Ku Wielkanocy albo o pisarzach, u których to widać


Niezależnie od tego, czy dzisiejszy dzień jest dla Was najważniejszy w roku, czy jest preludium do tego, co jutro (albo za tydzień), czy po prostu to początek czasu wolnego, na pewno zdarzyło Wam się przeczytać powieść jakiegoś pisarza, który deklarował się jako pisarz chrześcijański – mniej lub bardziej (a jeszcze z boku jest cała kolejka tych, których chrześcijańskimi mianowano bez ich woli i wiedzy). Dlatego dzisiaj zrobiłam wybór takich pisarzy, dla których chrześcijaństwo w różnych wydaniach było pewnym punktem odniesienia i pomyślałam, żeby się zastanowić, jakim właściwie. Co wcale nie ogranicza tematu.


Pisarze, którym z chrześcijaństwem przynajmniej wyjściowo po drodze

Dante Alighieri
No jak można by było inaczej zacząć ten wpis niż od autora, który dzieło swojego życia zaczyna ni mniej, ni więcej tylko w Wielki Piątek. Tak, tak, „Boska komedia” zaczyna się, kiedy w Wielki Piątek Dante zstępuje do piekieł, mając za przewodnika Wergiliusza. Teoretycznie zatem pisarz to bardzo chrześcijański, ale jakby tak się dłużej zastanowić, to jednak kryje się tam ciut więcej niż taka sztywno rozumiana doktryna, a mianowicie całe pokłady tradycji, którą Dante czasami też sobie domyślał, i różne poetyckie przetworzenia. Autor we własnej osobie spaceruje zatem po zaświatach, przy okazji załatwiając porachunki ze swoimi wrogami – trzeba pamiętać, że Dante jednak żył w specyficznych czasach, a wówczas akurat przebywał na wygnaniu z ukochanej Florencji. Także z wrogami sobie radził, wpychając ich w objęcia złych duchów i każąc, dosłownie, smażyć się w piekle. Mało, przyznajmy, chrześcijańskie, za to wyobraźnia Dantego dała początek niezliczonym przetworzeniom potwornych obrazów, jakie zawarł zwłaszcza w „Piekle” (ale niewiele im ustępuje pochód pokutników kąsanych przez węże i pilnowanych przez srogich aniołów z „Czyśćca”). Z literackiego punktu widzenia „Niebo”, choć piękne, jednak najsłabiej odcisnęło się na naszej kulturze, co jest w sumie efektem chyba nie do końca przez autora zamierzonym.

Natalia Rolleczek
To jest z kolei pisarka, która swoją karierę zaczęła od powieści, która wywołała skandal, czyli „Drewnianego różańca”. Rolleczek oparła ją na swoich przeżyciach, bowiem w pewnym momencie życia trafiła do domu dziecka prowadzonego przez zakonnice, które wcale nie cechowały się chrześcijańskim miłosierdziem. Sama autorka przyznała później, że napisałaby tę powieść jednak inaczej, ale wtedy była ona rodzajem katharsis. Dla czytelnika zresztą to jest nadal bardzo silne przeżycie, zwłaszcza że fabuła ustawiona jest w ten sposób, że bohaterka jest właściwie bezbronna wobec siły instytucji i stojących za nią zakonnic. Rolleczek na długo okrzyknięto autorką antykościelną, co zresztą sprawiło, że duża część je twórczości niekoniecznie związana w jakikolwiek sposób z kwestiami wiary – zinstytucjonalizowanej bądź nie – jakoś tak zeszła na margines (a sięgnijcie chociażby po „Urocze wakacje”, które są książką absolutnie genialną: śmieszną, straszną, realistyczną i jednocześnie pełną mar i widziadeł, a wszystko napisane takim językiem, że nie wiadomo czemu autorkę się pomija w zestawieniach kanonów, panteonów i rankingów). Tymczasem w latach dziewięćdziesiątych autorka powróciła do tematów okołokościelnych i napisała „Małego proboszcza z Iwy”, książkę o księdzu usiłującym sobie radzić w warunkach okupacji hitlerowskiej. Wydaną ją, wklejając do środka... zdjęcie Rolleczek z audiencji u Jana Pawła II. Ze skrajności w skrajność, prawda? Ale nie do końca zamiar w tym samej autorki, a wydawców i odbiorców. Sama Rolleczek w bardzo ciekawy sposób patrzy na fenomen religii zinstytucjonalizowanej i to dodatkowo jeszcze w takim kształcie, jak to ma miejsce w Polsce.
Dzisiaj zamiast ilustracji - ilustracje muzyczne.
A konkretnie: wielkopostne kantaty Bacha.
Nic na to nie poradzę, ale bardzo je lubię (w ogóle
lubię Bacha, jest dokładnie w moim typie muzycznym). Może 
i Wam przypadną do gustu?

