Kiełbasa straszna, ale wbrew autorskim intencjom albo o "Rysiu Raperze i strasznej kiełbasie" S. i T. Nopoli



Słuchajcie, jakiś czas temu moją niewinną duszę naraził na szwank kontakt z literaturą (nie w ogóle, ale z konkretnym przypadkiem). To znaczy muszę być uczciwa (skoro ma biedna dusza i tak jest już poszkodowana): sama się o ten kontakt prosiłam. Otóż jeszcze w lutym w Tramwaju nr 4 Janek opublikował recenzję książki pod jakże barwnym tytułem „Rysio Raper i straszna kiełbasa”. Konkluzja recenzji była taka, że jest to książka „dla nikogo”. Ale że jak wiecie lubię się dokopywać do różnych treści pod spodem właściwego tekstu pomyślałam, że gdzież tam, aż tak strasznie być nie może.


I mam nauczkę: może. Janek z dobroci serca (albo wręcz odwrotnie) zaproponował, że mi tę książkę wyśle. Przyszła pięknie pocztą, wzbogaciłam się o zakładkę z Tramwaju nr 4 (dziękuję raz jeszcze!), ale pomyślałam, że zostawię sobie Rysia na za czas jakiś. I czas ten nadszedł w środę. W międzyczasie – i wyznam to, bo mam straszne wyrzuty sumienia – mój kot pogryzł fragment grzbietu tego dzieła (albo zasugerował się kiełbasą, albo miało to być ostrzeżenie, wyczuwane kolejnym kocim zmysłem). No, ale już się nawyznawałam, przejdźmy do meritum.

O co chodzi? Książeczka jest niedługa, ilustracje są dość koszmarne (w sensie, że mogą straszyć, nie że są złe), ale zasadniczo co kto lubi – chyba miały być groteskowe, tak sądzę, przywodzą zresztą na myśl „Wilq Superbohatera”. A sama historia wygląda tak: jest sobie Rysio (w oryginale Risto, ale o tym zaraz), mieszka z ciotką, bo jego matka podróżuje od dość dawna po Afryce (czy jest to aluzja, że zmarła albo go opuściła? – o tym też zaraz), ojca nie uświadczysz. Ciotka zarabia na siebie i siostrzeńca sprzedając artykuły przez telefon. Wpada na pomysł, że teraz najlepiej sprzeda się kiełbasa, więc wysyła Rysia do masarni, niech przyniesie kiełbasę, która się długo jeszcze nie popsuje. Ryś wraca z kiełbasą pieprzową, która wprawia ciotkę w stupor, oszołomienie, a w końcu w dziki przestrach – kiełbasa bowiem obtoczona jest w kulki zielonego pieprzu, co ciotce kojarzy się z wysypką. Najpierw maltretuje kiełbasę (o czym zaraz), a potem każe ją schować. Tak kiełbasa ląduje w wannie (o czym, zgadliście, zaraz). Następnie zaś wydarzenia biegną swoim torem: sąsiad z dołu okazuje się mieć znajomego Węgra-handlarza kiełbasami, więc ciotka z Rysiem lecą do Budapesztu zaopatrzeć się w kiełbasy (z tym że ciotka nie ma pojęcia, że hala targowa jest na Węgrzech) i tak śledzimy sobie poczynania bohaterów w Budapeszcie i z powrotem.
 Kadr z filmu, a na nim cioteczka. Źródło.


