Pod rękę z autorem albo o moich ukochanych szkolnych lekturach


Dzisiaj będzie, jeśli chodzi o temat lektur, wpis taki raczej oczywisty; innymi słowy, chciałam się podzielić moimi ulubionymi szkolnymi lekturami. Zerknęłam więc na listy lektur, żeby sobie przypomnieć, co mi się tak tam podobało, odkryłam, ile się pozmieniało (więc jeśli ktoś z Was którejś z poniżej wymienianych nie miał za lekturę, nie ma się czemu dziwić), powypisywałam ulubione i... Trochę się zasmuciłam, bo stwierdziłam, że to są w sumie takie książki, co to się podobają wszystkim, więc co w takim wpisie ciekawego.

Wtedy wpadłam na pomysł, żeby przeprowadzić mini badanie focusowe w domu i zobaczyć, jak na tę listę zareagują domownicy. Kot wysłuchał mnie z kamiennym spokojem, jako że temat lektur jest mu obcy (może poza lekturą składu jego karmy). Natomiast mój ulubiony domownik co drugą lekturę przeze mnie wymienianą kwitował wykrzyknieniem „O Jezu!” albo ewentualnie przewróceniem oczami. Uspokoiłam się więc, że wcale nie jest tak, że wybrałam zupełne klasyki, które wszyscy kochają. Nie byłoby nic złego, gdyby tak było – ale z drugiej strony nie byłoby też wtedy żadnego elementu zaskoczenia.

Jak wspominałam, listy lektur wyewoluowały nieco od czasu, kiedy skończyłam szkołę, więc podejrzewam, że część z tych książek już może lekturami nie być, za to na pewno pojawiło się sporo nowych pozycji na listach. Wyszłam z założenia, że wybieram książki, które poznałam w charakterze lektur, a nie takie, które bardzo lubię i teraz są na listach lektur („Hobbit”) albo takie, które przeczytałam zanim dotarła do mnie wiedza, że to lektura („Ania z Zielonego Wzgórza”). Zrobiłam jeden mały wyjątek, ale poza tym trzymałam się tego klucza. A teraz nie przedłużając – moi lekturowi ulubieńcy!


Dawno nie było żadnych zwierząt ilustrujących wpis. Także dzisiaj -
szczęśliwe wydry! Źródło.

Dżuma”
To jedna z tych historii miłości od pierwszego wejrzenia poprzedzonych niechęcią. Podchodziłam do „Dżumy” jak pies do jeża, bo wszyscy naokoło powtarzali, jakie to potwornie nudne. Poza tym strasznie nie lubię powieści, w których od punktu wyjścia wiem, że stanie się coś okropnego – a już sam tytuł mówi wiele, nie trzeba nawet słuchać pojękiwania uczniów klas starszych, żeby wiedzieć, o czym będzie mowa. Także wypożyczyłam tę „Dżumę” w ostatnim rzucie przed maturą, zasiadłam w przyciągniętym pod okno fotelu i przepadłam. Ta książka nie dość, że jest znakomicie skomponowana – poczucie zagrożenia narasta w odpowiednim tempie, ani za wolno, ani za szybko, ale nieuchronnie – to jeszcze dostajemy naprawdę barwną paletę bohaterów, wśród których każdy może znaleźć kogoś, komu będzie kibicował, a kogo nienawidził. Do tego dochodzi świetny język – ani grama kiczu czy patosu, o co byłoby łatwo. No i w „Dżumie” jest jeden z moich najukochańszych motywów literackich – czyli pisarz, który tak bardzo chce napisać doskonałą powieść, że nie umie wyjść poza pierwsze zdanie, polerowane godzinami: W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego (przyznajmy szczerze, to wcale nie jest zdanie idealne, więc coś w tym jest).



Plastusiowy pamiętnik”
Już o Plastusiu pisałam, więc nie będę się rozwodzić, ale jakiż to jest doskonały pomysł na opowieść dla dzieci. Po pierwsze, bohaterka ma aktywny wpływ na powstanie Plastusia, nie dostaje go w żadnym darze i nie spada on jej z nieba. Po drugie, okazuje się, że nawet najlepiej znana przestrzeń (piórnik) wcale nie jest taka znowu sielska i widziana z innej perspektywy może dostarczać interesujących – czasami aż za bardzo – przeżyć. I po trzecie, to jest taka fabuła, którą można łatwo przesłodzić, a jednak w tym przypadku się to nie dzieje. Lubię do dzisiaj zajrzeć do „Plastusiowego pamiętnika” dla tego magicznego poczucia, że nawet przy ograniczonych możliwościach i miejscu tak zwyczajnym, może się w życiu dziać tyle pięknych i niesamowitych rzeczy.

Lalka”
To była ta lektura, którą przyniosłam do domu w kilku tomach i pomyślałam, że o rety, trochę spędzę nad nią czasu. I w sumie ani się obejrzałam, jak mi się te tomy pokończyły. Jestem chyba w ogóle tym rzadkim przypadkiem, który nie widział ani filmu, ani serialu, więc nie miałam pojęcia, o co w ogóle chodzi i jak to się ma skończyć, więc pochłaniałam powieść Prusa godzinami właściwie bez przerw, żeby zobaczyć, co będzie dalej. Uwielbiam sceny spacerów Wokulskiego i widoki na paskudne zakątki ówczesnej Warszawy. Doceniam pasaże z pamiętnika starego subiekta – ten Rzecki jest tak pięknie nieskomplikowany i pogmatwany naraz, i to straszne uwielbienie i wiara w Napoleonów! Denerwuję się na Izabelę, chichoczę na trafnym i wcale się nie starzejącym opisie studenckiego mieszkania, no ale mój najukochańszy motyw to zdecydowanie profesor Geist i jego metal lżejszy od powietrza. Idealnie łączy w sobie realizm takiego pozytywistycznego zacięcia do zmieniania świata na lepsze i dobry pomysł jak z science fiction. Plus te widoki na Paryż z kosza balonu zawsze pozwalały mi odetchnąć, tak są napisane (cudowne miał Prus wyczucie przestrzeni, chociaż podobno cierpiał na gefyrofobię, czyli bał się mostów – istotnego jednak składnika miejskiego życia).


