Stale proszę o wybaczenie albo o Bohumilu Hrabalu




Dwudziesty ósmy marca łatwo w kalendarzu ominąć, jeśli akurat nie przypada na zmianę czasu i z rzadka na dzień okołowielkanocny. Łatwo, jeśli się nie wie, że tego dnia urodził się pisarz, który zdecydowanie zmienił sporo w literaturze i namieszał w życiu swoich czytelników, pokazując im takie strony rzeczywistości, których wcześniej nie widzieli (czasami także dlatego, że nie mieli ochoty). Innymi słowy, dzisiaj są urodziny Bohumila Hrabala. Jeśli nie mieliście jeszcze z pisarzem przyjemności – może Was zachęcę. Jeśli mieliście – poświętujmy sobie razem.

Jest późna wiosna kilkanaście lat temu. Snuję się po mojej ukochanej bibliotece i smęcę, że nie mam co czytać, nic mi się jakoś nie podoba, wszystko wydaje mi się wtórne. Moja pani bibliotekarka w akcje desperacji, znużona tym moim narzekaniem, wręcza mi cieniutką, pomarańczową książeczkę wydaną przez Izabelin. „Ależ to Hrabal” - mówię. Jestem uprzedzona, bo jedyne, co o nim wiem, to że popełnił samobójstwo (dopiero później się dowiem, że to wcale nie jest taka jednoznaczna historia). Myślę więc, że to jakaś ponura depresyjna proza, a w końcu zaraz lato i wakacje, nie chcę czytać ponurej prozy. Daję się jednak przekonać, bo jeszcze się nie zdarzyło, żebym dzięki rekomendacji od tej właśnie pani bibliotekarki nie odkryła wspaniałej książki. Wracam do domu, jest ciepło. Biorę koc, rozścielam sobie na dworze i zaczynam czytać. I przepadam.

Tak mniej więcej zaczęła się moja znajomość z Hrabalem – znajomość, na którą wcale nie miałam ochoty. Tą książeczką była „Taka piękna żałoba” (w oryginale przepiękny neologizm „Krásosmutnění“ - od „krásobruslení“, czyli jazdy figurowej na łyżwach i „smutku”, czyli żałoby), zbiór opowiadań, wspomnień z dzieciństwa narratora, z małego, melancholijnie uroczego miasteczka, które niby jest w środku niczego, a w gruncie rzeczy leży o rzut kamieniem od Pragi (przygotujcie się na to, że dla Was w Czechach wszystko będzie blisko, bo kraj jest mniejszy – a dla mieszkańców te 50 kilometrów to może nie wyprawa w nieznane, ale jednak dystans dość daleki). Narrator jest pierwszoosobowy i co tu kryć – specyficzny. Widzi świat jak przez różnokolorową mgiełkę, podobają mu się osobliwe rzeczy – najczęściej to, co brzydkie, jakieś rupiecie, zacieki na ścianach, paskudnie wytatuowana kiczowata syrenka. I on zaczyna nas nagle przekonywać, że to wcale nie są rzeczy, które powinniśmy zostawić gdzieś w kąciku widzenia albo uczyć się je wypierać. Nie, to są takie sprawy, które trzeba mieć zawsze przed oczami i się cieszyć z tego, że są.