Na pozór nie wygląda źle, prawda? No bo i humor tu mamy, i zwariowanych bohaterów, i komediowe pomyłki... Po prostu, czego się czepiać? Ano, wykonanie pozostawia mnóstwo do czynienia, więc najpierw może o tym. Otóż jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak to jest spontanicznie pisać książkę, to myślę, że „Rysio...” jest szalenie adekwatnym przykładem: autorki (bo są dwie) od czasu do czasu w trakcie fabuły dorzucają nam jakiś nowy element, który niby jest oczywisty, ale ani nie wypływa z tego, co się działo wcześniej, ani nie ma zakorzenienia w fabule. Po prostu jak Rysio ma się okazać doskonałym perkusistą, bo trzeba jakoś rozwiązać kolejny węzełek akcji, no to hop-siup, Rysio okazuje się być niezwykle utalentowanym jak na swój wiek perkusistą. Ani wcześniej o tym nie mówi, ani nawet nie ma w domu perkusji – do myślenia mogą nam co najwyżej dać ilustracje na drugiej i trzeciej stronie okładki, gdzie Rysio bębni w wiadra, no ale, przyznajcie sami, naciągane to wszystko bardzo. A to nie jedyny taki problem – autorki straszliwie wręcz nieumiejętnie wprowadzają postacie; taki los spotyka na przykład psa sąsiada z dołu, który ma odegrać niebagatelną rolę w fabule, a po prostu... No, co tu dużo mówić, po prostu zostaje uhonorowany najbardziej „od czapy” wprowadzeniem, jakie widziałam od dawna (być może dlatego, że to jest któraś część serii, dodam, chcąc być uczciwa). Sami zobaczcie:

Jesteśmy gotowi do drogi! – powiedziała ciocia Renia, gdy sąsiad otworzył drzwi. 
Już?! Ale jesteście szybcy! – wykrzyknął pan Lindberg, po czym zaprosił ich do środka.
Cześć, Vanessa! – zawołał Rysiek i pogłaskał jamniczkę sąsiada.
[s. 16]

Rozumiem prosty język i niewyszukane zabiegi formalne, ale tu nie ma nawet cienia przejścia. Nie muszę wspominać, że potem wszyscy o psie zapominają? Ma to pewnie stworzyć takie wrażenie „ojeju, a pies? Zapomnieli o psie, ha, ha”, tylko że to jest tak poprowadzone, że i my mamy wrażenie, że autorki o psie zapomniały i dlatego nagle wysyłają sąsiada, który już siedzi w samolocie (!) z powrotem do domu, żeby dać ciotce pole do popisu. Zresztą ciotka pociesza sąsiada, mówiąc, że zostawiony na korytarzu pies wytrzyma tam przez tydzień bez jedzenia, bo gdzieś tak czytała! Ach, dobra duszko ty nasza, ty.

Humor też raczej jest z tych niewyszukanych. Stężenie żarcików z brodą długości autostrady A1 przekracza niekiedy dozwolone normy. Jak w potwornie denerwującej scenie, kiedy to ciotunia porozumiewa się z kierowcą autobusu – chce, by im powiedział, kiedy będą przy kolejce linowej (na której ciotka nie zapnie ani siebie, ani Rysia, serio, serio). A kiedy kierowca mówi, ciotka uznaje, że każe im się przesunąć, więc popycha ludzi w autobusie, wrzeszcząc nazwę przystanku, bo oczywiście – chociaż nie ma żadnych podstaw, czemu dała nie jeden dowód wcześniej – uznaje, że to znaczy „przesuńcie się”. A kiedy w końcu kierowca ich wysadza i wskazuje na tabliczkę, ciotka z pretensjami oznajmia, że czemu nie powiedział im wcześniej, że to już tutaj. Normalnie obśmiałam się po pachy, ho, ho, ho (kumam, że to ma być również taki inner joke, że dwa języki niby podobne, bardzo egzotyczne, z wątpliwym jednak pokrewieństwem, ale nawet z tą wiedzą to zabawne nie jest). Ale na usprawiedliwienia autorek dodam, że czasem udaje im się trafić w jakieś zabawniejsze tony – na przykład w momencie, kiedy ciotka z tym nieszczęsnym niezapiętym w kolejce Rysiem orientuje się, że wszyscy się na nich gapią, więc dochodzi do wniosku, że trzeba jednak podratować wizerunek Finlandii, więc zaczyna wykrzykiwać miłe skojarzenia ze swoją ojczyzną. Ale to w sumie tyle.
 Kadr z filmu, a na nim cioteczka w towarzystwie sąsiada z dołu. Źródło.


