Książki półsieroty albo wespół w zespół


Jakiś czas temu do mojego Domownika zadzwonił brat, żeby mu przekazać, że ma pomysł na wpis dla mnie. Domownik przekazał mi oczywiście pomysł, mnie jak to mnie – zaświeciły się oczy, przystąpiłam do rozmyślań i szeroko zakrojonego rozpisywania sobie pomysłu i... I okazało się, że nie do końca wiem, jakby ten pomysł zrealizować.

Co to był za pomysł? W zamyśle chodziło o takie zestawienie książek, które zostały dokończone po śmierci autora przez kogoś innego. Zaczęłam więc szperać w moich przeróżnych listach książek, żeby sprawdzić, ile takich przykładów mogę znaleźć i wyszło mi, że nie za dużo. Dlatego stwierdziłam, że spróbuję rozbudować ten wpis w inną stronę, to znaczy wezmę pod uwagę różne konfiguracje kontynuacji, śmierci autora i kończenia książek oraz zamieszanych w to sił trzecich i zobaczę, co mi wyjdzie. Jesteście ciekawi? No to zobaczmy, co takiego wyszperałam.

Książka, która zrobiła karierę po śmierci autora wbrew jego woli
Historię o van Goghu, który za życia sprzedał tylko jeden obraz, a po śmierci stał się jednym z najcenniejszych malarzy w historii, wszyscy znają. Ale bywa tak nie tylko w malarstwie, ale i w literaturze. Sztandarowym przykładem na to, że pośmiertna sława przewyższa tę zażywaną za życia, jest oczywiście Franz Kafka. W dodatku otacza go ta legenda, że na łożu śmierci nakazał przyjacielowi i wydawcy, Maxowi Brodowi, spalić wszystkie swoje rękopisy. Brod tego rzecz jasna nie zrobił i dlatego mamy dzisiaj możność czytać Kafkowskie powieści, opowiadania, a także prywatną korespondencję i notatki z pracy (tak, notatki z pracy też – i być może przemawia przeze mnie fanka, ale to jest jednak frapująca lektura, mimo że sam Kafka uważał swoją pracę za najnudniejszą po słońcem, ale – choć może nie wyglądał – miał szalone poczucie humoru, które i w tych notatkach widać). Tyle że z tą historią jest pewien problem. Jaki? Znamy ją przez Broda, który już za życia Kafki go mistyfikował, roztaczając wokół pisarza aurę niesamowitości, podsycając plotki i w ogóle otaczając go kultem. Nic w sumie w tym złego, skoro Kafce samemu to nie przeszkadzało. Historię potwierdza też inny opowiadacz Kafkowskiego żywota, ale tu też pojawia się szereg wątpliwości, bo okazuje się, jak to zwykle bywa, że wcale nie znał Kafki aż tak doskonale, jak twierdził, i częściowo bazuje na historii opowiadanej przez Broda. No i jeszcze jedna zagwozdka: ostatnia ukochana Kafki, Dora Diamant, która była z nim do śmierci, podobno powierzone jej rękopisy zniszczyła. Niepokoi mnie zawsze ta historia, bo wyrasta z niej obraz „tej złej”, która pisarza kochała, ale nie poszanowała jego dzieła i „tego dobrego”, który bez jego woli opublikował je dla potomności. 
 
 
 Ilustracje będą dzisiaj tylko dwie, za to dobrane
według jednego klucza.


Książka, która powinna się skończyć po śmierci autora, ale się nie skończyła
Wszelkiego typu kontynuacje mają to do siebie, że nawet temu samemu autorowi czasami nie wychodzą. A co się dzieje w momencie, w którym kontynuacji ujmują się nie-pierwotni-autorzy? Wspominałam już kiedyś, że mam taki problem z kontynuacjami „Pana Samochodzika”, które po śmierci Zbigniewa Nienackiego pisało aż siedemnastu innych autorów. Pierwszą taką kontynuację napisał Jerzy Ignaciuk w oparciu o nieukończony rękopis samego Nienackiego, ale w większości kolejnych Pan Samochodzik wyprawia się do przeróżnych dawnych miast wojewódzkich lub w ich okolice, eksplorując Polskę i rozwiązując mniej lub bardziej udane intrygi kryminalne. Część autorów pisała próbując podchwycić styl Nienackiego, część chciała nadać serii nowy charakter – a wychodziło różnie. W pewnym momencie, przyznam szczerze, zgubiłam się w tych kontynuacjach i odwiesiłam serię na kołek, wracając tylko do starszych części pióra samego Nienackiego.