Źródło. (Tu w ogóle zajrzyjcie, jeśli macie
niedostatek wydr w Waszym życiu)

Noce i dnie”
Kolejna lektura, z którą zwlekałam do końca liceum i tuż przed maturą postanowiłam jednak, że jak to tak, zostawić sobie jedną jedyną lekturę nie przeczytaną – przyniosłam sobie to takie wielotomowe, czerwone wydanie z wachlarzem na okładce (usiłowałam znaleźć, jakie to było wydawnictwo, ale nie znalazłam). To był przełom kwietnia i maja, pogoda była przepiękna i kiedy w czerwcu po maturach dawno nie widziana koleżanka zapytała mnie, jakim cudem się tak pięknie opaliłam (co było pytaniem zasadnym, ponieważ ja się opalać nie cierpię i zawsze jestem nobliwie blada), mogłam z czystym sumieniem odpowiedzieć, że dlatego, że się sumiennie przygotowywałam do matury. Spędziłam tydzień od rana do wieczora siedząc na podwórku i czytając, a że – jak wspominałam – było pięknie, to się przy okazji opaliłam, bo tak mi mijał sympatycznie czas na lekturze Dąbrowskiej. Oczywiście, że Barbara jest denerwująca, ale jak doskonale jest pokazane to młodzieńcze zauroczenie, które trwa w idealnym obrazku przez całe życie, żeby na koniec okazać się rozczarowującą mrzonką, przez którą życie przeszło obok – choć mogło być piękne, było pasmem zadręczania się. Bogumił jawił mi się jako człowiek idealny – zwłaszcza, że znosił Barbarę. Ale najbardziej upodobałam sobie Agnieszkę; to jest świetna, silna kobieca bohaterka, która ma jasne cele i dąży do ich realizacji, czasami idąc na kompromisy, ale tylko takie, które nie powodują, że czuje się brzydki posmak w ustach.


Akademia Pana Kleksa”
Z trylogią o panu Kleksie mam ten problem, że ani „Podróży”, ani „Tryumfu” specjalnie nie lubię (obiecuję sobie do nich wrócić i przekonać się, czy nadal tak jest), za to „Akademię” uwielbiam. Jasne, jest tam kilka wątków, które działają mi na nerwy (żywienie się piegami uważam za wysoce, hm, niesmaczne, no i dlaczego niby tylko chłopcy i tylko na „a”? To strasznie niesprawiedliwe!), ale z drugiej strony jaką cudowną stronę edukacji przed nami Brzechwa odsłonił! Trochę jak Hogwart, tylko że wcześniej i nad Wisłą. Przy czym postać szpaka Mateusza jest dokładnie taka, jaka powinna być postać takiego sidekicka: ma łatwo zapamiętywalną cechę charakterystyczną (wymawia tylko końcówki zdań), traumatyczną przeszłość owianą tajemnicą i drzemią w nim siły, które trudno na pierwszy rzut oka wyczuć (trochę jak z Kalcyferem w „Ruchomym zamku Hauru”, tylko mniej demonicznie). I ten fatalizm ukryty w samej postaci Kleksa, który wie, że zmierzch pięknego marzenia prędzej czy później nadejdzie, i właściwie nie można się mu przeciwstawić... Podoba mi się, jak Brzechwa wkomponował w „Akademię” treści łatwe i trudne, i że wcale czytelnik nie pozostaje po lekturze z takim radosnym „hopsasa”.



Potop”
To jest ten jeden wyjątek, który zapowiadałam na początku, bo „Potop” przeczytałam zanim poszłam do liceum – wiedziałam, że to będzie lektura i pomyślałam, czemu by się z nią nie zmierzyć szybciej? I nawet doskonale pamiętam, gdzie zaczęłam go czytać, a było to mianowicie na zebraniu spółdzielni mieszkaniowej, na które do dziś nie bardzo wiem czemu zabrała mnie babcia, żeby potem przez całe rzeczone zebranie powtarzać mi szeptem, że mam sobie nie przerywać i czytać dalej. No więc czytałam i wciągnęłam się niemożebnie – pal licho stylizację języka, która jest dość dziwna, i która zaciążyła chyba nad wszystkimi późniejszymi powieściami dziejącymi się mniej więcej w siedemnastym wieku, pal licho, że to apoteoza szlacheckiej kultury, która polegała w sumie na ciemiężeniu większości społeczeństwa, ale to się czyta jak dobrze napisaną przygodówkę. Potem mi trochę zachwyt dla „Potopu” zelżał, jak się okazało, że ten schemat on-ona-on jest jeszcze w innych powieściach Sienkiewicza, ale te pościgi, pojedynki, galopady, melodramatyczne napaści, wyznania i zdrady połykałam w błyskawicznym tempie, i nawet jeśli ten idylliczny obraz Sarmacji mnie dzisiaj drażni, to nadal nie odmawiam „Potopowi”, że jest doskonale napisany – tak, że to jest po prostu dobre do czytania.



Historia żółtej ciżemki”
Też już o tej książce wspominałam, więc znowu nie za długo. Główny bohater trochę ma szczęście, trochę go los popycha we właściwe miejsca, ale to miłe, że to talent pozwala mu na zmianę swojego losu. Do tego charakterystyka złego wiły jest taka, że to była jedna z tych postaci, które widywałam w dziecięcych koszmarach (wyglądał on wówczas, sama nie wiem czemu, jak Kopernik ze starych banknotów). Poza tym to jest też taka powieść, która przybliża historię w bezbolesny sposób – i świetnie gra z tym „zdarzyło się/nie zdarzyło się, ale mogło”, bawiąc się lukami w znanych przekazach historycznych. Plus ukształtowała niesamowicie sympatyczny wizerunek Wita Stwosza, który nigdy już nie był dla mnie jakąś tam sobie postacią historyczną. Wspominam też zawsze scenę rzeźbienia zwierząt do stajenki, gdzie Wawrzek poprawia wołu stworzonego przez kolegę – to świetnie pokazuje sposób, w jaki można myśleć o dziele sztuki: że to był raczej biedny wół, więc ciach-ciach, chłopak dorabia mu te zapadnięte boki i widoczne żebra. Mały wkład, wielki efekt, ale trzeba było pomyśleć.

Chłopi”
Zrobiłam do tej książki dwa podejścia i dopiero za drugim mnie oczarowała. Swój udział w tym, że pierwsze podejście spaliło na panewce miało też pewnie ciężkie, jednotomowe wydanie z małym drukiem, dlatego za drugim razem zaopatrzyłam się w rozpadający się i kompletnie zaczytany egzemplarz biblioteczny – czy raczej egzemplarze, bo tomów było po bożemu cztery. Zachwycił mnie ten obraz wsi, z tym panem i plebanem majaczącymi bardziej w tle, niż rzeczywistymi (no, ksiądz może bardziej), opisane z takim rozmachem i werwą, językiem trudnym, ale konsekwentnym. I jak doskonale potrafił Reymont obracać postaciami, żebyśmy najpierw nie lubili nadętego Boryny, a potem, jak już leżał i nie mógł się ruszać, mu współczuli. No i ta Jagna – czysta femme fatale, chociaż wcale nie w obcisłej kiecce z papierosem w długiej lufce. Ta niszcząca siła namiętności w ludowym stroju udała się autorowi znakomicie. Zawsze żal mi żony Antka i zżymam się na to, co się ostatecznie stało ze wszystkimi – ale na kompozycji mucha nie siada. Pomysł z tym, żeby zacząć z przybyciem żebraczki i z jej odejściem zakończyć, pokazując cały cykl przemian pór roku i wpisać to w rytm życia wsi – jaki to jest przemyślny, choć niby prosty, zabieg!



