Jak Dickens pisał "Dziady" albo nieoczekiwana zmiana miejsc


Przy okazji wpisu o ulubionych szkolnych lekturach wywiązała się dyskusja, w której Beata z Miros de carti poruszyła frapujący temat, który mnie zachwycił. Mianowicie: co by było, gdyby daną książkę napisał kto inny? Do tego piękne wizje wysnuła tam Ann-wlkp, więc nie pozostało mi nic innego, jak któregoś słonecznego popołudnia przysiąść fałdów i zastanowić się, kogo by tu wziąć na ząb od tej strony. I tak powstał ten wpis.


Sami przyznajcie, że taka literacka zabawa jest nie dość, że szalenie przyjemna, bo trzeba się zastanowić, co definiuje styl danego autora i co sprawia, że jakaś książka wygląda tak, jak wygląda, a nie ciut inaczej, to jeszcze do tego sprawia masę takiej prostej radości. Pomyślałam sobie, żeby pójść taką nieco przewrotną ścieżką i najpierw podsunąć jakieś dzieło polskiemu twórcy, a potem to samo – zagranicznemu, i sprawdzić, co z tego wyjdzie. Poniżej macie rezultaty. Także, już nie przedłużając: bawcie się dobrze (a przynajmniej tak dobrze, jak ja)!

Co by było, gdyby... Jan Kochanowski napisał „Dziady”, część drugą?
Zacznijmy jeszcze zgodnie ze słowami Wieszcza: Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, / Co to będzie, co to będzie? Ano właśnie: co? Kochanowski zasiada do pisania pod czarnoleską lipą pod koniec życia, prawdopodobnie pod koniec lat 70. szesnastego wieku, macza pióro w kałamarzu, odcina się od dworskich wspomnień i zanurza w świat ludowych wizji, ale wiadomo, z pewnym jednak dystansem, bo choć wychwala wieś, to jednak z bezpiecznych pozycji posiadacza ziemskiego, co sam motyką machać nie musi, a jedynie może. I pisze „Obrzęd Dziadów starodawny”. To i owo podpatrzył, kiedy nawiedził go pomysł, by napisać o Sobótce, co nieco słyszał, bo bez przesady, nie tak znowu szybko stare zwyczaje są wypierane przez nowe i nawet on, zasadniczo dość pobożny katolik, o Dziadach to i owo wie. Ma zresztą za sobą „Odprawę posłów greckich”, więc pisanie sztuki nie jest mu obce – ale ostatecznie planował napisać poemat o Sobótce, więc może zamiast tego pisać o Dziadach? Pisałby pewnie o weselszej Sobótce, gdyby nie tragiczna śmierć ukochanej córki: to ona skłania go, by sięgnął w rejony bardziej ponure, toteż postanawia pisać o obrzędzie, gdy duchy przychodzą do żywych. „Obrzęd Dziadów starodawny” nie jest dramatem, ale poematem i zaczyna się tak:

Gdy Księżyc nad lasem zapada,
gdy milknie ptaków gromada,
Dziady, jako czas niesie,
odprawiano w Czarnym Lesie.

Na wezwanie prowadzącego ceremonię guślarza przybywają kolejne duchy: najpierw widmo zmarłej przedwcześnie, bardzo utalentowanej dziewczynki, nad której zgonem boleje sam podmiot liryczny, wkładając też zalety dziecka w usta innym bohaterom poematu. Z tłumu uczestniczących w obrzędzie ludzi wyrywa się jeden, prawdopodobnie ojciec dziewczynki, którego da się poznać po lepszym ubiorze (literaturoznawcy upatrują w nim samego Kochanowskiego). Duch jednak, przemawiając do ojca, pociesza go, że nie jest mu źle na tamtym świecie i prosi wyłącznie o pieśń, by nie zaginęła o nim pamięć, po czym odchodzi. Następnie na ceremonii zjawia się widmo złego szlachcica, wykupującego królewszczyzny, które ukochany władca Kochanowskiego, Zygmunt August, z taką pieczołowitością starał się odzyskać. Za brak patriotyzmu i myślenie tylko o swoim szlacheckim interesie błąka się teraz po piekle, nikt jednak z celebrujących nie chce mu pomóc, widmo więc odchodzi jak niepyszne. Na koniec zjawia się piękna dziewczyna, uosobienie kwitnącej ojczyzny, która wygłasza pokrzepiającą mowę do zebranych, nakłaniając ich, by służyli zawsze przede wszystkim dobru publicznemu, a dopiero potem myśleli o sobie. Tak kończy się „Obrzęd Dziadów starodawny”, jeden z najstarszych poematów pisanych w języku polskim.