Bohaterowie zmieniają charakter co chwila. Rysiek, dzielny i przedsiębiorczy, który niespecjalnie ciotką się przejmuje, w pewnym momencie w wyniku absurdalnej (ale wcale nie zabawnej, jak by wychodziło z intencji autorskich) rozmowy rzuca się na ciotkę z płaczem, prosząc, by nie umierała. A punktem wyjścia do tej rozmowy jest pomysł ciotki na przechytrzenie policji, który polega na tym, że Rysiek ma iść za jakąś inną kobietą – on na to, że nie, że chce iść z ciotką. Z tą samą, którą zostawił na lotnisku i tą samą, którą opuścił, kiedy zmywała gary w restauracji, bo zgubiła porfel. Ja rozumiem zmienność dziecięcego charakteru, ale ona tutaj nie jest pokazana ani trochę przekonująco.

No i zostaje jeszcze tłumaczenie. Zupełnie, ale to zupełnie nie rozumiem tej strategii. Ciotka, Rysiek i pianista zostają spolszczeni, a nazwisko „Räppääjä” przetłumaczone (jak donosi translator google, znaczy to faktycznie „Raper”), ale już ani Węgrzy, którzy noszą nazwiska znaczące (Pörkölt, czyli rodzaj gulaszu na przykład) już nie. Sąsiada z dołu to w ogóle ominęło i został panem Lindbergiem, a nie na przykład – trochę strzelam – Górnolipskim. Tych Węgrów tłumaczy trochę to, że na tym buduje się dowcip, ale całość sprawia jednak wrażenie niezłego, że tak powiem, gulaszu, bo mamy polsko brzmiącą ciotkę Renię i Rysia, pochodzących z Finlandii, o czym autorki nam przypominają co chwila, na Węgrzech.

To teraz jeszcze słowo o tym, co tam jest pod spodem. Matka, kiełbasa, wanna – może w tej kolejności. Bo to, że matka Rysia jest poza obrazem, nie pozostaje bez znaczenia. Ciotka wspomina o niej dwa razy, za każdym razem podkreślając, że wybrała się w długą służbową podróż do Afryki i że ona, ciotka, nie wiedziała, czy sobie z opieką nad Rysiem poradzi (mała podpowiedź zawarta jest, ekhm, w tekście). Można by tu się doszukiwać tego dodatkowego znaczenia: obstawiałym, że chodzi o zakomunikowanie, że ta „daleka podróż” w istocie oznacza zaświaty, ale autorki temat śmierci poruszają przecież we wspomnianej rozmowie z Rysiem i nawiązania do matki żadnego tam nie ma. Niekonsekwencja? Pisanie ad hoc, akurat tego, co nam przyszło do głowy? A może to ma być kolejny „surrealistyczny” (w cudzysłowie, bo z surrealizmem to ma niewiele wspólnego) element narracji? Najpewniej, niestety, tak. To teraz o kiełbasie – ta niechęć ciotki do kiełbasy pieprzowej ma być komiczna, ale w związku z tym, że długa scena zostaje poświęcona temu, jak ciotka się z kiełbasą kąpie (!) w wyniku podstępu Ryśka, mnie osobiście wydaje się być pokręconą aluzją seksualną (wiecie, ciotka stara panna i takie tam). I to w złym jednak guście, bo to takie puszczenie oka do starszego czytelnika, jednocześnie aż słychać, jak się autorki ze swojego konceptu obśmiewają, ale to jest aluzja zbudowana z tak gigantycznych cegieł, że aż widać między nimi elementy zaprawy. No, nie wyszło, drogie panie. Śmieszne to za bardzo nie jest, żadnych tabu nie przełamuje, z niczym dziecka (i nie-dziecka) nie oswaja.

