Karmienie bez korzyści historycznej albo zaczynając od jajka

Wiedzieliście, że dzisiaj jest Dzień Założenia Rzymu? Ja, przyznaję się, nie wiedziałam. Ale skoro tak twierdzi wikipedia, to czemuż by nie skorzystać z okazji i nie zrobić z tego punktu wyjścia? Pomyślałam sobie najpierw, że może by zrobić przegląd powieści o starożytności, ale odłożyłam to póki co na inną okazję. O mitologiach już pisałam. Co zatem? No, wiadomo, ab ovo.


Ab ovo, czyli od jajka – a w tym wypadku nie tyle od jajka, bo chodzi o ssaka. A konkretniej o wilczycę i to niebylejaką, bo kapitolińską. To znaczy tę, która wykarmiła synów Marsa, Romulusa i Remusa, tak żeby ten pierwszy mógł najpierw dziabnąć brata, a potem zbudować Rzym. Pomyślałam jednak, że może odwrócę trochę kota ogonem i zamiast pójść tym tropem i pisać o innych dzieciach wykarmionych przez zwierzęta, zapuszczę się w te rejony literatury, gdzie to dzieci karmiły zwierzęta. Bo czemuż by nie. A zatem, do dzieła.

Pontus Północy
Już wiecie, że wielbię „Dzieci z Bullerbyn”, więc to był pierwszy przykład, który od razu przyszedł mi do głowy. Mianowicie w zagrodzie środkowej rodzi się jagniątko, bardzo słabowite i jedyną szansę na przeżycie ma wtedy, kiedy ktoś je wykarmi butelką. Lisa podejmuje to wyzwanie i jest bardzo dumna, że owieczka traktuje ją jak matkę, wszędzie za nią chodzi i ssie nawet podawane jej palce. Jednym słowem, idylla. Ale ten wątek kupił mnie nie tyle dobrym sercem bohaterki (choć jasne, tym też), ale sceną nadawania jagnięciu imienia. Pierwszy oczywiście wyrywa się Lasse, chcąc nazwać je „Postarchem Północy”, co oczywiście Lisa kwituje, że sam jest postarchem północy, a jagniątko jest miłe i kochane, więc dostanie imię Pontus. Na co Lasse mruczy, że może chociaż Pontus Północy...? I mimo że się to imię w Bullerbyn nie przyjęło, ja o tej owcy myślę zawsze per Pontus Północy, i kropka.


Rogaś
Chociaż należę do tych nieczułych indywiduów, których nie wzruszył „Pies, który jeździł koleją”, to rozczula mnie Rogaś (i trochę też złości, bo jakżeż to tak, z tym zakończeniem, droga pani Kownacka?). Mały jelonek, co to na początku wydaje się wcale nie być jelonkiem, trochę Bambi, przyuczany w towarzystwie ludzi, ostatecznie jednak okazuje się być stworzeniem lasu, co zrobić. To jeden z tych dość często spotykanych motywów, gdzie dzikie zwierzę zostaje odratowane przez ludzi, tu dodatkowo w pięknych okolicznościach przyrody, no i nie można nie wspomnieć o nienachalnych, ale wyraźnych, akcentach ekologicznych. Plus to zakończenie jest nieprzesłodzone i chociaż nadal jakoś mnie tam uwiera – wiadomo, dziecięce rozczarowania potrafią z nami trwać długi czas – to w sumie jest dobre zderzenie z rzeczywistością. Co ciekawe, ten motyw odkarmionego jelonka występuje też w „Roczniaku” Marjorie Rawlings (powieść w latach 30. nagrodzono Pulitzerem), której nie miałam okazji czytać, ale bazując na barwnych opowieściach mojego Domownika, nie mam się tak bardzo znowu z czym śpieszyć.


