Rozdzielić pisarza od człowieka albo 10 rzeczy o pisarzach, których wolałam nie wiedzieć


Często się słyszy, że to przecież straszne, jak można czytać człowieka, który przecież zrobił to albo tamto albo czegoś znowu, na odwrót: nie zrobił. Pojawia się zatem szerszy problem, czyli w jaki sposób – i czy w ogóle – można oddzielić pisarza-autora i pisarza-człowieka, no i czy da się odseparować twórczość od twórcy. Teorii było i jest wiele, ale pomyślałam, że same rozważania "na sucho" nie będą aż tak interesujące, dlatego niechaj je nam dzisiaj ubarwią wygrzebane z pamięci informacje o znanych ludziach pióra, których dzieło jest wielkie, a czyny, jak to czyny – ludzkie.


Właściwie to Troy z "Community" mógłby być duchowym patronem
dzisiejszego wpisu. Dlatego jego emocje nam dzisiaj posłużą
za materiał ilustracyjny (a w ogóle "Community" to jest doskonały
serial, jeśli nie znacie - warto!).


Problem pierwszy: czy da się oddzielić dzieło od autora?
Pewnie się nie da, ale jednak można próbować. Wiadomo, że autor jednak czerpie pomysły z różnych źródeł, ze swojego życia przecież także. Tylko że warto pamiętać, że tworzy jednak w ten sposób pewną fikcję, a z fikcją jak jest, wiadomo: nie można wszystkich historii w niej zawartych traktować zupełnie serio jako prawdę objawioną o pisarzu i jego czynach. Są oczywiście tacy artyści, którzy się jawnie przyznają, że w dziele są: „oto ja, bierz wszystko tak, jak ci opisuję, z niczym się nie kryję” – stąd czasami można popaść w konfuzję, czytając dzienniki czy pamiętniki – łatwo wtedy zapomnieć, że jednak mamy do czynienia z pewną kreacją. Ano właśnie, kreacją: pisarz może się wystylizować w określony sposób, coś wyeksponować, o czymś innym nie wspomnieć. Dlatego nawet czytając te utwory, w których występuje pod własnym imieniem i nazwiskiem, warto się powstrzymać przed stwierdzeniem, że faktycznie mamy do czynienia z jakimś „faktem”.

Przykłady: Milan Kundera zbudował przynajmniej część swojego wizerunku na Zachodzie opierając się na swoim statusie pisarza-uchodźcy z kraju komunistycznego i trochę w tym było takiej moralnej wyższości; wiele w tym było takiej charakterystycznej Kunderowskiej stylizacji, przemycania pewnych uwag w treści dzieła, więc w momencie, kiedy gruchnęło, że Kundera w latach pięćdziesiątych miał kontakty z StB (czyli odpowiednikiem SB), wielu czytelników poczuło się zawiedzionych. Pisarz najpierw nie chciał tych informacji komentować, potem z kolei zaczął tłumaczyć, że jego rola była marginalna i mimowolna. Zaczęto się więc zastanawiać, jak teraz czytać jego książki. Zważywszy na to, że w dłuższej perspektywie czasowej nad sprawą jakoś przeszliśmy do porządku dziennego, można by odpowiedzieć: tak samo, jak czytaliśmy je wcześniej. Inny przykład, to twórczość Martina Heideggera. Ten niemiecki filozof, który pisał pięknie i przeraźliwie zawile (wyciągał z etymologii słów przeraźliwe rzeczy – podejrzewam, że koszmar większości tłumaczy wygląda tak, że budzą się zlani potem, bo wydawnictwo nakazało im przekładać Heideggera) i wywarł ogromny wpływ na naszą filozofię, w latach 30. był gorącym zwolennikiem nazizmu. Opamiętał się w połowie lat 40., kiedy obydwaj jego synowie trafili do wojska i razem z armią na front wschodni. Po wojnie przeszłość Heideggera (niełatwą do zamiecenia pod dywan, bo jednak miała wiele konsekwencji – to on bruździł pod wieloma niemieckimi filozofami żydowskiego pochodzenia, których pozbawiano katedr, a to, jak się można domyślać, była tylko jedna z pierwszych konsekwencji) ciągnęła się za nim, ale nie spowodowała wykluczenia go z kręgu europejskich myślicieli. Ale na pewno nie jedna osoba czytając go, zastanawia się nad tą kartą z jego przeszłości.




Problem drugi: a co, kiedy to, co autor pisze, stoi w sprzeczności z tym, jak postępuje?
To z kolei problem bardzo trudny, bo można sobie oczywiście pomyśleć, że tak długo, jak nie mówimy o autorze poradnika diety-cud, tak długo właściwie nie ma to znaczenia. Tylko że chyba wszyscy lubimy myśleć o naszym ulubionym autorze jako o takim sympatycznym gościu. W końcu, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, potknięcia wizerunkowe mogą drogo kosztować, dlatego wszyscy powinniśmy być sympatyczni i uśmiechać się, ewentualnie przybrać minę słodkiego buca, co to na zewnątrz szorstki, ma w środku miękkie serduszko. No tylko że co zrobić, kiedy autor postąpił w sposób dla nas niegodny i wcale mu z tym nie jest źle? Co, kiedy mówi, że tak zrobiłby znowu? I wcale nie żałuje? Mamy jednak taką skłonność do idealizowania artysty (co jest głęboko zakorzenione w naszej kulturze i ideale artysty, co obcuje z duchami), a każde rozczarowanie boli, więc reagowanie złością wydaje się być dość naturalną drogą postępowania.

Przykłady: pamiętam, że od momentu, w którym dowiedziałam się, że Jan Jakub Rousseau, autor, było nie było, traktatu o wychowaniu, oddał kilka (!) swoich dzieci do sierocińca, i to nawet nie dlatego, że był biedny (chociaż miał problem z zarobkowaniem, przez jakiś czas trudnił się na przykład przepisywaniem nut), ale dlatego, że go rozpraszały przy pracy, jakoś tak inaczej patrzę na jego dzieła i nic na to nie mogę poradzić. Dużym szokiem było też dla mnie odkrycie w życiorysie Pameli L. Travers, pisarki, która dała nam Mary Poppins, że przy adopcji dziecka świadomie rozłączyła je z bratem bliźniakiem, argumentując, że chciała tylko jedno dziecko i to w dodatku to, bo ma korzystniejszy horoskop (Travers była zagorzałą zwolenniczką astrologii). Podobnie rzecz się ma z dość specyficzną relacją, jaką miała Maria Konopcnicka z jedną ze swoich córek, któej podobno od zupełnej maleńkości owej córki nie mogła znieść i traktowała nie najlepiej. W tych przypadkach to, co autor zrobił, stało w sprzeczności nie tylko z tym, co można by uznać za ludzkie zachowanie, ale przede wszystkim – bo rozpatrujemy tu ich jako ludzi pióra, a nie ludzi w ogóle – z ich twórczością. Takie rozczarowania bywają bolesne.