Pisarze, dla których pisanie na tematy chrześcijańskie to chleb powszedni

Luis de Wohl
Ten niemiecko-szwajcarski pisarz zasłynął głównie z powieści poświęconych katolickim świętym. Swego czasu spędziłam cały dzień, nie mogąc oderwać się od jego „Franciszka z Asyżu” i chociaż nie udało mi się od tamtej pory przeczytać innej jego pozycji (na usprawiedliwienie szepnę, że te lata temu to był chyba jedyny przekład, a teraz sobie obiecuję zajrzeć chociaż do „Świętego Augustyna”), to jak myślałam o tym wpisie de Wohl był pierwszym przykładem, który wpadł mi do głowy. Owszem, wnioskując po „Franciszku...”, de Wohl raczej nie starał się jakoś bardzo demistyfikować swoich bohaterów i żywił do nich raczej sympatię, ale też nie gloryfikował wszystkich ich poczynań i pokazywał, że mogły być niezrozumiałe. Ponadto pisał w sposób, który sobie bardzo cenię, czyli uzupełniał historię tam, gdzie nie było źródeł, w umiejętny sposób. Nie są to może lektury niesamowicie poruszające, ale na pewno informatywne i jeśli ktoś na przykład odczuwa potrzebę poznania żywota jakiegoś świętego, to można sprawdzić, czy przypadkiem de Wohl o nim nie napisał.

Jan Grzegorczyk
Jeśli się nie mylę, Jan Grzegorczyk zaczynał od pisania dla „W drodze”, dominikańskiego czasopisma (jak to ostatnio ładnie ujął ktoś z moich znajomych: takiego lajfstajlowego), żeby potem pisać reportaże na tematy okołokatolickie i powieści. Popularnością cieszył się zwłaszcza cykl powieści o nie do końca księżowskim w stereotypowym tego słowa znaczeniu księdzu Groserze, na który składają się trzy powieści („Adieu”, „Trufle”, „Cudze pole”) i jedno rozbudowane opowiadanie („Jezus z Judenfeldu”). Mam z próz o Groserze mieszane uczucia, bo z jednej strony tam są tematy ważne i ciekawe, a z drugiej jednak warsztat nieco kuleje: przejścia są za szybkie, niektóre sceny napisane na chybcika, językowo też miejscami Groser niedomaga. Mimo to śmiga się przez te powieści błyskawicznie i chociaż sporo się nadenerwowałam, to jak pojawiło się to opowiadanie, to oczywiście sięgnęłam. I ono popełnia znowu te grzechy, że jest takie na szybko, momentami ledwo naszkicowane, jakby był pomysł, ale nie do końca zrealizowany. Także warsztatowo tak sobie, ale fabularnie – interesująco, zwłaszcza że zupełnie nie apologetycznie.

Pisarze nawróceni, co w ich twórczości widać

C. S. Lewis
Oczywiście, że nie mogło tutaj twórcy „Opowieści z Narnii” zabraknąć, skoro nawrócił go do tego sam J. R. R. Tolkien. Powiem tak: inspiracje chrześcijańskie w Narnii mi nie przeszkadzają aż do zakończenia, do którego wciąż nie mogę się przemóc, bo wydaje mi się mimo wszystko przerażające (nie tylko sprawa pociągu, ale i ta Zuzanna, co wybrała szminkę zamiast Aslana...). Zresztą w „Narnii” część tych chrześcijańskich aluzji da się w sumie odczytywać też na baśniową czy mitologiczną modłę (śmierć Aslana to przecież i śmierć Dionizosa, i Mitry, a i parę innych przykładów by się znalazło, bo w końcu i chrześcijaństwo z pogańskich motywów korzystało często). Natomiast z dziełami takimi czysto inspirowanymi wiarą autora mam problem: „Listy starego diabła do młodego” są dla mnie konceptem niestrawnym, bo zbyt łopatologicznym, chwalony bardzo „Podział ostateczny” wydał mi się pretensjonalne, dalej bałam się sięgać. Także nie jestem tu do końca przekonana, mimo że Lewis jako pisarz chrześcijański jest na wielu sztandarach i o tej stronie jego twórczości bywa głośno.