Kajtek
Porzućmy chwilowo nieparzystokopytne i wzbijmy się w niebo, a raczej nie wzbijmy się, bo mowa przecież o bocianiątku, co nie mogło odlecieć na zimę, więc zimowało w gospodarstwie. Ku uciesze dzieci, rzecz jasna, i sarkaniu dorosłych, które to sarkanie jednak było raczej dla zasady. „Kajtkowe przygody” są bardzo zacną opowieścią – znowu pióra Marii Kownackiej, więc można się spodziewać, co się wydarzy, kiedy człowiek zderzył się już z Rogasiem – nie brakuje tu ani humoru, ani odpowiedniej dawki wzruszeń, a główny bohater nie jest wybielonym zwierzęcym aniołeczkiem, ale swoje za uszami ma (w końcu wiadomo, czemu wypadł z gniazda, obżartuch). Dodatkowo jak pięknie opisane jest tutaj funkcjonowanie gospodarstwa! Trochę sentymentalnie, troszkę co nieco polukrowano, ale ogółem trzyma się to wszystko ziemi. Do tego „Kajtkowe przygody” miały siłę oddziaływania. Kiedy któregoś dnia na dziedzińcu mojej podstawówki pojawił się majestatyczny bocian, zbiegliśmy się wszyscy, krzycząc: „Kajtek, Kajtek”, chociaż bocian był, jak wspomniałam, majestatyczny i dorosły. Ale co wzorzec kulturowy, to wzorzec.

Aragog
To teraz zupełnie zmieńmy nastrój i przyjrzyjmy się pająkowi-gigantowi, którego z takim oddaniem odchował Hagrid, o czym czule napomyka w „Komnacie tajemnic”. Mimo że oddanie Hagrida podejrzanym stworzeniom miało być elementem komicznym, to nie przestaje mnie ono zadziwiać (jakim cudem Hagrid, choć sympatyczny i z sercem we właściwym miejscu, ale jednak niespecjalnie ostrożony, został nauczycielem opieki nad magicznymi stworzeniami?). Ale sentyment do pająka ludojada, zresztą odwzajemniony, ma równocześnie jednak potencjał tragiczny: biorąc pod uwagę historię Hagrida zwłaszcza. No i niewątpliwie wobec wszystkich innych tutaj wymienianych przykładów ten jest najmniej rozczulający w taki, powiedziałabym, puszysty sposób, za to na pewno najoryginalniejszy.

Byłam też przekonana, że Tadzio w „Ani z Avonlea” karmi owieczkę, ale być może coś sobie ubzdurałam, bo za nic nie mogę tego teraz znaleźć. Dlatego zostawiam Was z tymi czterema przykładami tego, że nie tylko zwierzęta dzieci, ale i dzieci zwierzęta potrafią wykarmić, choć może na nieco inną modłę. Co prawda żadne miasto z tych przykładów nie powstało, ale – jak wiemy – nie od razu Rzym zbudowano.

Przychodzi Wam do głowy jakiś jeszcze przykład? A może ktoś pamięta, jak to z tym Tadziem było?

______________

A jutro będzie wpis, który zadeklarowałam kiedyś w komentarzach. Będzie inspirująco, straszno i śmieszno, także przychodźcie! Jak zwykle, w południe.

Weź dokładkę!

18 komentarze

  1. Kubeczek :).
    Podziwiam Cię, ja przy "Psie, który jeździł koleją" ryczałam jak bóbr. Teraz jestem starsza i twardsza, ale nadal zwierzę w książce czy filmie to pewny sposób na wywołanie u mnie wzruszenia.
    Ja bym tu dodała wilkory rodzeństwa Starków i konia Fizi Pończoszanki (ale nie wiem, czy koń się nadaje, bo Fizia chyba go nie wychowała).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wilkory, no jasne :). I tak by było bardzo po rzymsku do tego. A konia też mi się wydaje, że Fizia jakoś przychowała sobie, ale raczej nie odchowała, ale głowy nie dam sobie za to uciąć.

      Usuń
  2. "jakim cudem Hagrid, choć sympatyczny i z sercem we właściwym miejscu, ale jednak niespecjalnie ostrożony, został nauczycielem opieki nad magicznymi stworzeniami?"

    Znajomości, droga Pyzo, znajomości. Wszak Dumbledore przyjmując nauczycieli patrzył na wszystko, tylko nie na kompetencje.
    Hagrid jako nauczyciel był nieudolny, chaotyczny i przede wszystkim głupi do granic niewydolności.