Problem trzeci: a co, kiedy w sumie nie wiadomo, ile jest autora w autorze?
No właśnie, to jest kolejna przeszkoda, jaką w naszym myśleniu o twórcy możemy napotkać. Zdarza się to zazwyczaj w chwili, kiedy okazuje się, że coś nie do końca jest w porządku z prawami autorskimi. I teraz albo możemy to zauważyć sami (książka pisana jest tak, że wcale nie mamy pewności, że całość wyszła spod pióra/klawiatury jednej i tej samej osoby), albo może nam to podpowiedzieć historia – kiedy uda się odnaleźć jakiś ślad, że autor mógł korzystać z czyjejś pomocy. W dodatku część takich historii podpada pod tak zwany efekt Matyldy, to znaczy łączy się z tym, że pisarz korzystał z prac pisarki (często osoby bliskiej), ale nie uwzględniał jej osoby w ostatecznej wersji dzieła jako autorki/współautorki. A oliwa nie rychliwa i tak dalej.

Przykłady: Ostatnio, przy okazji premiery „Ostatniego walca” Zeldy Fitzgerald było głośno o tym, że część największych dzieł jej męża, Scotta, powstała w oparciu o jej pomysły, czy wręcz o jej notatki, sama zaś Zelda rozpłynęła się w cieniu męża. Problem w tym, że często podobne zjawiska nie są właściwie do udowodnienia i czytelnik zostaje z takim „ale w co tu wierzyć?” i stanięciem przed zagadnieniem: „ale czy właściwie muszę się nad tym zastanawiać?”. Dla mnie osobiście największym niemiłym zaskoczeniem tego rodzaju była sprawa autorstwa „Cichego Donu”. Dostałam swego czasu ślicznie wydany czteropak tego dzieła i w czasie Świąt zanurkowałam w lekturę. Pierwszy tom przeczytałam w zachwycie i błyskawicznie, i na swoje nieszczęście postanowiłam sobie poczytać o autorze i dziele. I tak dotarłam do – niespecjalnie skrywanej przecież – informacji o tym, że podejrzewa się, że Szołochow nie jest autorem całości, i że wykorzystał pracę kogoś innego, dlatego pierwszy tom (owa praca innego autora) jest znakomity, a reszta – w większości opracowana przez Szołochowa – taka sobie. Pomyślałam: „a, co tam” i czytałam dalej, ale im dalej brnęłam, tym gorzej mi się czytało (drugi tom jest naprawdę słabszy, zwłaszcza w kompozycji, prowadzeniu bohaterów i przejściach między scenami) i w końcu zostawiłam książkę jakoś w połowie trzeciego tomu. I chyba trochę wpływ na to miała ta informacja – więc to naprawdę było coś, czego wolałam się nie dowiedzieć. Usiłowałam sprawdzić na własnej skórze i czytelniczo poległam. Ale podejrzewam, że jeszcze wrócę, żeby skończyć, bo jednak zostało mi już mniej niż połowa całości „Cichego Donu”.




Problem czwarty: no ale w sumie to chyba dobrze, że autor nie jest odlany z brązu?
Jest taki pewien rodzaj ciekawostek o autorach, który z przyjemnej anegdotki, pokazującej, że autor to taki sam człowiek jak my, zmienia się w złośliwy psikus, przekazywany z pokolenia na pokolenie kolejnym generacjom. To jest mniej więcej ten poziom, o którym pisałam kiedyś, że nie przepadam, jak się wyciąga pisarzom informacje spod kołdry i tym samym zamiast pogłębia, to spłyca ewentualną interpretację ich dzieł.

Przykłady: zastanawiałam się, czy w ogóle jakieś podawać, i w końcu zdecydowałam się dla spójności całej notki wyciągnąć jakieś takie w tym typie, ale raczej mało szkodliwe. Toteż na przykład – i zupełnie nie wiem skąd to wytrzasnęłam, ale łypię podejrzliwie na „Żywoty słynnych filozofów” Diogenesa Leartiosa, książkę nie tyle czytaną, by się czegoś mądrego dowiedzieć, ale właśnie w celu nabycia wiedzy niepotrzebnej i anegdotycznej – Arystoteles podobno seplenił, a co więcej dla upiększenia własnej fizys kręcił sobie pracowicie loki, by fryzurę chwalili postronni. Widzicie – w sumie nic ta informacja nie wnosi do czytelniczego życia, ewentualnie można sobie westchnąć, czytając „Poetykę” na przykład.



Problem piąty: lubimy twórczość autora, ale wiemy, że ma inne poglądy niż nasze
To chyba dość częsta przypadłość, więc można pytać samego siebie, czy dalej kontynuować znajomość z autorem, który w taki sposób wypowiada się o rzeczywistości, że aż nas od tego mdli. W sumie nic dziwnego, bo przecież zachodzi podejrzenie – właśnie dlatego, że oddzielenie autora i dzieła wychodzi chyba tylko najbardziej zawziętym literaturoznawcom, a i to pewnie nie do końca – że te poglądy są wyrażane też w treści dzieła, no i co wtedy? To chyba pierwszy podnoszony zwykle przy tej okazji problem: czytać takiego autora, czy bojkotować? I czy bojkot coś może w takiej sytuacji przynieść, czy pozostanie niezauważony, a my bez wpływu i bez lubianej lektury?

Przykłady: To znowu przykład z „pierwszych stron gazet”, czyli Orson Scott Card, popularny pisarz sf, i jego głośno deklarowane poglądy w sprawie penalizacji homoseksualizmu. Wielu fanów tego autora zastanawiało się po takich wypowiedziach, co zrobić, kiedy zostali przez autora postawieni w takiej sytuacji. Przypomniało mi się wówczas to, że są czytelnicy buntujący się przeciwko Dostojewskiemu, który – po swoich przejściach powstańczo-zesłańczych – nie darzył Polaków zbyt ciepłymi uczuciami. No i co wtedy, czytać go czy nie czytać. Myślę, że takie problemy są dużo łatwiejsze do rozstrzygnięcia, kiedy autor jest przeciętny; ale kiedy pisze dobrze albo doskonale, mina takiego czytelnika się wydłuża, no bo jak tu zrezygnować z lektury? Pomaga uświadomienie sobie, że lektura nie jest równoznaczna z deklaracją światopoglądową – w tym tą wyznawaną przez autora.

Mieliście kiedyś taką sytuację, że po dowiedzeniu się czegoś o pisarzu zastanawiało Was, czy czytać go, czy jednak nie? A może macie ugruntowane poglądy w tej kwestii?

_______________

A jutro będzie wpis z gatunku tych wspomnieniowo-poradnikowo-wyliczających, czyli super-combo-wpis. Ale z myślą przewodnią, bez strumienia świadomości, nie bójcie się. W samo południe.

Weź dokładkę!