Roman Brandstaetter
A to zupełnie, mam wrażenie, inny przykład pisarza, który zmienił wyznanie. W poezji Brandstaettera, przed którą długo się wzbraniałam, bo wydawała mi się nieinteresująca (niesłusznie) znaleźć można nie tyle echa, hm, jakby to nazwać, chrztu, ale i przede wszystkim ciekawe pomysły na łączenie tradycji żydowskiej z katolicką. W dodatku nie ma tutaj wartościowania, raczej kreatywny eklektyzm. Chyba nie za dobrze autor wychodzi na tym, że reklamuje się go jako takiego „modelowego konwertytę”, ale jeśli się od tej dziwacznej jednak interpretacji odciąć, to dostaniemy poetę bardzo mądrego, który balansuje na cienkiej linie wysoko nad przepaścią, a mimo to jego głos się nie chwieje.


Pisarze chrześcijańscy niejako zawodowo

ks. Jan Twardowski
To w sumie jeden z tych poetów, którzy napisali wiele dobrych i bardzo różnorodnych wierszy, a utknęli na wieki w jednym, mielonym po stokroć, cytacie (wiecie, „śpieszcie się...”). Z jednej strony niby dobrze, pomnik trwalszy niż ze spiżu i tak dalej, z drugiej jednak straszliwie się zawęża wiersze Twardowskiego do takich melancholijnych westchnień albo ciepłych rymowanek dla dzieci. Tymczasem to jest, znowu, poeta bardzo wszechstronny, który nie zawsze tak łagodnie i pogodnie do kwestii wiary podchodził. Ba, tam można trafić na poezje, które się zupełnie zaszufladkowaniu wymykają. Także warto czasem wyjść poza te wszystkie „elementarze” i chwytliwe „cytaty”. Dla mnie Twardowski to może nie jest poeta i pisarz tak obrazoburczy jak ksiądz Jakub Deml, ale też nie gładki i ułożony jak go malują.

św. Augustyn
Chociaż Augustyn napisał mnóstwo uczonych traktatów, to pozostają one raczej domeną teologów i filozofów, natomiast tutaj tak z literacka chciałabym minutkę o „Wyznaniach”. Bo o ile w kwestiach tego, co znajdziemy w traktatach, mogłabym się kłócić, to „Wyznania” są świetnym zapisem autospowiedzi, gdzie autor wyciąga różne – przedziwne czasem – przewinienia (na przykład pamiętna kradzież gruszek, co to tam przy ojcu poganinie na przykład albo porzuceniu żony z synem), obraca je na wszystkie strony i stara się zrozumieć siebie dzisiejszego i siebie dawniejszego. Do tego rozdział o czasie jest napisany w sposób bardzo poetycki, bardzo melacholijny i właściwie mógłby być zamotany bardziej niż jest, a nie jest. A to też sztuka.

Pisarze, których da się czytać i bez kontekstu, ale można i z nim

Zofia Kossak-Szczucka
Już o niej wspominałam i powtórzę: Kossak-Szczucka miała świetne wyczucie dramaturgii. Jeśli zajrzyjcie do jej trylogii o wyprawach krzyżowych to zobaczycie też, jak doskonale łączyła materię tego, co realne, z tym, co zmyślone i ożywiała bohaterów bardzo podręcznikowych. W sumie to, w jaki sposób rozbierała na czynniki pierwsze psychikę swoich postaci, a przy tym stara się też zachowywać realia epoki (nie zawsze, bo chodzi też o odnoszenie wydarzeń dawnych do sytuacji współczesnej) to jest naprawdę porządny kawał literatury. Natomiast z Kossak-Szczucką ostatnio częściej można się spotkać przy okazji artykułów o przedwojennym polskim antysemityzmie i jego paradoksach – autorka przed wojną zaangażowana w ten ruch w czasie wojny aktywnie uczestniczyła w ratowaniu Żydów.

Fiodor Dostojewski
W powieściach Dostojewskiego religia, czy raczej wiara, pełni istotną funkcję, bo często spina je klamrą tematyczną. Zresztą, co tu dużo mówić, często sama wiara idzie na pisarski warsztat autora, który znany był z tego, że nie tyle pisze postaci, ile pewne nośniki idei. Gra niepoślednią rolę w „Braciach Karamazow”, pojawia się i domyka „Zbrodnię i karę”, w „Biesach” teologiczne rozważania także nie do końca dają się ominąć. W tym wszystkim są bohaterowie, poruszający się w miękkiej magmie tendencji, ideałów i wiary właśnie, a my utykamy razem z nimi, i sami zanurzamy się w dość mroczne, ciasne zaułki, w których idee zaprzątają bardziej niż spanie i jedzenie, co może – i zwykle ma – niebezpieczne skutki.
Kończę już z tymi kantatami, ale jakbyście się
wciągnęli, to są z wielkopostnych jeszcze cztery.