    Osobiście do szału doprowadza mnie wątek Hardodzioba, gdzie wszyscy są winni tylko nie Hagrid, którego żałować powinniśmy.
    Czytając to miałam 9 lat i krew się we mnie gotowała. Jak można być takim idiotą, żeby zwierze silne, agresywne, wyczulone na mowę ciała prowadzić do klasy pełnej obcych nastolatków? Ciekawe, co by Rowling powiedziała, gdyby do klasy jej dziecka przyprowadzono kaukaza- też zwierzę piękne i mądre, a że nie ufające obcym do granic paranoi?
    Miałam nadzieję, że na końcu miłosiernie Hagrida dobiją.

    Żeby było śmieszniej wątek Aragoga był naprawdę dobry- mimo całej swojej inteligencji pająk został tylko trochę oswojony, przyzwyczajony do konkretnej osoby i niebezpieczny dla każdego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I się zgadzam, i się nie zgadzam. A to dlatego, że podzielam Twoją irytację na sposób postępowania Hagrida i opinię o tych znajomościach -- Dumbledore był w ogóle specyficznym HR-owcem, ale tak po prawdzwie, to na początku jeszcze wierzyłam, że wie, co robi, ale gdzieś tak na wysokości piątego tomu zdałam sobie sprawę, że to nie są decyzje zawsze płynące z jego mądrości, ale też podejmowane pod wpływem emocji, wyrzutów sumienia albo z powodów politycznych.

      Ale ja nie o tym chciałam, ale o Hardodziobie :). To prawda, że postępowanie Hagrida jak na nasze standardy (i w sumie nie tylko nasze) było nieodpowiedzialne: ale z drugiej strony, on dobrze znał hipogryfy i chodziło mu o pokazanie małym czarodziejom tego stworzenia -- a weźmy pod uwagę, że to są ludzie, którzy mają żyć z takimi stworzeniami, w superniebezpiecznym świecie tak w ogóle -- a Draco nie zachowuje się należycie, w ogóle łamie jakiekolwiek BHP i tak dalej. Dlatego z jednej strony się zgadzam, a z drugiej nie ;).

      Usuń
    2. Pyzo, ja też dobrze znam kaukazy- i dlatego na głowę musiałabym upaść, żeby chcieć pokazać te piękne psy grupie obcych dzieciaków, których nie znam ani ja ani pies. Na nic mi ta cała wiedza, kiedy pies z jakiegoś powodu uzna, że zagrożenie jest większe niż moje komendy-waży toto więcej niż ja, skacze bez ostrzeżenia z kłami do gardła, a one na ruchy wyczulone są o wiele bardziej niż hipogryfy.

      Czarodzieje żyjący z hipogryfami? Jakoś nie widać ich ani na Pokątnej, ani przy żadnej z czarodziejskich siedzib, wg. Magicznych Stworzeń większość zwierząt z pięcioma gwiazdkami należy po prostu unikać. Na tej samej zasadzie obie dzielimy kraj z wilkami, niedźwiedziami, żmijami i agresywnymi rasami psów, a nikt nie przyprowadza ich do szkoły na pierwszą lekcję środowiska.

      Rozsądny nauczyciel jeśli miałby zaprezentować hipogryfa, zrobiłby to później, na pierwszy rzut dając stworzenia małe i niegroźne. Poznawszy uczniów mógłby tych bardziej rozsądnych i uzdolnionych zaznajamiać z bardziej wymagającymi i niebezpiecznymi. Hagrid po prostu przynosi co mu w duszy gra, nie hipogryf to sklątki, ojtam, najwyżej rączkę komuś urwie.

      Malfoy ma 13 lat- w tym wieku ludzie zachowują się głupio, zwłaszcza jeśli jest z grupie i psim obowiązkiem nauczyciela jest tak prowadzić zajęcia, żeby zminimalizować ewentualne szkody.

      Więc pytam się- czy gdyby nauczyciel przyprowadził do gimnazjalnej klasy kaukaza i doszło do tragedii? Też byś uznała, że przecież żyjemy z takimi psami, dzieci trzeba uczyć i nastolatek sam sobie winny?