Hrabal był pisarzem konsekwentnym aż do przesady. A jednocześnie był mistrzem autokreacji. Wielokrotnie pisał to samo, powtarzał motywy, a jedną z jego ulubionych metod pracy było cięcie gotowych tekstów i składanie z nich nowych (dosłownie cięcie: ciął nożyczkami maszynopis i układał z niego inne teksty). Jednocześnie zaś stworzył zaskakująco spójną opowieść o poplątanych losach Środkowoeuropejczyków, z której jednocześnie się śmiejemy i na której płaczemy. Jego „Trylogia nymburska”, w skład której wchodzi też „Taka piękna żałoba”, to zapis doświadczeń kilku pokoleń. Matki, swobodnej artystki z małego miasteczka, która po wyjściu za mąż nie bardzo umie się przystosować do roli nobliwej pani domu, więc spędza czas głównie z lekko zwariowanym szwagrem (o tym są prześliczne „Postrzyżyny”, gdzie nie brak makabreski – jeśli myślicie, że nie da się w taki właśnie piękny, poetycki sposób opisać świniobicia, zajrzyjcie właśnie tam – ale które są jednocześnie zapisem rzadkiej jednak w literaturze miłości między małżonkami, czyli są w gruncie rzeczy o tym, co się dzieje, jak już nasi bohaterowie zejdą ze ślubnego kobierca i przestaniemy ronić łzy wzruszenia. Syna, który szwęda się po okolicy, która z pełnej cudów krainy dzieciństwa zmienia się na jego oczach, gdy znikają niektórzy jej mieszkańcy, za to pojawia się „nowe”, co nie zawsze znaczy dobre, w miasteczko, będące duszącym, powstrzymującym przed rozwojem tworem (tak się dzieje w „Takiej pięknej żałobie” – żałobie za latami dzieciństwa, w których to, że znani dobrze sąsiedzi-Żydzi wyjeżdżają nagle na wozach w nieznanym kierunku, a ojciec chowa przez całą wojnę flaszkę whisky, żeby nią poczęstować żołnierza, który ich od okupanta wyzwoli, jest na poły snem, na poły podświadomą rejestracją tragicznych wydarzeń; jeszcze lepiej to widać w kolażu, który Hrabal zlepił swoją metodą cięcia i sklejania z tekstów okołonymburskich, czyli w „Miasteczku, w którym czas się zatrzymał”. W końcu stryja i podstarzałych rodziców w melancholijnym, brzmiącym jak stary walc zbiorze „Skarby świata całego”.
Kadr z filmowych "Pociągów pod specjalnym nadzorem". Źródło.

Ale jeśli zapytalibyście mnie o moje ukochane książki Hrabala, to będą dwie (choć wybór taki trudny – ale do tych wracam najczęściej). Pierwsza to „Wesela w domu”, powieść, w której Hrabal czyni narratorką swoją żonę, przetwarza to, co ich realnie spotkało w opowieść trochę prawdziwą, a trochę fikcyjną. Żona Hrabala, Eliška, pochodziła z rodziny czeskich Niemców, więc po wojnie jej rodzice zostali wysiedleni, a ona wraz z bratem, ponieważ znała czeski i skończyła czeską szkołę, nie dostała pozwolenia na wyjazd. Z Hrabalem poznała się późno, boje byli prawie czterdziestolatkami, oboje z powodu nieszczęśliwych miłości mieli za sobą próby samobójcze. „Wesela...” to zapis rodzącej się fascynacji poobijanym ewentualnym towarzyszem życia, którego narratorka szuka nie dlatego, że tęskni do miłosnych uniesień, ale dlatego, że... potrzebuje stałego meldunku w Pradze. Jednocześnie „Wesela...” są, tak sobie myślę, fajnym wprowadzeniem w świat Hrabala, bo przyszły mąż narratorki oprowadza ją po miejscach sobie bliskich – miejscach, które znamy z innych próz Hrabala! Czyli jeśli Was coś tam zafascynuje, nie ma się co martwić – o tych postaciach i tych miejscach przeczytacie więcej w innym miejscu. Poza tym są tam takie cudne sceny jak na przykład ta, w której bohater przedstawia swoją narzeczoną rodzicom – i stryjowi, który zajmuje się głównie głośnym chwaleniem armii austriackiej, w której, zanim się Austro-Węgry rozpadły, służył. Matka bohatera stara się te krzyki korygować, bo boi się, że kolejna deklaracja w rodzaju „oczywiście, że zwyciężylibyśmy Armię Czerwoną!” może na nich sprowadzić nieszczęście, więc również wrzeszczy przez okno, co tak naprawdę stryj miał na myśli. Bardzo to jest teatralne, a jednocześnie szalenie ujmujące: i to w tym spokojnym na pozór miasteczku na końcu świata, tak innym od Pragi, z której narratorka i bohater przyjeżdżają.

