Doktor i kobiety albo o "Doktorze Żywago" B. Pasternaka

 
Po świetnie rozpoczętym lekturowo kwietniu spodziewałam się dalszych literackich podbojów. Ponieważ „Grona gniewu”, pomimo różnych zastrzeżeń, przeczytałam sprawnie i stosunkowo szybko, z radością na jedną z kolejnych lektur wybrałam światowe arcydzieło i innego noblistę, czyli „Doktora Żywago” Borysa Pasternaka.

Moja historia z tą książką jest długa i skomplikowana. Wspominałam chyba raz czy dwa o tej mojej cesze, która pozwala mi być doskonale niezorientowaną w tym, o czym jest wielkie dzieło – nie ma się czym chwalić, powiecie, człowiek oczytany powinien się chociaż trochę orientować, powiecie. No, może i tak, ale ja to nawet lubię, bo wtedy z zainteresowaniem śledzę każdy zakręt fabuły i oglądam je z zainteresowaniem, jak też zostały wykonane. To samo można by zapewne osiągnąć z wiedzą na temat „ale o czym to właściwie jest”, jasne. Tyle że ja lubię oba wyjścia – toteż jeśli mi ktoś powie, jak się kończą dzieje Scarlett i Rheta, nie rwę włosów z głowy, ale rzadko sama szukam pozaksiążkowych odpowiedzi na to, co też tam klasyk wymodził.

Ale przechodząc do sedna: otóż w naszym domu kiedyś z okazji Świąt pojawił się rosyjski serial z lat dwutysięcznych, „Doktor Żywago” właśnie. I od tamtej pory zwlekałam z obejrzeniem go, przekonując mojego Domownika, żebyśmy jeszcze poczekali, że ja z wielką chęcią, ale w sumie najpierw chciałabym przeczytać książkę. I tak to trwało kilka lat, aż wreszcie zabrałam się za powieść Pasternaka (i nie dziwicie się zapewne, że zaczęliśmy już oglądać serial, skoro skończyłam).
 
 
 A konkretnie to chodzi o ten serial. Źródło.


I teraz: jak będzie wyglądała dzisiejsza garść spostrzeżeń po lekturze? Najpierw napiszę krótko, o co w ogóle w powieści chodzi, gdyby ktoś – jak ja – nie wiedział, potem chwilę zatrzymam się nad, bez zaskoczenia, konstrukcją i co nieco powiem o wykonaniu, a potem zaminuję wstęp do kolejnej części, gdzie będą hasały swobodnie spojlery, a ja będę się zastanawiała nad bohaterami. Także zostaliście ostrzeżeni i ostrzeżeni zostaniecie jeszcze raz.

O czym to jest? Głównym bohaterem jest, bez niespodzianek, Żywago, a konkretnie Jurij Andriejewicz Żywago, doktor medycyny. W dzieciństwie traci oboje rodziców i ląduje u dobrych ludzi, znajomych wuja. U nich dorasta, u nich odbiera staranne wychowanie i edukację, u nich wreszcie poznaje Tonię, córkę gospodarzy, z którą ostatecznie się zwiąże. Wybucha wojna, Jurij zostaje powołany do wojska i utyka na lata w Galicji, w przeciekających namiotach wojskowych. A w międzyczasie wybucha rewolucja – najpierw jedna, potem druga, a potem okazuje się, że Rosja diametralnie się zmienia i już nic nie wygląda tak jak wcześniej, i trudno się właściwie zorientować, jak żyć i jak działać. A do tego dochodzi jeszcze Lara, piękność, z którą drogi Jurija nieustannie się krzyżują. I to chyba tyle, jeśli nie chce się zdradzać większej ilości szczegółów.

Jak to jest zrobione? Wiem, że to jest straszny anachronizm, ba, bluźnierstwo zapewne w niektórych kręgach, ale w moim osobistym kręgu to jest niezła analogia: otóż technika, którą zastosował Pasternak, to jest trochę taki montaż scen jak z „Love actually” (to znaczy, oczywiście, zgodnie z chronologią jest odwrotnie, plus nie porównuję tu jakości/istotności/wszystkiego innego, porównuję technikę). Postaci są ze sobą powiązane przez inne postaci, przez miejsca, zbiegi okoliczności, sploty wydarzeń i tak dalej. Postaci tych jest mnóstwo – i na początku naprawdę można się pogubić, bo Pasternak opisuje je dość skrótowo, dopiero po jakimś czasie dostarczając jakąś przygarść charakterystycznych cech więcej. Ale jak już to robi, to wypada to cudnie. Na przykład teść Jurija, Aleksander Aleksandrowicz, dostaje taką oto cechę:

