Magdalenki, o, magdalenki albo o tym, co zapamiętujemy z książek


Poniedziałek to jest ten moment tygodnia, kiedy nikomu się jeszcze (albo już) nic nie chce, więc zamiast dumać nad naturą rzeczy, możemy zrobić sobie herbaty – względnie kawy – dokroić ciasta i zastanowić się, bardzo tak po Proustowsku, jak to jest z tym, co z nami po przeczytaniu książki zostaje.

Widzicie, przyjęłam sobie takie założenie, że będę tutaj pisała o książkach przeze mnie czytanych (przez co z żalem muszę czasem skreślić jakiś pomysł na wpis albo odłożyć go na kiedy indziej, bo za dużo przykładów jest mi znanych z drugiej ręki albo z omówień), z małymi wyjątkami, kiedy Domownik mój akurat coś czytał i mi niezwykle plastycznie przybliżył. No i jak sobie tak o tych książkach piszę, to wiadomo – nie zawsze każda jest pod ręką, żeby sprawdzić wszystko, co napisać chcę; wtedy zawsze usiłuję sobie przypomnieć to, co najważniejsze. I co ciekawe, czasami pamiętam, że książkę czytałam, ale został mi z niej tylko jakiś powidok, pół bohatera, jedna scena albo wyjątkowo dziwaczne zdanie wyrwane z kontekstu, albo na przykład jakaś melodia w uchu, no a czasami też smak czegoś, co przy czytaniu jadłam albo zapamiętany krajobraz. Dlatego pomyślałam sobie, że może warto się zastanowić nad tym, jak to jest z tym, co z książek zapamiętujemy.

Bo rzadko przecież się zdarza, że zapamiętujemy całą książkę. Ba, często daje się słyszeć coś w rodzaju „ach, jak ja bym chciał/a pamiętać tyle z książki, co X”. X to oczywiście ta osoba, która ma pamięć fotograficzną i po 50 latach jest w stanie powiedzieć z pamięci kwestię Wokulskiego na 342 stronie „Lalki” określonego wydania. No, ale niewielu z nas jest iksami – dla przykładu pisząca te słowa ma co prawda pamięć fotograficzną, ale w tym sensie, że umiem odtworzyć na jakiej stronie i gdzie dana kwestia padła, ale niekoniecznie samą kwestię. Zresztą, uczepiłam się tych kwestii, a przecież wyjątkowo celne powiedzonka z powieści z nami zostają, ale całe rozmowy – rzadko. Chyba, że wejdą do takiego kanonu powtórzeń kulturowych. Dla mnie takim dialogiem jest ten kończący się słynnym Farewell, miss Iza. Farewell z „Lalki” właśnie, ale inne zapamiętane mogłabym policzyć na palcach jednej ręki.
 A cóż lepiej pasuje do tego tematu niż zdjęcia intensywnie
usiłujących coś sobie przypomnieć wiewiórek (choć może w tym przypadku
być to też wystraszona wiewiórka). Źródło.


No to co z nami zostaje w takim razie? Odpowiedzi może być, rzecz jasna, co najmniej kilka. Gdybyśmy spróbowali je sobie ułożyć w jakim takim porządku, myślę, że na czoło wysunęłoby się coś tak nieuchwytnego jak „klimat”, „nastrój” czy słynna „atmosfera”. Czasami zupełnie nie umiemy sobie przypomnieć, co się w danej książce działo, ale pamiętamy, że była melancholijna, wesoła, bardzo jesienna albo taka placo-zabawowa. Czym w sumie jest ów klimat? Myślę, że tu są, co najmniej, dwa punkty: albo klimat to coś, co tworzy autor – doborem słów, konstrukcją fabuły, opisami, miejscem akcji i tak dalej – albo co tworzymy my, czytelnicy. Z takich elementów pozafabularnych – w zależności od tego, kiedy i gdzie czytaliśmy powieść, co przy tym robiliśmy, jaki mieliśmy humor, co się akurat działo w naszym życiu i tak dalej. Mnie na przykład „Quo vadis” Sienkiewicza kojarzy się bardzo silnie z nadjeziorną plażą w czasie wakacji i muzyką ludową – chociaż żadnej z tych rzeczy w fabule o starożytnym Rzymie i chrześcijanach przecież nie ma. Ale to wrażenie jest niesamowicie silne. Tak bym rozumiała też tę „atmosferę”, na dwa zupełnie różne sposoby, chociaż czasami się dopełniające.

