Książkę moją widzę ogromną albo o tym, co cenię w powieściach

 
Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Książki i mógłby on stać się pretekstem do narzekania na różne rzeczy, ale jak być może zauważyliście, raczej staram się nie narzekać, dlatego dzisiaj będzie o książce. I to nie „jakiejś tam” książce ani o żadnej konkretnej książce. Tylko o takiej mojej wymarzonej książce.


Bo kiedy trafi się taka idealna okazja, żeby napisać o tym, jaka powinna być moja książka? To znaczy nie moja w znaczeniu, że przeze mnie w jakiś sposób wykonana, ale moja, czyli taka, którą przeczytam z przyjemnością, będę wspominać przez wiele lat, wracać do niej częściej niż często i wszystkim polecać. Dlatego pomyślałam, że dzisiaj napiszę kilka słów o takich właśnie moich widzimisiach związanych z książkami. Trochę właściwie już wiecie, bo się z moimi preferencjami jakoś bardzo nie kryję, ale zebranie tego w jednym miejscu i dla mnie jest ciekawym eksperymentem. A zatem, jak widzę taką książkę (czy, mówiąc ściślej: powieść, bo do tego się tu ograniczam) – może nie idealną, ale bardzo dobrą, podpasowaną pode mnie jako czytelnika? 
 
 
 Skąd płyniesz, uroku powieści? Źródło.


Każdy sobie rzepki nie skrobie, czyli nieprzegadana: nie mam nic przeciwko cegiełkom jako takim – oprócz tego, że niewygodnie się je czyta i może z kilku innych powodów, ale nie dlatego, że po prostu są to zwykle powieści długie. Niech sobie długie będą. Ale niech nie będą przegadane. Nie cierpię przegadanych fabuł. I nie mam tu na myśli tego, że bohaterowie toczą wielkie rozmowy o życiu i śmierci – niech toczą, ale w momencie, kiedy autor się powtarza, wprowadza wątki po to, żeby za chwilę je zamknąć i ani one nie są specjalnie dobre, ani nie mają żadnego znaczenia dla fabuły, a jedynie rozpychają objętość książki – wtedy wzdycham ciężko. Bo gruba książka kojarzy się z prestiżem (i to zarówno pisarskim, jak i – mam wrażenie – czytelniczym), a przecież w gruncie rzeczy trudniej jest zawrzeć wiele w książce dwustustronicowej. Ale, jak pisałam, niechaj będzie to tysiącstronicowe tomiszcze, byleby wszystko w nim grało razem, a nie piszczało po bokach. Bo jak już wiecie, jestem wielką fanką...

Perfekcyjnej konstrukcji: o ile unikam fetyszy, jak mogę, bo uważam je za raczej zaciemniające obraz i takie klapko-oczo-genne, to jednak trudno mi się oprzeć dobrze skonstruowanej książce. Co to właściwie znaczy? Myślę, że zapewne są jakieś naukowe wyznaczniki takiej konstrukcji, ale z punktu widzenia szarego czytelnika to mogą być rzeczy przeróżne. Uwielbiam, kiedy nagle wszystko w fabule robi takie „klik!” i wskakuje na właściwie miejsce. Kocham te przeróżne techniki montażowe, kiedy z wielu perspektyw autor opisuje jedno albo następujące po sobie wydarzenia (chyba, że przegaduje i rozpycha – wtedy nie). Lubię, kiedy autor rozrzuca po fabule przeróżne węzełki, żeby na koniec je ściągnąć i zostawić mnie w takim stanie „o rety, ależ to zagrało!”. Zawsze robi to na mnie wrażenie – nawet wtedy, kiedy są to chwyty nawet mniej wysublimowane. Po prostu jeśli widzę, że autor panuje nad strukturą i kompozycją, i przede wszystkim wie, do czego zmierza – zachwycam się. Bo jeśli nie wie, to biada.


Taka powieść, że aż wychodzi z kartek i wciąga człowieka do środka. Źródło.