Takie mi przyszły na myśl typy. Oczywiście pisarzy, dla twórczości których chrześcijaństwo w różnych odmianach było istotne, jest więcej. Zasadniczo ograniczyłam się do tych, których czytałam. Jeśli macie jakieś inne typy, nie wahajcie się podawać w komentarzach.

_____________

Jeśli jutro w ramach leniuchowania albo w zawirowaniu przedświątecznych przygotowań będziecie chcieli poczytać o jedzeniu, to zapraszam – oczywiście w klimatach książkowych.

Weź dokładkę!

28 komentarze

  1. Bardzo podoba mi się to co napisałaś o ks. Twardowskim. Warto go czytać i to z uwagą, bo nic w jego poezji nie jest takie oczywiste, jak się wydaje.
    Dla mnie, pisarzem odwołującym się do Boga i wiary jest Czesław Miłosz, choćby przez pytania, które zadaje w swoich "Wykładach", przez słowa, które mam wyryte w głowie:

    "Jezus Chrystus zmartwychwstał. Ktokolwiek w to wierzy,
    Nie powinien zachowywać się jak my,
    Którzy straciliśmy górę i dół, prawo i lewo, niebiosa i otchłanie..."

    Poeta nie przestawał pytać o kwestie najtrudniejsze dla człowieka religijnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ale mam też wrażenie, że z religijnością u Miłosza sprawa jest bardziej skomplikowana. To znaczy on oczywiście zadaje pytania i czuć u niego tę metafizykę, ten lament nad światem, w którym to sacrum zostaje unieruchomione albo gdzieś się zapodziewa. Z drugiej strony zaś tam mamy przeróżne interesujące dodatki - trochę gnozy na przykład albo zawieszenie wiary w codzienności. No i to, co mamy w "Drugiej przestrzeni" - ta próba wyrównania się z religijnością w świecie, w którym wiele rzeczy wyjaśnia nauka. Fajny przykład podrzuciłaś :-)!

      Usuń
    2. Tak, zgadzam się z Tobą, jego religijność nie jest oczywista, ale obecna w twórczości. Czuć, że się z nią zmagał: przybliżał, a raz oddalał i wątpił. Taka wiara jest prawdziwa, i bardzo bliska zwykłemu człowiekowi.

      Usuń
  2. Jak zwykle bardzo ciekawy wpis, tym bardziej, że nie wszystkie nazwiska były mi znane. Natalię Rolleczek widziałam w filmie dokumentalnym, ale nic jej autorstwa nie czytałam.

    Do tego zestawu dodałabym jednak jeszcze jedną autorkę, może zaskakującą, zważywszy, że przed jej dziełami przestrzegał kiedyś Joseph Ratzinger (co mu później wypominano), a niektórzy księża grzmią z ambon do dzisiaj, ale jak się w nie wczytamy, to odniesienia do chrześcijaństwa są oczywiste i właściwie tak czytelne, jak u C.S. Lewisa. Mam na myśli oczywiście J.K. Rowling i "Harry'ego Pottera".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam gorąco "Urocze wakacje" - zdecydowanie moja ulubiona książka Rolleczek i chyba w ogóle jedna z moich ulubionych. Autorka napisała też uroczą serię "Rodzinka i ja", bardziej dla dzieci czy nastolatków, którą czyta się wybornie!

      Zastanawiam się, jak to z "Harrym..." jest i czy nie jest tak, że Rowling po prostu wykorzystuje pewne archetypy postaci, które siłą rzeczy jakoś w chrześcijaństwie zakorzenione są. I czy - o ile u Lewisa to było intencjonalne - tutaj nie wyszło trochę "w praniu". Co jakby niczemu nie przeszkadza, oczywiście :) (no i zawsze się zastanawiałam, czy Ratzinger w końcu całego Pottera przeczytał, czy nie;)).

      Usuń
    2. Natrafiłam kiedyś w Internecie na artykuł, z którego wynikało, że chrześcijański światopogląd jest Rowling bliski, ale nie znam sprawy bliżej, więc chwilowo jest to domniemanie. Oczywiście odbiór książki zależy od czytelnika, mnie już pierwszy tom kojarzył się dosyć jednoznacznie, ale zgadzam się, że to mogło "tak wyjść" po prostu (rzecz jasna, wartości "chrześcijańskie" można czerpać z różnych źródeł). Ale w ostatnim tomie te nawiązania są jednak już bardzo wyraźne.