59 komentarze

  1. Poruszyłaś bardzo ciekawy problem pisarza i moralności :) Pamiętam, jak dziwnie się poczułam, kiedy dowiedziałam się, że Knut Hamsun, autor wspaniałego "Błogosławieństwa ziemi", popierał faszyzm i produkował artykuły pochwalające Hitlera, a noblistka Pearl Buck oddała własne chore dziecko do zakładu i adoptowała obce zdrowe dzieci. Od razu pojawiła się niechęć wobec tych autorów i dylemat: czytać ich kolejne utwory czy nie czytać? I do dziś tej kwestii nie rozstrzygnęłam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykład Hamsuna też znam - ale go nie podawałam z tej prostej przyczyny, że autora nie czytałam, więc trudno by mi się było odnieść (ale mam go na liście). O Buck nie wiedziałam (i to jest jedna z tych rzeczy, których człowiek chyba woli nie wiedzieć). Ale oba przykłady dobrze obrazują problem, że moralność i wartość estetyczną trudno rozdzielić, ale jeśli chce się rozkoszować czyjąś prozą, to najlepiej się przynajmniej starać. Ale no właśnie, to jest kwestia nierozstrzygalna na poziomie makro, jak sądzę.

      Usuń
    2. Poruszyła mnie twoja informacja na temat Pearl Buck i udałam się do cioci Wikipedii po poradę.
      Cytuję:
      "Aktywnie działała w obronie praw człowieka, skupiała się przede wszystkim na adopcji sierot azjatyckich. W 1949 roku, w czasach, gdy adopcja dzieci ras mieszanych i dzieci azjatyckich praktycznie nie istniała, założyła Welcom House - pierwszy międzynarodowy, wielokulturowy ośrodek adopcyjny, który istniał przez ponad 50 lat i zapewnił rodziny ponad 5 tysiącom dzieci[6]. Fundacja imienia Pearl S. Buck działa do dzisiaj[7][3]."
      oraz
      "Miała ośmioro dzieci, w tym siedmioro adoptowanych, pochodzenia azjatyckiego."

      W linkach jest "pełna biografia", w sumie krótki tekst w pdf po angielsku. Wynika z niego, że córka pisarki urodziła się obciążona fenyloketonurią. To jest straszna choroba powodująca upośledzenie umysłowe. Obecnie można ją wykryć tuż po urodzeniu i stosując dietę eliminacyjną nie dopuścić do powikłań. Nie wiedziano wtedy o tym. Oglądałam reportaż o polskiej rodzinie z dwójką dzieci chorych na fenyloketonurię. Ponoć noworodki miały wykonane owe rutynowe badania, które mają wykrywać chorobę, wyniki były ujemne, a choroba się rozwinęła. Reporter poszukiwał "winnych", natomiast dzieci były bardzo chore :(
      Decyzja o poświęceniu się opiece nad upośledzonym dzieckiem jest niezwykle trudna. Wpływają na nią możliwości zapewnienia opieki, bytu sobie i dziecku oraz wiele innych czynników. Trudno takie decyzje oceniać.
      Zauważam jedynie, że Pearl Buck nie zdecydowała się na urodzenie kolejnego własnego dziecka i musiała bardzo cierpieć z powodu choroby córki, bo jej działania na rzecz sierot, wyglądają mi na próbę poradzenia sobie z tą ciężką, własną sytuacją.

      Usuń
    3. *Twoja informacja - przepraszam

      Usuń
    4. Zgadzam się z tym, że decyzja o opiekowaniu się upośledzonym dzieckiem jest trudna i matka nieraz odczuwa pokusę, by takie dziecko oddać, jednak jestem przekonana o tym, że oddanie dziecka do przytułku nie jest dobrą decyzją. To zwyczajny egoizm, choć matki często wmawiają sobie i innych, że oddały dziecko rzekomo dla jego dobra. Wiadomo, jakie były przytułki w dawnych czasach. A nawet i w naszych czasach porzucone chore dziecko rzadko spotka się z życzliwością i serdeczną opieką. Jeżeli Pearl Buck stać było na zapewnienie bytu siedmiorgu adoptowanym dzieciom, poradziłaby sobie i z wychowaniem własnego dziecka.
      Masz rację, działania Buck na rzecz sierot istotnie wyglądają na jakąś próbę poradzenia sobie z wyrzutami sumienia.

      Usuń
    5. @koczowniczko, myślę, że to nawet nie była kwestia tego, że nie mogła mu zapewnić utrzymania, ale tego, co napisała @Pani_Wu, czyli psychicznych predyspozycji; zresztą to, że PB zajęła się akurat sierotami z Azji było tu chyba symptomatyczne - w takim sensie, że to wówczas były dzieci ze względu na pochodzenie i kolor skóry również wykluczone z tego "modelowego", białego społeczeństwa.

      Usuń
  2. Ja jestem ogólnie dość wyrozumiała w stosunku do autorów, a życiorysami interesuję się głównie w celu zrozumienia twórczości.
    I do tej pory pamiętam mój szok, kiedy wczytałam się w życiorys Dickensa. Pan od ckliwych historyjek o potędze charakteru i sile miłości w ogóle nie widział rozdźwięku między twórczością, a życiem. Nie ma to jak mieć pretensje do żony, że zachodzi w ciążę i rodzi dzieci. Oczywiście jest za głupia, żeby zrozumieć swojego męża yntelektualistę. Skąd wiemy o tym ostatnim? Gdyż po tym jak szanowny małżonek odszedł od niej do dziewczyny w wieku ich córki nie omieszkał opublikować w poczytnych dziennikach artykułów szkalujących swoją małżonkę, wyzywając od najgorszych miernot. Odebrał jej dzieci (najstarszy, samodzielny syn pozostał przy matce), posyłał grosze na utrzymanie.
    Od tego czasu nie przeczytałam żadnej jego książki- po prostu nie sprawiłyby mi już przyjemności.

    Paradoksalnie nie miałam takiego problemu z Tołstojem- może dlatego, że z jego publicystyki jasno wynika, że prywatnie był megalomańskim bucem z kompleksem mesjasza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Straszna sprawa z tym Dickensem, ale to w sumie jest też pisarz, którego życiorys się wyciąga dość często, bo są w nim plamy, które stały się inspirujące (cała sprawa ostatniej powieści). No właśnie, ale tu się pojawia ciekawa kwestia: czy jeśli pisarz się z czymś kryje (ewentualnie jest mu wstyd) to czy to rzutuje jakoś na jego odbiór w sposób inny, niż kiedy jasno wynika, że się z czymś nie krył, ba, że uważał to, co robił/zrobił za złe/dobre.

      Usuń
    2. Tyle, że trudno by się nie krył, skoro pozował na sumienie wiktoriańskiej Anglii. Opuszczenie głupiej, nudnej żony, która rozmnażała się przez partenogenezę mogło być wybaczone- ale wyobraźmy sobie skandal gdyby wyszło na jaw, że pan pisarz obdarza względami młodziutką aktorkę. Tak, że raczej nie było mu wstyd, tylko bał się, że sprawa się rypnie.

      Jednak chyba bardziej skłonna byłabym wybaczyć coś, od czego autor odciął się, wyznał grzechy i odpokutował (byleby nie jak Tołstoj...).