Giń już, byle prędzej, czyli Bohaterowie, do których się przywiązuję: to też jest taki element nie od parady. Tylko, zapytacie, co to znaczy, że się przywiązuję? To znaczy, że jest choć jeden bohater, którego losów jestem ciekawa. Może to dziwne, ale nie przepadam za takim bohaterem, którego autor czyni sympatycznym tylko po to, żeby go potem przez całą powieść maltretować. Albo na przykład osadza go w epoce historycznej, w której wiadomo, że bohater zginie straszną śmiercią albo przynajmniej że spotka go coś bardzo złego. To taki trochę spojler z automatu i wtedy po prostu czekam przez całą książkę, co też okropnego tego bohatera spotka – a to trochę, przyznam się, nie na moje nerwy. Co nie oznacza, że unikam jak ognia powieści historycznych; wręcz przeciwnie. Tyle tylko, że jeśli mowa o postaci historycznej – co oznacza, że wiem, co też się z nią stanie – nie przeszkadza mi to. Ale jeśli to postać fikcyjna i autor sprowadza na nią tuzinami nieszczęścia, wtedy już jest trochę gorzej. Wiecie, o co chodzi: mamy sobie bohaterkę w XVIII-wiecznej Francji, więc czekamy na rewolucję, rewolucja wybucha, bohaterkę wywłaszczają, ścinają jej ojca, trafia do innego domu jako posługaczka, tam nią pomiatają i tak dalej, i tak dalej. Czyli o jakich bohaterów mi chodzi? O przykuwających uwagę – nawet niekoniecznie muszą być sympatyczni. Niech nie będą (ale niech nie będą też głupawi niecelowo, to znaczy wbrew autorskim intencjom), ale niech mnie nie zostawiają kompletnie obojętną. Kończenie książki, w której tak naprawdę żaden bohater nas nie obchodzi, to jest męka.

Bramki są dwie, a piłka odbija się między nimi, czyli Odbiór mija się z intencją: a skoro o intencji autorskiej mowa, to zawsze czuję się dziwnie, kiedy w autorskim zamierzeniu bohater ma być niesympatyczny, a tutaj nagle wyrasta na ukochaną postać czytelników albo odwrotnie. To widać zwłaszcza po tym, jak bohater się zachowuje, a jak komentuje to narrator (oczywiście jeśli – znowu – nie jest to celowe, bo narrator jest ironiczny albo odwrotnie, wtedy wiadomo). Wtedy zwykle się denerwuję, bo i co innego można w podobnej sytuacji zrobić. Dlatego dobrze by było, gdyby te dwa elementy grały ze sobą w jednej drużynie, a nie w dwóch, i to jeszcze wobec siebie wrogich.

Gdzie to się właściwie dzieje, czyli Opisy: nie przepadam za powieściami bez opisów albo z mikrymi opisami. Kiedy chcę samych dialogów, zazwyczaj sięgam po dramat. A dobrze skonstruowane opisy, nieprzegadane, dostarczające taką ilość szczegółów w sam raz, to jest towar rzadki. I oczywiście zgadzam się, że niekoniecznie długi opis to jest opis dobry – jasne. I w lekko zasugerowanym opisie może się kryć bogactwo. To też prawda. Tyle że zasadniczo można poznać, kiedy opis jest króciutki, bo autor nie do końca miał pomysł, co z danym fantem zrobić, a kiedy jest króciutki, bo to celowe, zamierzone i tak właśnie ma być, bo autor jedynie nam pewne kwestie sugeruje. Czy to, żeby je później rozwinąć, czy dla stworzenia atmosfery, czy dlatego, że planuje kolejne części (jeśli chodzi o cykl). Dobrze też, kiedy te opisy są ze sobą zgodne, to znaczy nie zmienia się kolor oczu bohaterów, wiek albo stosunki pokrewieństwa. Jak widzicie, nie są to żadne sztywne kryteria. Ale wiążą się, rzecz jasna, z konstrukcją powieści jako całości (czy cyklu jako całości).


Że aż by się tę książkę chciało obsypać różami, taka dobra jest. Źródło.


Jej biust wcale nie falował, czyli Warsztatowo bardzo dobra: wiadomo, że świetny pomysł może legnąć w gruzach, jeśli szwankuje wykonanie. Warsztat to jest jednak kwestia bardzo istotna: jakiego języka autor używa, jak sobie radzi ze wspomnianymi wyżej opisami czy kreacją bohaterów i tak dalej. Jeśli zatem mowa o mojej wymarzonej książce, to jest ona napisana bez przesadnej erudycji, ale z dobrym wyczuciem języka: dialogi brzmią naturalnie, bohaterowie nie rozmawiają o rzeczach dla siebie oczywistych (bo po co nam narrator), po tekście nie szaleją powtórzenia i tautologie, a do tego jakby się pojawiały nieoczywiste, ale sensowne porównania, a od czasu do czasu porywająca metafora, nie będę się gniewała. Natomiast kliszom (oczy jak diamenty i te sprawy), wałkowaniu tego samego i trzem przymiotnikom używanym na krzyż i wymiennie mówię stanowcze nie. Chyba, że to wszystko jakoś wpisuje się w – zgadliście – konstrukcję (przecież te pisane łamaną angielszczyzną pasaże z „Wszystko jest iluminacją” Foera są bardzo pomysłowe!).