Druga zaś z moich ulubionych to „Święto przebiśniegu”, zbiór opowiadań z Kerska, gdzie Hrabal miał domek letniskowy (w sumie trudno tu oddać czeskie słowo chalupa, najbliższe chyba rosyjskiej daczy – to taki domek, gdzie się spędza czas wolny, niekoniecznie latem, ale w weekendy, po pracy i tak dalej, gdzieś na wsi albo za miastem). Są tam rzeczy straszne (obraz królików hodowanych w fortepianie może się wydać przyjemnie absurdalnym konceptem, póki z mrocznej narracji hodowcy nie dowiemy się, co te króliki tam robią), ale są i piękne (pościg za dzikiem-grasantem to jeden z najlepiej napisanych i najśmieszniejszych opisów, jakie w ogóle znam). No i stamtąd pochodzi moja ukochana fraza „jak tu nie kupić, kiedy takie tanie!”. Pełna osobliwych bohaterów wyprawa pod Pragę zawsze mnie i przeraża, i fascynuje. Warto się na nią wybrać.

Ale z Hrabalem nie jest tak, jak chcieliby niektórzy, że to tylko taki przyjemny autor historyjek przy piwie – jasne, piwo się u Hrabala leje strumieniami, a ten specyficzny typ bohatera, który wypracował, bawidułki, pábitela, czyli kogoś, kto snuje swoje opowieści właściwie nie wiadomo jak konstruując przejścia z wątku w wątek, to są rzeczy u Hrabala spotykane często-gęsto. Ale Hrabal potrafił być pisarzem ponurym i niesamowicie w odbiorze trudnym. Jak w „Vita nuova”, napisanym zupełnie bez znaków przestankowych monologu żony-narratorki, jak w mrocznej „Schizofrenicznej ewangelii”, gdzie z miłego dziadka-pisarza wyłania się zgorzkniały, rozczarowany rzeczywistością deliryk albo w „Pieśniach dziadowskich i legendach”, w których groteskowe motywy mogą czasami razić i odstręczać, a tego piękna codzienności właściwie nie ma wcale.
 Kadr z "Postrzyżyn". Źródło.

Bo Hrabal nie stronił od tematów trudnych. Niech Was nie zwiedzie forma i krążąca opinia, że to taki miły, czeski autor (bo wiadomo, że jak czeski, to zabawny i miły - a tu figa). Jego wielokrotnie przerabiane „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, które swoją wersję najlepszą osiągnęły chyba w formie scenariusza do nagrodzonego Oscarem filmu Jiříego Menzla z 1968 roku, to przecież historia o młodzieńcu (ach, cóż za archaizm, ale „młody człowiek” brzmi dziwnie, a z kolei „nastolatkiem” bohater „Pociągów...”, Miłosz, z pewnością już nie jest), który najpierw chce się zabić, bo sądzi, że cierpi na impotencję, a kiedy okazuje się, że jednak nie, to wikła się dość przypadkowo w działania ruchu oporu i – spojler! – kiedy najbardziej chce żyć, jego życie się kończy, koniec spojlera. Z kolei „Jak obsługiwałem angielskiego króla” – książka niemal doskonała – to opowieść o małym, zgrzebnym oportuniście, który zaczyna jako handlarz nie wydający reszty, a kończy jako milioner, tyle tylko, że czasy są niesprzyjające, bo akurat władzę przejęli komuniści, więc zabierają mu wszystko i wtrącają do więzienia. „Jak obsługiwałem...” nie czyta się lekko, bo mnóstwo tam nawiązań do czechosłowackiej historii, a przy okazji i język, i niektóre sceny, mogą zniesmaczać (przy okazji Hrabal hojnie korzysta tam z groteski). Przy czym to w ogóle nie jest historia łatwa: w końcu główny bohater to jest kolaborant, człowiek pozbawiony w dużej mierze sumienia, a jednak Hrabal pisze go tak, że nie za łatwo przychodzi nam oceniać jego moralność i postępowanie, bo Hrabal sam swoich bohaterów, w tym antypatycznej żony bohatera, która jeździ za Wehrmachtem i kradnie mienie pożydowskie, nie ocenia. Przedstawia nam ich i zostawia nas z nimi, nawet jeżeli wcale zostawieni być nie chcemy.

