiast dziwka ekwiwalentem "whore" z epoki byłaby "ladacznica"?

      Wiesz, po książkę zawsze warto sięgnąć, chociażby po to, żeby sobie wyrobić własne zdanie. Ale osobiście nie będę Cię do tej książki zachęcać, bo naprawdę uważam, że można ją przeczytać, ale też nie jest to aż taka literacka uczta czy fascynująca fabularna przygoda. W sumie to "ok" dobrze ją podsumowuje ;-).

      Usuń