Kiedy autor wcale nie chce powiedzieć tego, co mówi albo o książkach, które nie istniały


Wiadomo, jak pierwszy kwietnia, to trzeba by poruszyć kwestię żartowania. Właściwie nie wiem, czy jestem fanką praktycznych dowcipów, na pewno nie takich, w których ktoś robi coś przerażającego, żeby zobaczyć moją minę (aczkolwiek mając lat cztery-pięć namiętnie krzyczałam w prima aprilis „pająk!”, żeby zobaczyć jak reaguje ta część mojej rodziny, która pająków nie znosi; na szczęście mi przeszło). Dlatego dzisiaj postanowiłam napisać o czymś, co wydaje mi się interesujące: czyli dowcipach książkowych, w które włożono tyle trudu, że w sumie ciężko mówić o tym, że to były dowcipy. Raczej zmaterializowane andegdoty? A czasami nawet i nie to. Bo czasami coś, co obieramy dzisiaj jako dowcip było zupełnie na serio.

Poza tym, jako że – jak już się zorientowaliście – macie tu do czynienia z fanką literatury czeskiej, a takie książkowe "żarty" są właściwie czeską specjalnością. Przy czym czasami to nie są żarty, ale bardzo, bardzo poważne kwestie roztrząsane latami. No to zapraszam Was na może niewielki, bo zaledwie czteroelementowy, ale za to mam nadzieję ciekawy, wybór książek, które nigdy tak naprawdę nie istniały.

Co za odkrycie! Czyli słynna sprawa czeskich rękopisów
Nie może zacząć się inaczej, niż od sprawy rękopisów. Dla każdego, kto pogrzebał chwilę w czeskiej literaturze, hasło „rękopisy” działa jak taka mała żaróweczka. O co chodziło? W dziewiętnastym wieku (nie usypiajcie jeszcze, dalej robi się kryminał!) garstka zapaleńców chciała stworzyć naród z ludzi, którzy mieszkali na ziemiach czeskich. Nie było to łatwe, bo warstwy od mieszczaństwa wzwyż mówiły po niemiecku, a te niższe co prawda władały czeszczyzną, ale dość daleką od tej, jaka się widziała jako „klasyczna”. Ale zapaleńcy się nie dali, sami uczyli się języka (tak, tak) i próbowali jakoś wdrukować innym, że to całkiem przyjemnie być Czechem. Do ulubionych metod należało na przykład zapuszczanie brody („Niemcy” - piszę w cudzysłowie, bo te kategorie narodowościowe wtedy były jeszcze dość umowne, a na pewno nie były tym, czym są dzisiaj – chodzili gładko ogoleni) i pytanie wyglądających z niemiecka o godzinę (po czesku) i odbieganie ze śmiechem, kiedy zapytany robił głupią minę. Ale żarty na bok: w końcu jeden z pracowników Muzeum Narodowego w Pradze, Václav Hanka, wymyślił, że przecież co innego lepiej uświadomi wszystkim, jak wielki jest naród czeski i jak stara czeska mowa, niż jakiś rękopis z legendą, powiedzmy, z dziesiątego wieku. Jak pomyślał, tak zrobił – z kolegą spreparowali dwa rękopisy (bo po co się rozdrabniać), postarzyli je, po czym Hanka tryumfalnie je „odkrył”. Jeden w Zelenej horze, drugi w Dvorze Kralovej. No i się zaczęło: że ajaj, ależ wspaniale, takie zabytki, co tam „Księga henrykowska”, co tam Nibelungi i inne takie, to my mamy najstarsze zabytki piśmiennicze! Sprawa rękopisów podzieliła naszą garstkę zapaleńców, biblijnie dość uczeń zwrócił się przeciwko mistrzowi, historyk przeciw pisarzowi i odwrotnie. W końcu wzięto się za udowadnianie, że coś z tymi rękopisami jest nie tak – o ile historia jeszcze by uszła, to językowo wszystko było podejrzane, bo pojawiały się tam rzeczy, których w tamtych czasach raczej być nie powinno (jeśli chodzi o zjawiska językowe, zapisy i tak dalej). Ba, w pewnym momencie każdy czuł się zobowiązany do wypowiedzenia swojego zdania na temat tego, czy rękopisy są prawdziwe (na przykład Tomáš Masaryk, przyszły prezydent, pod koniec dziewiętnastego stulecia – optował za wersją, że to fałszywki). W końcu w sukurs przyszła nowoczesna nauka i badanie węglem. No i cóż się okazało? Ano, że to z całą pewnością są fałszywe rękopisy. Tylko że co z tego, skoro nadal nie wszyscy (serio, serio – jest nawet Towarzystwo Obrony Rękopisów!) w to wierzą? Najlepszy psikus w historii literatury? Być może. Na pewno jeden z najtrwalszych.
 Tak, tak, ilustracje były, przedruki, słowem - wszystko. Źródło.