A co by było, gdyby część drugą „Dziadów” napisał... Charles Dickens?
Pewien londyński ksiądz anglikański, który pomstował na pogańskie zwyczaje w przeddzień dnia wszystkich świętych, przysypia znużony swoją walką z niechrześcijańskimi obyczajami swoich parafian. Parafia leży na obrzeżach Londynu i należy do tych raczej biednych: sami robotnicy, wielodzietne rodziny, matki dorabiające szyciem i praniem. O północy budzi go jakiś stukot. To dwa małe duchy biednych dzieci, które zostały zmożone głodem, bo ich rodzice nie mieli z czego ich wyżywić, przybyły do księdza, by pokazać mu, jak naprawdę żyją jego parafianie, którym on, ich duszpasterz, odmawia choćby tej odrobiny rozrywki w noc Halloween. Ksiądz opiera się, kropi duchy święconą wodą i wznosi modły, ale to wszystko na nic: duchy przenoszą go do domu ich ubogich rodziców wiele Halloween temu. Bohater widzi, jak szczęśliwa, choć biedna, jest to rodzina. Zdaje sobie jednak sprawę, że na wpół przezroczyste dziecięce twarzyczki wtedy, to jego towarzysze teraz – i gorzko płacze, poznając ich rodziców: to ci parafianie, na których najmocniej wtedy pomstował. Tu duchy go porzucają i ksiądz już myśli, że ma spokój, ale nie – nadchodzi kolejny duch, młodej dziewczyny, pięknej i wyglądającej niewinnie, która jak się okazuje, zmarła przy porodzie nieślubnego dziecka i nie doczekała się chrześcijańskiego pochówku. Pokazuje księdzu noc Halloween wiele lat temu, kiedy to spotkała swojego ukochanego, ojca dziecka, z którym – pod wpływem bogobojnych kazań bohatera – rozdzielili ją rodzice. Ksiądz płacze gorzko i wówczas duch dziewczyny go porzuca. Bohater krzyczy w rozpaczy, by duchy dały mu już spokój, ale to jeszcze nie koniec: pojawia się przed nim straszliwe widmo innego księdza, które opowiada mu, jak karało parafian, jak kazało im o mękach piekielnych i zakazywało zabaw, a teraz okazuje się, że za swój brak serca i wyrozumiałości cierpi męki piekielne. Zostawia księdza oszalałego z rozpaczy na cmentarzu w środku nocy, za murami słychać pozdrawiających się ludzi i okrzyki „cukierek albo psikus”. Nagle nasz bohater budzi się, jest poranek, duchy znikły. Idzie do kościoła i w czasie nabożeństwa przeprasza parafian, od tego czasu słynie jako ludzki i wyrozumiały duszpasterz biednej, ale szczęśliwej dzielnicy. 
 
 
 Wszystkie ilustracje do tych bezwstydnych wyklejanek
pochodzą z polskiej wikipedii.


A co by było, gdyby „Przedwiośnia” nie napisał Stefan Żeromski, ale... Zofia Nałkowska?
Bohaterka „Szklanych domów”, bo tak nazywa się wydana w połowie lat 20. jedna z najlepiej znanych powieści Zofii Nałkowskiej, Cezaria Baryka, zmaga się z rzeczywistością nowej Polski. Wciąż pamięta opowieści ojca-socjalisty o tym, że wszyscy będą żyli w pięknych, szklanych domach, tymczasem jednak wszystko wskazuje na to, że nowa ojczyzna pogrąży się w chaosie. Cezaria śledzi odejście do wojska swojego ukochanego, Hipolita, i w czasie kiedy on walczy z bolszewikami, ona przebywa w majątku ziemskim jego rodziców, Nawłoci. Obserwuje, jak ziemiaństwo rozprawia o tym, jaki powinien być kształt Polski i obawia się nadejścia rewolucji komunistycznej. Sama Cezaria jest rozdarta, nie wie, co robić. Kiedy Hipolit wraca z wojny, zostaje otruty przez swoją szaloną dawną wielbicielkę, Cezaria więc wraca do Warszawy i stara się stłumić ból po śmierci ukochanego, rzucając się w wir pracy społecznej: jako pielęgniarka nawiedza dzielnice nędzy, słuchając urywanie przemówień o tym, jak poprawić losy robotników. Pewnego razu w czasie drogi do dzielnicy nędzy natrafia na manifestację robotników, idących pod Belweder, która porywa ją ze sobą i niesie na fali aż na miejsce. Cezaria to pojawia się, to niknie w tłumie. Słychać strzały. Powieść się kończy.