      Usuń
    3. O, fajnie, że tu się pojawił ten problem wybaczenia - bo to dorzuca nowy kontekst do relacji autor-czytelnik; no bo w sumie dlaczego czujemy się w obowiązku wybaczyć/nie wybaczyć postaci, której nie spotkaliśmy, ani nie wiąże nas z nią nic, hm, "materialnego", a jedynie wytwory wyobraźni tejże postaci? Ale jednak lepiej się z tym wybaczeniem czujemy, bo to ma dla nas chyba tak po ludzku (zostawiając wszystkie teorie dotyczące tej relacji pisarza z czytelnikiem) znaczenie :-).

      Usuń
  3. W przypadku autorów martwych, mało co mogłoby mnie zniechęcić. Jeżeli wychodzą jakieś sekrety, to mogę co najwyżej gorzej o nich myśleć jako o ludziach, ale nadal przeczytałabym ich książki. Myślę, że nawet warto czytać ludzi, którzy mieli poglądy inne niż nasze (co w przypadku autorów starszych nie jest trudne, pewnie każdy jeden był seksistą, po trochę rasistą, etc). chociażby po to, by przypominać sobie, że świat nie jest czarno - biały, źli ludzie to nie są ci z marginesu, etc, ale nawet ten wzorowy sąsiad może być zdolny do najgorszego, a mało moralny człowiek może tworzyć Sztukę.
    Pamiętam, że Głód Hamsuna zrobił na mnie ogromne wrażenie i nic się nie zmieniło, gdy dowiedziałam się, że popierał Hitlera. Nadal go czytam, czasami się zastanowię, czy to coś może o mnie świadczyć, ale w końcu nie ja jedna jedyna uważam, że to wielki pisarz był.

    Natomiast jeżeli chodzi o pisarzy żyjących, to nie chciałabym, żeby moje pieniądze trafiały do kogoś, kto ma bardzo wątpliwe wartości moralne. Słyszałam jakiś czas temu o rosyjskim pisarzu s-f, który po wybuchu konfliktu na Ukrainie, zabronił dalszych tłumaczeń swoich książek na ukraiński i powiedział, że żałuje, że jakiekolwiek wyszły. Ukraińscy czytelnicy zaczęli mu odsyłać jego książki. Kogoś takiego bym nie czytała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siergiej Łukjanienko
      http://ksiazki.onet.pl/wiadomosci/siergiej-lukjanienko-zabrania-tlumaczenia-swoich-ksiazek-na-ukrainski-czytelnicy/km7tr
      Chyba odpuszczę sobie Patrole...

      Usuń
    2. Argh, zżarło mi długi komentarz :/. W każdym razie, @Magdalena, to jest bardzo dobra uwaga odnośnie tego, że trochę inaczej podchodzimy do pisarzy żyjących, a inaczej do nieżyjących. Tylko że nie wydaje mi się to takie proste - bo pojawić się może taka pokusa, że jednak skoro ten pisarz nieżyjący takie miał a nie inne zapatrywania na rzeczywistość, to może jednak go wyrzucić np. z listy lektur? No i tu się otwiera całe pole do interpretacji, także politycznych, jak rozumiemy tę skazę na życiorysie (bo to w sumie nie jest takie oczywiste, że dla wszystkich te kwestie moralne wyglądają tak samo). I robi się niebezpiecznie.

      @Magdalena i @Eire, no właśnie, ale Patrole to są książki fajne i tu się pojawia ten problem, co robić, skoro na nasze nie czytanie wpływają nie tyle wartości literackie, co kontekst pozaliteracki (w sumie to jest chyba problem ocierający się o demokrację konsumencką w jakiś sposób, tak sobie myślę).

      Usuń
    3. Tak, myślę, że chodzi właśnie o demokrację konsumencką (jeżeli dobrze rozumiem to pojęcie). Bo to nie jest tak, że nazim bardziej mi się podoba od tego co Putin robi na Krymie, tylko, że to dzieje się tu i teraz i nie chcę dawać moich pieniędzy człowiekowi, który takie szkodliwe rzeczy opowiada. Przeczytać jego książki też bym nie chciała TERAZ, gdy emocje opadłyby (i gdyby mnie ten typ literatury interesował) pożyczyłabym ją, nadal bym za nią nie płaciła. Natomiast gdyby to było 100 lat temu, nie miałabym tylu zahamowań, jak w przypadku Hamsuna.

      Usuń
  4. Pisarz to pisarz, dzieło to dzieło. Takie to proste :) A, jeszcze mi się przypomniał stary, ale świetny dowcip w temacie:
    " Czytałem trochę książek Korwina. Były napisane świetnie, wyjaśniały sporo rzeczy. Dużo fragmentów czytałem wielokrotnie, praktycznie ucząc się na pamięć. Czytaliśmy nawet jego książki ze znajomymi. A potem Korwin przestał pisać o brydżu i zaczął pisać o polityce."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie tylko co zrobić, kiedy tak nie jest? W sensie, np. jest cała gałąź przecież literatury non-fiction tak zwanej, i tam ta linia autor-dzieło wcale nie jest taka wyraźna ;). Zresztą u pisarzy, którzy się przyznają, że garściami korzystają ze swoich doświadczeń w dziele, albo u takich, którzy wydali/wydano ich dzienniki widać, że czasami przekładają sytuacje "z życia" do literatury, to też nie jest wcale takie proste ;-).

      Usuń
  5. Wszystkie obserwacje bardzo trafne. Ja jednak będę się upierać przy rozdziale twórczości od moralności, krytyki literackiej od krytyki ideologicznej. Orson Scott Card nie jest przez swoje poglądy gorszym pisarzem, jest po prostu pozbawionym empatii człowiekiem. Możemy nie kupować jego książek, bojkotować jego wystąpienia, ale dlaczego mielibyśmy zrezygnować z czytania jego powieści? To jak karanie siebie za głupotę innych.

    Sądzę też, że wszystkie te paradoksy i etycznie wątpliwe decyzje, od których roi się w biografiach pisarzy, czynią ich twórczość bardziej skomplikowaną i niejednoznaczną - a przez to ciekawszą. Sam fakt, że ich powodu zadajemy sobie te pytania, o tym świadczy. Jasne, że gdybym spotkała pana Rousseau na ulicy, musiałabym mu przyłożyć, ale jako myśliciel jest dla mnie bardziej interesujący właśnie ze względu na rozdźwięk między jego życiem a twórczością.

    I jeszcze: jak możemy oceniać moralność ludzi, którzy żyli w innych czasach i w innych warunkach? Są przecież takie sytuacje w życiu (bardzo, bardzo nieliczne), w których nawet oddanie własnego dziecka oznacza wybór mniejszego zła. Sytuacje, o których pisarze raczej niechętnie pisali w swoich dziennikach. My chcielibyśmy takiego artystę ukamienować pomnikiem, zobaczyć w nim wcielenie ideału naszej kultury, a on się opiera krzycząc "Jestem tylko człowiekiem!". Może to dobrze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, tak jak pisałam też wyżej - w sumie to jest jakoś zagadnienie w granicach demokracji konsumenckiej; tylko że chodzi nie tyle o pokazanie, że nie zgadzam się, np., ze stanowiskiem jakiejś firmy/koncernu/państwa, ale z pisarzem. Tylko co, jeśli poglądy pisarza wcale się w książkach nie odbijają?