Książka dokończona po śmierci autora przez kogoś innego
Tu od razu przyszła mi na myśl seria „Koło czasu” Jordana, której sam autor nie ukończył, ale do ukończenia wybrano Sandersona, czyli jednego z trzech ostatnimi czasy najgłośniejszych nazwisk na rynku fantastycznym, nowych nadziei na przełamywanie schematów i wkładania nowych elementów do fantastyki (a przynajmniej takie mam wrażenie). Niewiele mogę powiedzieć o samej jakości tej kontynuacji – bo ponownie jak w przypadku powyżej mam z cyklem tym problem i póki co jeszcze go nie ukończyłam i nie wiem, jak to z tym będzie. Już kiedyś wspominałam, że mam problemy z wielotomowymi, rozrastającymi się niemal w nieskończoność cyklami. No właśnie.

Książka nie skończona, bo autor zmarł
I nikt jej nie ukończył, z różnych powodów: bo autor mógłby sobie tego nie życzyć, bo istniały jakieś zawirowania z prawami autorskimi, bo nie było ku temu żadnych przesłanek w postaci notatek czy strzępków rękopisu. A że promowania jednej z moich ulubionych powieści nigdy nie za wiele, to w tej kategorii napomknę ponownie o „Kamieniu i cierpieniu” czeskiego pisarza Karla Schulza. Schulz planował kilka tomów historii Michała Anioła, ale ukończył tylko jeden. No ale zdążył jeszcze napisać dwa rozdziały drugiego tomu, które jako „Msza papieska” są zwykle dołączane do wydania „Kamienia...”. Widać tam zarysy kolejnej intrygi, która zaczyna się niebezpiecznie piętrzyć wokół naszego rzeźbiarza, klimat polityczny się zmienia, na scenę wchodzą nowe postacie – ale to wszystko i nic więcej nie ma. Nie mogę odżałować, bo w „Kamień i cierpienie”, mimo wiedzy, jak to jest z ciągiem dalszym, wciągnęłam się okrutnie.

Książka, która nie miała być książką, ale wydano ją mimo wszystko
Wiadomo, że pisarz zwykle nie pisze z głowy i od razu za jednym posiedzeniem (choć jak ze wszystkim, tak i tu są wyjątki). A skoro tak, to zwykle ma gdzieś zachomikowane jakieś notatki – czasami po szufladach, a czasami na wierzchu, bo w międzyczasie dorobił się osobistego sekretarza. I takie notatki też da się wydać: czasami tak jak w przypadku Kafki, jako notatki, a czasami w formie książki, w którą to formę ubierze je ktoś inny. Tu oczywiście pojawia się seria problemów: czy ten redaktor miał prawo do takiego posunięcia wobec autorskiej spuścizny? Gdzie leży granica, to znaczy kiedy przestanie się wyskrobywać z szuflad kolejne notatki i wydawać je w formie książek? Co jest tutaj elementem odautorskim, a co zrobił tak naprawdę redaktor? To są na przykład pytania, które odżywają z publikacją kolejnej zredagowanej przez Christophera Tolkiena książki na podstawie notatek jego ojca, Johna. I zwykle mamy kilka obozów: tych, którzy twierdzą, że Christopher jest tylko skromnym i starannym redaktorem, tych, którzy krzyczą o wyzysku i bezczeszczeniu dziedzictwa, tych, którzy są zadowoleni, że jednak ciągle coś podpisanego nazwiskiem Tolkiena wychodzi i zapewne jeszcze kilka innych grup. Ale, jak widać, spory w tych kwestiach są żywe. 
 