A gdyby tak „Przedwiośnie” napisał... Albert Camus?
„Początek jesieni” to opowieść o młodym, pełnym ideałów wspólnej pracy i zapewnieniu wszystkim jednakowych praw Cézarze. Cézar zaczytuje się w ponurych książkach, chodzi na zebrania robotnicze, wie jednak, że nigdy nie wykorzeni z siebie swojego arystokratycznego pochodzenia. Zmaga się wewnętrznie ze sobą, monologi bohatera zajmują większą część niespełna stustronicowej powieści. W dodatku pochodzenie bohatera widać nawet w jego rzymskim imieniu. Cézar nie wie, co ma robić – rozdarty, wyrzeka się swojego imienia i jako Bezimienny przemierza już lekko zimowe ulice miasta, w którym czuje się obco, bo wie, że nie należy do takich jak on, ale że powinno być zwrócone tym, którzy naprawdę, organicznie je zamieszkują: robotnikom. Kiedy w czasie takiego spaceru wpada w tłum idących na Pola Elizejskie manifestantów, zabiera jednemu z nich pistolet i strzela. Camus zostawia nam z niedpowiedzianym wątkiem: czy Cézar popełnił samobójstwo, by uwolnić się od swego brzemienia, czy też zamordował kogoś spośród tych, których tak podziwiał i z których jednym chciał się stać? Poruszający manifest straconego pokolenia, które dojdzie do głosu w 1968 roku.
 
 
 
 

Nie mogło zabraknąć pytania, jak by wyglądała „Trylogia” pisana przez... Bolesława Prusa. A raczej jeden jej tom, czyli „Pan Wołodyjowski”
Michał Wołodyjowski ma wszystko: sławę, przyjaciół, opinię pierwszego żołnierza Rzeczpospolitej, a mimo wszystko czegoś mu w życiu brak – miłości. Był już raz żonaty, z bogatą, ale starą szlachcianką, która zmarła w czasie jednej z wojen, na których on sam dorobił się sławy. W czasie pobytu w Warszawie poznaje Krzysztofę, piękną pannę na wydaniu, która też zdaje się darzyć go afektem. I pomimo ostrzeżeń starego druha, Onufrego Zagłoby, Wołodyjowski rzuca się w romans z Krzysztofą. Nie zauważa przy tym mniej pięknej, ale za to inteligentnej Barbary, na którą uwagę zwraca mu Zagłoba. Ten to dostojny starzec, ostoja i opoka, notuje swoje przemyślenia w prowadzonym ze swadą pamiętniku, w którym zamartwia się losami „Michaśka”. Wołodyjowski powoli zaczyna gnuśnieć: nie bywa na salonach, nie pojedynkuje się, w końcu odmawia stawienia się do armii, kiedy król ofiarowuje mu odległą kresową stanicę do zarządzania. Opinia publiczna powoli odwraca się od Wołodyjowskiego, wszyscy widzą, jak opętany jest miłością do beznamiętnej Krzysztofy. W dodatku wokół obiektu uczuć Wołodyjowskiego zaczyna kręcić się przystojny szkocki szlachcic Ketling, który wkrótce zdobywa serce bohaterki. Michał jednak tego nie dostrzega (odnotowuje to w swoim dzienniku starego wiarusa Zagłoba, prorokujący przy tym, że potrzeba nam nowego Żółkiewskiego na wojnę z Turczynem, która niechybnie wybuchnie: gdzie jest ten mściciel, co ma wstać z kości, pisze Zagłoba). W czasie jednej z wycieczek konnych za miasto, w której uczestniczy zarówno Wołodyjowski, jak i Ketling oraz Krzysztofa, Wołodyjowski, w sekrcie zgłębiający angielszczyznę, dowiaduje się z ust pozostałej dwójki, że zostali kochankami i że nim gardzą za jego gnuśność. Zawraca konia z gniewnym okrzykiem Farewell, miss Krzysztofa, farewell i znika w oddali. Wszyscy zachodzą w głowę, co się z nim stało. Zagłoba zastanawia się, czy wyjechał za granicę. Do Warszawy docierają jednak plotki, gdzie jest: oto przyjął królewską ofertę i wojuje nad granicami. Kiedy do miasta dociera wieść o wybuchu w podolskiej twierdzy obleganej przez Turków, Zagłoba nie może uwierzyć w śmierć pupila. Notuje w dzienniku, że z pewnością zdołał uciec, grzebiąc pod gruzami armię sułtana.