Nad Niemnem”
Już wiecie, że uwielbiam Orzeszkową i „Nad Niemnem”, więc się nie będę tak bardzo znowu uzewnętrzniać, powiem tylko, że „Nad Niemnem” ma oczywiście swoje wady: tę emującą Justynę na przykład, ale ma też tyle zalet – te doskonałe, powolne opisy, pozwalające się wręcz wczuć w krajobraz, te legendy, na których osnuwa się (znowu: powoli) opowiadana historia, no i pierwszorzędną intrygę. Po raz pierwszy czytało mi się tu zupełnie jak serial – będą razem? Nie będą? Kto im przeszkodzi? I czemu? Co to będzie?! Pamiętam, że czytałam to ponownie na dworze, ale tym razem słońca nie było, za to zerwała się jakaś straszna wichura, ale do domu ściągnęłam dopiero, jak zostałam przez rodzinę poinformowana, że wieje i że powinnam się ewakuować, bo oberwę po głowie jakąś gałęzią. To chyba dobra rekomendacja, jak „Nad Niemnem” potrafi człowieka wciągnąć.


Pan Tadeusz”
Fabuła fabułą – w „Panu Tadeuszu” lubię te przystanki na opisanie serwisu do kawy, sposobów podawania obiadu, wypraw na grzyby, opisu gęstwiny leśnej. Innymi słowy, cenię sobie wszystkie te obrazki z życia, trochę przeidealizowane, ale tchnące takim spokojem, brakiem pośpiechu, celebracją codzienności, która właściwie nie tyle jest celebracją, co jedynym właściwym i znanym sposobem obchodzenia się z tym, co w życiu robimy. Poza tym te historie Hrabiego, co to są bardziej anegdotami niż podgrzewającymi krew niewiast opowieściami (zbójcy spod Birbante Rocco, no ja przepraszam bardzo). I w sumie jak dla mnie, to już by się te zajazdy, romanse i zemsty po latach mogły wcale nie wydarzać. No i ten epilog jest taki przejmujący: że niby sielanka, ale coś w tej sielance jest pękniętego, nie wiadomo, czy ten happy end to czasem nie jest tylko ilustracja do ciszy przed burzą (to znaczy wiadomo – ale w samej treści i losach bohaterów). Poza tym, chociaż wyświechtana, inwokacja to jest doskonały opis tego uwielbienia swojego kawałka ziemi. No, lubę to, po prostu.

Uf, troszkę się rozgadałam, ale lubię opowiadać o książkach, które, no cóż, lubię. Podzielacie moją miłość do którejś z tych lektur – a może zupełnie odwrotnie? Mieliście swoje lektury, do których z chęcią wracacie albo takie, których bez wskazówek z listy raczej byście nie odkryli?

___________

Słuchajcie, logika podpowiada, żeby jutro była lista lektur, które napełniały mnie rozpaczą (nie jestem cyborgiem, kilku siwych włosów przy czytaniu lektur też się dorobiłam), ale żeby nie było nudno, to jutro będzie o lekturach, ale bardziej problematycznie.



Weź dokładkę!

56 komentarze

  1. Pamiętam do tej pory, jak żałowałam, że "Potop" skończył się tak szybko, a znajomi pukali się w czoło, że przecież to taka cegła była... "Chłopów" też przeczytałam z przyjemnością - mieliśmy obowiązkowe dwa tomy, łyknęłam wszystkie.
    Natomiast "Nad Niemnem"... brrrr... ciarki mnie przechodzą, ale to już wiesz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, "Potop" działa trochę jak serial, więc dobrze w sumie, że z tego wyszła "Trylogia", można sobie poczytać (na marginesie dodam, że z całej "Trylogii" to chyba najbardziej lubię jednak "Pana Wołodyjowskiego" - mimo zakończenia, które jest mało krzepiące ;-)).

      No wiem, wiem, ale może jeszcze kiedyś podejmę próbę przekonania Cię ;-).

      Usuń
    2. Nie da się, nawet wydry mnie nie przekonały, chociaż muszę przyznać, że prawie im się to udało :)

      Usuń
    3. OK, czyli już wiem, w jakim kierunku iść ;).

      Usuń
  2. Wymieniłaś tyle lektur, które sama lubię (i które już nie do końca pamiętam, ale od czego mam Kapitalną Klasykę - to dobra mobilizacja, żeby do tych książek wrócić;)
    "Potop", "Lalka", "Nad Niemnem", "Noce i dnie", "Chłopi", "Dżuma"...coś pięknego.
    Przyznaję się jednak, że "Pana Tadeusza" nie trawię i nigdy nawet nie przebrnęłam przez całość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No Kapitalna Klasyka się idealnie nadaje - ciekawa zawsze jestem, jak wypadają wspomnienia w konfrontacji z teraźniejszą lekturą; mnie się w przypadku tych wymienionych zdanie zasadniczo nie zmieniło, chociaż "Potop" teraz czytałam z trochę większą świadomością (tzn. ta apoteoza kultury sarmackiej już do mnie zupełnie nie trafia, ba, miejscami wydaje mi się jednak szkodliwym zabiegiem).

      A "Pan Tadeusz" chyba traci czytelników też przez formę - bo to jednak jest ten trzynastozgłoskowiec. Ja lubię, podziwiam kunszt, ubrać te wszystkie sceny w taką jednak dość rygorystyczną formę. No i mi nic tam nie przeszkadza, rozkoszuję się tymi opisami :-).

      Usuń
    2. W moim przypadku nie chodzi o formę. Ale rzeczywiście, to może być "problem" tej konkretnej książki.

      Też jestem ciekawa, jak wypadnie konfrontacja. Chociaż równocześnie trochę się jej obawiam. Ale raczej wyczekuję z niecierpliwością;)
      Właśnie wczoraj pisałam następny tekst do KK - o "Wiernej rzece". I przyszło mi do głowy: "a co by było, gdyby tę powieść napisał Sienkiewicz?" Bo Żeromski stworzył tam postać Wiesnicyna, który wypadł jak bardzo blada wersja Bohuna. Na podstawie tych przemyśleń doszłam do wniosku, że trzeba wrócić do "Ogniem i mieczem";) (pokrętna logika;)

      Usuń
    3. Ej, to jest w ogóle fajne pytanie, tak hipotetycznie sprawdzić, jak by wyglądała jakaś książka, gdyby ją napisał kto inny (myślę, że z odpowiadaniem byłaby masa radości :-D!).