 
 
 

Książka, której autor się wyparł, bo zmienił światopogląd
Historia o tym, jak Anne Rice odkryła dla siebie chrześcijaństwo, więc stwierdziła, że porzuca pisanie o swoich rozpasanych wampirach, zatoczyła swego czasu szerokie kręgi. Nie przejęłam się wtedy tym za bardzo, bo „Kronik...” czytałam całe pół tomu i z jakichś powodów, których już nie pamiętam, odłożyłam ten tom w poczuciu, że doczytam potem i dotąd tego nie zrobiłam, ale wielu fanów, co zrozumiałe, było zrozpaczonych, zwłaszcza, że historia miała perspektywy, żeby się dalej rozwijać. Tymczasem jednak ostatnimi czasy okazuje się, że Rice nie do końca po drodze z wiarą w wydaniu zinstytucjonalizowanym, i do wampirów postanowiła powrócić, więc jest to poniekąd historia książki niedokończonej, kończąca się happy endem (a dla mnie kolejną okazją, żeby się jednak z wampirzym cyklem Rice w wydaniu powieściowym w końcu zapoznać).

I tym optymistycznym akcentem swoje rozważania kończę. Macie takie przykłady książek, które pod któreś z tych kryteriów podpadają? A może też, tak jak ja, płaczecie nad jakimś nie ukończonym dziełem?

___________

Natomiast jutro będzie, dla odmiany, o miejscach, gdzie są książki.

Weź dokładkę!

25 komentarze

  1. Co do Anne Rice- to nie jest happy end, bo zostawiła rogrzebaną biografię Jezusa ;). Wyszły dwa tomy, ten drugi kończy się cudem w Kanie, więc został jej jeszcze kawałek historii.
    A jej powrót do Kronik... mi sie nie podobało. Mam wrażenie, że Anne Rice powinna sobie zrobić przerwę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może wróci w takim razie do Jezusa, w ramach przerwy od wampirów? Też o kontynuacji czytałam nie za wesołe recenzje, ale z drugiej strony czytałam też całą masę radosnych wykrzykników, że jednak będą kolejne tomy, więc i wilk nie jest syty, i owca jakaś taka poharatana, wychodzi na to.

      Usuń
  2. Stworzyłabym jeszcze jedną kategorię, która nie do końca mieści się w tematyce wpisu - książka skończona, do której po latach ktoś postanowił dopisać ciąg dalszy, zapewne celem poprawienia swojej kondycji finansowej. Tu podpadłby Kubuś Puchatek, który dziełem skończonym przez kilka dziesięcioleci był i nagle okazało się, że Milne mimo dość jasnego i stanowczego zakończenia historii nie był wystarczająco skuteczny. Jakkolwiek Benedictus nie zrobił Puchatkowi jakiejś ogromnej krzywdy, to jednak ja mam mocno mieszane uczucia w stosunku do takich działań. Nawet mimo faktu, źe zakończenie "Chatki Puchatka" niezmiennie pozostawiało mnie w głębokim żalu. Kurczę, autor ma chyba prawo zadecydować, jak i kiedy jego opowieść się kończy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, to jest szersza sprawa, to znaczy pisarze, którzy zostali autoryzowani przez spadkobierców jakiegoś autora, żeby pisać dalsze ciągi albo prequele do znanych powieści. I raz to wychodzi lepiej, a raz gorzej, bo mamy przecież -- jak wieść niesie -- kilka ciekawych powieści ze świata Sherlocka Holmesa (i kilka złych, o czym się sama na własnej skórze przekonałam), mamy prequel do "Ani z Zielonego Wzgórza", kilka ciągów dalszych "Przeminęło z wiatrem", kontynuacje "Piotrusia Pana" i zapewne jeszcze wiele więcej, których nie znam ;). I myślę, że autor jak najbardziej ma prawo zdecydować, na czym kończy, ale dochodzi tu wiele pobocznych kwestii: od niezadowolenia czytelników ("jak żeś pan mógł tak to skończyć! pisz pan dalej!"), przez problemy finansowe, próby podtrzymania zainteresowania "marką", jaką jest dana książka albo podejście "na pewno napisałby coś jeszcze, gdyby nie zmarł". Ciekawe, że w sumie w polskiej literaturze takich ciągów dalszych prawie nie ma -- chyba największej ilości doczekał się Sienkiewicz, ale na przykład Żeromski, który miał w planach ciąg dalszy "Przedwiośnia", jakoś nikogo nie skusił, żeby po nim przejąć schedę.