Aleksander Aleksandrowicz lubił, żeby mu coś przeszkadzało w rozmowie, i żeby te przeszkody usprawiedliwiały mamlące pauzy, przeciągłe „eee” i „mmm”. Robił się rozmowny w czasie poszukiwań jakiejś zagubionej rzeczy, na przykład przy szukaniu w mrocznym przedpokoju drugiego kalosza albo kiedy z ręcznikiem na ramieniu stał w drzwiach łazienki czy też przy podawaniu przez stół ciężkiego półmiska lub w czasie nalewania gościom wina.
[cytuję z wydania PIW-u z 1990, s. 195]

Wspaniałe, prawda? Jak to jest celnie napisane, świetnie zaobserwowane, a przy tym nie ma tu grama kliszy. Świetna sprawa. Jedyne, co mnie jednak a propos tej mnogości postaci męczyło, to fakt, że wiele z nich miało bardzo trudne do zapamiętania nazwiska (przynajmniej dla mniej), no i każda obok imienia miała też otczestwo, co sprawiało, że zapamiętanie niektórych naprawdę było zadaniem bardzo skomplikowanym. Ale porzucając ten trop narzekań: bardzo mi się podobała ta składankowa konstrukcja, to znaczy że Pasternak przeskakuje nad niektórymi wydarzeniami, o pewnych sprawach dowiadujemy się później, nie ma tu takiego dramatyzmu na zasadzie, powiedzmy, cliffhangerowej (ilość dramy w dialogach jest za to znaczna, ale o tym za chwilę), a mimo to człowieka ciągnie, żeby czytał dalej. No ale wczoraj w zapowiedzi pisałam, że ciągnęła mi się ta lektura dość długo, więc czemu, skoro ta konstrukcja tak mi przypadła do gustu? Ano głównie dlatego, że jak w każdej wielkiej rosyjskiej prozie bohaterowie ni stąd, ni zowąd, zaczynają toczyć te wielkie rozmowy o Życiu, Śmierci, Miłości, Rewolucji i tak dalej. Wiecie, na zasadzie: witaj, przyjacielu, właśnie tu przyjechałem, a Miłość Zwycięża w Chrystusie – wykład, monolog – co ty na to? I tym podobne. To znaczy oczywiście spodziewałam się tego, ale spodziewać się, a przeczytać, to dwie różne sprawy. Do tego, jak wspomniałam, dialogi między Żywagą a jego kobietami – och. Ale o tym będzie w części spojlerowej.
 
 
 Przy okazji lektury dostałam od Domownika muzykę
z filmowej wersji dzieła (której oczywiście jeszcze nie widziałam, 
ale muzyka piękna!), żeby się lepiej czytało. Źródło
 

Jeszcze o tym, jak to jest zrobione? No, chwileczkę tylko. Bo bardzo mi przypadł do gustu też warsztat i ogólnie język Pasternaka. Ukłony należą się też tłumaczce, pani Ewie Rojewskiej-Olejarczuk, która zostawiła kilka zruszczeń i nie usiłowała nachalnie wszystkiego polonizować: dla purystów to może być wada, mnie się takie rozwiązanie podobało, świetnie dzięki temu wypadają monologi chłopsko-robotnicze, z takim zaśpiewem jak z bylin. Ale miało być o języku. Świetna jest metaforyka, a porównania są bardzo synestetyczne, czyli takie, w których zmysły się rozpraszają i odpowiadają sobie nie na takiej prostej zasadzie, ale nieco wymieszanej (słyszenie wzrokiem i tego typu sprawy). Nawet ten motyw z personifikacją przyrody jest jakiś taki ujmujący, zobaczcie:

Słońce w lesie mruży sennie maślane oczka, sennie opuszcza rzęsy igieł las, w południe tłusto lśnią kałuże.
[s. 312]

Tłusto lśniące kałuże, no jak się nie zakochać? A jakie tam są piękne opisy jarzębiny po przymrozkach! Także nawet tam, gdzie fabularnie grzęzłam, podziwiałam kunszt i to mnie przy „Doktorze...” trzymało do ostatniej strony. Ale mam za to „ale”, jeśli chodzi o wątki damsko-męskie. Tu jednak będzie grząsko i niebezpiecznie od spojlerów, więc jeśli ktoś chce pozostać w nieświadomości, niech dalej nie idzie.

