O kartach z książek albo podróż sentymentalna



Dzisiaj będzie odrobinę podróż sentymentalna, a odrobinę o tym, jak się potrafią zmienić rzeczy, które wydawały się niezmienne. To znaczy będzie ni mniej, ni więcej, ale o kartach książek z biblioteki. Trochę na zasadzie Proustowskiej magdalenki, a trochę jeszcze ciągle w kontekście różnych książkowych znalezisk.


Nie wiem, jak szybko do Waszych bibliotek dotarła komputeryzacja. Bardzo sobie ją chwalę. Mogę nie ruszając się z domu sprawdzić, czy interesująca mnie książka znajduje się w bibliotece, czy jest dostępna albo czy ktoś ją wypożyczył (sprawa kluczowa to oczywiście: kiedy powinien oddać), jak wyglądają kolejki do wybranych pozycji, i w ogóle radośnie pogrzebać w katalogu, co zawsze z chęcią czynię, bo przy okazji jednej książki trafiam na drugą, coś sobie przypomnę o jeszcze innej i tak dalej, i tak dalej.

Ale oczywiście nie zawsze tak było. Doskonale pamiętam moją pierwszą bibliotekę, a była to biblioteka mojej szkoły podstawowej. Katalog stał w charakterystycznej szafce z wąskimi, wysuwanymi szufladami zupełnie z boku, sam, zakurzony, nie odwiedzany. Czasami dla zabawy przeszukiwaliśmy go w poszukiwaniu jakiejś książki, ale że nikt go przez lata nie uzupełniał ani nie wyrzucał z niego kart książek już od dawna zubytkowanych, to był straszliwie wręcz nieaktualny. Właściwie służył głównie temu, żeby pani bibliotekarka nasza wzdychała, patrząc na niego i wskazywała go nam jako taki ślad wielkiej przeszłości, kiedy książki były trudno dostępne, ludzi w bibliotece – która była przy okazji biblioteką gminną – dużo, a personelowi się chciało (i musiał) uzupełniać katalog.

 A jako ilustracje - steampunkowe sowy, bo co innego może się
tak doskonale kojarzyć z tematem? Źródło.

Przez jakiś czas nawet robiliśmy na własną rękę karty do tego katalogu i wsuwaliśmy je po cichu do odpowiednich szufladek, żeby w ten sposób po kryjomu uzupełnić zbiory. Było to chyba bardzo nielegalne, ale nikt nie zwrócił nam na to uwagi, no bo w końcu nieźle się z tym kryliśmy, a poza tym do katalogu poza nami – wyjaśnię może, że pod "nami" kryje się taka grupa, która się zawsze chyba w szkolnej bibliotece uformuje, czyli tych 4-5 osób, które lubią tam spędzać przerwy, fascynuje ich cały mechanizm działania instytucji, no i wówczas też robienie gazetek ściennych było całkiem niezłą frajdą, zwłaszcza, że sami mogliśmy wymyślać tematy – do katalogu nikt nie zaglądał. To zaspokajało chyba naszą dziecięcą potrzebę porządkowania świata.

Punktem kulminacyjnym w przygodzie z tą biblioteką było zaznajomienie nas z całym systemem wypożyczania książek i odpisywania ich z kart, kiedy wracały. Każdy miał swoją kartę – ambicją było oczywiście zapełnienie jej, bo wtedy dostawało się drugą, doczepianą spinaczem do pierwszej, i już objętościowo było widać, kto był czytelnikiem prima sort, kto takim umiarkowanym, a kto czytywał tylko lektury; pamiętam, że niedoścignionym wzorem była jedna ze starszych pań, która przychodziła do biblioteki co wtorek (to był dzień, w którym biblioteka szkolna była otwarta dłużej, bo zmieniała się w bibliotekę gminną), wypożyczała reklamówkę książek, oddawała takąż reklamówkę, i miała tych kart pospinanych ze sobą mnóstwo. Do końca szkoły podstawowej dociągnęłam chyba do trzech czy czterech, a to był też niezły wynik.