      Bardzo dobra uwaga odnośnie moralności innych epok - i tego, że trudno przykładać naszą miarę do nich. No i jasne, że łatwo się wypowiadać z perspektywy wygodnego fotela, podczas gdy w danej sytuacji, często trudnej, nie wiadomo, jakbyśmy się sami zachowali.

      A co do życia/literatury - tu jeszcze w przypadku filozofów wychodzi na wierzch ta kwestia, czy da się żyć zgodnie z wypracowanym przez siebie systemem filozoficznym. Historia pokazuje, że to jest bardzo trudna i złożona kwestia ;-).

      Usuń
  6. Mam tak z Łukianienką... W ostatniej części Patroli strasznie mnie jego wtręty o rosyjskości drażniły.

    A teraz z okazji Internetowego Dnia Życzliwości #IDŻ chcę Ci powiedzieć, że przebojem weszłaś do czołówki moich ulubionych blogów i choć nie zawsze komentuję, to czytam regularnie. I zawsze jestem pod wrażeniem twoich tekstów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałam jeszcze ostatniego Patrolu i nie wiem, jak to z tym będzie, bo wygląda to wszystko bardzo nieciekawie :/.

      Ooo, jak mi miło to czytać! Dzięki wielkie, to bardzo krzepiące słyszeć takie słowa! :-) I jaki człowiek jest od razu zmotywowany :-)!

      Usuń
  7. Świetna notka, uwielbiam grzebać pisarzom po życiorysach. A jak tak sobie przeczytałam, to myślę, że, faktycznie, najgorzej mają ci, którzy pisali z konkretnymi poglądami, czy to dotyczącymi moralności, czy polityki. Jak z Rousseau - jak tu czytać traktat o wychowaniu dzieci, skoro wiadomo, że autorowi teoria rozjechała się z praktyką? Owszem, niby prawdy uniwersalne, niby literatura swoje, świat swoje, ale zaufanie się z lekka nadszarpuje. W drugiej linii ustawiłabym tych, którzy pisali dla dzieci - bo, jak kiedyś stwierdzili w jednym kryminale, nie może być tak, że twórca uroczych bajek wstaje od biurka i okłada kułakiem żonę. Z trzeciej strony... z trzeciej strony... to ja mam tak: ileś lat temu próbowałam zapoznać się z literaturą wiktoriańskiej Anglii. Za wiele z tego nie wyszło, ale tłukło mi się gdzieś w głowie, że Dickens i Thackeray nie dla mnie. Potem lat parę minęło i jakoś tak bokiem zapoznałam się z kolei z życiorysami obu panów. W szczególności z anegdotą, jak to Dickens zerwał z Thackerayem, bo ten ośmielił się nie zrywać stosunków towarzyskich z żoną Dickensa. Biorąc pod uwagę biografię obu panów, zachowanie Dickensa można określić słowami nieparlamentarnymi, ale niech będzie, że co najmniej niedżentelmeńskie to było. A jaka jest konkluzja? Konkluzja jest taka, że nadal nie doczytałam ani Dickensa, ani Thackeraya, ale chętnie przeczytałabym jakąś ładną biografię o jednym i drugim. I gdzie tu logika? :)

    I jeszcze na marginesie - w biografii Orwella jest taka urocza wstawka: Taylor pisze krytykę z Orwella z punktu widzenia aktywisty radzieckiego. I co jest najpiękniejsze w owej krytyce - że wszystko jest w sumie prawdą: że Orwell lubił bywać większym anty-systemowcem, niż był naprawdę, że stosunek do proletariatu miał niejasny, jeśli nie nieciekawy, że kobiety traktował nie po dżentelmeńsku, że o Żydach pisał w sposób obrzydliwie stereotypowy, a o homoseksualistach jeszcze gorzej - i co? I nico. Taylor widać, że szczerze swojego bohatera lubi,a że był, jaki był - to chyba tym lepiej. Bo cóż by to był za bohater bez uprzedzeń, kłamstewek i burdelu w głowie.

    Co do wypowiedzi Łukjanienki, to faktycznie, też bym facetowi kasy nie dorzucała. Zmarli niech sobie leżą w grobach, ale żywi to inna bajka. W związku z tym "Nowego Patrolu" nie czytałam. Może patriotycznie byłoby przerzucić się na Głuchowskiego, ale jego poprzednia książka mnie wynudziła niczym mopsa.W związku z tym zostaje tylko czekać, aż przetłumaczą u nas te nowelki Akunina o wojnie wywiadów - wtedy będę w zgodzie z upodobaniami i z poglądami.

    I tak jeszcze na marginesie: a co jeśli pisarz się rozmija z prawdą w dziełach silnie autobiograficznych? We wspomnieniach, wypominkach, autobiografiach właśnie? I to tak właśnie na gruncie moralno-światopoglądowym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, tu się jeszcze pojawia cały nowy wątek: nasze wyobrażenie o autorze a rzeczywistość. To znaczy, czy ten wspomniany pisarz dla dzieci to jest człowiek, który znacząco ma się różnić od dajmy na to reportera wojennego? (Jeden pić nie powinien, drugi jak Hemingway pociągnie whisky, ale w sumie to tylko nadaje tego rysu autentyczności - upraszczam, oczywiście). W sensie: czy to się jakoś przekłada, czy może po prostu nie tyle chodzi o idealizowanie osoby, ale o takie zwykłe oczekiwanie, że pisarz okaże się człowiekiem.

      A że życiorysy pisarzy same w sobie są interesującą lekturą (choć nie zawsze - i nie z winy materiału ;-)), to inna sprawa :-).

      Usuń
    2. Nie zauważyłam jeszcze Twojego na marginesie. To jest bardzo dobre pytanie - myślę, że podpadające jakoś pod zagadnienie stylizacji/autostylizacji i warte zastanowienia się nad tym. Bo to podejrzewam zależy też od tego, czy te dzienniki na przykład były przeznaczone do publikacji - od początku, dopiero na jakimś etapie? - czy nie, kto był docelowym odbiorcą i tak dalej.