      Usuń
    4. O tak, to świetna zabawa (tylko trzeba znaleźć kogoś, kto rozumie, z kim będzie się można taką wizją podzielić;)

      Usuń
    5. Myślę, że jest grono ludzi znających Józefa, z którymi by się to dało zrobić - tylko trzeba by ustalić wspólną listę przeczytanych lektur :).

      Usuń
    6. To jest wykonalne;) Swoją drogą, to byłoby dobre zajęcie na długi, deszczowy tydzień (że pozwolę sobie użyć mało subtelnej aluzji literackiej;)

      Usuń
    7. I przynajmniej żaden rabuś nie powinien się przyczepić ;).

      Usuń
    8. Jakby tak Prusa z Sienkiewiczem zamienić miejscami? Choć i "Trylogia", i "Lalka" kończą się tak, że bohater wysadza się w powietrze, więc już jakiś punkt do zaczepienia jest. :) Choć nie wiem, czy ciekawiej nie było zrobić roszadę "narodowościową" - gdyby tak "Lalkę" napisał Balzac, a "Trylogię" Dumas?

      Usuń
    9. Wiecie co, ja to bym nawet chętnie o czymś takim napisała, naprawdę myślę, że zabawa to byłaby przednia. (A jakby jeszcze uwzględnić kontekst - przecież Prus Sienkiewicza nie cierpiał, wyżywał się na "Trylogii" strasznie!)

      Usuń
    10. To ja tylko przyklaskuję wszystkimi kończynami. Uwielbiam takie przepisywanie. Czy Zagłoba prowadziłby pamiętniczek, w którym opisywałby co ciekawsze przypuszczenia? A Wokulski, zamiast handlować z Suzinem ówczesnymi Mistralami, wysadzałby, jak nie armaty, to chociaż carskie pociągi?

      Usuń
    11. Dziewczyny, to jest piękne!:P Dumas i "Trylogia"... to by się mogło udać;)
      Trzeba o tym napisać;)

      Usuń
    12. Pamiętam, jak w zamierzchłych czasach krążył po necie "Kubuś Puchatek" przerobiony na różnych pisarzy sf/f. Urocze to było. I uważam, że temat zasługuje na kontynuację. Koniecznie do napisania. :)

      Usuń
    13. Zabieram się za to i już wpisałam sobie do kalendarza taki wpis :-). Ale jeśli ktoś jeszcze chce się poczęstować pomysłem, niechaj pisze też! @Beata, może niestandardowe wydanie klasyki z klasą :-D?

      Usuń
    14. Na razie we wpisie o "Wiernej rzece" (jakoś w kwietniu), wspomnę o "wersji Sienkiewicza". Nie czuję się jeszcze na siłach, żeby poświęcić temu cały post;)

      Usuń
    15. Super, ciekawa jestem tego wpisu :-). No i trzymam kciuki za zebranie sił ;-).

      Usuń
  3. Lekturami, które najpiękniej wspominam były następujące książki: Dzieci z Bullerbyn, Baśnie Andersena, Chłopcy z Placu broni, Ten obcy, a potem poważniejsze - Zbrodnia i kara, Wojna i pokój, Anna Karenina, Lalka, Pan Tadeusz, Nad Niemnem, poezja Czesława Miłosza, Mistrz i Małgorzata i pewnie coś jeszcze. Wymienione są najważniejsze - wpłynęły na pewno na moje postrzeganie świata i rozumienie wielu spraw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A zapomniałam, jeszcze Chłopi, do których czasami wracam, Ziemia obiecana i proza Iwaszkiewicza.

      Usuń
    2. Jako lektury musiałaś przeczytać Wojnę i Pokój i Annę Kareninę?? Cóż to za szkoła była?

      Usuń
    3. @Magdallena M - o, kocham "Dzieci z Bullerbyn" (rzadko używam takiego czasownika w stosunku do książek, ale tę powieść naprawdę uwielbiam - ale przeczytałam ją zanim się dowiedziałam, że to w ogóle lektura, przypadkiem - kuzynka dostała ją w nagrodę na zakończeniu roku, ale się nie wciągnęła, a ja przepadłam; to chyba najwięcej razy czytana przeze mnie książka :-)).

      @Magdalena - w sumie chyba nie ma w tym nic dziwnego; kiedyś - a może jeszcze i teraz - funkcjonowała taka kategoria jak lektura z jakiejś kategorii, do wyboru przez nauczyciela; w sumie można było więc np. przeczytać "Annę Kareninę" z listy i "Wojnę i pokój", jeśli np. nauczyciel zdecydował, że to ma być ta książka w kategorii, dajmy na to, "wielka powieść realistyczna". Listy lektur są wbrew pozorom tak płynne, że mnie nic nie zdziwi :-).

      Usuń
    4. Nie uwierzę dopóki nie zobaczę ;). Serio, wydaje mi się, że jeżeli nauczyciel w szkole średniej zadaje przeczytanie Zbrodni i kary, Wojny i Pokoju i jeszcze Anny Kareniny na dodatek, musi naprawdę wierzyć w swoich uczniów. Nie zrozumcie mnie źle, wydaje mi się to imponujące, ale przypuszczam, że nie ma wielu osób, które by temu podołało.
      Zbrodnia i kara to chyba moja ulubiona lektura ze szkoły średniej. Wojnę i Pokój przeczytałam pół roku temu, a Anna Karenina jeszcze przede mną. Ja sobie rozłozyłam lekturę na lata. Może stąd moje zdziwienie. :)

      Usuń
    5. Hm, kiedyś to chyba nie było aż takie dziwne, pamiętam, że zawsze obserwowałam starsze klasy taszczące te wszystkie tomy i sobie myślałam, że rany, ależ tego czytania to będzie - ale w moim roczniku już jakoś tę listę okroili. A "Zbrodnia i kara" bardzo zacna, zgodzę się w zupełności :-).

      Usuń
    6. Byłam w klasie humanistycznej. A nauczycielkę miałam surową :)
      Wojna i pokój była lekturą dodatkową, dla nadgorliwych, :) Zaryzykowałam
      Może nie powinnam jej tu wymieniać, ale wrażenia po przeczytaniu wzięły górę :)

      Usuń
    7. A i jeszcze @Magdalena, jak chodziłam do liceum nauczyciel nie brał pod uwagę wiary czy niewiary w uczniów, po prostu wymagał i potem wiedzę egzekwował. Nie wiem czy to było dobre, ale wiem na pewno, że sporo z tamtych czasów pamiętam. Wiedza jest ugruntowana i zakodowana.