Znaj je, mocium panie, czyli Proporcje: a konkretnie proporcje tego, co smutne i tego, co wesołe. Potwornie przerażająco smutna fabuła napisana bez przełamań w postaci humoru (choćby i czarnego) łatwo może zmienić się w kicz (ale źle napisany dowcip z kolei może być niesmaczny, więc to trudna sprawa). To chyba taki warunek na zasadzie: autorze, daj mi wytchnąć od tych nieszczęść zrzucanych na głowy bohaterom! Nie jestem docelowym czytelnikiem wyciskaczy łez, cóż poradzić (chociaż też po prawdzie rzadko płaczę na książkach w ogóle).

No i wyszła ze mnie znowu ta wielbicielka konstrukcji, ale cóż mogę poradzić, kiedy mnie tak fascynuje, jak dana powieść jest zrobiona, a jak jest zrobiona dobrze, to me serce się raduje? W sumie mam też wrażenie, że to nie są jakieś wyśrubowane kryteria, bo sporo książek się w nich mieści (na szczęście!). A Wy jakie macie życzenia wobec książek?

_______________

Jutro zaś będzie wpis o pisaniu nie w pojedynkę. Poniekąd.

Weź dokładkę!

14 komentarze

  1. No, no, wymagająca jesteś ;) Szczerze mówiąc osobiście nie potrafiłabym wybrać jakichś konkretnych elementów niezbędnych do tego, żeby powieść mi się spodobała, bo też i wydaje mi się, że rzadko kiedy wszystkie razem występują w jednym miejscu. Książki, jak ludzie, bywają niedoskonałe, co niekoniecznie ujmuje im uroku. Dla mnie więc, by powieść była dobra, musi w niej przede wszystkim być coś autentycznego, choć trudno to zdefiniować. Nawet jeśli na kilkuset stronach taki autentyczny moment pojawia się zaledwie kilka razy, i to w różnym natężeniu, to już myślę, że warto było czytać. Wracam tu po raz kolejny do Tokarczuk, bo z nią właśnie mam taką relację - często momentami jej książki wydają mi się nieznośne, a tu nagle jakiś opis, historyjka, spojrzenie, coś naprawdę "chwytającego za serce" (w dobrym, niekiczowatym znaczeniu) i przebaczam resztę win... Przykładowo w "Biegunach" jest wiele fragmentów, które mnie irytują i które uważam za zwyczajnie słabe, ale obok nich na szczęście kilka perełek, i dla nich właśnie było warto czytać tę książkę. Niewiele jest takich dzieł, którym nie miałabym nic do zarzucenia, co jednak nie zniechęca mnie do czytania:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie po napisaniu wpisu taka kontenta byłam, że w sumie nie mam aż tak wyśrubowanych wymagań ;). Ale zgadzam się z Tobą w zupełności: częściej niż idealną książkę czyta się książkę, która jest okej, może miejscami denerwująca, ale za to ma takie sceny albo fragmenty, albo chociaż jakieś małe spostrzeżenie albo rozwiązanie fabularne, że się jej z miejsca wybacza wszystko inne. I chociaż w całości wypada tak sobie, to jednak ma człowiek poczucie, że właśnie przeczytał taką książkę, która mimo wszystko trafiła w jego gust :).

      Usuń
  2. Ostatni akapit: zazdroszczę! Myślałam ostatnio o podobnym wpisie dotyczącym literatury fantastycznej i zdziwiło mnie, jak proste mam wymagania i jednocześnie jak niewiele książek je spełnia. Podpisuję się pod każdym z Twoich postulatów (szczególnie pod tym dotyczącym biednych, niemodnych opisów - niech nas usłyszą!). Dorzuciłabym jeszcze nieco o realizacji konwencji gatunkowych, do których podejście mam przewrotne : lubię, kiedy są, a jeszcze bardziej lubię, kiedy są łamane.