Jak to nie mamy wielkiej powieści? Czyli krytyka literacka w teorii
To pozostańmy jeszcze w czeskim klimacie. Otóż jakoś tak w latach 90. zaczęto się tam zastanawiać, że jak to, już kilka lat po aksamitnej rewolucji, a tu ciągle nie ma żadnej wielkiej powieści opisującej tamte wydarzenia? Widzicie, u nas w sumie też się ciągle trąbi o tym, że dobrej powieści z oddechem o transformacji ustrojowej ciągle jakoś nie ma, ale czescy krytycy literaccy wzięli się na sposób i stwierdzili, że skoro nie ma, to co innego można zrobić: trzeba taką powieść wymyślić. Było to dwóch krytyków, którzy już wcześniej od czasu do czasu bawili się w różne mistyfikacje, jeden z nich od dłuższego czasu pisał recenzje do gazet pod różnymi pseudonimami (i czasami sam ze sobą polemizował – więc uwierzcie, lektura to przednia, jak się już wie, o co chodzi). Powieść nazwali „Aksamitna Anna”, co było nawiązaniem do najbardziej znanej i modelowej powieści socrealistycznej, która, jak się domyślacie, święciła tryumfy w odpowiednim sobie czasie (i nazywała się "Anna Proletariuszka"). Nie tylko napisali zatem kilka – pseudonimy, pamiętajcie – recenzji tego wiekopomnego dzieła, jakim „Aksamitna Anna” miała być, ale też doprowadzili do tego, że podobno ludzie naprawdę oburzali się w księgarniach, że jak to, taka książka, tak o niej piszą, a tu nie ma? Musi cały nakład już poszedł!
 A wszystko nawiązywało do tego dzieła
socrealizmu (tutaj okładka wydania filmu na DVD).



Dlaczego nie mogę tego dodać do schowka? Czyli książkowy primaaprilis na Biblionece
To jest taki żart o dłuższym polu rażenia, bo złapałam się na niego jakoś długo po prima aprilisie. Jak może wiecie, w Biblionetce istnieje taki mechanizm, który na podstawie wyliczeń poleca nam książki – bierze pod uwagę różne czynniki i grupuje ewentualnie podpadające pod nasz gust pozycje w jednym miejscu. Któregoś razu, po dłuższym czasie, kiedy nie zwracałam się do Biblionetki o polecanki, postanowiłam sprawdzić, co też z prozy polskiej mechanizm polecankowy mi podsunie do czytania. Ku mojemu zdziwieniu dość wysoko, wśród Mrożków, Gombrowiczów i Konwickich uplasowała się książka niejakiego Tomasza Radko pod tytułem „Tajemniczy stwór napastuje Laurę”. Pomyślałam sobie, pamiętam, o, jak miło, z tytułu sądząc może to być coś w stylu „Życia, a zwłaszcza śmierci Angeliki de Sancé”, która to książka podobała mi się swego czasu niezwykle. Czytam notę wydawcy – i zaczynam coś podejrzewać. Ale w sumie potem rozwiązanie zostało mi podane na tacy, bo administratorzy serwisu dopisali, że to żart primaaprilisowy. Ale jak to jest dobrze zrobione, sprawdźcie sami!
 I na zakończenie - coś stąd. Źródło.