      Usuń
    3. Najgorzej takie fabularyzowane wspomnienia czy książki z silnym wątkiem autobiograficznym, ale jednak nie będące literaturą faktu (typu "Pożegnanie z Afryką" Blixen). Czy to prawda, czy fikcja, jak dywagował Broszkiewicz w rozmowie z kotem Pacułką. :)
      Ale, jak piszesz, "zdarza mi się w czasie lektury dopatrywać się tego drugiego dna, wyłażącego właśnie z tych biograficznych zakrętów, nic na to nie poradzę (inna sprawa, że nie zawsze mi to przeszkadza, raczej wzbogaca odbiór, czy jak by to można było nazwać)" - i to jest najpiękniejsze. Że nie chodzi o to, żeby autora łapać za rękę i krzyczeć "oszustwo!", tylko żeby sobie pomyśleć "no, patrzcie, patrzcie, to jednak wcale nie tak było!" czy "aaa, to stąd to wziął!". :)

      O jeszcze mi się przypomniało - miałam kiedyś sytuację, że książka trafiła na indeks ksiąg zakazanych właśnie ze względu na autora. Na studiach mieliśmy wzbronione korzystanie z jednego podręcznika (pod groźbą oblania kolokwium), gdyż autor był zbrodniarzem wojennym. Do tego tematyka podręcznika (pisanego już po wojnie) zahaczała o, powiedzmy, charakter tych wojennych zbrodni, więc tym bardziej brzydko to wyglądało. Dla mojego rocznika wielkim problemem to nie było - były już w sprzedaży alternatywne podręczniki polskie (zaznaczam, że akurat przedmiot należał do takich, że spokojnie dało się korzystać z literatury sprzed 50 lat i niczemu to nie wadziło). Ale jakbym tak nie miała wyboru - jakby był tylko zakazany podręcznik (ponoć niezły merytorycznie) albo nic (ewentualnie jakieś słabizny, z których uczyć się to koszmar) - złamałabym się czy nie złamała? Zwłaszcza, że podręcznik był łatwo dostępny, sama kiedyś widziałam nielegalną kopię.
      Z drugiej strony, co począć z autorami, którzy wypromowali się właśnie na zbrodni, nie żeby zaraz wojennej, ale takiej zwyczajnej, codziennej? Nie mam nic przeciwko czytaniu Anne Perry, bo chociaż była skazana za morderstwo, to nie zrobiła kariery jako "pisarka kryminałów z wyrokiem", wręcz przeciwnie, starannie ukrywała swoją przeszłość. Ale co zrobić z jakimiś najemnikami czy innym gangsterami, co sprzedają swoją przeszłość w kolorowym opakowaniu? Dylemat, jak dla mnie, czysto teoretyczny, bo nie ciągnie mnie do czytania takich rzeczy. A - znowu, jak w przypadku tegoż zakazanego podręcznika - co jakby mnie ciągnęło? No, ale to takie w sumie abstrakcyjne dzielenie włosa na czworo, skoro ani nie kupuje, ani nie sprzedaję, ani nawet pożyczam. Mam komfort moralny i mogę żyć z czystym sumieniem, zupełnie jak Dickens. :)

      Usuń
    4. Dokładnie - tylko że wtedy, czy to "ciągnięcie" to tylko kwestia sensacji (i np. to pozostaje autor jednej książki), czy jednak i innych czynników (tu bardziej ten przykład świetny pisarz, ale z jakimś takim nieciekawym życiorysem, jeśli chodzi o, hm, etykę).

      Usuń
  8. hm, ja czytam książki dla książek, nie autorów.
    jednakże, przyjemnie jest czasem się dowiedzieć, że ktoś, czyje książki uwielbiam, ma podobne poglądy, zainteresowania. jeśli nie, to staram się puszczać mimo uszu i nie psuć sobie lektury :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, oczekujemy trochę od pisarza, że jeśli swoimi dziełami do nas trafia, to będzie i przemawiał do nas jako człowiek. Ale z tym, jak widać, bywa różnie :-).

      Usuń
  9. Jeśli chodzi o "Cichy Don", to ja się o domniemanym dwuautorstwie dowiedziałam dzis, od Ciebie :). A wrażenia z lektury mialam identyczne, pierwszy tom wchlaniałam jak ulubione ciastoko, reszta... ekhm. Więc czytało Ci się gorzej nie tylko ze wzgledu na posiadana przez Cię wiedze :).

    Ja niby czytam książki dla treści, nie autorów, ale jednak wolę się o nich niektorych rzeczy nie dowiadywać, bo z doświadczenia wiem, że mi to rzutuje na odbiór dziela, i to jak. Na Tołstoja nigdy już nie spojrzę wyrozumialym okiem, więcej, wiedza na temat prywatnego zycia rzutuje mi rykoszetem na odbiór postaci, i tak na przykład jak slysze o kims, kto kocha Lewina to mi się wszystko w srodku trzęsie, bo wiem, że Lewin to taka wymarzony przez Tołstoja autoportret, który wcielał swoją wizję bycia Lewinem w zycie nie bacząc na pot, krew i łzy. Cudze. I niemalże po trupach (nie dosłownie, ale niewiele brakowalo).

    Ale szczyt osiągnęła Frances Burnett, film o której miałam nieszczęście obejrzeć (gdybym wiedziała, co w tym filmie zobacze to bym wyłaczała telewizor z krzykiem, bo było to w czasach, gdy już wiedziałam, że sie robię mało tolerancyjna, jak ktory pisarz przegnie ;), ale nie wiedziałam, a teraz już przepadlo). Ostatnio udało mi sie przeczytać ponownie "Tajemniczy ogród" wyłacznie dlatego, że ZAPOMNIAŁAM, kto go napisał (wyparlam, jak mniemam)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mnie pocieszyłaś z tym "Cichym Donem", bo tak potem rozpytywałam i wszyscy twierdzili, że doskonałe, doskonałe, a ja utknęłam i miałam wrażenie, że po pierwszym tomie to ja czytam już coś zupełnie innego niż wcześniej (swoją drogą to nie wiem, czy te kwestie dwuautorstwa rozpatrywała też komisja noblowska, czy to się pojawiło jakoś później, ciekawe).

      No właśnie mnie się też udaje czasami zapomnieć ;-) (ale to nie mów, nie mów co z tą Burnett, bo ja tak lubię jej książki, a to brzmi strasznie - trochę widzę jakąś żonę pana Rochestera w tym). Ale zdarza mi się w czasie lektury dopatrywać się tego drugiego dna, wyłażącego właśnie z tych biograficznych zakrętów, nic na to nie poradzę (inna sprawa, że nie zawsze mi to przeszkadza, raczej wzbogaca odbiór, czy jak by to można było nazwać). Jak to mówią - zawsze można się dowiedzieć, odwiedzieć już nie.

      Usuń
  10. Oddzielam autora od dzieła, nie interesuje mnie czy ćpał, chlał, tudzież swawolił. Dzieło to dzieło- ma narratora lub podmiot liryczny. Czasem można je utożsamić z autorem, ale częściej może to zaprowadzić na manowce. Czy język powieści będzie mniej piękny jeśli dowiem się, że autor nie dbał o żonę? Czy barwy obrazu wyblakną, jeśli będę wiedzieć, że malarz palił trawkę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyblaknąć nie wyblakną same w sobie - to raczej kwestia naszego odbioru :-). Poza tym to jest też pytanie, czy te szczegóły przeniknęły do dzieła - czy da się je w nim znaleźć - czy nie. Podany przez @Anutka przykład z Tołstoja fajnie to obrazuje - raz, że chodzi o nasz odbiór, ale dwa - też o pewną intencję autorską.