      Usuń
    2. Jest też "Córka Wokulskiego", ale to już domena publiczna :)

      Usuń
    3. Ano właśnie, do tego dochodzą jeszcze kontynuacje "Lalki" (która otwartym zakończeniem i mnogością wątków zachęca do kontynuacji, ale jak się okazuje, to wcale nie jest prosta sprawa: swego czasu strasznie mnie na przykład zawiódł "Alkaloid").

      Usuń
    4. Mnie się w tym temacie jeszcze skojarzyły - zresztą jak tylko zaczęłam czytać wpis - dalsze losy Collete i Mariusza z "Nędzników". Powieść Hugo należy do moich najukochańszych, nigdy się nie odważyłam sięgnąć po "kontynuację" :P Jasne, chciałoby się więcej, ale...

      Usuń
    5. O, o, o, to jest doskonałe podsumowanie, to "chciałoby się więcej, ale..."! :)

      Usuń
  3. Można by dodać jeszcze kontynuacje pisane przez kogoś innego - nie wrzuciłabym tego do jednego worka z Nienackim, bo kontynuacje nie były tragiczne. O 'Przeminęło z wiatrem' mówię, nie wiem, czy jest tego więcej, ale ja czytałam zarówno kontynuację 'Scarlett', jak i coś dziwnego, pisanego z perspektywy Rhetta. Nie było złe, naprawdę! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, właśnie napisałam o tym komentarz wyżej :). Widziałam tylko ekranizację "Scarlett", ale mnie zdziwiła nieco w ogóle sama decyzja o pisaniu ciągu dalszego "Przeminęło...", bo tam jednak ta kompozycja jest bardzo wyraźna: to się ma tak kończyć. I rozumiem rozżalenie czytelników, ale mimo wszystko. I z tym "Panem Samochodzikiem" to jest tak, że nie wszystkie te tomy są złe; może nie ma tam, z tych, które czytałam, jakichś wybitnych, jest za to kilka mocno średnich, ale dałoby się, gdyby ktoś chciał, coś z tego wybrać. Po prostu jest ich, w mojej skromnej opinii, za dużo.

      Usuń
  4. Kroniki Rice polecam Ci bardzo gorąco. Mnie podobały się najbardziej "Wampir Lestat" "Królowa potępionych" i "Opowieść o złodzieju ciał". Są wspaniale napisane, dużo wcześniej niż przyszła na nie fascynacja i moda. Wampiry Rice to rasowe wampiry - nie są tak kiczowate, słitaśne, metroseksualne i tandetne jak bohaterowie najnowszych książek innych autorów. Myślę, że miło się rozczarujesz ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za rekomendacje, zapewne w końcu sięgnę i po tę niedoczytaną połowę (to "Wampir Armand", więc zupełnie od środka), i pewnie po coś z początków, żeby zobaczyć, czy mi z twórczością Rice po drodze :).