Bo przecież nie przez przypadek wracamy do jakichś książek albo wybieramy je w określonym momencie roku. Idzie zima, no to trzeba sobie odświeżyć „Zimę Muminków”. Nie tak dawno temu sama rekomendowałam „Bohiń” na późne lato. Po prostu może być, w moim przekonaniu, taka koniunkcja świata literackiego i świata czytelniczego, i czasami to się udaje osiągnąć. Nie jest to w żadnej mierze warunek konieczny, ale czasami bywa miłą wartością do fabuły dodaną. Chyba, że czytamy horror dziejący się w pustym mieszkaniu, kiedy akurat zostaliśmy sami w naszym mieszkaniu. Albo kiedy autor kreuje grozę z takich prostych elementów, do wyobrażenia sobie na co dzień (kojarzycie takie opowiadanie Kinga o kciuku w zlewie? Jeśli nie, to w sumie pozostańcie w tym stanie).
Ta wiewiórka nie ufała mi, że podam źródło, i podpisała się sama.

Drugą rzeczą, którą zapamiętujemy, jest coś, co wyjątkowo nam się podobało. Jesteśmy pod wrażeniem lektury, bo tak niesamowicie zakończenie odwróciło cały poprzednio budowany sens. Albo dlatego, że odzywki bohatera były takie dowcipne. Albo dlatego, że to było tak smutne, że aż genialne. Albo z tysiąca innych powodów. No, jednym słowem, podobało nam się bardzo. Tylko że tu oczywiście pojawia się problem: lektura może nam się podobać bardzo i w ogóle, ale jak przychodzi co do czego, nie możemy sobie przypomnieć, co nam się tam tak znowu podobało. Trochę nas to znowu odsyła do klimatu, a trochę pokazuje pewną prawidłowość, o której zaraz. Bo często, kiedy ktoś nas pyta o książkę "warto?" rzucamy się z rekomendacjami "i to jeszcze jak! to świetna książka!", a potem się okazuje, że pamiętamy coś albo w inny sposób, niż to było w fabule, bo nam się na to nałożyły inne wspomnienia, albo pamiętamy ją wyrywkowo (na przykład mnie się na "Piekło pocztowe" Pratchetta tak silnie nałożył film, że jak robiłam sobie ankh-morporską powtórkę zeszłej zimy, z zaskoczeniem odkryłam, że przecież na poczcie żyje ten cudowny kot!).

Możemy też pamiętać coś, co nam się wyjątkowo nie podobało. Ugh, jak ten bohater mi działał na nerwy! Albo zakończenie było zupełnie skopane. Trzy dni nie mogłam się pozbierać po tym, co autor zrobił z wątkiem trzecioplanowego zbieracza liści. I tak dalej. A czasami książka jest po prostu tak zła – warsztatowo, literacko, konstrukcyjnie albo ze wszystkich tych powodów naraz – że nie sposób jej zapomnieć. Mnie często się zdarza pamiętać fabuły, które były tak nieprawdopodobne, choć udawały realistyczne – bo konwencja to co innego – że nie jestem w stanie ich wyrzucić z głowy. To powiedzenie, że wielu rzeczy możemy się dowiedzieć, ale nie możemy się odwiedzieć, pasuje tu jak ulał. Czasami nawet złościmy się na siebie, że tak dobrze pamiętamy fabułę czegoś zupełnie okropnego, a zakręty losu bohaterów "Nad Niemnem" (oczywiście, że musiałam użyć tego przykładu!) nam się w pamięci zamgliły. Czy to źle świadczy o naszej pamięci? Sądzę, że nie.

No to co w końcu zapamiętujemy? Pewnie niejeden wybitny badacz literatury albo koneser by się oburzył, ale moim zdaniem wcale nie zapamiętujemy tylko wybitnych arcydzieł, czasami puszczamy „Pustelnię parmeńską” w zapomnienie, za to doskonale pamiętamy jakąś taką powieściółkę czytaną dla rozrywki albo straszliwą grafomanię, która przyprawia nas o migrenę i ataki śmiechu, na przemian. Czemu? Bo chyba tym, co nam zostaje w pamięci, są takie elementy emocjonalne. Bo ten odbiór emocjonalny, nie racjonalny, książek jest niesamowicie silny. Czasami współgra z tym odbiorem, nazwijmy go, estetyczno-„obiektywnym” (no jednak arcydzieło nam może zapaść w pamięć, bo jest tak dobrze napisane, że na nas wpływa), ale często nie. Ba, bywa że zapominamy całe książki, bo pozostawiły nas zupełnie obojętnymi na losy bohaterów. I czy to jest powód do wstydu? Ponownie: nie sądzę.
 Ach, co to było? Chyba już wiem! Źródło.