A „Auteczko”, które jest spowiedzią osnutą na historii o tym, jak autor-narrator musiał pozbywać się mnożących się w zastraszającym się tempie lokalnych kotów? W tej książce, jak ktoś mi kiedyś powiedział, jest wszystko. Bo „Auteczko” (w sumie bardziej po polsku chyba byłoby „Autko” albo „Samochodzik”, bo chodzi o imię kota, zdrobnienie od rzeczownika „auto”, czyli „samochód”, ale to na marginesie) to jest historia i o złamanym życiu, i o strachu, i o samotności, i o Holokauście, i o tym, co okoliczności mogą z nami uczynić, i o śmierci, i o miłości do zwierząt – no, wszystko w niej jest. No i jest wreszcie „Zbyt głośna samotność”, opus magnum autora, historia pracującego w składzie makulatury Haňti, który ma poczucie, że wraz z kolejnymi odsyłanymi na przemiał książkami, otaczający go świat coraz bardziej traci swój kształt i pozwala niszczeć kolejnym składnikom, które go kiedyś budowały, ba, świadomie je niszczy. No i są jeszcze dzieła poświęcone praskiej bohemie, światu barwnemu, smutnemu i – choć uważającemu się za zupełne centrum – bardzo marginalnemu, jak choćby „Czuły barbarzyńca”, opowieść o przyjacielu Hrabala, malarzu Vladimíře Boudníku. Z kolei w „Listach do Kwiecieńki” otrzymujemy zapis podróży, zetknięcia się z kulturą niby znaną, a jednak obcą, popadania w alkoholizm, rozmywania się osobowości, auto-studium (przy czym Hrabal zawsze się porusza na tej granicy prawda-zmyślenie i trudno jest czasem powiedzieć, w czym przesadza, co zmienia w fikcję i tak dalej) samotności w tłumie.

Zresztą, jeśli już jesteśmy przy książkach oddawanych na przemiał, to warto w ogóle powiedzieć, że Hrabal miał trudności z zostaniem pisarzem. Raz, że miał dysleksję i ciągle oblewano go z czeskiego, dwa, że kilka razy, kiedy gotowy już tom trafiał do drukarni, drukowano go tylko po to, żeby potem zniszczyć – bo akurat odwracały się, mówiąc nieco górnolotnie, prądy historii – a trzy, że Hrabal początkowo chciał być poetą. Całe szczęście, że jednak skręcił ku prozie. W każdym razie to jest też mistrz małych form – jego opowiadania to są perełki. Zajrzyjcie na przykład do zbiorku „Bar Świat”: ileż tam jest różnych sposobów snucia opowieści! Moje ukochane dziełko z tego tomiku to chyba „Kafkiada”, czyli niesamowita, surrealistyczna podróż po komunistycznej Pradze tramwajem. Wszystkie motywy w jednym, i to jak kapitalnie napisanym, utworze – o, to jest esencja Hrabala.

Bo to jest w gruncie rzeczy pisarz bardzo różnorodny i dość trudny w odbiorze. Bo umie być w jednej chwili subtelny, żeby zaraz świńtuszyć na potęgę, od poetycznego opisu przejść do budzącej mdłości makabreski. Ale jakże warto go czytać: dla szalonego stryja Pepina, który wiecznie coś opowiada, dla melancholijnego Haňti, przedsiębiorczej Eliški, rozmarzonej Maryśki, wiecznie reperującego samochód ojca, no i dla tych powidoków pamięci, dla tego, żeby zobaczyć, jak niepostrzeżenie, ale nieuchronnie świat się zmienia. Zwłaszcza, że i z tego zła Hrabal umie wykrzesać niesamowity opis i trafne, nieco rozmarzone albo strasznie wulgarne, acz celne, sformułowanie. Bo w sumie to był pisarz, który nie miał co do świata złudzeń – ale wcale mu to nie przeszkadzało.