      Wydaje mi się, że korzystał z poradnika w stylu: Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało ;)

      Usuń
    3. W sumie to prawda, ale zastanawiam się, bo to zakończenie z Harrym na dworcu jest też dość gnostyckie ;). Ale właściwie czemu nie, to jest też fajny trop interpretacyjny! :)

      Usuń
  3. Tylko jedna uwaga. Wiele osób popełnia ten błąd. C.S. Lewis nie był katolikiem, po nawróceniu został protestantem (kościół anglikański). Zdaje się, że Tolkien nie był zbytnio zadowolony z tego faktu ;-)
    Jako ciekawostkę dodam, że jakiś czas temu pewne grono miłośników fantastyki chciało napisać "Opowieści z Narnii" od nowa, "czyszcząc" je z wpływów religijnych. Pomysł jak dla mnie kretyński. Jestem przeciwnikiem zmian w klasycznych dziełach, jakichkolwiek, powodowanych czymkolwiek! Zresztą są przecież "Mroczne materie" Philipa Pullmana, które moim zdaniem biją "Opowieści Narnii" na każdym polu ;-) Tacy jak ja mają co czytać jak widać i nie mieszajmy Lewisowi w jego dziełach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie, już poprawiłam (mój błąd, że nie sprawdziłam, ale byłam pewna, że został katolikiem - ale zaraz ruszyłam w odmęty sieci, żeby o tym poczytać, więc się doedukowałam :-)).
      Naprawdę było coś takiego? Przedziwna sprawa - zwłaszcza, że mam wrażenie, że w zasadzie dałoby się Narnię czytać zupełnie obok tego chrześcijańskiego konceptu, bo tam jest naprawdę sporo zaadoptowanych kwestii z religii nie- i przedchrześcijańskich, więc jakby, no właśnie, po co cokolwiek z czegokolwiek czyścić.

      Usuń
    2. Narnia bez religii? Zupełnie sobie tego nie wyobrażam, bo temu akurat dziełu kontekst religijny (choć niekoniecznie chrześcijański) jest niezbędny. Naprawdę lepiej nie pomijać go podczas czytania. Ja próbowałam, ale wyszła z tego lektura powierzchowna i szczerze mówiąc, rozczarowująca. Właściwie tylko pierwszy tom sprawia wrażenie, jakby napisano go pod tezę (to pewnie dlatego ci fani planowali go "poprawić"); potem wizja religii robi się coraz ciekawsza i coraz bardziej autorska. (Znakomicie pisze o tym prof. Marek Oziewicz w książce "Magiczny urok Narnii" - bardzo polecam!).

      Usuń
    3. Prawdę mówiąc, kiedy czytałam "Narnię" po raz pierwszy, jako dzieciak, cały ten element religijny mi umknął. Dopiero przy ostatnim tomie załapałam.

      Usuń
    4. No właśnie, w sumie trudno mi bazować na własnym doświadczeniu, bo Narnię przeczytałam już nie będąc dzieckiem i w dodatku gdzieś tam wcześniej słyszałam o warstwie chrześcijańskiej (@Alicja - muszę książkę w takim razie upolować!). Tyle że no właśnie, nie wiem, czy zupełnie areligijna lektura Narnii ją spłaszczy - zostanie pewnie jednak ten etos "rodzeństwo powinno trzymać się razem", "zło zostanie pokonane dobrem", "przyjaciele są ważni" etc. Poza tym, tak jak pisze @Procella, ten ostatni tom tutaj sprawiłby problem - bo to zakończenie jest jednak bardzo, hm, eschatologiczne.

      Usuń
    5. "Mroczne materie" są świetne :) Uwielbiam dwa pierwsze tomy, ale trzeci ze swoją nachalną symboliką mi jednak momentami zgrzyta. Za to nigdy nie byłam fanką Narni, ale kiedyś kupiłam sobie w angielskim antykwariacie wszystkie tomy w oryginale za jedyne 33 złote (chyba najlepsza książkowa okazja w moim życiu) i planuję przeczytać wszystkie ;-)

      Usuń
    6. Moje wydanie "Narnii" jest absolutnie paskudne, za to lekkie, więc mogłam je przy czytaniu taszczyć ze sobą wszędzie, żeby nie przerywać lektury ;).