      Usuń
    3. Jak najbardziej się zgadzam z Twoimi argumentami, ale mam wrażenie, że trzeba tu brać poprawkę na to, jak Rowling skonstruowała ten świat przedstawiony -- z wieloma dziurami, co prawda, ale to inna sprawa i ją zostawiam na boku -- a on jest skonstruowany tak, że BHP i zdrowy rozsądek często niewiele znaczą. Sam Hogwart jest bardzo niebezpieczny, na co drugiej lekcji coś złego może ucznia spotkać (jednak w naszych szkołach w zasadzie takich przedmiotów nie ma) i wszyscy jakoś tak spokojnie do tego podchodzą, wycofują dzieciaki z Hogwartu naprawdę przy jakimś wyjątkowym zagrożeniu, a że tam jakieś trolle, hipogryfy, znikające schody, mandragory i inne takie, to jakoś nikomu nie robi (nie wspominając o lesie tuż za błoniami!), wszyscy to przyjmują z dobrodziejstwem inwentarza.

      A Hagrid to jest taka wyolbrzymiona normalność tego świata: zgadzam się, że nauczycielem jest nieodpowiedzialnym i okropnym (i w sumie chyba niewiele też uczącym). I w żadnym razie nie zwalam winy na Malfoya -- chociaż takie jest odautorskie, mam wrażenie, zamierzenie, bo czemu ta scena tak wygląda -- po prostu te hipogryfy są częścią świata, gdzie się do kwestii zagrożeń podchodzi jednak dużo swobodniej. Więc jasne, to że Hagrid zdecydował się zrobić taką lekcję, jest bzdurą, skoro Grubbly-Plank jakoś umiała do tego podejść bezpieczniej, ale ostatecznie wydaje mi się, że to się -- znowu -- mieści w tym świecie przedstawionym, niestety.

      Usuń
  3. Ja wiem tylko, że w czwartek jest światowy dzień książki... Ehh, taka niezorientowana jestem;)
    Jeśli chodzi o Tadzia... na pewno była ropucha w łóżku Maryli, ale owieczki też nie znalazłam. Btw, muszę wrócić do książek o Ani. (tak, już od dawna to sobie obiecuję...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też sobie od dawna obiecuję taki systematyczny powrót, muszę sobie chyba wyznaczyć jakąś datę i wtedy pewnie się będę tego trzymała ;).

      Usuń
  4. "My na wyspie Saltkrakan" - tam, zdaje się, rywalizacja kwitła i jedna bohaterka piastowała jagniątko, a druga jakieś zwierzątko wodne (fokę?).
    Przyznam, że "Rogaś" to była jedna z wielkich, zawiedzionych nadziei mojego dzieciństwa. Nie chcieli mi wypożyczyć w bibliotece, bo niby za mała byłam (5 czy 6 latek). W II czy III klasie "Rogaś" leciał jako lektura. Zagryzłam zęby w oczekiwaniu, że, ach!, teraz wreszcie dostąpię obcowania z dziełem, ciekawość zaspokoję i w ogóle tylko brać, ręce zacierać i czytać. Po czym z mej piersi wyrwało się głębokie "Eeee tam i to już cała historia?". Tak to bywa, jak się człowiek nastawi na cuda. :) Tak, że dla mnie ideałem opowieści o kopytnych pozostał na wieki wieków amen "Bambi" Franka Saltena. Tyle ile trzeba realizmu, tyle ile trzeba dramatyzmu. I do dziś pamiętam to "Czy nie umiesz być sam?", które tak ładnie zamykało klamrę w fabule. A "Rocznika" też kojarzę. Przeczytałam w tak młodym wieku, że jakoś w ogóle do mnie nie dotarło. Dopiero kilka lat później umiałam się przejąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama wygrałam "Rogasia" na konkursie recytatorskim, zanim nabyłam wiedzę, że to lektura, więc czytałam go poza kontekstem i to zakończenie mnie zawiodło, chociaż w sumie patrząc na całość, jest dobre. No, ale -- jak pisałam -- dziecięce rozczarowania zostają z nami na dłużej ;). Zupełnie zapomniałam o tym wątku w "My na wyspie...", chociaż czytałam tę książkę tyle razy; zdecydowanie muszę sobie ją w końcu odświeżyć!