No dobrze, a gdyby tak „Pana Wołodyjowskiego” napisał... Arthur Conan Doyle?
Michael Wolodyjowski jest z zamiłowania detektywem, żyje w egzotycznym kraju gdzieś w Europie, raczej tej wschodniej. Jego wiernym towarzyszem jest stary żołnierz, wysłużony na wielu frontach, co to z niejednego pieca chleb jadł, Zagloba. Wolodyjowski trzyma się swoich zasad, przede wszystkim szkoląc się w ukochanym rzemiośle: szermierce, dorabiając na boku jako detektyw, czasami wynajmowany nawet przez samego króla tego osobliwego państwa, gdzie toczy się akcja (krytycy po wielokroć zarzucali autorowi, że coś takiego nie mogłoby istnieć w rzeczywistości). Pewnego razu król zleca Wolodyjowskiemu i jego wiernemu kompanowi zadanie: trzeba się dowiedzieć, kto spiskuje przeciwko państwu, przebywając w jego szeregach. Wiadomo tylko, że ten ktoś ma osobliwy tatuaż na piersiach. Bohaterowie zaczynają dochodzenie. W pewnym momencie do ich kamienicy trafia panna Barbara, uskarżając się na natrętnego wielbiciela. Zagloba ze zdziwieniem odnotowuje fakt, że Wolodyjowski chce zająć się i tą sprawą, skoro mają na tapecie kwestię wagi państwowej. Szybko jednak okazuje się, że obie sprawy są ze sobą powiązane, co doprowadza do finałowej sceny, w której Wolodyjowski wykłada Zagłobie, królowi i innym zgromadzonym, jak doszedł do rozwiązania zagadki i odsłania ryby siną farbą na piesi wykłute arcyłotra Asii. 
 
 
 
 

Co by było, gdyby za „Sierotkę Marysię” wziął się... Józef Ignacy Kraszewski?
Rozbudowany cykl powieściowy od czasów piastowskich po XIX-wieczne losy ubogiego chłopstwa. Pierwszy tom „Koszałek” literaturoznawcy odczytują jako apoteozę szkoły kronikarskiej Galla Anonima. W tomie drugim, „Opałek”, mamy z kolei do czynienia z obnażeniem praktyk historiograficznych Jana Długosza, z którymi Kraszewskiemu było nie po drodze. W tomie trzecim, „Królu Błystku”, stworzył autor przejmującą panoramę Rzeczpospolitej tuż po pierwszej elekcji, gdzie bezlitośnie portretuje Henryka Walezego i jego rozrzutny dwór, a samego władcę nazywa „Królem Błystkiem” od noszonego w uchu na modę francuską kolczyka z perłą. Tom czwarty, w którym poznajemy Marię, wówczas jeszcze młodą, ubogą dziewczynę, „Sierotka”, opowiada o jej losach jako posługaczki na dworze Radziwiłła zwanego Sierotką. Marii nie opuszcza przekonanie, że jej los się odmieni i rzeczywiście, jeden z gajowych Radziwiłła zakochuje się w dziewczynie. Do historii literatury przeszła wzruszająca scena miłosnych wyznań na kartoflisku, gdzie wśród dymiących ognisk gajowy oświadcza się Marysi charakterystycznym: „Maryś, a pójdziesz ty za mnie, czy nie pójdziesz?”. W ostatnim tomie, piątym, noszącym prosty tytuł „Maria”, bohaterowie odchodzą z dworu rozpustnego magnata i ruszają na wieś, by tam edukować chłopstwo, nienawykłe do tego, by dbać o edukację. Cykl kończy piękna scena, gdy Maria zamyka obwoźną bibliotekę i lekkim krokiem oddala się w kierunku przycupniętej na skraju lasu chatki, którą dzieli z gajowym i ich wspólnym, licznym potomstwem, na które okoliczni chłopi wołają „krasnoludki”.