      Usuń
  5. Rice niestety po świetnym początku leci mocno w dół :(

    Myślę, że o wiele lepiej fani przyjmują kontynuacje dzieł o luźnej strukturze, chociażby Holmesa, niż zwartych powieści typu "Przeminęło z Wiatrem". Problem w tym niestety, że sporo naśladowców ulega pokusie ulepszania oryginału, zapominając o tym, co stanowiło jego siłę- prawie wszystkie kontynuacje "Przeminęło z Wiatrem" wzięły się jakby nie patrzeć z chęci sparowania bohaterów. Prawie- bo jest jeszcze "Wind done Gone", które jako jedyne miało szansę na wprowadzenie czegoś ciekawego, ale wyszło jak wyszło. Świeżo po lekturze "Umiłowanej" byłam bardzo nakręcona na "PZW z perspektywy niewolników", ale mimo bardzo dobrych chęci nie mogłam znaleźć w tek książce nic dobrego- autorka bardzo chciała pokazać jacy plantatorzy byli źli, że przerobiła ich na własne karykatury rodem z kreskówki z lat '80. Gerald sypiający z Mammy, Ashley jako zdeklarowany homoseksualista... litości, prędzej uwierzę w Reptalian. Brakuje tylko żeby śmiali się maniakalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tak to opisujesz, to jeszcze by się dało obronić niektóre pomysły na wątki, ale sądzę, że chodzi Ci pewnie też o wykonanie. Bo w "Przeminęło..." jest cała masa takich motywów aż krzyczących "niech ktoś mnie weźmie i pokaże mnie od drugiej strony, a najlepiej jakoś tak odczaruje z tej idealizacji". Może niekoniecznie Ashley homoseksualista, ale już ten Gerald i Mammy?

      Usuń
    2. Problem w tym, że Mammy była wyjątkowo oddana Ellen i bardzo zasadnicza w kwestiach moralności. Akurat jej tam nie widzę i już, książkowe wyjaśnienie bardzo naciągane.

      Historia ma opierać się na kontraście nieślubnej bohaterki i ślubnej córeczki pana i niani i zazdrości między nimi, bo niewolnica niema ani ojca ani de facto matki zajętej obsługiwaniem panienki. Dałoby się wątek zrobić czyniąc matką Cynary np. jedną z pokojówek- ot, jeszcze zanim Ellen przyjechała, albo jeszcze lepiej, kiedy była w ciąży i Mammy powiedziała, że nie wolno :P
      Do tego np. Ashley gentlemen odbijający sobie u nieletniej Prissy to, że z żoną nie może. I usprawiedliwiający się, że to dla robra Malanii. Czy Tarletoonowie obcałowujący ręce Scarlett i robiący dzieci, których nie chcieli znać. Ale autorka poszła niestety w stronę karykatury.

      A ja także szukam dobrych książek dekonstruujących sielskie Południe- Toni Morrison na dekonstruktorkę się nie nadaje, bo nie podaje wszystkiego na tacy, "Zniewolony" jest dość topornie napisany, "Chata Wuja Toma" też odstrasza językiem.

      Zdradzisz kim są pozostali dwaj rokujący nadzieję fantaści?

      Usuń
    3. Tak podejrzewałam, teraz już rozumiem co miałaś na myśli z tym złowieszczym śmianiem się. Ale -- bo myślę, że jednak można się tu zatrzymać i zastanowić na czymś jeszcze -- taka przesadna reakcja może wynikać z tego uładzonego oryginału, gdzie wszyscy są szczęśliwi z tego, że są niewolnikami i mają kogoś, kto im mówi, co ma robić, panowie są dobrzy, wyrozumiali i kochają swoich niewolników, no po prostu idylla. Dlatego, jak sądzę, autorka ruszyła dzikim galopem w stronę karykatury, żeby odreagować.

      Co do sielskości Południa, nie pomogę za bardzo (ale jak na coś trafisz, daj znać! sama mam "Umiłowaną" w planach na niedaleką czytelniczą przyszłość: wtedy mogę coś więcej powiedzieć, ale nie wiem, czy dekonstrukcja koniecznie polega na wyciąganiu wszystkiego na wierzch prosto przed oczy -- bo może się skończyć właśnie taką karykaturą?), ale o niewolnictwie i uwikłaniu w niej ciekawie pisze Naipaul (tyle że odnośnie Trynidadu, w "Utracie El-Dorado").