Także co by tu powiedzieć na koniec? A może nic nie powiem. Ale w razie czego, jakbyście nie wiedzieli, po co sięgnąć w bibliotece, to idźcie za moim trochę przypadkowym przykładem, i weźcie Hrabala.

__________________

Jutro recenzja, ponieważ długie przejazdy autobusem i krótkie powieści mi służą, więc znowu coś przeczytałam.

Weź dokładkę!

8 komentarze

  1. Zainspirowałaś mnie - już wiem, co w pierwszej kolejności wybiorę, kiedy w bibliotece znowu pojawi mi się pustka w głowie :)
    Masz dość specyficzny styl pisania i przy dłuższych zdaniach czytanie jest nieco uciążliwe (musiałam kilka razy wrócić do początku, bo się gubiłam ;-;), ale tekst jest zbyt wciągający, bym miała przestać go śledzić wzrokiem - dlatego niesamowicie szybko przełknęłam całą notkę i mam ochotę na więcej :D Gdyby nie linki Karolci, nie wiedziałabym o tym blogu, dlatego cieszę się, że miałam szczęście i tu trafiłam. Idea codziennej notki bardzo, bardzo mi się podoba i jestem pełna podziwu dla Ciebie, że udaje Ci się trwać w tym postanowieniu.
    + dzisiaj są również urodziny pana Shmitta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to się w takim razie cieszę, że tu trafiłaś - i że zachęciłam do Hrabala (mimo wszystko ;-))! Proponuję zacząć od tych - przynajmniej w formie - lżejszych książek, takich jak "Taka piękna żałoba" właśnie. Mam oczywiście nadzieję, że Ci się spodoba :-).

      Usuń
  2. Lubię czeskich autorów, ale po Hrabala jeszcze nie sięgnąłem, bo tyle o nim się mówi i pisze, że stał się dla mnie Karlem Gottem czeskiej literatury :-D Ale może wreszcie sięgnę po jego książki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, bo jemu się trochę robi krzywdę tym jednostronnym reklamowaniem go jako tego miłego dziadka, co pisał o piciu piwa. A to jest tak z jedna czwarta całej prawdy ;-). No i u nas się sporo o Hrabalu mówi, ale na przykład w Czechach on dość długo był takim problematycznym autorem - bo jego późne dzieła są osobliwe, dla niektórych też pewnie odpychające, poza tym Hrabal podpisał też tzw. Antykartę, czyli komunistyczną listę poparcia wymierzoną w dysydentów i to się za nim długo ciągnęło (a sprawa jest, jak zwykle, dużo bardziej skomplikowana i nie czarno-biała). Także w sumie to wrócił do łask jakoś przy okazji setnych urodzin chyba. Sięgnij koniecznie - jak o Pradze, to zajrzyj do "Baru Światu", jak coś takiego na fest, to "Jak obsługiwałem..." albo "Zbyt głośna...", no i zawsze rekomenduję "Wesela w domu" i "Święto przebiśniegu", oczywiście :-). A rzeczy z Nymburka czyta się bardzo przyjemnie, ale tam też są takie zadziory, żeby nie było zbyt miło ;-).