A gdyby tak „Sierotkę Marysię” stworzył... Julius Verne?
Po śmierci rodziców Marie okazuje się być spadkobierczynią wielkiej fortuny. Testament stawia jednak bardzo wyraźne warunki, na których dziewczynka może odziedziczyć spadek: czeka ją niezwykle ważne zadanie, bez spełnienia którego nie zobaczy złamanego grosza. To jej ojciec, wielki wynalazca i pasjonat nauki, chcąc obudzić w dziewczynce drzemiący w niej potencjał, zapisał w testamencie, że Marie tak długo nie odziedziczy majątku, póki nie udowodni naukowo, że krasnoludki nie istnieją. Marie, rozwydrzona i rozpieszczona dziewczyna, początkowo nie chce się na to zgodzić – ale czas nagli, testament ustanawia datę finalną dowodu na dziesięć lat od teraz. Obserwujemy przemianę bohaterki, która zaczyna szukać pomocy w uznanych instytucjach naukowych – zostaje jednak okrutnie wyśmiana przez sorbońskich profesorów – zakasuje więc rękawy i rusza najpierw w bretońskie lasy, a potem w dżungle Amazonii, w leśnych ostępach nie tkniętych ludzką stopą szukając odpowiedzi na pytanie, czy krasnoludki są na świecie. Pomagają jej prostolinijny Scrobeck, lokaj rodziców Marie oraz tajemniczy mężczyzna bardzo niskiego wzrostu, który każe się nazywać Fiddle-Faddle. Razem podejmują te niebezpieczne wyprawy, przeprowadzają naukowe ekspertyzy w zadymionych laboratoriach, by dojść do zaskakujących wniosków, że można sobie wierzyć, w co się chce, a krasnoludki jednak istnieją! 
 
 
 
 

A jeśli „Chłopi” wyszliby spod pióra nie Władysława Reymonta, ale... Stefana Żeromskiego?
Jagna, dobrze się zapowiadająca dziewczyna z przyzwoitego domu, wdaje się w romans z synem bogatego gospodarza, Antkiem. Ze związku tego rodzi się dziecko, które zrozpaczona Jagna topi, sama zaś oszalała ze strachu ucieka z rodzinnej wsi do leżącej niepodal Mszadli. I tam jednak ściga ją zła sława i wieść o tym, jakiego czynu się dopuściła. Tymczasem wśród chłopów pojawia się błądzący po okolicy zagubiony w borach powstaniec styczniowi. Początkowo ukrywa się w chacie matki Jagny, kiedy jednak interesowna kobieta grozi, że go wyda, powstaniec przenosi się do chaty najbogatszego we wsi chłopa, Boryny. Rozmawiają godzinami o sprawie polskiej, Boryna ze łzami w oczach zdaje sobie sprawę z tego, że jest nie tylko chłopem, ale też – Polakiem. Tymczasem jednak we wsi zjawia się carska ochrana, szukając powstańca. Boryna osłania go własną piersią, po czym zostaje powalony na ziemię i zakuty. Powstaniec szczęśliwie ucieka i tak trafia do lasu niepodal Mszadli, gdzie biwakuje na dziko Jagna, wciąż ścigana swoim występkiem. Bohaterowie nawiązują płomienny romans, ale powstaniec nie zapomina o swoich obowiązkach względem ojczyzny. W końcu odchodzi, by szukać sposobu na ratowanie Polski, zostawiając kobietę w lesie. Ta z przerażeniem odkrywa, że ponownie jest brzemienna. Widzi jednak w tym oznakę przebaczenia od sił niebieskich, rusza więc z powrotem do wsi, by szukać zadośćuczynienia także wśród ludzi. Niestety w drodze do wsi spotyka urzędników ochrany, którzy biją ją bez litości. Kobieta umiera i zostaje znaleziona przez syna Boryny, a swojego dawnego kochanka, Antka. Ten nad ciałem kobiety poprzysięga walczyć z zaborcą i odchodzi ukrywać się do lasu.