Ale oprócz naszych kart karty miały też oczywiście książki. Proces wypożyczania polegał więc na tym, że z książki przedłożonej na biurku bibliotekarskim wyciągało się jej kartę i wpisywało jej numer do rubryczki na karcie wypożyczającego, opatrując wpis odpowiednią datą. Potem kartę wypożyczającego odkładało się do otwartego pojemnika z przegródkami pod właściwą literę alfabetu – literę zaczynającą nazwisko rzeczonego – a karty książek obok, do pudełka z przegródkami z numerami książek w tysiącach (albo setkach – pamięć podpowiada te tysiące, ale jestem niemal pewna, że tysięcy woluminów to ta moja biblioteka z żadnej strony nie posiadała). Kiedy książka wracała, szukało się jej karty, uzupełniało datę oddania, wkładało z powrotem do książki, czyniło się też odpowiedni wpis na karcie czytelnika.

Brzmi trywialnie, prawda? Ale wtedy wydawało się nam wszystkim – wtajemniczonym – że to najczystsza magia.

No właśnie – wtajemniczonym. Bo przecież nie każdy umiał ten, jak nam się wtedy wydawało, mistyczny i skomplikowany proces wprawiać w ruch. Od czasu do czasu pani bibliotekarka pozwalała któremuś z nas pod jej okiem wypożyczyć komuś książkę albo ją z czyjegoś konta odpisać. To był chyba najwyższy przywilej. Układanie odpisanych książek na półkach nie cieszyło się już takim powodzeniem. Trzeba było taszczyć ze sobą spore stosy, szukać miejsca, gdzie leżały, zanim zostały wypożyczone, skakać po drabinach, walczyć ze zsuwającymi się ciągle albo wypadającymi z półek innymi książkami – koszmar po prostu. Dla osoby takiej jak ja, czyli nie przepadającej za odrywaniem się od ziemi, przygody z drabiną nie wydawały się nęcące. A jednak czasami trzeba było jej używać (pamiętam, że regał z literaturą młodzieżową był wysoki i że Bahdaj, którego bardzo lubiłam i który rozczarował mnie chyba tylko "Telemachem w dżinsach", stał niemal na samej górze, bo zaczynał się na "B" i wyprawa po niego była dla mnie zawsze przedsięwzięciem – czasami udawało się namówić kogoś, kto też miał oko na autora na "A", "B" lub "C", żeby przy okazji ściągnął mi Bahdaja, ale bywało różnie).


Pamiętam, że wychodząc w świat z podstawówki miałam takie wrażenie, że umiem się dobrze poruszać po bibliotece. Dlatego kiedy okazało się, że kolejna szkolna biblioteka jest już skomputeryzowana, przeżyłam lekki szok. To znaczy nie tyle dlatego, że – wspominałam już o tym tutaj – była wyposażona powiedzmy tak sobie, a już miała katalog komputerowy i w ogóle, ale też dlatego, że karty książek odeszły do lamusa (no i trudniej było się zorientować, kto ile przeczytał, jako że tych spinanych kart czytelnika też już nie było).

Przypomniałam sobie o tym wszystkim ostatnio, kiedy z wypożyczonej z jednej z moich starych bibliotek książce znalazłam jej kartę. Była cała pożółkła (inna sprawa, że duża część tych kart była produkowana z tego fabrycznie żółtawego, sztywnego papieru), wypełniona różnymi charakterami pisma, czasami starannie, kiedy indziej ledwo można odcyfrować datę. Do czasu, kiedy pełniła swoją funkcję, książki nie wypożyczyły żadne tłumy, raptem kilka osób. To też w tych kartach lubiłam – że było wiadomo, jakim książka cieszyła się powodzeniem (albo jakim się nie cieszyła). Dawało to jakąś taką łączność z poprzednim czytelnikiem, który na przykład męczył się z nią od września do stycznia albo oddał po zaledwie dwóch dniach (i wtedy: bo tak go wciągnęła, czy aż tak się mu nie podobała, że postanowił szybko się jej pozbyć?). Teraz ta karta tkwi trochę bezużytecznie w książce. No, może nie do końca bezużytecznie, bo daje okazję, żeby powspominać. Zresztą, gdzieniegdzie jeszcze te papierowe systemy wypożyczeń się uchowały. W sumie taka karta to teraz trochę taka zakładka z przeszłością.