Kiedy będzie reszta?! Czyli space opowiadanie Sapkowskiego
To z kolei chyba pierwszy literacki żart, z którym się spotkałam. I to nawet, sądząc z przedmowy autora, żart nie do końca zamierzony, ale zataczający szerokie kręgi. W tomie opowiadań „Coś się kończy, coś się zaczyna”, który nabyłam zachęcona entuzjastycznymi opiniami znajomych, że jest tam „alternatywne zakończenie Sagi o wiedźminie” (jak się okazało będące właściwie, hm, odautorskim fanfickiem?) znajduje się także krótkie opowiadanie w realiach kosmicznych. Taka mała space opera (właśnie zapisałam literówkową wersję „spacer opera”, czytałabym!), gdzie jesteśmy wrzuceni w środek akcji, bohaterowie się znają jak łyse konie – my ich nie znamy, ale w sumie poznalibyśmy, jakbyśmy mieli szansę, ale nie mamy, bo dookoła wszystko wybucha i zmierza ku końcowi. Stąd podobno pojawiły się pytania, kiedy ciąg dalszy, kiedy wreszcie zobaczymy ten urywek wielkiej powieści science fiction w kontekście? Nie wiem, ile w tym prawdy, w każdym razie podobno przez czas dłuższy czekano, aż ten Sapkowski wreszcie swoją space operę wyda. A to było tylko w taki sposób napisane opowiadanie.

Tyle z mojej strony, z wyraźnym czeskim akcentem. Czy może ktoś z Was nabrał się na jakiś książkowy żart w tym stylu – albo lepszy? Przychodzi Wam coś do głowy?

_______________
Jutro będzie notka z gatunku moich ulubionych, czyli z okazji pewnego Dnia. A rozważać będę kwestie czytelniczych oczekiwań.

Weź dokładkę!

19 komentarze

  1. Powiem szczerze, a na swe usprawiedliwienie mam tylko fakt, że czytając tę książkę miałam lat piętnaście a Dan Brown nie był jeszcze modny - byłam kiedyś przekonana, że wszystkie dzieła cytowane w "Klubie Dumas" przez Artura Pereza-Reverte, z Delomelanikonem na czele, istnieją naprawdę ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to jest w ogóle interesująca kwestia, to znaczy cytowanie nieistniejących książek w książkach istniejących. Łatwo się poddać autorytetowi pisarza, mając nawet lat więcej - bo w końcu skoro cytuje, i to taki pisarz, no to od początku nie przypuszczamy, że to może być podpucha ;-) (a tak na marginesie, to muszę w końcu zapoznać się z Perezem-Reverte, bo jakoś dotychczas mi z nim coś nie było po drodze).

      Usuń
    2. Długi czas Perez-Reverte był moim ulubionym pisarzem z kręgu literatury popularnej, w odróżnieniu od takiego Carrolla czy Murakamiego nie pisze w kółko jednej i tej samej książki, wykorzystuje różne motywy, od kameralnego dramatu z dwoma bohaterami ("Batalista") do ogólnoświatowej intrygi ("Klub Dumas", "Cmentarzysko bezimiennych statków"). Trochę mnie znużył "Kapitan Alatriste" (przeczytałam jedną część i nie dałam dalej rady, chociaż naprawdę doceniam pomysł i tło i wiem że dla Hiszpanów to bohater kultowy), ale "Klub Dumas" albo "Szachownica flamandzka" to świetna literatura, takie inteligentne thrillery, pełne różnych intertekstualnych nawiązań. Szkoda, że nie ma szczęścia do ekranizacji, bo albo robią klapę, albo nie podobają się autorowi.