O miłości, przynajmniej w teorii – tutaj zaczynają się spojlery


 No samo się wręcz prosiło o ten obrazek, w końcu
Doktor.


Mam problem z tym, co chyba z tej powieści najmocniej przesiąknęło do kultury, czyli z wątkami miłosnymi. Bo tak: Żywago żeni się z Tonią, kocha ją, ach, jak bardzo, ale Lara cały czas obecna jest w jego życiu. Ich drogi krzyżują się ciągle zupełnie przypadkowo, nie mogą się jednak zejść na dobre aż do jednej decydującej chwili, kiedy zostają kochankami. Zaraz potem Żywagę, który chce z Larą zerwać i wyznać wszystko Toni, porywają partyzanci i trzymają niemal trzy lata (w tym czasie Tonia rodzi mu zresztą drugie dziecko!). W końcu Żywago wraca, uciekają z Larą, ale Jurij coraz większe ma wątpliwości, czy aby Lara – w końcu matka – nie powinna wyjechać z Komarowskim, swoją wielką nemezis, na wschód. Oszustwem przekonuje Larę, żeby jechała, sam zaś wraca do Moskwy, w tym czasie Tonia z dziećmi są już uchodźcami w Paryżu. Żywago przygrucha sobie za to trzecią kobietę, która też rodzi mu dwójkę dzieci. Żadnej z tych kobiet nie traktuje najlepiej, nawet tej Lary, którą tak bardzo kocha – co nieustannie podkreślają sami bohaterowie, ale i narrator. Dlatego każe jej wyjechać z Komarowskim, który doprowadził dziewczynę do depresji, omotał ją i którego ona się wyraźnie boi (!) i nie chce zostać sam na sam. Zresztą dalsze losy potwierdzają, że miała słuszność. Ale co tam, Jurijowi jest już wszystko jedno.

I teraz tak: to jest dobrze rozegrane. Bo sama Lara widzi, że Jurij to jest trochę taki liść na wietrze. Mówi mu w pewnym momencie tak:

Kocham (twój) talent i rozum, które jak gdyby zajęły miejsce nie istniejącej woli.
[s. 451]

I to doskonale oddaje charakter głównego bohatera. Tyle że to wcale nie znaczy, że Lara, przedsiębiorcza, zdolna, musi zostać wydana na pastwę Komarowskiego. Ale Żywadze zdaje się, że to on ma monopol na prawdę i właściwie wybiera, zawsze. Podczas gdy tak nie jest, co zresztą widzą i inni bohaterowie. Wszystko zawdzięcza przedsiębiorczości brata (którego o nic nie pyta i o którym nic nie wie, tak swoją drogą – chociaż pod tym niepytaniem kryje się oczywiście przypuszczenie, że Jewgraf uosabia to, czym Jurij tak gardzi, że nie chce tego przyjąć z rąk nikogo innego). Poza tym Lara czasami chce się zdać na Jurija, poniża się przed nim, mówi:

Utrzymuj mnie w ciągłym poddaństwie. Przypominaj mi bezustannie, że jestem twoją niewolnicą, która ślepo cię kocha i nad niczym się nie zastanawia.
[s. 470]

Okropne, prawda? Ale Żywago jest tak strasznie hamletyczny, że nic z tego nie wychodzi. To ona, zawsze ona, musi podejmować decyzje, chociaż tego nie chce. To, że Pasternak rozgrywa to w taki sposób, to znaczy że bohaterowie spotykają się w serii przypadków, ciągle łączy ich coś dziwnego, jakaś koincydencja przypominająca bardzo greckie fatum, to jest zrobione doskonale. Ale to nie znaczy, że zostawiło mnie to emocjonalnie obojętną. Innymi słowy: jakże mnie Jurij Żywago wkurzał! I dlatego musiałam o tym napisać. A książkę sobie odznaczam jako tę z trójkątem miłosnym.
 
 
 
 

Czy ktoś czytał i chciałby porozmawiać, jak to z tym Żywagą było?

_______________

Jutro z kolei będzie co nieco do oglądania. I trochę sentymentalnie też będzie.

Weź dokładkę!