To przetestujmy jeszcze, jak wyglądaliby „Chłopi”, gdyby napisał ich... Franz Kafka
We Wsi znajduje się Chata, w której mieszka miejscowy bogacz, B. B. posiada ogromny majątek, ale wszyscy wiedzą, że czegoś jeszcze szuka. Ciągnie go do kobiet, zwłaszcza młodych. Wysyła dwóch groteskowo wyglądających swatów do chaty, w której mieszka J. Wysłannicy przedstawiają kobiecie sprawę tak, że nie wie ona, o co chodzi. Zwiedziona przez swatów rusza jednak do Chaty, po drodze spotykając Wójta, który grozi jej procesem o zniesławienie. J. nie wie, o co chodzi i kogo zniesławiła, ale jej tłumaczenia nie zdają się na nic. Ucieka w panice, w końcu trafiając do B. Tego nie ma jednak w pierwszej izbie, nie ma też w dwóch kolejnych. J. krąży po chacie, która jest jakby labiryntem, z którego nie ma wyjścia. Słyszy czasem z oddali jakieś głosy, jakby śmiech, jakby dźwięki wesela, ale za każdym razem, kiedy jest już blisko, dźwięki oddalają się i milkną. „Chata” Kafki odczytywana jest jako powieść o zagubieniu w patriarchalnej wiejskiej społeczności, która nie rozumiejąc jednostki aspirującej do innych niż tradycyjne wartości, zostaje skazana na bytowanie poza społecznością.
 
 
 
 

Przyznam, że mam jeszcze kilka pomysłów, ale nie chcę rozpychać tej notki, więc może kiedy indziej? Mam nadzieję, że bawiliście się dobrze! Macie jakieś inne pomysły – a może kategorycznie nie zgadzacie się z którąś z moich powyższych wizji?

___________

Jutro Światowy Dzień Książki, więc jakżeby ten dzień ominąć!

Weź dokładkę!

21 komentarze

  1. Pomysł bardzo mi się podoba, świetnie się bawiłam czytając notkę. A gdyby tak Brzechwa napisał "Alicję w krainie czarów"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, no i przyjmuję wyzwanie na Brzechwową "Alicję..." ;).

      Usuń
  2. Kategorycznie domagam się ciągu dalszego! Uśmiałam się do łez, a teraz zielenieję z zazdrości, bo w życiu bym tak nie wymyśliła. Dobrze, że zielony na wiosnę pasuje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zielony jest piękny i podobno uspokaja, więc... ;) Ale cieszę się, bo śmiech to zdrowie :D. Ciąg dalszy zatem nastąpi za czas jakiś :).

      Usuń
  3. Urocze! Mam uśmiech na gębie od ucha do ucha! Dzięki za chwilę dobrego nastroju!
    Takie gdybanie jest niezwykle inspirujące literacko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki był zamiar, więc bardzo się cieszę, że ucieszyłam :).

      Usuń
  4. A poza tym, bardzo sympatyczny blog, dużo do czytania i ciekawie! Rozejrzę się! Będę wracać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tu również odpowiem, że mi miło i że zachęcam do rozgoszczenia się :).

      Usuń
  5. GENIALNE! A swoją drogą, można by wykorzystać pisarzy "nowszych", np. Sherlocka Holmesa, jako powieść Dana Browna albo opowiadanie Mrożka ;)
    Czekam z niecierpliwością na ciągli dalsze (bo liczę, że będzie ich więcej, najlepiej niech takie wpisy staną się naszą nową, świecką tradycją!)
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, super wyzwanie! Już sobie zapisuję i będę myślała :).

      Usuń
  6. Niezwykle ciekawy post, podziwiam wyobraźnię ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Genialne!
    Uśmiałam się i również upraszam o więcej.
    Może sama spróbuję coś podobnego wyskrobać dla zabawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki ;). Więcej nadejdzie za czas jakiś :).

      Usuń
  8. "Pan Wołodyjowski" w wykonaniu Stefana Żeromskiego zrobił mi dzień:P Piękne, po prostu piękne;)
    I jak ładnie połączyłaś różne wątki i charakterystyczne dla poszczególnych autorów motywy i sposoby pisania!;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli że Prus, tak :D? Bardzo się cieszę, że Ci się podobało!
      Tak się starałam, bo w tym cała zabawa, zresztą wtedy można się przy okazji zastanowić, co też charakterystycznego w pisaniu danego autora jest, więc przy okazji można dojść do ciekawych wniosków ;).