      Usuń
  4. Ciekawy post :)
    http://spojrzenie-rosie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedy zrobiłam przegląd moich ulubionych pisarzy pod tym kątem, to okazuje się że panuje wśród nich prawdziwy ekumenizm :) Jest wśród nich buddysta, jest prawosławny, jest zagorzały ateista, jest ewangelik reformowany, są tacy co do których nie jestem pewna, są tacy którzy sami nie są pewni ;-) Z tych odwołujących się do chrześcijaństwa najbardziej lubię Halinę Popławską - w podstawówce tyle razy wypożyczałam "Kwiat lilii we krwi", że zastanawiałam się, czy w bibliotece wywieszą w końcu na drzwiach kartkę z moim zdjęciem i napisem "tej dziewczynki nie obsługujemy".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już mam Popławską na swojej liście, odkąd kiedyś wspomniałaś o niej w komentarzu :). A co do wywieszania kartki - jeśli nie było aż tak wielkiej po Popławską kolejki, że jej nie blokowałaś, to może napis powinien być raczej w rodzaju "wzorowy klient" ;).

      Usuń
  6. Ciekawostką pozostaje dla mnie brak w tym zestawieniu J. R. R. Tolkiena... Tak, tak, cały "Władca Pierścieni" jest kryptochrześcijański. Trzeba się tylko przyjrzeć Gandalfowi na Górze Tabor (Jackson to widział, stąd scena w filmie tak a nie inaczej wygląda), brzemieniu niesionemu przez najbardziej niepozornego (w oczach Saurona), czy Sarumanowi-Salomonowi, którego wiedza, pycha i żądza (tu akurat władzy) przywodzi do upadku. Stworzenie świata w "Silmarilionie", powstanie i upadek Melkora - toż to Genezis i tradycyjna walka aniołów wiernych z upadłymi.

    A z innej beczki: serdecznie polecam Dukaja, który w zbiorze "W kraju niewiernych" ma kilka rewelacyjnych opowiadań stawiających poważne pytania religijne: "Medjugorie", "Ziemia Chrystusa", "In partibus infidelium".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do "W kraju niewiernych" już od dłuższego czasu się przymierzam; zresztą tropy chrześcijańskie w literaturze s-f to jest dodatkowy cały osobny temat (ale nie czuję się jeszcze kompetentna, żeby o nim pisać - ale tak z wstępnego rozeznania widzę, że jest tego ho, ho).

      Usuń
  7. Melduję się – ja z tych, co „Narnię” wchłonęli wieku 9-10 lat i bez kontekstu. No, może Aslan mi gdzieś brzęknął, ale historię Edmunda czy Eustachego odbierałam jako kolejny zakręt fabuły, podobnie jak, bo ja wiem, historię Mabel w „Zaczarowanym zamku” Nesbit. Przyznam, że moją ulubioną częścią i teraz, i wtedy był „Koń i jego chłopiec”, tak trochę spoza głównego nurtu cyklu, ale podobali mi się bohaterowie i przewrotka na końcu, ze spełnieniem przepowiedni.

    I Rolleczek, Rolleczek czytywałam też bez znajomości biografii – właśnie te książki, o których piszesz („Kłopoty” i cykl „Rodzinka”). Do dziś pamiętam ten cudny wątek z ojcem – bohaterem, co powraca zza grobu i chce, o zgrozo!, otworzyć cukiernię! I jeszcze w dodatku tak wypadł z polskiej rzeczywistości, że nie umie „nastawiać zupy”. Na przykładzie Rolleczek widać, jak bardzo ideologiczny odbiór zależy od czasów i to, co osobiste, staje się światopoglądowe.

    A moi ukochani pisarze z wiarą u boku – to Chesterton i Greene. Chestertona wchłonęłam podobnie jak Lewisa – za młodu i bez kontekstu – głównie od księdza Browna i Gabriela Gale’a, a potem przyszły kolejne. I uwielbiam jego felietony – są żywym dowodem na to, ż felieton to nie jest gatunek-efemeryda, który da się odczytać tylko dopóki czytelnik jest osadzony w tej samej rzeczywistości, co autor i mówi tym samym językiem znaków. Natomiast Greene jest miłością mojego życia, najnajnaj-pisarz, w pierwszej trójce, a może i na pierwszym miejscu. Przy czym, przyznam, że sztandarowa powieść Greene’a – „Moc i chwała” – akurat po mnie spłynęła. I „Made in England” wydała mi się dziwnie odklejona, może dlatego, że świat przedstawiony jakiś nie taki. Ale wszystkie pozostałe kocham. Mam tylko żal, że ekranizacje takie od czapy. Szczytem wszystkiego był „Koniec romansu”, który, trywialnie rzecz ujmując, jest o trójkącie Sara – Maurice – Bóg. W filmie reżyser nie strzymał chyba presji i dał bohaterce wrócić do kochanka, żeby był jak nie happy-end, to chociaż szczęśliwy środek. W wyniku czego Bóg wyszedł na jakiegoś sklepikarza, którzy za niezapłacony rachunek nasyła na wierzyciela bandę odzyskiwacza długów z giwerą. A szkoda, bo grała ta Moore i Fiennes, to mogło wyjść ciekawie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja Greene'a jeszcze nie czytałam, jakoś mnie omijał do tej pory (i to jakoś mimo tego nawet, że czytałam o samym Greene'em i o jego dziełach w różnych miejscach). Nawet nie za bardzo wiem, od czego by się tutaj z Greenem zaznajomić (to znaczy za polecenie będę wdzięczna!).