W dwóch słowach zatem: mimo że wychodzi z takiego absurdalnego pomysłu, z którego coś być mogło, „Rysio Raper...” jest książką napisaną, z braku lepszego słowa, dziwacznie i mam wrażenie, że nie do końca w sposób przemyślany. Buduje przed sobą fasadę „taka ze mnie fajna książka”, za którą kryje się niewiele albo zgoła nic. Zostawia mnie ta książka zadziwioną. Bo wiecie, że to jest tylko jedna z wielu w serii o Rysiu? Serio, serio. No i są też, jak widać po ilustracjach, filmy.

A korzystając z okazji, odhaczam ją sobie w kategorii „książka ze złymi recenzjami” (do których się niniejszym sama przyczyniam).
 

___________

Dawno nie było żadnego wpisu z okazji Dnia Czegoś, toteż zamierzam to naprawić – jutro będzie.

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. Nigdy ;) No ja przynajmniej na taką książkę bym się nie porwała, a jak czytam Twoje wrażenia, to mi aż przyjemnie, bo może i ja mam jakiś ukryty koci zmysł ;) Za to opisałaś to rewelacyjnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musisz mieć :). Chociaż zupełnie nie wiem, co w kota wstąpiło, bo do tej pory nigdy tak nie robił (po tej porze zresztą też nie, a już zdążyłam rozważyć przeniesienie książek z grzbietami zdatnymi do stania się gryzakami w inne miejsce -- mam nadzieję, że to był jednorazowy wybryk, mimo wszystko ;)). A dziękuję, to się cieszę bardzo :)!

      Usuń
  2. O, widzę, że spełniłaś moje życzenie czytania o złych książkach. Ale mnie nie tyle dziwi, że ktoś taką książkę napisał i wydał w Finlandii, w końcu istnieją te słynne różnice kulturowe i może tam jej treść jest mniej dziwna - bo różne dziwne dla nas rzeczy są tam naturalne i na pewno inne od naszego jest poczucie humoru (choć cztery lata spędzone w Finlandii nie pomagają mi wcale zrozumieć konceptu sceny z kiełbasą). Dziwi mnie, że ktoś wydał to w Polsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak wyszło, ale o "Skarbach..." pamiętam :). Oddycham z ulgą, że nie tylko mnie scena kąpieli ciotki z kiełbasą wydaje się co najmniej dziwna. Natomiast nie dziwi mnie, że to u nas wyszło -- seria jest jakoś szalenie popularna, sprzedana do prawie dwudziestu krajów, więc pewnie na tej fali przypłynęła i do nas, co zrobić.

      Usuń
  3. A gdyby nie to wyzwanie i punkt o przeczytaniu książki ze złymi recenzjami, przeczytałabyś Rysio Rapera? Ja jakoś nie porywam się na tak mało polecane książki. Oczywiście dopuszczam myśl, że pozycja może mi się spodobać wbrew opinii ogółu, ale jednak czasu mi szkoda. Ostatnio u znajomego przeczytałam, że on czyta każdą książkę, która go interesuje, nawet jeżeli ma złe recenzje. Chce zawsze wyrobić swoją własną opinię. Zdziwiło mnie takie podejście. Ja odpuszczam, jeżeli po recenzjach widzę, że jednak nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, oczywiście, że bym przeczytała! To znaczy może inaczej: tak jak pisałam we wstępie, zafascynowała mnie recenzja na Tramwaju nr 4 i byłam przekonana, że aż tak źle być nie może i na pewno dałoby się z tej książki coś wyciągnąć. Dlatego się za nią zabrałam -- a że przy okazji w wyzwaniu była taka kategoria, to ją odznaczyłam (przyznam, że pierwotnie miałam taki pomysł, żeby przeczytać tutaj jakąś książkę, która na przykład na portalu czytelniczym na niskie oceny, a jest w kanonie literatury światowej, więc jest przez krytyków ceniona, a przez część czytelników nie bardzo; także ta kategoria "złych recenzji" jest bardzo szeroka :)).

      Usuń