      Usuń
  4. Ja miałam śmieszną edukację licealną (pierwsza i czwarta klasa po polsku, druga i trzecia po angielsku), więc lista lektur też nietypowa:
    1. Wodnikowe wzgórze (ang)- w samym środku nastoletniego poczucia, że jestem TAKA dorosła i poważna, kazali mi czytać książkę królikach! Podchodziłam jak do jeża, przeczytałam w jeden wieczór. Jakie to było dobre!
    2. Lalka (pl)- moja ulubiona lektura szkolna.
    3. Krzyżacy (pl)- jedyna powieść Sienkiewicza, którą lubię. Do opisu bitwy pod Grunwaldem wracałam kilka razy.
    4. Frankenstein (ang)- lektura, która sprawia, że nie jestem w stanie nazywa głównego bohatera Potworem, tylko Istotą (nie wiem, jak to jest w polskim tłumaczeniu). I historia jej powstania jest fascynująca.
    5. Wielkie nadzieje (ang)- moja ulubiona powieść Dickensa. Cudownie mroczna i celna, jesli chodzi o obserwacje spoełczne.
    6. Inny świat- z całego morza literatury obozowo-okupacyjnej, to jedyna książka, której czytanie nie budziło we mnie wewnętrznego sprzeciwu.

    Grr, w końcu przeczytam przez Ciebie "Nad Niemnem" ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super - przy okazji się już w liceum obczytałaś w angloklasyce :-)! "Frankensteina" i "Wielkich nadziei" nie znam, ale mam na liście ("F" nigdy nie przeczytałam, bo mieliśmy w domu wydanie z okładką, która mnie przerażała, i nie byłam w stanie spokojnie do tej książki podejść ;-)). "Inny świat" to też jest świetna książka - kilka scen pamiętam do dzisiaj, chociaż wcale autor nie epatował.

      Poczytałabym to sobie za zaszczyt :-)!

      Usuń
    2. Tak, a po powrocie wygłaszałam na lekcji polskiego rewolucyjnne tezy w stylu "Nie lubię Józefa K.", polonistka prawie zawału dostała ;)! Nie z powodu uwielbienia dla Józefa, raczej perwszy raz uczennica wygłosiła tak żywiołową opinię (jak wiadomo, klasyków się podziwia, a nie odczuwa sympatię).

      Usuń
    3. To trafna obserwacja - chociaż zasadniczo dziwne, że tak się to postrzega, bo przecież co jest złego w tym, że się bohatera klasyki odbiera emocjami, a nie tylko rozumem. No i ja się przyznam: lubię Józefa K. ;) W ogóle lubię Kafkę i jego dziwnych bohaterów. Zawsze mi ich, co więcej szkoda (biedny Gregor Samsa...).

      Usuń
  5. Bo to nigdy nie wiadomo, jaki w końcu jest trend – za lekturami, czy przeciw? :) A tak na serio, to zawsze zastanawiałam się, czy naprawdę szkoła może „zbrzydzić” jakąś książkę. Bądź co bądź, zanim dojdzie do omawiania i udowadniania, że Jagienka to ideał kobiety, a Raskolnikow nie miał racji, trzeba te lekturę przeczytać. No, a jak się przeczytało, to już człowiek czuje, czy mu się podoba, czy nie, i co najwyżej może w duchu jojczyć, że tematy rozprawek jakieś mało ciekawe. Natomiast, zawsze mnie odstręczało czytanie „kawałkami”. Zwłaszcza, że te „kawałki” jakoś mało interesujące były. Na przykład, gdybym „Pana Tadeusza” poznawała od strony fragmentów z podręcznika, to chyba bym nie przeczytała całości, gdy w późniejszej klasie rzeczony „Pan Tadeusz” był lekturą. O ile pamiętam, w tych urywkach autor podręcznika serwował głównie opisy przyrody w stylu „zachód słońca” (nieśmiertelne chmurki wróżące pogodę itd). A jako, że „Panem Tadeuszem” zostałam nakarmiona za młodu, to wiedziałam, że tam nie jedynie zachód za zachodem, ale i mnóstwo uroczych dykteryjek, młodociani idioci zakochujący się, sami nie wiedząc w kim, że opisy kiecek, że pyskówki przy stole, kończące się mordobiciem, że agitacja w karczmie, że porządni Rosjanie są lepsi, niż zruszczeni Polacy, i że „jakoś to będzie”, choćby i „pro publico bono”. I stąd „Pana Tadeusza’ też kocham. Choć przyznam, nie tak jak „Lalkę”. „Lalka” to jest miłość mego życia i mogłabym upaść metaforycznie do stópek Prusa, że takie cudo napisał (przy okazji pytając, czemu nie pociągnął tego ciekawego wątku Rzeckiego zbierającego poufne informacje o swoich pracownikach). Przy czym zauważyłam, że zbiegiem lat, z biegiem dni, coraz to inne rzeczy mi się w „Lalce” podobają i dziś uważam, że pan Tomasz Łęcki to jest tak piękna postać malowanego idioty, że ze świecą szukać w innych dziełach – aż człowieka rozpiera duma narodowa! Ta urocza scenka, jak ojciec tłumaczy Izabeli, co to jest procent i jak wyobraża sobie, że zostanie wytrawnym finansistą, a przy tym lud całuje go rękach i nazywa hrabią – no, dziś by jak nic Łęcki karierę zrobił! Wręcz widzę go w europarlamencie albo jako jakiegoś eksperta w TV :)). Albo ten świetny wątek subiektów, zwłaszcza Mraczewskiego, który jest takim Wokulskim a rebours i powtarza jego drogę życiową, ale w bardzo, bardzo przyziemnej formie (i może dlatego łatwiej mi go polubić). I studenci! Studenci tez świetni są, zwłaszcza jak tłumaczą Rzeckiemu, czemu nie płacą komornego. No i te cudne przemyślenia Wokulskiego, że zagranicą stosunki społeczne zdrowsze, ludziom żyje się lepiej i pewnie trawa nawet zieleńsza, skoro lordowie mogą jeść baraninę palcami.
    Podsumowując – jestem za lekturami. I za tymi, które kochałam zawsze. I za tymi, które pokochałam w szkole („Chłopi”). I nawet za tymi, które zostawiły mnie obojętną („Trylogia”). I za tymi, które nie były u mnie lekturami, a które przeczytałam wiele później i zakochałam się wbrew etykietce („Noce i dnie” – mimo że czytałam w tzw. wydaniu z opracowaniem, które pouczało mnie, jaki cytat winnam zapamiętać do charakterystyki Barbary, a jaki do opisu życia w Kalińcu) – też jestem za. Jedynym wyjątkiem była dla mnie „Sierotka Marysia”, gdyż nigdy nie udało mi się przebrnąć przez pierwszą stronę – ale cóż, widać nie było mi pisane dowiedzieć się, czy w uniwersum sierotko-marysiowym przyjdzie wiosna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak "zbrzydzanie" wydaje mi się nie tyle kwestią tego, czy przy czytaniu, a przed "przerabianiem" (zabawne jest to sformułowanie, swoją drogą) nam się spodoba czy nie, ale że musimy przeczytać daną książkę nie wtedy, kiedy chcemy, ale wtedy, kiedy trzeba. I w związku z tym czasami jesteśmy na nią zwyczajnie za młodzi.