      Usuń
    2. Jeju, lubię polecać - jak chyba każdy, kto czyta - ale tu się boję. Bo jak człowiek się zafiksuje, to trudno o obiektywizm i najchętniej by ukochanego pisarza wcisnął w całości, każdemu i jeszcze z okrzykami entuzjazmu. Greene dzielił swoje powieści na te bardziej powieściowe i bardziej sensacyjne, ale zdaje, że potem zrezygnował z tego rozróżnienia i wszystkie były po prostu „a novel”. Najlżejszą, a właściwie jedyną całkowicie lekką (sama od niej zaczęłam, pewnego lata w Kołobrzegu), są „Podróże z moją ciotką”; rzecz o statecznym urzędniku państwowym, który na pogrzebie matki poznaje ciotkę Augustę i od tej chwili porywa go prąd innego życia, w którym mieści się urna z marihuaną, tandetne szkło weneckie, opowieści o kościele dla psów i fałszywe dzieła sztuki. No i niejaki pan Visconti, zbrodniarz wojenny poszukiwany przez CIA. Zwłaszcza pan Visconti, rzekłabym. Spotkałam się z opiniami, że „Nasz człowiek w Hawanie” jest w podobnym stylu, ale moim zdaniem to jest książka o wiele bardziej melancholijna. Bohater, i owszem, też robi szalone rzeczy (a dokładniej udaje szefa fikcyjnej siatki szpiegowskiej), ale nie daje się porwać wirowi wydarzeń i ma za dużo do stracenia. W obu tych książkach bardzo, bardzo lubię postaci kobiece: ciotkę Augustę z „Podróży…” i szyfrantkę Beatrycze z „Naszego człowieka…”. W ogóle z bohaterkami u Greene’a o tyle dziwnie, że w części książek są (Ida w „W Brigton”!) , a w części nie ma, bo kobiety stanowią tam jedynie element motywacji bohatera (po dobrej stronie – jak Anna w „Ministerstwie strachu”, i po złej – jak w „Trądzie” i „Sednie sprawy”).
      Poza tym, jest jeszcze „Czynnik ludzki”; książka, która mnie skrzywdziła w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zazwyczaj to emocje po mnie spływają jak po kaczce, a tu na zakończenie miałam łzy w oczach – tak bardzo to zakończenie jest krzywdzące dla bohaterów. I bez żadnych fanfar i koturn, wszystko jest bardzo zwyczajne, przyziemne wręcz, trochę tandetne, trochę żałosne, jak to w życiu bywa, zero wysokiego C. I przez to bardzo smutne. Rany, tam doprawdy nikt nie zasłużył na to, co dostał. A książka jest o szarym pracowniku wywiadu, dość nietypowo ożenionym, ale poza tym ot, takim przeciętniaku, co przekłada papiery z lewa w prawo, rozmawia o michałkach z kolegą w pracy, jeździ z synem na pikniki i jest szczęśliwy. Do czasu.
      No i jeszcze jest „Spokojny Amerykanin”, chyba najważniejsza książka Greene’a dla mnie. Opowieść o korespondencie wojennym, w której to opowieści autor rozprawia się m.in z mitem cynicznego, samotnego a szlachetnego bohatera, co wszystko widział, wszystko wie, ale brudy świata tak go zmogły, że może jedynie pokiwać głową i z politowaniem patrzeć na tych, co zalewają się w trupa i latają na panienki. Ale nadchodzi czas rozliczeń, gdy nie można tylko stać, kiwać głową i czuć się lepszym, bo w życie bohatera wkracza pewien, w sumie sympatyczny Amerykanin. Facet, który chce dobrze, mówi szczerze i wierzy to, co mówi – a to się okazuje bardziej niebezpieczne, niż magazyn dynamitu. Kluczowe słowo, jakim podsumowałabym powieść, to „zaangażowanie” (i znowu mam ochotę zawyć na ekranizacją – stara była dokładnie o 180 stopni względem oryginału, coś jakby nakręcić „Zbrodnię i karę”, w której Raskolnikow okazuje się zwyrodnialcem i wieszają go przy aplauzie pozostałych bohaterów; w nowej ekranizacji reżyser uznał, że zaangażowanie = zaangażowanie polityczne i sens poszedł się kochać w krzakach).
      A na marginesie dodam, że zapisuje sobie w pliku pozycje z literatury czeskiej, które polecasz. Bo znam tylko tradycyjne covery, a teraz mam wskazówki, jakie inne książki warto poznać.