A Wy znajdujecie czasem jeszcze takie karty? A może korzystacie jeszcze z bibliotek z takim systemem wypożyczeń?

_________________

Jutro za to będzie też o książkach, oczywiście, ale nie w kontekście bibliotecznym, tylko zakupowym.

Weź dokładkę!

19 komentarze

  1. W "mojej" bibliotece jeszcze sa papierowe karty i katalog z szufladkami. I jakoś tak... przy wszystkich zaletach komputerów i wszystkich problemach z papierem, jakoś mi się to podoba. Po prostu w kontekście całego mojego zbioru skojarzeń i wyobrażeń związanych z biblioteką - to pasuje, ma własciwy "smak" i klimat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie już katalogi komputerowe to jest właściwy klimat, ba, czasami się nawet denerwuję, jak takiego nie ma, a ja koniecznie muszę sprawdzić, czy warto do biblioteki iść po jakąś konkretną książkę, a nie po prostu poszperać i coś fajnego znaleźć ;-). Ale tak, te karty są dla mnie też podstawowym skojarzeniem, właśnie przez te historie z dzieciństwa.

      Usuń
  2. Moje historie biblioteczne są nader skromne. W moim małym miasteczku nigdy nie moglam znaleźć dla siebie ksiazek, dlatego szybko nauczylam sie kupowac ksiazki w internetach, albo jezdzic do odleglych krain po nie (pamiętam w czasach wczesnego gimnazjum jak jezdzilam za Tacytem po całej Łodzi). Stad dorobilam sie wielkiego ksiegozbioru o starozytnym rzymie. Do bibliotek zostałam zmuszona odkad podjelam decyzje o pisaniu biografii Heydricha i okazało sie, ze wiekszosc gazet z okresu znajduje sie w bibliotece narodowej w lipsku, czy w roznych bibliotekach uniwersyteckich na terenie niemczech. Wczesniej probowalam korzystac z mojej biblioteki uniwersyteckiej, ale oczywiscie nic tam nie ma, na temat, na który chce pisac. No a w Niemczech zastały mnie magiczne karty na ktore laduje sie pieniadze i kseruje sie wkladajac ta karte, z ktorej centy sa odliczane co strone. Biblioteka lipska za to kosztowna przy wstepie bo na wjazd od glowki 6 euro za dwa dni, za to kopiowac mozna za pomoca aparatów (przy czym nie wzielam aparatu ze soba i i tak skonczylo sie na kserze). ale klimat jest tam niesamowity, moznaby rzec, ze namodlony i jest to ten typ biblioteki, ktora widzi sie na filmach. A myslalam ze takich nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też mam same dobre wspomnienia z niemieckimi bibliotekami (przynajmniej tymi dużymi, z lokalnymi nie miałam póki co styczności). Tę lipską widziałam jedynie z zewnątrz, ale wierzę, że od środka musi być cudna :-). Przy czym w ogóle lubię takie myślenie o architekturze użytkowej - a biblioteka jest przecież użytkowa - gdzie łączy się tradycyjne, stare formy z nowymi, ze szkłem i betonem, i lakierowanym drewnem, i to wszystko razem daje taki dobry klimat właśnie.

      Usuń
  3. Tak, czasami znajduję takie karty :-) W bibliotece, z której teraz najczęściej korzystam jej system wklejania kartek na pierwszą stronę, takich niewielkich, na których odbija się datę oddania książki, ku pamięci czytelnika. Ale w moim mieście rodzinnym wciąż są karty czytelnika i książek:-)

    A co do szafek katalogowych - czasami biblioteki wyprzedają takie szafki za nieduże pieniądze (http://tnij.org/10bxhhs).

    Pozdrawiam:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, czy można też kupić czyste karty... Fajnie byłoby mieć taki prawie prawdziwy katalog domowej biblioteczki :) Tylko wtedy musiałabym się nauczyć pilnowania porządku na półkach.

      Usuń
    2. @Prowincjonalna nauczycielka - ojej, trochę jak w niektórych archiwach :-). Ale to jest fajne podejście, można poczuć taką więź z tym poprzednim czytelnikiem, bardzo miła sprawa (chyba, że akurat to on nam wyplamił książkę - wtedy wiadomo, na kogo fukać ;-).