      A co do "Lalki" - w niej jest w ogóle tyle sensów, że co poniektóre to i się odkrywają jeszcze dzisiaj (pamiętam taki artykuł o tym, że jeśliby odtworzyć miejsca postojów niektórych bohaterów na spacerze po Warszawie, to wyszła by trasa dość interesujących przybytków rozrywki - tego w tekście explicite nie ma, ale dla czytelnika znającego tamtą Warszawę było to dedukowalne - ile w tym prawdy, nie wiem).

      A "Sierotkę Marysię" bardzo polubiłam, ale też nie od razu. Kiedy jeszcze byłam mała, Mama czytała mi ją i wtedy nie podobała mi się ta książka zupełnie. Po latach do niej wróciłam i koncept z nietoperzem już na początku mnie urzekł, także ja jestem na tak (ale to nie była moja lektura, tak w ogóle, nie wiem, jak mnie to ominęło).

      Usuń
    2. Ach - zapomniałam: dla mnie cudnym uzupełnieniem "Lalki", z doskonałym właśnie panem Tomaszem Łęckim, jest spektakl z Gdyńskiego Teatru Muzycznego. Toż to jest idealny pan Tomasz dla mnie, z tym jego "Panie Stanisławie!".

      No i jeszcze: baron Krzeszowski i scena pojedynku. Miód, po prostu.

      Usuń
    3. Widze, ze podobne lektury czytalysmy w szkole. Tez uwielbiam Pana Kleksa, zwlaszcza Akedemie. Pochwale sie przy okazji, ze odziedziczylam jedno z pierwszych wydan: trzy czesci razem, genialnie zilustrowane przez Szancera. Dziedziczna jest tez moja "Zolta cizemka" w wydaniu vintage a la lata 60-te. Genialne. Do Twojej listy dodalabym tylko "W pustynii i w puszczy", ktróre kiedys znalam prawie na pamiec i milosc do którego pozwolila mi zablysnac na egzaminie do liceum, haha. Nie wiem, czy dzieci nadal czytaja "Janka Muzykanta" i "Antka" - mam nadzieje, ze nie. Po lekturze "Antka" snily mi sie koszmary z pieczeniem dzieci w piecach. A tak poza tym, to namówilas mnie do ponownej lektury "Lalki".

      Usuń
    4. Tak, też mam wydanie z ilustracjami Szancera (doskonała jest ta szybka, wysoka kreska) - ale dużo późniejsze i rozbite na trzy tomy (nie wiedziałam, że było jednotomowe - zazdraszczam ;-)!). Osobiście mam z "W pustyni..." problem, drażni mnie wyniosłość Stasia wobec Kalego i ogólnie ten wizerunek nie-białych jako gorszych (bo albo porywcze, albo dzicy - i tak w kółko).

      A "Lalkę" zawsze warto, więc się cieszę :-).

      Usuń
    5. Spektakl w Gdyni widziałam tylko w telewizji niestety, ale strasznie, strasznie mi się podobał :) Zwłaszcza piosenka "Nożykiem tniesz wiklinę", wszak stepujący Wokulski to spełnione marzenie każdego polonisty :)

      Usuń
    6. Prawda? A tam jest mnóstwo takich momentów, chociaż czasem zahaczają o lekki kicz (piosenka rozczarowanego Wokulskiego kazała mi się zastanawiać, ile można znaleźć rymów kończących się na "-ansem", i okazuje się, że więcej niż sądziłam ;-)).

      Usuń
    7. Narobiłyśmy mi smaka na ten spektakl z Gdyni. Kiedyś miałam się wybrać, ale potem, jak to w życiu bywa, nie wyszło. A ten stepujący Wokulski i Łęcki z jego "Panie Stanisławie" to musiało być piękne. W ogóle uważam, że klasyce dobrze robi, jak ją ktoś umiejętnie przerabia - z naciskiem na "umiejętnie". Bo w dziedzinie potworków do śmiało możemy powiedzieć, że dogoniliśmy zachód; wystarczy przypomnieć "Wokulskiego i Izabelę", które to wiekopomne dzieło może stawać w szranki z wypocinami pani Tennant.
      Co do "W pustyni i w puszczy" to bardzo, bardzo lubiłam; może trochę dlatego, że kiedyś była to jedna z trzech czy czterech książek, z jakimi spędziłam kilka miesięcy za granicą i nic innego nie miałam po polsku, więc namiętnie wyczytywałam każda linijkę. Aczkolwiek już wtedy najbardziej interesująca wydawała mi się część do ubicia porywaczy. Były tam takie przejmujące sceny, jak zadźganie chłopaczka w wiosce, czy scenki z życia wzięte (jak po przybyciu do Mahdiego porywacze spodziewają się, że teraz im gwiazdki spadną z nieba, a tu ich osadzają w miejscu, że Mahdi krewnych ma jak psów i macie tu konia, trzy złote na głowę i Bóg z wami). Zdaje się, że nie tak dawno temu była jakaś dyskusja w prasie, czy "W pustyni..." winno być nadal lekturą, właśnie przez ten XIXwieczny stosunek do Kalego et consortes. Wg mnie jakieś to trochę od czapy, takie argumentowanie, jakoś nikt nie wykreśla lektur, bo mają XIXwieczny stosunek do kobiet, wiary czy dzieci.

      Usuń
    8. Jak tylko będziesz miała okazję - idź, warto! A na razie można zawsze posłuchać muzyki chociaż: https://www.youtube.com/watch?v=Idapk8N33ZA ;-).