    Zastanawiam się tylko nad kwestią odbioru i intencji autorskiej. Fakt, że sytuacja, w której autor faworyzuje bohatera, którego nie lubimy, jest okropnie denerwująca. Ale co jeśli robi to celowo, np. budując postać antybohatera? Sama mam z antybohaterami kłopot: lubię postaci niejednoznaczne, ale też z zaskoczeniem odkryłam, że istnieje granica, poza którą nie mogę już o takim niemoralnym delikwencie czytać. Co jest właściwie pokrzepiające. Jakkolwiek byśmy nie sarkali na eskapistyczny model czytania, wcale nie chcemy czytać samej prawdy i tylko prawdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa bym była takiego wpisu. Mam wrażenie, że do fantastyki przykładam dokładnie tę samą miarę, jak do wszystkiego innego -- a jeśli chodzi o konwencje gatunkowe, to mam podobnie do Ciebie: dobrze zrealizowany gatunek mnie cieszy, ale jak się go twórczo zmienia/łamie/poszerza, to tym bardziej w to mi graj :). Natomiast co się tyczy tych zgrzytów na linii odbiór-intencja, to oczywiście, tak jak pisałam, czasami to może być celowe i wtedy jasne, w porządku, może mi się nie podobać, ale doceniam konstrukcję (wiadomo ;)). Natomiast są całe gałęzie literatury obficie obwieszone bohaterkami, które mają być słodkie, a są głupie albo bohaterami, którzy mają być ideałami, a z kijem bym się do takiego nie zbliżyła.

      Usuń
  3. Ciekawa jestem, jak to by było potem z innymi książkami, gdyby trafiłoby się na ten IDEAŁ :> Ja nie wiem. Czasem trafiałam, a potem okazywało się, że do ideału zawsze czegoś brakuje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że rzadko kiedy ten ideał pozostaje niezmieniony na zawsze. To znaczy może z czasem dostrzeżemy jakieś pęknięcia, może zaczniemy szukać w książkach innych walorów, wiadomo :). Chociaż mam tak, że im dłużej czytam -- siłą rzeczy -- tym mniej jest książek, które mnie tak całkowicie zachwycają, bo ciągle wynajduję w nich jakieś potknięcia, bom czepliwa ;).

      Usuń
  4. Moja lista właściwie pokrywa się z Twoją, ale rzadko trafiam na książkę, która spełnia je wszystkie :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to fajnie, że nie tylko ja mam takie widzimisie przeróżne. Ze spełnieniem wszystkiego jest trudno, ale udaje się, na szczęście (ale też prawda, że ja ciągle odkrywam takich autorów, co to wszyscy ich już znają i chwalą, a ja jakoś nie miałam okazji -- więc ciągle nurkuję w tym rezerwuarze arcydzieł literackich, może to dlatego ;)).

      Usuń
    2. Oceanie arcydzieł :). Ale jakie to przyjemne nurkowanie, kogo odkryłaś ostatnio?

      Usuń
    3. A na przykład jesienią odkryłam Myśliwskiego (wiem, że rychło w czas, ale tak się jakoś złożyło, że nie miałam wcześniej okazji). Teraz też czytam coś arcydzielnego, czego się trochę poczepiam, wiadomo, ale jak to jest napisane! Ale o tym będzie niedługo na blogu, że tak zarzucę suspensem ;).

      Usuń
  5. W sumie zgadzam się z wszystimi punktami oprócz tego o opisach, które rzadko mnie porywają. Ale to problem mojej mało rozwiniętej wyobraźni - szczególnie przestrzennej. Opisy stateczne jeszcze ujdą, ale gdzie pojawia się jakiś skomplikowany ruch, często się gubię i tracę zainteresowanie. A wg Ciebie kto stworzył opisy idealne?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wiesz, ja też nie zawsze -- a właściwie rzadko -- umiem sobie wyobrazić wszystko dokładnie tak, jak to autor opisuje. Natomiast podziwiam pieczołowitość, przemyślaność (jest takie słowo?), ogółem to, że autor to widzi i wie, jak ma być, a jednocześnie jest sugestywny i umie się zatrzymać, żeby nie zasypywać detalami. Świetne opisy są u Orzeszkowej (wiadomo ;)), Konwickiego, Schulza, Hrabala -- tak teraz na szybko, ale zapiszę sobie zaraz to jako pomysł na wpis, więc w przyszłości rozwinę :).

      Usuń
  6. Na smutno i na wesoło! Nie każdy autor umie wzbudzać emocje tekstem!

    Zapraszam do komentowania i obserwowania http://papierowakobietka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No... Ale to w sumie wiesz, nie zawsze chodzi o wzbudzanie emocji, żeby mnie autor wzruszał albo rozśmieszał, czasami zachwycam się konstrukcją, chociaż fabuła mnie w ogóle pod względem emocji nie porwała (albo tylko zdenerwowała).

      Usuń