      Usuń
    3. Pięknie polecasz, aż ma się ochotę od razu pobiec po te książki! :) W takim razie zapisuję sobie Greene'a w kajeciku - myślę, że na razie nie "Czynnik ludzki", bo się trochę boję, bom z tych, co nie płaczą na książkach, ale strasznie je przeżywają, jeśli są dobrze napisane. Dlatego to może na potem, a na początek zobaczę "Podróże z moją ciotką" (zapewne jak skończę moje zaplanowane, to się rozejrzę za tą). Dziękuję! :)

      O Czechach planuję jeszcze niedługo cały dłuższy wpis, ale to się cieszę, bo warto ich czytać! :)

      Usuń
  8. PIF-PAF! Zostałaś nominowana. Jeśli nie chcesz się bawić w Liebster Blog Award, nic nie szkodzi, nie trzeba. Zostałaś wyróżniona jako fajna osoba, która stworzyła coś naprawdę wyjątkowego i Cię polubiłam:)
    http://rozkminyhadyny.blogspot.com/2015/04/kolorowe-jajka-milion-pytan-i-koncert.html


    A co do tematu pisarzy chrześcijańskich, dorzucę od siebie Lloyda C. Douglasa, który zrobił na mnie ogromne wrażenie w liceum, gdy czytałam "Szatę" i "Wielkiego Rybaka". Naprawdę świetne, porywające książki o czasach Chrystusa, opowiadające o nawróconych na młodziutkie wtedy chrześcijaństwo. W szczególności "Szata", która przedstawia losy Marcellusa, rzymskiego żołnierza, który wygrał szatę Jezusa w kości pod jego krzyżem.
    Świetny pomysł na zestawienie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję, zaraz się zorientuję, o co chodzi :-).

      O, brzmi super - trochę mi przywodzi na myśl Mikę Waltariego i jego "Tajemnicę królestwa", muszę poszperać za takimi książkami (zwłaszcza, że lubię jak pisarz zajmuje się takimi postaciami "z tła", co to zbiorowej wyobraźni raczej nigdy nie zaprzątały). Dzięki!

      Usuń
  9. Zapisuje sobie Natalię Rolleczek, którą pamiętam z cyklu Rodzinka, ale zupełnie nie kojarzyłam z takimi zawirowaniami na tle religijnym i św. Augustyna, który wydawał mi się, nie wiem dlaczego, lekturą raczej dla teologów. Może dlatego, że święty:)

    Ze swej strony polecam "Na wschód od Edenu" J. Steinbecka, pod wieloma względami jest to doskonała książka, ale najbardziej podoba mi się w niej sposób wykorzystania wątku biblijnego, na którym jest oparta konstrukcja całej książki.
    I może jeszcze "Krystyna, córka Lavransa" - nie wiem czy jest to książka religijna, ale chrześcijaństwo gdzieś tam ciągle jest w tle, jest częścią tego świata, więc dorzucam. Tym bardziej, że czyta się świetnie.
    B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Steinbecka już mam na liście (nie tylko tego nawet), a tym bardziej jeśli konstrukcyjnie jest ciekawy - to już zacieram ręce! A "Krystynę..." mam od dawna na półce, ale jakoś mi do niej nieskoro, ale na pewno w końcu się za nią zabiorę (w końcu noblowska książka). Dziękuję :)!

      Usuń
    2. Ach, zapomniałabym: z Augustynem jest tak, że nie wszystkie jego rzeczy da się czytać tak po prostu dla przyjemności. Polecam gorąco "Wyznania", "Soliloquia" i "Dialogi filozoficzne". Reszta jest czasami mocno specyficzna (ale na przykład można sięgnąć po jego rozważania o Heptateuchu, strasznie są specyficzne, ale to komentarze do Biblii, więc można zobaczyć, co zaprzątało myśl Augustyna - na przykład dlaczego Bóg stworzył robaki :)).

      Usuń