      Usuń
  5. To ja dodam cos z nowszej literatury dzieciecej: Pan Kuleczka i jego trupa- pies Pypec, kaczka Katastrofa i mucha Bzyk-Bzyk, autorstwa Wojciecha Widlaka oraz Pluk z wiezyczki Annie Schmidt (ksiazka wydana w 1971, do Polski dotarla w 2008 dzieki Hokus-Pokus), której glówny bohater Pluk dokarmia karalucha Zaze, przyjazni sie z mewa Gercia i jej kuzynem Karolem o drewnianej nodze, a przede wszystkim pomaga uratowac bociana kedzierzawego Kedziorka. Swietne ksiazki, które goraco polecam. A, i jest jeszcze panda w ksiazkach Jon J. Muth "Zdumiewajace opowiesci pandy" oraz "Nowe przygody pandy". Panda jest naprawde wyjatkowy, gdyz jest filozofem konfucjanskim, a jego bratanek Koo mówi uzywajac haiku. Dla mnie rewelacja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ile cudnych lektur mnie czeka w takim razie, bo ani jednej nie znam! Dziękuję, już sobie dopisuję do listy "do przeczytania"! :)

      Usuń
  6. Dobrym przykładem wychowywaniem zwierzęcia dosłownie "od jajka" jest komiks z Kajkiem i Kokoszem (choć nie pamiętam dokładnie tytuły), w którym znaleźli oni smocze jajo i postanowili je wychować, czyli najpierw było wysiadywanie, potem chyba karmienie i w końcu nauka latania :)
    Z dzieciństwa pamiętam książkę "Czarka" Ludwiki Woźnickiej: dziewczynka przygarnia kociaka, który z czasem okazuje się zagubioną z cyrku panterą (och, jak ja marzyłam wtedy o takiej panterze! ;)).
    Chyba można by też dorzucić do listy "Wirungę" Farley Mowat o badaczce goryli, Diane Fossey, bo wydaje mi się, że były tam fragmenty, jak opiekowała się ona osieroconymi gorylątkami, ale nie mam pewności, bo książkę czytałam dawno temu...
    PS I jeszcze, jako ciekawostka, coś o "ab ovo", bo akurat niedawno się na to powiedzenie natknęłam: http://obcyjezykpolski.pl/?p=6535

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wstyd trochę, ale "Kajka i Kokosza" nigdy nie czytałam -- w mojej bibliotece mieli za to piękne zbiory "Tytusa, Romka i A'tomka" i tego przeczytałam wszystkie zeszyty. Zatem "Kajko..." -- do nadrobienia! A "Czarkę" wciągam sobie na listę do przeczytania, bo brzmi to niezwykle zachęcająco! :)

      Usuń
    2. To ja mam na odwrót, bo właśnie "Tytus..." mi gdzieś umknął, za to kilka "Kajków.." pałętało mi się w domu wśród dziecięcych książeczek, więc zaznajomiłam się z nimi już za młodu. Książek z Czarką chyba wyszło kilka, ja niestety czytałam tylko pierwszy tom - chociaż i tak się cieszę, że na niego trafiłam :)

      Usuń
    3. A to ciekawe, czy jest jakaś animozja na linii Tytus-Kajko, czy tylko nam obu tak wyszło ;).

      Usuń
  7. U Tadzia owieczki nie pamiętam, ale potem trochę, w "Rilli ze Złotego Brzegu" albo "Dolinie Tęczy" Flora z plebanii wychowała sobie koguta, nie pamiętam jak miał na imię (ale miał!). Kogut został zabity z okazji wizyty jakiegoś pastora. Pastor kości obgryzał, a Flora to ciężko odchorowała....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak, faktycznie, zapomniałam zupełnie o tym motywie (który miał potwierdzać "dzikość" Flory zresztą i jej teoretycznie "necywilizowane" w oczach innych mieszkańców miejscowości zachowanie ;)).

      Usuń