      A co się tyczy fantastów, to mam wrażenie, że ostatnio się upatruje nadziei (jakkolwiek może brzmi to dziwnie, bo to są ludzie z kilkoma już książkami na koncie) oprócz Sandersona w Abercrombiem i Rothfussie.

      Usuń
    4. Tak obstawiałam :)
      Moim zdaniem autorce Wind Done Gone po prostu brakło talentu. Albo za bardzo skupiła się na polemice i zapomniała o wszystkim innym.

      Dekonstrukcja jest śliską sprawą- ja generalnie uważam, że talent Morrison objawił się w tym, że nie pisała "przeciw" czemuś, nie podejmowała bezpośredniej polemiki, a po prostu skupiła się na swojej historii. Bohaterka nie była nawet niewolnicą na wielkiej plantacji, a cała historia to jej rozmyślania, jej tragedia, jej życie. Biali występują o tyle o ile mają z nią interakcje i o ile zrozumieć ich nie mogłam, to łatwo wierzyłam, że tacy ludzie istnieli.

      W ogóle w książkach rozgrywających się w tej scenerii dominuje straszna łopatologia- w "Czarnych Skrzydłach" czy "Służącej" mamy dobrych niewolników, złych panów i białą bojowniczkę o miłość i wolność naszą i waszą. Bojowniczka obowiązkowo prezentuje mentalność XXI wiecznej blogerki, chce od razu wyzwolenia niewolników, równych praw i najlepiej małżeństw. Taki awatarek czytelnika, który mnie osobiście działa na nerwy.

      Jak do tej pory tylko Morrison i "Zniewolony" pokazały, że taka sytuacja wyzwalała całe spektrum zachowań- byli tacy co marzyli o wolności, ale też tacy co jej się bali. Państwo okrutni ale i tacy co byli mili, dopóki budżet się dopinał. Za pracę w niedziele trzeba było dać kieszonkowe i na Boże Narodzenie zrobić przyjęcie, bo inaczej sąsiedzi powiedzą, żeś kutwa i gołodupiec. :P Służba domowa gardziła tymi z pola, a pokojówki i kamerdynerzy byli gorsi od państwa. Urodzenie zaś panu dzieci mogło być niezłym pomysłem, choć ryzykownym. W sumie polecam Zniewolonego- książka daje naprawdę rozbudowany obraz relacji i zwyczajów pominiętych w filmie.

      Usuń
    5. Przy każdym trudnym temacie łatwo popaść w taką właśnie łopatologię, bo po prostu trudne tematy mają to do siebie, że są, no cóż, właśnie trudne, a przez to chyba skomplikowane do uchwycenia. A nie każdy autor radzi sobie z widokiem panoramicznym (jednak to jest strasznie skomplikowana konstrukcja) albo z kameralną miniaturą opartą na monologach wewnętrznych. Myślę, że jednak to wymaga precyzji, też takiej warsztatowej, a wierzę, że czasami emocje biorą górę. I wtedy właśnie wychodzi tak, jak piszesz. Przy czym na przykład w "Przeminęło..." są momenty, w których widać to uwikłanie w niewolnictwo -- ale potem zostają poprzykrywane jak kocykami tymi wszystkimi innymi, wygłaszającymi, elementami i co zrobisz.

      Poza tym tu jest jeszcze jeden element, o którym piszesz, czyli taka ahistoryczność. Ale jestem w stanie to zrozumieć, bo jednak raz, że to jest mentalność trudna do pojęcia (trochę o tym dyskutowaliśmy pod wpisem z minionej soboty), a dwa, że może pisarz by chciał naprawiać i odczyniać krzywdy, tak sobie dumam, i stąd właśnie może też wynikać to obracanie ról na siłę i do samego końca.