Czasami jednak mamy taką tendencję do wstydzenia się za coś takiego. Mówimy sobie, o rety, czytałem przecież tę „Czarodziejską górę”, ale o co tam chodziło...? Jakieś uzdrowisko, jakiś facet, z kimś o czymś rozmawiał? I rwiemy włosy z głowy, że tacy z nas nie-erudyci. A wydaje mi się, że to po prostu tak jest: że zostaje z nami często ogólne pojęcie, ten „klimat” właśnie, ale niekoniecznie wszystko inne. Że te emocje z lektury – tak, ale to się nie musi przekładać na zapamiętywanie treści. Czym innym jest oczywiście taka lektura szkolna – gdzie byliśmy wręcz zobowiązani do tego, żeby pamiętać kolor wstążki bohaterki podczas spotkania z hrabiną. Ale czy taka wiedza pamięciowa długo z nami zostaje? Raczej, śmiem twierdzić, niespecjalnie. Może jako anegdotka do opowiadania innym - bo zawsze dobrze jest mieć takie opowiadania w rękawie - ale czy to jakoś nas szczególnie duchowo ubogaca? I przede wszystkim: czy musimy dokładnie zapamiętywać wszystko, co się w książce działo?

Bo jednak, choć pamięć da się zmusić do działania, to niekoniecznie zawsze na długo. Stąd zostają z nami często te powidoki albo wrażenia jakby z tego świata pozapowieściowego, naszego. I to w sumie jest piękne, bo przez to przeżycie czytania się tak bardzo układa pod nas, jest wyjątkowe. Bo wspomnienia o fabule zawsze możemy z kimś porównać: czy też cię denerwował bohater, a co sądzisz o tym wątku, i tym podobne. A te wrażenia, te klimaty i inne tego rodzaju rzeczy – zostają u nas. I robią z książki, czytanej przecież przez tyle innych osób, coś wyjątkowego, coś tylko naszego. No i zawsze wtedy, jeśli chcemy, mamy co opowiadać, bo wrażenia możemy mieć przecież różne.

A Wy, co zapamiętujecie z książek?

____________

Jutro z kolei wpis, na pomysł którego wpadłam w niedzielę, kontemplując jeden z moich regalików. Sam się, mówiąc krótko, wepchał w ręce.

Weź dokładkę!

70 komentarze

  1. Ciekawy tekst :) U mnie to rożnie bywa, czasem potrafię zapamiętać całą książkę od deski do deski. Czasem książka idzie w totalne zapomnienie i później zastanawiam się dlaczego o niej zapomniałam przecież tak strasznie mi się podobała. Z kolei w innych to fragmenty treści bez tytułu i autora.

    I mam pewien problem z pewną powieścią młodzieżową ponieważ zapamiętałam, że występowały w niej takie elementy jak: ile żyć tyle zapałek w pudełku, głowa rodziny nie mogła używać srebrnych sztuców ponieważ odbierały mu moc i istniała zła siostra pragnąca zapanować nad całym światem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie umiem tego z niczym skojarzyć, ale może ktoś będzie umiał. A jeśli nie - to zajrzyj do Biblionetki na forum, jest tam dział "Pomoc", gdzie można właśnie o takie naprowadzenie na właściwy trop poprosić; i zazwyczaj ktoś wie :). A to wrażenie, że zapomniałam, a przecież tak się podobała, jest mi doskonale znane. Czasami czytam taką książkę po latach i nie mogę się powstrzymać przed wykrzyknieniami "ależ to jest doskonałe!", no i wtedy zwykle już zapamiętuję, że to jest świetna rzecz i o niej pamiętam (ale też: nie zawsze) :).

      Usuń
    2. Poszukiwana książka to "Zaczarowane życie" z serii "Światy Chrestomanciego" Diany Wynne Jones :)

      Usuń
    3. O, jak cudnie, wiedziałam, że ktoś będzie wiedział :)!

      Usuń
  2. Często zdarza się czytać książki wiele razy, dlatego, że odnajduje się/ zauważa wątki poboczne. I dowiaduje się ile zapomniał z lektury. Niektórzy autorzy,piszą cały czas "jedną" książkę i są tacy czytelnicy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To oczywiście prawda, ale też trochę inna sprawa - czytanie książki wiele razy dla wyłapywania kolejnych "smaczków", ale niekoniecznie dlatego, że ich nie pamiętamy, ale że rzuciły nam się w oczy inne problemy. Natomiast czy są tacy czytelnicy, czytający "jedną" książkę? To chyba bardziej problematyczne, bo co prawda można gustować w jakimś jednym gatunku literackim, ale nawet tam obraca się dane wątki na różne strony, więc to dość złożone porównanie, mam wrażenie :).