      Usuń
    3. Hm, muszę w takim razie sobie dopisać coś do listy, może "Klub Dumas", zobaczę :-). Dzięki!

      Usuń
  2. Piękny post, lubię czytać o takich akcjach;)
    Ze swojej strony mogę dorzucić historię libertyna;) ładnie opisaną tutaj: http://kulturawplot.pl/2014/03/03/i-libertine-frederick-ewing/
    Och, i jeszcze można wspomnieć o oszustwie bardziej naukowym: Alan Sokal i jego pozbawiony sensu artykuł "Przekraczanie granic: w stronę transformatywnej hermeneutyki grawitacji kwantowej". Nasłuchałam się o tym na studiach;)
    W ogóle poruszyłaś dziś temat, który naprawdę warto zgłębić;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sokal! No oczywiście - ale to była podpucha bardziej nakierowana na obnażenie słabości pewnych systemów wewnątrz akademii, ale jak najbardziej, to jest świetny przykład! Przy czym on napisał jeszcze taką książkę "Modne bzdury", całkiem zacną, gdzie pokazuje, jak w gruncie rzeczy dużo zależy od autorytetu naukowca, który nawet jak nie mówi za mądrych rzeczy, ale mądrze brzmiące, to mu wierzymy (chociaż mam kilka zastrzeżeń do tej książki, bo jednak czuć tam taką pogardę nieco ku naukom nie-ścisłym, no ale nie można mieć wszystkiego).

      Usuń
  3. Tutaj doskonale pasowałaby "Niam-niam. Antologia poezji murzyńskiej" Emila Zegadłowicza i Edwarda Kozikowskiego. Zdaje się, że stało za nią niezłe poczucie humoru, a może nawet jakaś nutka kpiny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przypomniała mi się "Historia pewnej mistyfikacji" (autor: Peter Carey). Jeden z bohaterów dla żartu wymyśla poetę (wraz z całą jego twórczością, rzecz jasna), a potem cała ta sprawa wymyka się spod kontroli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, mam nawet tę powieść w domu, ale jeszcze się jakoś nie zebrałam, żeby ją przeczytać. A to widzę, że może być ciekawie, super :).

      Usuń
    2. Jest bardzo ciekawie, zapewniam. ;)

      Usuń
  5. A to nie tylko Czesi byli tacy sprytni, Szkoci też mieli swoje "historyczne dzieło", stworzone zresztą w tym samym celu ;). http://en.wikipedia.org/wiki/Ossian

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zresztą się czasami wyciąga te pieśni Osjana w podobnym kontekście (zresztą to są faktycznie skutki uboczne podobnego zjawiska, czyli tego, co nazywa się odrodzeniem narodowym, i które było nie tylko w Europie Środkowej - oprócz ziem polskich ;) - ale i właśnie na przykład na Wyspach :D). Swoją drogą to tam też chyba był podobny skandal z tym, że się udowadniało, że "Pieśni..." to mistyfikacja ;).

      Usuń
    2. Był, ale zamierzony efekt osiągnęły. Zresztą, chyba do tej pory nie doszli do konsensusu w tej sprawie, uważa się, że Macpherson "Pieśni..." sfabrykował, ale na podstawie istniejącego materiału, więc nie są tak do końca wyssane z palca.

      Usuń
    3. Bo chyba konsensus w takiej sprawie jest trudny - zwłaszcza, kiedy taki tekst wejdzie do narodowego kanonu, to potem jest twardy orzech do zgryzienia, co z czymś takim, na czym się nadbudowało dumę narodową i takie tam, zrobić ;).

      Usuń
  6. Lem sobie żartował, pisząc recenzje i wstępy do nieistniejących książek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam o tym, ale nie czytałam tego - muszę wyczaić :). Chodzi o "Doskonałą próżnię", prawda?

      Usuń
    2. - "Próżnia doskonała", "Wielkość urojona", "Prowokacja", "Biblioteka XXI wieku" - takie mam informacje.

      Usuń