      Usuń
  11. Fajnie by było gdyby dobre książki pisali dobrzy ludzie. Szkoda, że to tak nie działa. Sama często nie wiem, co z tym zrobić. Niby oddzielam autora od dzieła, ale jakiś niesmak pozostaje, zwłaszcza kiedy książka jest naprawdę fajna i chciałabym lubić jej autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, bo autora lubianej książki też by się chciało lubić - to chyba dość naturalna potrzeba :-).

      Usuń
  12. Hmm... Może nie powinienem. Ale jednak.
    Autora rzeczywistego od autora modelowego oddzielić trzeba - tu profesor U. Eco ma, według mnie prostaczka, rację.
    Autora modelowego nie sposób od utworu oddzielić. Jego istność jest częścią utworu, choćby z uwagi na język, rozumiany jako kod, tak jak to objaśnia Wittgenstein. Zatem:
    Jeśli mamy powieść Europejczyka A, który pisze o Japonii, będzie to powieść europejska, gdyż kod kulturowy europejskiej duszy będzie działał, choćby pisało się o czasach Edo. A to, czy pan A był konfidentem obcego wywiadu, a w powieści opiewa wybór śmierci ponad zdradę, nie tworzy jako takiego dysonansu, lecz staje się żyzną glebą dla różnej maści psychoanalityków, którzy będą wskazywali na "kompensację poprzez konfabulację" i podobne zjawiska.
    Wiecie, co jest "fajnego" w książkach Daviesa o historii Polski? Że on nie potrafi się odnaleźć w naszych polaryzacjach interpretacji. Nie jest w stanie w czambuł potępić czegoś, a wychwalać czegoś innego przemilczając niewygodne fakty. Nie jest w stanie "udawać Polaka".
    Nie wiem, czy nie zamieszałem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, semiotycy, i strukturaliści w ogóle, próbowali sobie z tym problemem tak poradzić (albo nawet jeszcze bardziej, przecież "śmierć autora" to pomysł z podobnych, choć późniejszych jeszcze, kręgów) - i to się w niektórych przypadkach sprawdza, ale mam wrażenie, że nie wszędzie. Przede wszystkim jednak nie wiem, czy tych dwóch autorów da się oddzielić na niwie, powiedzmy, emocjonalnej (a tego w większości przypadków teorie literaturoznawcze nie brały pod uwagę) - chociaż ten przykład z Daviesem dałoby się pociągnąć w tę stronę (bardzo fajny przykład, swoją drogą :-)!).

      Usuń
  13. Dawno mnie tu nie było...
    Nie jestem ekspertem, jeśli chodzi o biografie pisarzy, nie potrafię więc podać dobrych przykładów. Ale w przypadku naszych ulubionych autorów często stosujemy coś w rodzaju efektu aureoli. No bo jak to, tak świetnie pisze, a takie straszne ma poglądy??
    Świetnie opisałaś temat w poście - i do tego stwierdzenia się ograniczę;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Tylko że można czytać takich autorów zachwycając się (i kiedy nagle dowiemy się o ich grzechach - bojkotować), a można inaczej - właśnie analizując, szukając tego, co zostawili między wierszami. Tym bardziej że np. u niektórych antysemitów antysemityzm dla osoby czytającej pobieżnie będzie wręcz niewykrywalny, homoseksualizm czy wręcz przeciwnie, homofobia będą ukryte w pozornie nieznaczących wątkach, z powieści o sielskiej wsi może sączyć się pogarda dla ekologów - rozplątywanie takich supełków to bardzo ciekawa rzecz. Nie uznaję bojkotowania autorów ze względu na poglądy, wręcz przeciwnie - pozwalają one spojrzeć na ich książki w innym świetle, zobaczyć coś nowego, niekoniecznie takiego co nam się podoba. Książki nie są tylko rozrywką - są świadectwem swoich czasów, bez względu na to czy są harlequinem czy high fantasy, czy dostały Nobla czy Nebulę. Poza tym jak się ciekawie o takich motywach pisze prace naukowe ;-) Poza tym jak zauważyłaś, autora chce się lubić - ale właściwie dlaczego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre pytanie - może to tkwi jakoś głęboko w nas (chyba, że ktoś jest mizantropem ;-)), taka ludzka potrzeba lubienia, zwłaszcza jak się lubi czyjeś książki (na takiej zasadzie jak zwykle pałamy sympatią do osób jakoś tam podzielających nasze poglądy)? Podejrzewam, że może neuronauka już nawet roztrząsa ten problem bardziej dogłębnie - jeśli nie, powinna ;-).

      Ale tak, zgadzam się, że to mogą być interesujące smaczki poukrywane skrzętnie gdzieś w fabule. Tu jest jeszcze druga strona zjawiska: że czasami one są poukrywane, a my ich nie widzimy i wtedy możemy się zaplątać w coś, co udaje coś zupełnie innego, niż jest. To nawet mogą być takie malutkie rzeczy, wykrywalne po krótkim zastanowieniu, ale niekoniecznie (spora gałąź tej "literatury kobiecej", o której pisałam, tu by się idealnie nadawała pod analizę).

      Usuń
  15. na początku chcę napisać, że trafiłam na Twojego bloga przypadkiem, przez aska Zwierza, i całkowicie przepadłam! świetnie piszesz o niezwykle ciekawych sprawach. :)

    sama często mam problem, żeby przełamać się do pisarza, gdy 'poznam go' jako człowieka. z wiekiem coraz ważniejsze jest dla mnie to, by unikać promowania/lubienia czegoś sprzecznego z moim światopoglądem, więc zaczęłam czytać więcej biografii, by wyrobić sobie własne zdanie. oczywiście, nie można mieć o wszystko pretensji - pamiętam moje rozczarowanie, gdy wyczytałam kilka niezbyt dobrych rzeczy o Stachurze, ale żadna z nich nie skreślała go jako człowieka; wręcz przeciwnie, udowadniała, że nim był. ;)
    podobne podejście mam do twórców filmowych: Allen, Gibson, Sean Penn, Polański i paru innych budzą we mnie konsternację i bardzo ciężko mi jest na nich patrzeć, mimo że tworzą dobre filmy. może nie powinno tak być i może powinno się oddzielać życie prywatne od twórczości, ale dla mnie to niewykonalne: bo skoro moja sympatia wzrasta, gdy słyszę o, przykładowo, społecznych akcjach artystów, ich pomocy dla dzieci, zwierząt, to czemu ma nie maleć, gdy okazują się homofobami, rasistami czy domowymi bokserami?...

    o Rousseau słyszałam na zajęciach z Historii literatury francuskiej podczas kolokwium, na którym mieliśmy wypisać jego złote rady dt. wychowywania dzieci. cała grupa wybuchnęła śmiechem, a wykładowca nie wydawał się tym zachwycony. ;) od czasów licealnych mam awersję do Mickiewicza, jego życie staje w zbyt wielkiej opozycji do tego, o czym i w jaki sposób pisał. nie jestem w stanie tego pokonać. zwłaszcza, gdy w szkole czyta się go obok Słowackiego.

    pamiętam też spór pod koniec klasy maturalnej o Szymborską [jej krótką 'czerwoną historię'] i wielkie oburzenie kolegi, że 'pewnie tylko udawała, że zmienia poglądy i dalej była zła'. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dzięki za danie znać, zastanawiałam się właśnie, skąd tyle tych wyszukań w google :-).