18 komentarze

  1. Ja niestety nie czytałam i filmu też nie wytrzymałam. Zawsze mi się właśnie wydawało, że Żywago by mnie wkurzał. A cytat ze strony 470 rzeczywiście porażający - wygląda na to, że Lara wkurza mnie jeszcze bardziej niż Żywago. Ogólnie chyba bardzo ta książka antyfeministyczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie mam wrażenie, że nie do końca da się powiedzieć, że jest to książka antyfeministyczna. Bo tak: właściwie to kobiety są tu jedynymi działającymi bohaterami -- i to niezależnie, czy chodzi o starą szwaczkę, czy o Larę, bo to Lara jako jedyna usiłuje sobie własnymi rękoma wykuć lepsze życie: najpierw uciekając od zmanierowanej matki i brata-wykorzystywacza, potem odcinając się od Komarowskiego i właściwie "wychowując" sobie Pawła, czyli swojego męża. Sęk w tym, że jej działania są zupełnie udaremniane przez historię, która nie sprzyja wtedy nikomu, a już na pewno nie przedsiębiorczym kobietom. Ale druga sprawa: życie Lary zaczyna się sypać, kiedy wchodzi w związek z Żywagą. Wydaje się jej, że to jest szczęście, ale też i widzi, że tak nie jest -- i stara się przed tymi sprzecznościami ratować wygłaszaniem takich, jak zacytowana, opinii: ona chce jakoś wmusić Żywadze choć odrobinę działania, nawet za cenę upokorzenia siebie. Ostatecznie Żywago ją oszuka, sam pogrąży się w odmętach swoich dziwactw i spotkają się ponownie, spojler, dopiero nad trumną. Ale i w tę powieść jest wmontowany taki ironiczny twist, który pokazuje, jaka ta miłość właściwie była: w samym epilogu, kiedy spotykamy sanitariuszkę Tatianę, a jest już po ofensywie na Łuku Kurskim. Także ten epilog trochę odwraca wszystkie te szumne deklaracje i wielkie przemowy o miłości.

      Ale to wszystkie nie oznacza, no właśnie, że Żywago nie jest wkurzający. Bo jest strasznie.

      Usuń
    2. No właśnie, czyli, jeżeli dobrze zrozumiałam, to mamy do czynienia z inteligentną, energiczną i rozsądną (wydawałoby się) kobietą, która rujnuje sobie życie wiążąc się z - ogólnie rzecz biorąc - mało wartościowym mężczyzną. Wniosek: kobiety nie potrafią postępować racjonalnie (a to oznacza, że np. nie powinno im się powierzać odpowiedzialnych funkcji, a może nawet nie zasługują na prawa wyborcze). To nie jest antyfeminizm? No dobrze, żartuję oczywiście. Niestety tu sobie głębiej nie podyskutujemy, bo jak wspomniałam, dzieła nie znam. Ale może umówiłybyśmy się na synchroniczne przeczytanie jakiejś klasyki? Nie wiem, jakie jeszcze masz zaległości, ale z moich zaległości na pewno coś dałoby się wybrać ;)

      Usuń
    3. Powiedziałabym raczej, że mamy kobietę, która wiąże się z takimi mężczyznami, na jakich pozwala jej społeczny kontekst (w dużym skrócie, bo dwóch z nich to są związki niemałżeńskie, czyli jakoś potępiane, ale w dość łagodnej formie, bo społeczeństwo je jednak sankcjonuje). W tym sensie, że Lara się tak płaszczy przed Żywagą (i w ogóle sposób, w jaki Żywago traktuje kobiety, nad którymi ciurkota, że je kocha) to jest antyfeministyczne. Ale te postacie kobiece (nie wszystkie) nie są jednak takie płaskie i pokazywane jako nieracjonalne -- nie wspominając już o tym, że jednak rewolucja październikowa, więc emancypacja kobiet w pewnym sensie się pojawia: partyzanci nawet sarkają, że teraz trzeba traktować kobiety jak ludzi, kto to widział. Także to jest mocno wieloznaczny obraz :).

      Ojej, koniecznie się umówmy! Jestem bardzo za, zaległości mam ogromne, z chęcią się piszę na takie czytanie! No i dyskusję po przeczytaniu :).