      Według mnie to dyskusja o tym, czy "W pustyni..." zostawiać na liście lektur nie powinna się obracać wokół tego, że to jest książka tak strasznie kolonialna - tylko tego, w jaki sposób można to omówić z uczniami, żeby to pokazać. To znaczy nie apoteoza "Staś dzielny Polak uczy Murzynów i poskramia Arabów", ale właśnie w jaki sposób te konteksty wyłażą na wierzch, co pokazują o epoce, w której powstały, co mogą mówić dzisiaj dla nas. Pod tym względem myślę, że "W pustyni..." to by była bardzo korzystna pozycja na liście lektur.

      Usuń
    9. O, dzięki za linka, poszaleję sobie muzycznie.
      Z "W pustyni..." to miałam jeden problem. Otóż, mimo że lubiłam pisać wypracowanka, pamiętam, że ogarnęła mnie żałość, jak dostaliśmy temat "Charakterystyka Stasia/Nel". Matko Boska, próbowałam coś z tej Nel wykrzesać (bo Staś mnie kompletnie nie pociągał jako postać do opisania) i nic, specjalnie pisałam szeroko, żeby szybciej zapełnić stronę, lałam wodę wzdłuż marginesów, a i tak miałam wrażenie, że nigdy tak nie wymęczyłam siebie (i potencjalnego czytelnika). I to chyba wynika z tego, co pisałaś powyżej - że brakuje tam pełnokrwistych bohaterów. Tzn. bohaterów dziecięcych, bo porywacze wyszli całkiem ludzcy, jedni troszczą się o brata, drudzy o psa, jedni każą przysięgać na Koran i dźgają nożem, drudzy antyszambrują w poszukiwaniu zaszczytów. Ale już Staś, Nel i Kali to taką klisza klisz wieją, że nawet w wieku lat dziesięciu trudno mi było przełknąć. Natomiast jest w tej książce świetna zahaczka do paraquleu - od lat marzę, żeby ktoś opisał, jak to Tarkowski senior w przebraniu Araba przekradał się do Chartumu w poszukiwaniu syna. Sienkiewicz sprzedaje te informacje w jednym zdaniu,a ja tu widzę materiał na skrzyżowanie Alexandre'a Burnesa z Mungo Parkiem.

      Usuń
    10. Zupełnie zapomniałam o tym wątku z ojcem Tarkowskim. Świetna mogłaby to być historia, taki kryminał w orientalnych dekoracjach. Co do Nel - zupełna zgoda. Ona jest takim tłem dla Stasia, żeby miał kogo ratować, komu zapewniać byt i dla kogo działać. No i dobrze, to jest piękna sprawa, ale gdyby Nel oprócz bycia damselą w distresie przez cały czas okazywała choć trochę przejawów życia innych niż zminiaturyzowana dama z początków dwudziestego wieku, byłoby przyjemniej o niej czytać (Sienkiewicz lubił takie postaci - Marynia z "Rodziny Połanieckich" dostała mniej więcej tyle samo życia, a i w "Trylogii" by się coś znalazło, tyle że tam są jeszcze na szczęście Hajduczki różne ;-)).

      Usuń
  6. Ja też, ja też lubiłam "Chłopów" :) Miałam też tak od ósmej klasy sposób na lektury - wyobrażałam je sobie jako film, dobierałam aktorów (dość ciężko było wcisnąć do wszystkiego Johnny'ego Deppa, ale jakoś dawałam radę), zastanawiałam się w jakim stylu byłaby kręcona (czy hollywoodzka superprodukcja, czy raczej kameralny dramat, a może jakaś większa psychodela). Zabawne było to, że mimo tego oglądałam raczej mało filmów, więc kiedy wreszcie obejrzałam taki "Potop" byłam tak straszliwie zawiedziona obsadą, zwłaszcza Tadeuszem Łomnickim - przecież Wołodyjowski nie był taki stary! Przecież Oleńka wyglądała zupełnie inaczej! Tylko Kmicic mi się podobał ;-)
    A z lektur bardziej współczesnych byłam pod wrażeniem "Początku" Szczypiorskiego. W tej książce jest wszystko, i miłość, i wojna, i nienawiść, i przyjaźń, i dobro i zło. Tak też miałam z "Mistrzem i Małgorzatą".

    Z kolei "Lalka" mnie w szkole strasznie zmęczyła. Doceniłam ją dopiero potem, kiedy na studiach zafascynowałam się XIX wiekiem w różnych jego przejawach - toż to XIX wiek w pigułce, a ja tak tej książki nie lubiłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja rodzina do dzisiaj się ze mnie śmieje, że jak obejrzałam "Potop" (po lekturze książki, w którą tak wsiąknęłam), to narzekałam, że Oleńka filmowa ma za krótkie rzęsy, a przecież miały rzucać wyraźny cień na policzki ;-). Ale Łomnicki to mój wymarzony Wołodyjowski, zresztą potem doceniłam film (nawet bardzo).

      Szczypiorskiego już u nas na liście lektur nie było, zabieram się do niego już od dłuższego czasu.

      A zdradzisz, kim był Johnny Depp w "Chłopach" :-D? Bo strasznie mi się ten pomysł wizualizacji tak w ogóle podoba :-).

      Usuń
    2. Nie pamiętam kim był, ale stawiam że Antkiem Boryną ;-)

      Usuń
  7. "W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego."

    No tak, bo zdanie idealne brzmi: „W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika posuwistym krokiem kawalerzysty wczesnym rankiem czternastego dnia miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wyszedł procurator Judei Poncjusz Piłat.”
    Swoją drogą - w latach 90. także na liście lektur uzupełniających w szkole średniej. Podobnie jak "Władca Pierścieni" Tolkiena (zauważył ktoś?).

    Z zupełnie innej beczki (Szkot na koniu?) Twoja lista lektur lubianych jedynie w dwóch punktach pokrywa się moją. "Dżuma" i "Potop". Tyle z niej jestem w stanie wziąć. Reszta brzmi dla mnie jak połączenie listy mąk piekielnych z bestiariuszem H. Boscha. I to jest ciekawe.
    Nie mam się za hipsterskiego konesera, który będzie pogardzał czytelnikami Prusa, czy Orzeszkowej. Zdecydowanie nie. Ale jest w tym coś, co mnie odpycha. Co powoduje, że wzrok automatycznie ucieka za okno i zawiesza się na niebie, by zajęć mózg w odruchu obronnym. Za to inne rzeczy budzą ciekawość i zainteresowanie. Np. nie trawię Mickiewicza. Ale lubię Słowackiego. Ale te utwory, których nie ma w szkolnych kanonach. Z romantyzmu "szkolnego" lubię Byrona. Dekadentów lubię bardzo - Baudelairea i Rimbauda mogłem czytać w kółko. Epika XIX wieku jest dla mnie tematem traumatycznym, ale II wojna światowa, czy to w postaci Borowskiego, Bratnego czy Herlinga-Grudzińskiego była dla mnie czymś inspirującym do zastanowienia się nad człowieczeństwem jako kategorią. Z kolei wielu moich znajomych nie mogło w ogóle przemóc się do literatury tego okresu. Z czego wynikają te różnice w "alergiach na lektury"?