      Usuń
  3. Przyznam, Pyzo, że nie nadążam za Twoimi notkami – piszesz je szybciej, niż ja jestem w stanie je czytać (nie mówiąc o komentowaniu) :) Hrabala jednak nie mogłam sobie darować i oczywiście przeczytałam od deski do deski, co masz na jego temat do powiedzenia. Też zaczynałam od „Żałoby” (o czym trąbię na prawo i lewo, więc nie jestem pewna, czy ta informacja to dla Ciebie nowość), ale u mnie to było uczucie zachwytu tak silne, że żadna inna książka Hrabala już nie zdołała tej pierwszej i ukochanej zdetronizować – zostanie ulubioną po wsze czasy. „Wesela w domu” i „Święto przebiśniegu” też jednak należą do tych naj naj. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się przeczytać całą spuściznę Hrabala w oryginale (w końcu po to właśnie zaczęłam się uczyć czeskiego).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, odkryłam z przyjemnością, że nie tylko ja wpadłam w Hrabala przez "Taką piękną..." :-). Przy czym, no właśnie, przy czytaniu wszystkiego innego towarzyszyło mi to poczucie, że to jest tak wszechstronny, zmienny pisarz, że trudno poprzestać robić okrzyki "to jest moja ulubiona!" ;-). W każdej niemal jest coś, do czego chcę wracać (może oprócz "Listów do Kwiecieńki", które przygnębiły mnie swego czasu strasznie - ale wyczytałam gdzieś niedawno, że tam Hrabal hiperbolizację doprowadził do mistrzostwa, więc może brałam go wtedy jeszcze za bardzo na serio i właśnie do nich powinnam wrócić). A Hrabal w oryginale jest, w moim odczuciu, z jednej strony frapujący, a z drugiej tak strasznie trudny, że jak sobie czasem chcę przetłumaczyć jakieś zdanie na własny użytek, to chociaż wiem, o czym jest i rozpoznaję frazę, i to jest oczywiście _ta_ fraza, to jednak nie umiem znaleźć dobrego sposobu, żeby to okiełznać w polszczyznę ;-). To jest z pozoru wszystko ładne, a tam pod spodem siedzi z dziesięć różnych sensów, bo jest szalenie wieloznacznie (no właśnie, czasami mam trudność w zdecydowaniu się, do jakiego podmiotu w zdaniu przynależy orzeczenie ;-)).

      Usuń
    2. Ja właściwie lubię wracać do wszystkiego, ale rzeczywiście te późniejsze dzieła są dosyć nieprzyjemne, to zupełnie inny Hrabal niż ten z ten z „Postrzyżyn”, „Pociągów” czy nawet „Zbyt głośnej samotności”. Największe gromy chyba jednak lecą na „Auteczko”, tyle już słyszałam głosów oburzenia na temat tej książki, że nie zliczę :) Ale inna sprawa, że wielu czytelników od „Auteczka” znajomość zaczyna, a to nie jest też najlepsza pozycja na początek.

      A o tym, że Hrabala tłumaczyć wcale nie jest lekko, przekonałam się w zeszłym roku, jak robiłam przekład na konkurs. Wydawało mi się, że jak się jest z nim „osłuchanym”, jak się „czuje” jego ducha, to wszystko już pójdzie jak z płatka, a jednak nie. Czytać w każdym razie na pewno będę, dostałam niedawno od kolegi „Městečko u vody”, czyli trzy najpiękniejsze moim zdaniem utwory Hrabala, więc okazja jest doskonała. Kiedyś próbowałam czytać „Krasosmutnění” w pdfie na komputerze, ale co to za czytanie... Pociesza mnie, że jak dobrze pójdzie, zacznę niedługo pracę z podróżami służbowymi do Czech, więc może wtedy się uda raz na jakiś czas wpaść na jakieś książkowe zakupy.

      Usuń
    3. Mnie z kolei "Auteczko" zostało polecone jako jedno z pierwszych - i dlatego w sumie najpierw poznałam Hrabala tego, upraszczając oczywiście, "ciepłego", a zaraz potem "trudnego". I w sumie późno się zetknęłam z ludźmi, którzy mówili - po lekturze "Auteczka" właśnie - "Hrabal, ten morderca kotów! Jak możesz go czytać?", co mnie wówczas niepomiernie zdziwiło i dziwi tak naprawdę nadal. Bo to w sumie jest, tak jak pisałam, książka o wszystkim - i że trudno nie zauważyć, że to detaliczne opisywanie losu kotów tam jest a) po coś, b) widać, że narrator żałuje. Zresztą o losie katów zwierzęcych Hrabal pisał - nie pamiętam gdzie, może też w "Auteczku" - bardzo obrazowo, do dzisiaj mam to w pamięci bardzo wyraźnie.

      W swoich zbiorach mam bardzo mało Hrabala - paradoksalnie - a po czesku chyba tylko ze dwie książki, także bida :). Ale jakoś tak zwykle się zaopatruję w antykwariatach, a tam Hrabala jest albo malutko, albo wcale :).

      Usuń