      @Prowincjonalna nauczycielka i @Procella - a wiecie, widziałam gdzieś, i chyba była to strona IKEA, tam mają taki dział "zaglądamy do mieszkań" albo coś w tym rodzaju, dziewczyna urządziła mieszkanie, w tym swój pokój, wykorzystując właśnie te szafki katalogowe znalezione na takiej dokładnie wyprzedaży. Odnowiła taką szafkę i potem trzymała w niej już nie pomnę co, ale na pewno nie katalog domowej biblioteczki :-). Strasznie mi się wtedy ten pomysł spodobał i może kiedyś sama taki uskutecznię, bo to by było bardzo miłe ożywienie wspomnienia (można w tym np. trzymać skarpetki, ale to mało romantyczne, za to jakie praktyczne ;-)!).

      Usuń
    3. http://biblioteczne.pl/ ;)

      Usuń
    4. Cały nowy wszechświat się przede mną otworzył! I mają podpórki do książek! Och, pensjo, jak miło było cię poznać, będę tęsknić ;-). Strasznie jestem łasa zawsze na te najmniej w sumie istotne w domowym księgozbiorze rzeczy ;-).

      Usuń
    5. Sama nic tam nie zamawiałam, ale moja biblioteka wszystkie gadżety ma właśnie z tej strony;) Życzę miłych zakupów;)

      Usuń
  4. Jak w zeszłym roku zapisywałam się do biblioteki - po latach nie korzystania z niej - to byłam bardzo zdziwiona (i trochę rozczarowana chyba), no bo jak to tak bez kart i tradycyjnych katalogów? Na pociechę jedną kartę znalazłam zapomnianą w książce zamówionej z magazynu - z jakąś dziwną przyjemnością zauważyłam, że książka nie była często wypożyczana. Pamiętam jak w podstawówce lubiłam znajdować na regałach właśnie takie mało czytane książki i je wypożyczać, z taką dziecinną myślą, że książce będzie miło, że ktoś ją w końcu przeczyta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w ogóle usprawniało proces znajdowania samodzielnie mało czytanych książek. I w sumie przyznam się, że też lubiłam dawać książkom to czytelnicze życie - bo wiadomo, że jest im miło, jak się je czyta ;-).

      Usuń
  5. o jejku - uwielbiam biblioteki, korzystam z nich od maleńkości

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie sam pomysł bibliotek jest wciąż fascynujący - że dostajesz za darmo dostęp do tylu książek. Cudna sprawa :-).

      Usuń
  6. Widzisz, biblioteka w której pracuję pełną komputeryzację przechodzi właśnie teraz - katalog komputerowy był już od dłuższego czasu, ale książki pożyczamy w nowy sposób właściwie dopiero od tygodnia. Jest z tym trochę zamieszania, ale też sprawia mi to mnóstwo radości, bo dużo się dzieje;) A jeśli chodzi o karty książek... po namysłach stanęło na tym, że karty w książkach zostają, ale już nie będą uzupełniane o nowe wpisy (mówimy czytelnikom, że mogą ich używać jako zakładek;) Więc nadal będzie można sprawdzić, jakim powodzeniem cieszyła się kiedyś dana książka.
    I wiesz, co? Cieszę się z komputeryzacji, to naprawdę powinno wszystko usprawnić. Ale sentyment do starego sposobu wypożyczania i do starych kart pozostał;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, to na pewno - i jest chyba dużo szybciej tak w ogóle (a macie tego pikacza do kodów kreskowych? Bo pamiętam z jednej z moich bibliotek, że on się zupełnie nie sprawdzał i ostatecznie trzeba było wstukiwać cyfry ręcznie - ale z kolei w innej ten pikacz sprawia, że się wypożycza z prędkością światła, więc pewnie kwestia pikacza :-)).

      Usuń
    2. Mamy! I sprawdza się bardzo dobrze, czasem tylko wyskakuje komunikat "błędny kod" albo w ogóle nie chce odczytać kodu - ale to raczej problem z folią, w którą są obłożone książki. Teraz wypożyczanie jest bajecznie proste;) I szybkie;)

      Usuń