      Poruszasz ciekawy problem, tak w sumie często występujący w naszym zakątku świata, czyli te wszystkie epizody komunistyczne. Muszę powiedzieć, że to jest sprawa znacznie bardziej skomplikowana, bo tu dochodzą jeszcze dwie rzeczy, czyli pewien idealistyczny komunizm międzywojenny, który tkwił w ludziach, no i aparat opresji, który też miewał różne skutki. Także to czarno-białe wartościowanie jest tutaj, w gruncie rzeczy, za daleko idącym uproszczeniem. Ale tak, strasznie często się to słyszy.

      A epizod z Rousseau - cudny :).

      Usuń
  16. Też trafiłam tu dzięki Zwierzowi i bardzo podoba mi się Twój blog. Uwielbiam czytać takie wpisy o literaturze, będą tu na pewno zaglądać :)

    Ohydne zachowanie Łukjanienki, dobrze, że "Nocny Patrol" nie spodobał mi się, bez żalu rezygnuję z jego książek.

    Bardzo mnie ciekawi, o co chodzi z Frances Burnett? Czy ktoś mógłby napisać chociaż, gdzie znaleźć o niej informacje? : ) Szukałam w sieci przez pół godziny, ale napotkałam tylko standardowe notki biograficzne...

    Karmena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, rozgość się :)!

      Bo właśnie w momencie, kiedy książka nam się nie podoba, problem jest dużo mniejszy (chyba, że nie podoba nam się, ale czujemy, że jest jakoś ważna - wtedy gorzej), gorzej, jak książkę lubimy i nagle łupnie nas między oczy taka wiadomość.

      Usuń
    2. No właśnie - też usiłowałam znaleźć coś o Frances Hodgson Burnett ale nie wypatrzyłam niczego, co by chociaż naprowadziło na trop. Przyłączam się do prośby Karmeny :)

      Usuń
  17. Niezwykle ciężko jest mi oddzielić dzieło od jego autora. Łukjanienki już nie czytam, pomna jego wystąpienia. A kiedyś zdarzyło mi się przeczytać wspomnienia o Lemie autorstwa jego syna i też mi się coś poprzestawiało - nie sięgam już po Lema, choć, do licha, pisał tak znakomite rzeczy! No i co mam z tym fantem zrobić? Nie czytać o autorach, żeby przypadkiem nie natrafić na coś, co mnie od nich odepchnie?
    Kocham czytać, nie chcę, żeby mnie coś odpychało, jeśli już coś ma to robić, niech to będzie sama książka, zła, albo nie dla mnie. Nie autor.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to mnie zaciekawiłaś czym Ciebie Tomasz Lem do swego ojca zniechęcić. Książka bardzo mi się podobała i nie znalazłam w niej niczego, co by rzucało złe światło na pisarza. Może powinnam przeczytać ją jeszcze raz?

      Usuń
    2. *zniechęcił (przepraszam, komórka "wie lepiej" co chcę napisać)

      Usuń
    3. O nie, nic mi nie mówcie o Lemie, ja go dopiero zamierzam zacząć czytać, nie chcę się niczym zniechęcać! Także aluzyjnie proszę ;-).

      Natomiast @Agnes, Twoja puenta jest bardzo fajna - niech dzieło zniechęca, jeśli już musi, samo. Tylko pytanie, czy tak się da - oddzielić dzieło od kontekstu powstania (chyba jedno z odwiecznych czytelniczych pytań właśnie ;-)).

      Usuń
    4. Czasem sobie myślę, że bez kontekstu nie byłoby dzieła. To przeżycia autora napędzają wyobraźnię, dylematy, uczynki, zdarzenia. I egoizm. Bo nie da się pisać dobrze pomiędzy praniem a prasowaniem, wycieraniem dziecięcej pupy i pieleniem ogródka. Nie da się nawet książki przeczytać, dopóki progenitura nie zaparkuje do łóżek i nie zaprzestanie odrywania co chwilę od lektury, aby zadać jakieś pytanie.
      Może nawet należy zaryzykować stwierdzenie, że im większy geniusz, tym mroczniejsze cienie gromadzą się wokół niego?

      Usuń
    5. Na przykład Jan Parandowski pisał, zamykając się w określonych godzinach przed dziećmi w pokoju ;). Także chyba trzeba czasami korzystać z takich natrafiających się okazji - zdaje się w którymś wywiadzie z Justyną Bargielską czytałam, że ona też stara się pisać korzystając z chwili, w której dzieci się bawią albo śpią.

      I nie wiem, jak to jest z geniuszem - pewnie trochę jest to kwestia autokreacji też :).

      Usuń
    6. To żeby Pyzy nie zniechęcać - http://mcagnes.blogspot.com/2010/03/awantury-na-tle-powszechnego-ciazenia.html - Pani Wu zagląda, Pyza nie.

      Usuń
    7. @Pyza Wędrowniczka - Zapewne autokreacja też!

      @Agnes - No bez przesady, to nie są żadne przestępstwa! :D Kurczę, kobitki, kiedyś Was własne dzieci tak podsumują i rozliczą, że się z rozumem nie pozbieracie :D Nawet nie przypuszczacie, że jesteście takimi potworami :D

      Usuń
    8. Nie są, oczywiście, że nie; w świetle tego, co w notce napisano i w komentarzach, Lem wypada po prostu blado. Co nie zmienia faktu, że już po niego nie sięgam...

      Usuń
    9. @Agnes - Czy z tych powodów, które tam przytoczyłaś? Obawiam się, że w takim razie nie ma wielu pisarzy, których książki mogłabyś czytać ;)

      Usuń
    10. @Pani_Wu, to jasne, że duży wpływ ma też to, jak nas widzą inni - nawet najbliżsi - ale też zależy na przykład od kontekstu epoki (kiedy coś jest normą kulturową, a później jednak uznajemy to za wynaturzenie różnego rodzaju) i paru innych czynników ;).

      Usuń
    11. @Agnes, dziękuję! Ale na pewno tam zajrzę po lecie, jak już się w Lemie do woli obczytam i będę mogła się zniechęcać ;).

      Usuń
    12. @Pyza Wędrowniczka - Zgadza się :) Niegdysiejsze skandale teraz często wyłącznie śmieszą :)

      Usuń
  18. Jejku, te rozdzielenie bliźniaków aż mną wstrząsnęło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jest bardzo specyficzna historia. Travers nie uważała, zdaje się, że robi coś złego, a chłopakiem, kiedy odkrył, że ma brata, mocno to wstrząsnęło -- zresztą nic dziwnego. A równocześnie to ta sama Travers, która napisała "Mary Poppins" -- więc jak tu dzielić pisarza i jego dzieło.

      Usuń