      Usuń
    6. Moim zdaniem raczej chodzi o własny brak wyobraźni i researchu. A jeśli wyobraźni starczy to zostaje przekonanie, że czytelnik to idiota, który subtelności nie zrozumie.
      I obawiam się, że mają rację.
      Rozumiem, że obraz dawnej mentalności byłby dla nas trudny do przełknięcia- ale jest granica między kreowaniem postaci a wpychaniem jej naszych poglądów. Lisa See przykładowo ładnie opisuje mentalność innej kultury i nie boi się krytyki- ale ona pisze z dystansu. Natomiast niewolnictwo to ciągle gorący temat i ludzie reagują alergicznie na wszystko co odstaje od wizerunku. Nawet Tarantino zebrał bęcki za pokazanie w Django złego zarządcy i zadowolonej z życia kochanki pana.

      Usuń
    7. "Bojowniczka obowiązkowo prezentuje mentalność XXI wiecznej blogerki, chce od razu wyzwolenia niewolników, równych praw i najlepiej małżeństw. Taki awatarek czytelnika, który mnie osobiście działa na nerwy" - o, matko, jak mnie ten zabieg wpienia. Kiedy retelling czegokolwiek polega na tym, że ładuje się pozytywnego bohatera o współczesnej mentalności i każe wiedzieć wszystko, co złe. Niechby no któryś liberał protestował przeciwko zakazowi pracy dzieci w fabryce, czy któraś bohaterka walczyła z rodziną, która nie pozwala jej iść do porządnego, anglikańskiego klasztoru. A tu nie - liberałowie boleją nad wyzyskiem dzieciaczków i żądają przymusu edukacji, a sawantki lecą studiować i to najlepiej medycynę.
      A „Przeminęło z wiatrem” aż się prosi o pokazanie podszewki (demokraci z „Ku-Klux-Klanu”, urocze, nieprawdaż?). Ale, jak się okazuje, że ta podszewka złożona wyłącznie z nici czarnych i białych, krzyżujących się pod kątem dziewięćdziesięciu stopniu, to nuda wychodzi. Jedni byli szlachetni, acz stłamszeni i mądrzy, choć niewykształceni, a drudzy molestowali, oszukiwali, palca nie zginali i pewnie jeszcze wyli do księżyca. A co w tym ciekawego, ja się pytam? To jakby machnąć opowieść o tym, że Kopciuszek był podstępną lafiryndą, która oskubała macochę ze spadku po mężu i poderwała książęcego narzeczonego przyrodniej siostrze.

      Usuń
    8. Jakoś wierzę, że i historia o wrednym Kopciuszku może być sensowna, jeśli zostanie sensownie poprowadzona i dobrze wykonana. Inna kwestia, że trzeba tu od razu na początku poszukać odpowiedzi na pytanie: po co taką wywróconą na nice opowieść pisać.