      Usuń
    4. To świetnie! A na co masz ochotę? Może coś Henry'ego Jamesa? Kiedyś kupiłam "Bostończyków" i na razie mi zalegają. Ale to oczywiście tylko taka luźna sugestia, podaj swoje typy :)

      Usuń
    5. Pomysł z Henrym Jamesem mi się podoba, bo jeszcze go w ogóle nie czytałam :). Jeśli nie James, to zerknęłam jeszcze na moje listy i znalazłam tam na przykład: "Absalomie, Absalomie..." Faulknera (albo cokolwiek Faulknera, też go jeszcze w ogóle nie znam), "Nostromo" Conrada i "Miasteczko Middlemarch" albo "Młyn nad Flossą" Eliot.

      Usuń
    6. Wszystkie pomysły mi pasują, z wyjątkiem "Absalomie, Absalomie", bo moja lokalna biblioteka nie posiada, więc jak Faulkner to może "Wściekłość i wrzask"? No i przyszedł mi jeszcze do głowy Żeromski, a konkretnie "Popioły". Ale skoro zaopatrzyłaś się w "Panie z Cranford" i ja też, to może to byśmy rzuciły na pierwszy ogień, a potem może coś innego? (Chyba, że już wcześniej czytałaś). Po "Północ i Południe" jestem bardzo dobrze do Gaskell usposobiona, no i to miasteczko samych kobiet całkiem zachęcające ;)

      Usuń
    7. Pasuje mi i "Wściekłość i wrzask", i "Popioły". Ale jestem jak najbardziej za "Paniami z Cranford", skoro obie już je mamy i to w tym samym wydaniu :). To teraz pozostaje chyba dogadać się co do czasu? Mam zaczętą jedną powieść, ale myślę, że skończę ją tak za tydzień do półtora, ale w razie czego mogę ją też odłożyć na biwakowanie i zaczytać się w "Paniach..." :).

      Usuń
    8. A więc bierzemy się za "Cranford", super :). To może ustalmy datę wstępnie na 15. maja, ale czytaj jak Ci wypada, zawsze możemy przełożyć :)

      Usuń
    9. 15. maja jest ekstra, sądzę, że spokojnie zdążę z tym, co teraz czytam :).

      Usuń
  2. Ja tez nie strawilam ani ksiazki, ani pózniej filmy i wszystko przez to, ze nie znosze ludzi typu Zywago.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie, czyli nie tylko mnie Żywago działał na nerwy ;). Ale z filmami spróbuję, bo skoro już tyle czasu ten serial przeleżał, to należy mu się. A do tego muzyka z tego starego filmu jest przepiękna (polecam posłuchać i zapomnieć, że chodzi o Żywagę ;)).

      Usuń
  3. Do powieści Pasternaka podchodziłam wielokrotnie, ale bez skutku. Nudzi mnie. Natomiast uwielbiam wersję filmową, tę pierwszą z Omarem Shariffem. Palce lizać! W moim rankingu ten film jest w pierwszej dziesiątce filmowych love story.
    Inne ekranizacje są może wierniejsze, ale nie tak piękne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jest taka specyficzna powieść, że przez tę wielość wątków, w których łatwo się zgubić, może nudzić. Sama czytałam ją bardzo długo i gdyby nie wydatna pomoc komunikacji miejskiej i muzyki (właśnie z tego filmu z Omarem Sharifem :)) to pewnie brnęłabym jeszcze długo. Ale moim zdaniem, jak się dotrwa i przebędzie połowę, to potem można się wciągnąć (wiem, że to słaba rekomendacja).

      Usuń
    2. Próbuję od 20 lat :)))
      Zaczynałam czytać po polsku, potem pa ruski, potem znowu po polsku i nie mogę dojść nawet do polowy tej książki. Pasternak nudzi mnie po prostu.
      Są takie teksty, które nie wciagają. Mam tak jeszcze ze "Zbrodnią i karą". Próbuję to czytać od 30 lat. I nic.

      Usuń
  4. Ja się będę trzymać z daleka, chociaż ten Omar taki przystojny i miałam ochotę na ekranizację. Ale gnuśnym i wkurzającym mężczyznom mówię zdecydowane nie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, ojej, ale ja w sumie nie chciałam nikomu odradzać lektury -- bo to jest bardzo dobrze napisana książka (i jest wielu bohaterów, na których da się zawiesić uwagę, więc Żywago może gdzieś przepaść w tle ;)).

      Usuń
    2. @ Anna Flasza-Szydlik - Omar Shariff w "Doktorze Żywago" to kwintesencja męskiej urody. Ja oglądam ten film i się napawa. Nic to, że gnuśny! Ja go nie muszę utrzymawać! :)))

      Usuń