    Rozpisałem się nadmiernie. A temat ciekawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam bardzo podobne odczucia! Polska literatura XIX wieku to było pasmo nieszczęść dla mnie, jak wkroczyliśmy w wiek XX, od razu poczułam się lepiej. Modernizm, ale także literatura obozowa i łagrowa to coś co do tej pory lubię czytać i te lektury ze szkoły realnie wpłynęły na to, czym teraz się interesuję i co wybieram do czytania.
      Pod wływem listy autorki bloga i komentarzy mam ochotę sięgnąć po kilka książek i sprawdzić jak je teraz odbiorę. Będę musiała się przemóc, ale wiem, że gusta się zmieniają, człowiek uczy się doceniać nowe rzeczy, itp, itd. Straszną mam teraz ochotę przeczytać "Lalkę".

      Usuń
    2. @Altti, o poezji jako takiej nie pisałam specjalnie, bo jej się należy podejście osobne - ale przy okazji: zastanawia mnie, że często się pojawia pogląd, że człowiek woli Słowackiego od Mickiewicza, co jest ciekawe, bo jednak Mickiewicz do czytania jest dużo bardziej przystępny. A co do "alergii" - zastanawiam się, czy dużo nie wynika z zainteresowań, może też z tego, że literatura okołowojenna pisana jest inaczej, ma w sobie czasami ten pierwiastek sensacyjny, rozważania o naturze człowieka podane są tam nie tyle w suchym monologu wewnętrznym bohatera, który siedzi w fotelu i ględzi (lubię XIX-wieczną literaturę, nawet bardzo, no ale tam się zdarza ten bohater i jego ględzenie), ale niejako "na tacy", od razu w sytuacji. W sumie znam sporo osób, które na czytanie się nawróciły po tym, jak przeczytały jako lekturę "Kamienie na szaniec" :). I jeszcze: Bratnego na mojej liście lektur nie było i jakoś go jeszcze póki co nie przeczytałam, ale szykuję się, że to w końcu zrobić.

      @Magdalena, "Lalkę" wydaje mi się, że warto przeczytać nie tylko dla jej "wiekopomności", ale też po prostu dlatego, że to jest powieść i poważna, i zabawna, i widać, że Prus świetnie znał miasto, o którym pisze. Poza tym - obserwując znajomych zauważam, że zazwyczaj poznanie książki, która była lekturą, ale się jej nie przeczytało, w jakiś czas po skończeniu szkoły, jest ciekawym przeżyciem :).

      Usuń
    3. Zgadzam się co do Lallki. Nie przeczytałam jej w szkole dlatego, że wydawała mi się po prostu nudna. Wiekopomność, obowiązek, sprawdziany, matura mnie nie przekonały ;) A teraz mam ochotę, bo od kilku osób już usłyszałam i tu w tej dyskusji przeczytałam, że to jednak ciekawa, wciągająca powieść. I takie książki to ja lubię! ;) To że nasze gusta mogą się różnić i mogę się rozczarować, to już inna sprawa, ale opinie osób, które nie mówią "przeczytaj, bo to lektura była" tylko są autentycznie entuzjastyczne sprawiają, że mam ochotę nadrobić zaległości :).

      Usuń
    4. Daj koniecznie znać, jak przeczytasz, jak wrażenia! :-)

      Usuń
  8. Temat lektur zawsze modny :) Sienkiewicza łykam w całości i bez zająknięcia. Podobnie Brzechwę. Do Pana Tadeusza dorosłam. Natomiast "Nad Niemnem" i "Chłopi" - nie, nie, nie! :) "Ania z Zielonego Wzgórza" podobnie (pozostałe części są dużo lepsze!).
    A wracając do zmian w kanonie, chciałam zapytać czy wpadło Ci w oko stwierdzenie, że nie ma czegoś takiego dla szkół podstawowych?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pozostałymi częściami Ani mam różnie - bo np. przy "Ani na uniwersytecie" mam wątpliwości (muszę się zebrać i też o tym napisać, bo to fajny temat jest :-)).
      Nie, nie słyszałam - możesz rozwinąć? Czy chodzi o to, że nie ma czegoś takiego jak kanon lektur dziecięcych? Bo ja bym zaryzykowała stwierdzenie, że są jednak "kanoniczne" pozycje w tego typu literaturze.

      Usuń
    2. Nie ma listy lektur w klasach 1-3. Odgórnie narzuconej. Teoretycznie nauczyciel może wybrać cokolwiek i to omawiać na lekcji. W praktyce lektury są te same, co 20 lat temu, bo a. to proponują podręczniki, b. nauczyciele mają to od lat opracowane, więc roboty mniej, c. szkolne biblioteki nie kupują nowości, a lektury powinny w nich być, więc dzieci do upadłego czytają to samo. Ostatnio zastanawiałam się nad sensem przerabiania takiego Anaruka - jakkolwiek książka mogła być ciekawa nawet jeszcze dla mnie te 30 lat temu, to teraz ma chyba tylko wartość historyczną. Natomiast w szkołach wciąż jest traktowana jak aktualny opis, nie spotkałam się ze stwierdzeniem, że to są sytuacje sprzed 60 lat i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Dzieci wciąż opisują sceny polowania i Anaruka, który jadł mydło i nie znał czekolady... A jest możliwość uwspółcześnienia listy przez nauczycieli, tylko mało który się na to decyduje.

      W starszych klasach jest lista lektur, z której nauczyciel musi wybrać ileś pozycji rocznie. Ale też ta lista jest dość archaiczna, na osłodę Harry Potter się tam znalazł i chyba Hobbit, ale też wybór należy do nauczyciela, może ominąć.

      Usuń
    3. Dzięki za informację - nie wiedziałam o tym, a to ciekawe, że te lektury z klas młodszych są takie uwolnione, a mimo to jest jakaś linia kanonu zapisana, więc się z tego uwolnienia nie korzysta (chociaż pewnie gdzieś się korzysta, wierzę w to :-)).

      Co do Anaruka - rozumiem złość, ale można by z tej lektury dużo wyciągnąć, tylko no właśnie: trzeba by na to rzucić ten kontekst, pokazać inne punkty wyjścia niż tylko ten "inny" zjadający mydło. Przecież to mógłby być wstęp do pokazania, jak ewoluował opis "innego", jak można do tego podejść dzisiaj i tak dalej.

      Usuń