      Usuń
    2. To sprawa złożona, zależy jak na nią patrzeć ("jedna książka") bo czy np Proust nie napisał jednej książki (długiej) : Są też pisarze, którzy gonią niemożliwe... Piszą jedną książkę w znaczeniu szukania ideałów, albo co gorsze, odcinania kuponów..

      Usuń
    3. A nie, nie, nie, z tezą o pisaniu "jednej książki" się zgadzam, mówiłam o tym, że to porównanie do czytelnika jest bardziej złożone, bo jednak trudno mówić o czytaniu "jednej książki", nawet jeśli fascynuje nas jakiś temat, to przecież zdarza nam się czytywać książki spoza niego.

      Usuń
    4. Widać, jesteśmy tego samego zdania. Pozdrawiam, dobrego dnia.

      Usuń
  3. Ooo :) mój temat, a tu okazuje się, że nie tylko ja mam z tym problem. Największy wstyd przed samą sobą przeżyłam, gdy ostatnio wypożyczyłam z biblioteki "Traktat o łuskaniu fasoli" i dopiero po 40 stronach zorientowałam się, że już to czytałam ze dwa lata temu... Przez 40 stron po głowie mi chodziło: "gdzieś już to widziałam", "gdzieś już ten motyw był"... A Myśliwskiego lubię i "dałabym rękę odciąć", że jego książki akurat pamiętam...
    Tym, co zapamiętujemy zawiaduje nasz nieprzenikniony mózg... W liceum moja polonistka zmusiła do przeczytania "Mickiewicz. Słowo i czyn" i choć przeczytałam tę książkę z poświęceniem trzy razy, w mojej pamięci pozostało tylko przekonanie, że Mickiewicz był szalonym człowiekiem...
    A co zapamiętuję? Ogólne wrażenie, nastrój, jakieś konkretne skojarzenia - owszem, wydarzenia z fabuły - trochę mniej, ale właśnie najbardziej kreacje bohaterów. Konstanty Willemann, Gatsby, Wallander - najbardziej lubię, jak dają się poznać, polubić lub nie - chodzi o to nieodparte wrażenie, że są prawdziwi, z krwi i kości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się co prawda nie zdarzyła taka historia, ale znam je z mojego czytelniczego otoczenia, więc spokojnie, takie rzeczy się zdarzają :). No i to, co piszesz odnośnie bohaterów - myślę podobnie. To znaczy chyba takiej mimozy, które w ogóle nie wywołują w nas emocji (też negatywnych) rzadko zapadają w pamięć. Chyba że, no właśnie, to są takie mimozy do kwadratu, wtedy pamiętamy, że się denerwowaliśmy ;).

      Usuń
  4. Ostatnio złapałam się na tym, że nie pamiętam książek, które wzbudziły mój całkowity zachwyt. Po prostu szczegóły tych lektur zamazują się w mojej pamięci, ale chyba dzieje się tak tylko dlatego, żebym mogła sięgnąć po nie ponownie!
    Uwielbiam bowiem odkrywać kolejny raz ulubioną lekturę i tak "Sto lat samotności" przeforsowałam już na dziesiątą stronę, Jeżycjadę co jakiś czas zaczynam od początku, a "Zbrodnię i karę" czytam w różnych porach roku (aktualnie z niezbadanych została mi jeszcze wiosna), podobnie jak Murakamiego ("Przygoda z owcą" w upale na plaży była niezapomniana).

    Często pamiętam w jakich sytuacjach czytałam daną książkę. "Quo vadis" kojarzyć mi się będzie zawsze z grypą i upojnymi godzinami w pościeli z herbatką, chusteczkami i osłabiającą mnie gorączką, gdy przysypiałam pomiędzy jednym rozdziałem, a drugim. "Niewidoczni Akademicy" Pratchetta byli towarzyszem moich chorwackich przygód, wylegiwania się na tarasie, opalania na skałkach. Najlepiej było z "Pieśnią lodu i ognia" Martina, której poszczególne tomy czytałam przez cały zeszły rok i mam z nią mnóstwo niesamowitych wspomnień.