      Usuń
  6. O, przyznam, że mam niezdrowy pociąg do tego typu dzieł. Znaczy, do wszelkich dopisywani, przepisywań i innych ciągów dalszych. Niezdrowy – bo, w dziewięciu przypadkach na dziesięć, te dzieła to jak odgrzewane resztki z obiadu czy inne chrząstki po niedojedzonym schabowym, które mieli się i sprzedaje jako pasztet wiedeński a la carp specialite.
    Z dzieł niedokończonych i wydanych bez owego zakończenia – lubię „Gwizd” i „Żony i córki”. Przy czym w obu przypadkach brakuje bardzo niewiele, a i Jones, i Gaskell zostawili notatki z planami co do finału, więc książki mają po prostu na końcu omówienie, jak miał wyglądać ostatni, brakujący rozdział.
    Z książek urwanych w połowie albo i przed połową – na pierwszym planie Dickens i Austen. „Tajemnica Edwina Drooda” to chyba jedyna książka Dickensa, którą naprawdę znam od prawa do lewa. Przy czym chyba żadna wersja zakończenia mnie nie przekonuje. Z perspektywy dwudziestowiecznego czytelnika wszystkie są takie… przewidywalne. Przerabialiśmy już tyle schematów kryminalnych, że teraz nie zaskoczy człowieka ani wuj-opiumista, ani mroczni Azjaci, ani zbrodnicze kochanki angielskich panienek, ani nawet mleczarz-morderca. I zawsze mi się wydaje, że gdzieś tam, istnieje idealne, zaskakujące, inteligentne zakończenie, które napisałby Dickens, gdyby zdążył. Istnieje, rzecz jasna, tylko potencjalnie, bo gdyby autor jednak dożył i napisał, to pewnie w życiu bym nie przeczytała, jak reszty powieści Dickensa.
    A co do Austen to chyba tylko dokończenie „Sanditon” Marie Dobbs zdaje mi się strawne, choć skręca w stronę romansu (choć czy aby to na pewno Marie Dobbs napisała? Autorstwo tu problematyczne i osnute mgłą tajemnicy). Natomiast nigdy nie udało mi się trafić na satysfakcjonujący ciąg dalszy „Watsonów” – choć to już inny przypadek; nie tyle praca niedokończona, co zarzucona.
    I ciekawa jestem, jak wyglądają dopisane zakończenia „Opowieści Artura Gordona Pyma z Nantucket”. Ta książka zafundowała mi w dzieciństwie jedno z największych, nieprzyjemnych zaskoczeń w życiu. Siedziałam w domu z przeziębieniem, kiedy w radiu akurat czytali kolejne rozdziały. Potem musiałam iść do szkoły i słuchałam już nie tak regularnie, ale śledziłam zakręty fabuły. W każdy razie, jakież było moje zdziwienie, gdy któregoś razu, zamiast rozstrzygnięcia emocjonującego cliff-hangera z białym olbrzymem, usłyszałam spikera rozpoczynającego opowieść o jakimś tam Winstonie Smithie. Stwierdziłam, że na pewno przegapiłam finalny odcinek i hajda, szukać, jak to się domknęło. Wieczorem to było, więc już nici z biblioteki, a tak mnie męczyło owo zakończenie, że zaczęłam kartkować Kopalińskiego (w myśl zasady – w Kopalińskim jest wszystko, wystarczy tylko dobrze poszukać). W końcu, zaniepokojona brakiem efektów, poleciałam zapytać się rodziców, czy aby nie mamy „Opowieści” na półce, bo może gdzieś w drugim rzędzie, w trzecim stosie, za siódma górą… No i się dowiedziałam, że „Opowieści” nie mamy, ale nawet jakbyśmy mieli, to nic mi z tego. I co ja na to poradzę, jak mimo wszystko wierzę, że, do cholery, jakieś zakończenie musi być i kiedyś się dowiem, co z tym olbrzymem i nieszczęsnym Arturem.

    A co sequeli i prequeli, to, pamiętam, jak zobaczyłam „Wokulskiego i Izabelę” i pomyślałam „O, teraz widać, że myśmy już Zachód prawdziwy”. Wszak tam niektórzy pisarze żyją li i jedynie z łupania zakończenie wielkich dzieł narodowych, co sprowadza się do dorabiania happy endów po myśli czytelnika i uromansowania fabuły (patrz: Mariuszek i Anzelma za oceanem, Scarlett i Rett w Irlandii, Edmund i Mary w Londynie itd). Choć trzeba przyznać, że u nas nikt jeszcze nie wpadł na formułę „na składaka” (patrz: Rochester w roli ojca Heathcliffa). Ale pożyjom uwidom, jak mawiali starzy górale; wszak Polak potrafi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękna historia smutnego braku kontynuacji -- w przypadku mojej miłości do "Kamienia..." na szczęście wiedziałam, co i jak z tym ciągiem dalszym, więc takiego szoku nie przeżyłam, ale mimo wszystko sytuacja jest dla mnie zrozumiała (na pewno jest gdzieś takie miejsce, gdzie mieszkają końce opowieści!). I powiem tylko jeszcze: jak to Rochester ojcem Heathcliffa, gdzie takie cuda dają?

      Usuń
    2. Zdaje się, że u Lin Haire-Sergeant to grali,a le nie polecam, bo nudy na pudy i kombinatorstwo w stylu prawą ręką do lewego ucha, jako i większość takich sequeli.

      Usuń
    3. Dzięki, z czystej ciekawości zajrzę przy jakieś okazji :D.

      Usuń