      Usuń
    2. Tfu, no jasne, że Prus:P Wybacz głupi błąd;)

      Usuń
  9. Jaka ta notka jest piękna! Zwaliłam się przed chwilą do domu, odpaliłam neta, a tu taka niespodzianka. Sama nie wiem, od czego zacząć, ale po porządku idąc:
    - w kategorii „najbardziej zaskakujące połączenie” – bezdyskusyjnie Wolodyjowski na tropie, czyli, to elementarne, drogi Zaglobo! Tyle już retellingów Holmesa za nami, bo to i steampunki, i Lovecrafty, i Niu Jorki, i sfy, ale tego jeszcze nie grali. Czy w kolejnym opowiadaniu Wolodyjowski wysadzi się razem z podłym Asią, by potem powrócić w przebraniu tureckiego janczara?
    - w kategorii „archetypy dla przyszłych pokoleń” – polska wieś budzi się, czyli Boryna odkrywający, że jest Polakiem i Antek jako mroczny opozycjonista. To byłby na pewno na tyle mocny akcent, że kolejne pokolenia pisarzy eksploatowałyby ten motyw. Wręcz widzę, jak w bronowickiej chacie objawia się nie żaden tam Wernyhora czy inny pan-dziad z lirą, ale chłop Boryna i wygłasza wiekopomne hasło, coś w stylu „masz tu, chłopcze, złoty róg, z polską szlachtą – polski lud”. Po czym następuje ogólne zbratanie, egzorcyzmy Szeli i wesoły oberek a la Krakowiacy i Górale.
    - w kategorii „jakże to pasuje, aż strach się bać” – „Pamiętnik starego szlachcica”. Bo, proszę, jak to wszystko się składa. Nawet ten język angielski pasuje, nie wiem, czy nie lepiej, niż w oryginale. Fakt, że Ketling z miss Krzysztofą musieliby mówić ze szkockim akcentem, ale może i Michaśko podkształcał się lingwistycznie u jakiegoś uciekiniera z Edynburga. No i wybuch na końcu idealnie dobrany.
    - w kategorii „nasi tu byli” - „20000 mil podróży sierotki Marysi”. Bo jakże przydałaby się Verne’owi taka kobieca bohaterka – zdeterminowana, zacięta, w kontrze do zaskorupiałego establishmentu uniwersyteckiego! Ba, mógłby to autor wpasować w trylogię kapitan Nemo—kapitan Grant – tajemnicza wyspa. W tej wersji, rzecz jasna, Verne nie ugiąłby się przez żądaniami wydawcy i kapitan Nemo pozostałby Polakiem; może i nawet zaginionym bratem lub ukochanym Marysi?

    A poza tym, tak jest, domagam się dalszego ciągu! Piękne to jest i bardzo pouczające. Widać, jak czasem zmiana akcentów, wywraca na nice całe dzieło, a rzeczy pozornie odległe okazują się mieć wiele wspólnego i nawet „Dziady” mogą się kończyć krzepiącą przemową o służbie publicznej. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi zatem przyjemnie, że się podobało (a nawet bardzo, bardzo) :)! Mnie samą zaskoczyło, jak wiele tych motywów i wątków pasuje, jeśli je trochę poobracać - to trochę jak zabawa z kostką Rubika, przy czym jasne, niektóre kostki wciska się na siłę, bo nie chcą wejść, ale z daleka pasują jak ulał i nikt nam nie powie, że mocowaliśmy się z nimi ;).

      Przepiękny jest ten Boryna w "Weselu"! Zresztą "Wesele" to jest coś zdecydowanie do przypasowania w ciągu dalszym, ale jak on tam, po machinacjach z Żeromskim, udatnie pasuje :)! Natomiast zapomniałam zupełnie o pierwotnej polskości kapitana Nemo, a to się też ładnie bardzo zgrywa, ha!

      Także, jak zapowiadałam wyżej, ciąg dalszy zapewne będzie, za czas jakiś, ku zabawieniu serc ;).

      Usuń
  10. Cudowne, fantastyczne, genialne! Ubarwiłaś mi urodzinowy poranek ;)
    I nie powiem, mam teraz parę pomysłów... Może się kiedyś pochwalę, jeśli będzie się nadawać.

    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę (i składam wieczorowe sto lat :))!

      Usuń