    Mam jeszcze takie różne przedziwne książkowe smaczki, które zapamiętuję i wspominam. Choćby książka "Żniwa gniewu" kojarzy mi się cały czas z błędem historycznym, który wykryłam w jej treści. "Mistrz i Małgorzata" nieodłącznie kojarzy mi się ze spektaklem na którym byłam w Teatrze Starym i w którym Behemot chodził w stringach po scenie. Zaś Millenium Larssona to pierwsze lektury, które przeczytałam za pomocą e-czytnika, co znowuż wzbudza we mnie skojarzenia z Lisbeth, która była hakerką i wielbicielką takich nowinek technicznych :)

    Ach, tyle mam świetnych książkowych skojarzeń! Chyba muszę wysmarować o tym samodzielny post ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To koniecznie, prawda, ile frajdy daje wspominanie takich okołoksiążkowych wspomnień :)? I bardzo podoba mi się ta teoria o zapominaniu, żeby była możliwość przeczytania po raz kolejny, bardzo, bardzo :)!

      Usuń
  5. Ja zazwyczaj zapamiętuje z książek właśnie owe nastroje i obrazy. Czytając zawsze sobie w jakiś sposób wizualizuję i to mi zostaje w pamięci najdłużej. Np. z "Bohini" zapamiętałam przede wszystkim tę duszną atmosferę końca lata w dworku zagubionym na Kresach, ogórki z miodem i gdzieś wokół nich brzęczące osy, i scenę przyjmowania przez bohaterkę komunii. Dosyć dobrze zapamiętuję też swoje odczucia względem książkowych bohaterów i ich charakter (choć po pewnym czasie już może być trudno udowodnić ten charakter przykładami z książki). Np. pamiętam, że "Cmentarz w Pradze" miał za bohatera wyjątkowo paskudne indywiduum, ale kolei jego losu, poza tym, że maczał palce w wielu wydarzeniach historycznych, już nie pamiętam. Bo szczegóły fabuły są właśnie tym, co najszybciej zapominam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Właśnie czasami z przykładami z książki też mam problem, muszę się wtedy uciekać do znalezienia odpowiedniego egzemplarza, a i tak nie zawsze znajduję to, o czym byłam przekonana, że tam jest. Tak jakby się to chowało, no bo przecież tam było ;).

      Usuń
  6. Ja najlepiej zapamiętuję dialogi, nawet niekoniecznie słowo w słowo, ale wpadają mi do głowy jak scenariusz filmowy i potem pamiętam książki jak fragmenty filmów. Dialogi Wolanda z bohaterami "Mistrza i Małgorzaty", kunsztowne dialogi w "Balladynie" i w ogóle u Słowackiego, słowny ping-pong u Mrożka albo Gombrowicza, "filmowe" dialogi u Akunina (jest taka rozmowa Fandorina z czarnym charakterem w opowiadaniu "Przed końcem świata", gdzie cynik i ponurak Fandorin musi przekonać grupę dzieci, by nie dały się zakopać żywcem razem z fanatykiem - dziwnie to brzmi, ale scena miodzio) i J.K. Rowling. Świetnie wychodzi też pisanie dialogów Mai Lidii Kossakowskiej, chociaż taki np. "Zbieracz Burz" nie podobał mi się jakoś szczególnie, to sposób, w jaki rozmawiają ze sobą bohaterowie od razu widzę w głowie, jakby grali w filmie i nawet jeśli nie ma "didaskaliów" to ja od razu widzę te kielichy podnoszone do ust, te papierosy gaszone o ścianę, mierzenie się spojrzeniami. To samo u Anny Brzezińskiej - dialogi Kota z Babunią Jagódką w "Kocie wiedźmy" są strasznie poruszające, chociaż szczegółów nie pamiętam z opowiadania zbyt wielu. No i Pratchett - wszystkie dialogi Vimesa z Vetinarim, Vetinariego z kimkolwiek albo absolutnie cudowne rozmowy ze Śmiercią - piękne. Ta właściwość mózgu w szkole zawsze pozwalała mi dobierać dobre cytaty do wypracowań, bo musiałam tylko odnaleźć w głowie rozmowę bohaterów na dany temat i przywołać z niej jakieś odpowiednie sformułowanie ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę umiejętności - bo o ile jestem w stanie odtworzyć w pamięci, o czym bohaterowie rozmawiali (jeśli faktycznie jakoś ta rozmowa zapadła mi w pamięć) albo te pojedyńcze kwestie (Vetinari, wiadomo ;)), to jednak całe dialogi baaardzo rzadko. A to faktycznie musi być niekiedy przydatna umiejętność :)!

      Usuń
  7. A to nie było "Farewell,madame. Farewell"!? Mój świat się zawalił. Rzeczywiście pamiętam obrazy i jest to pamięć zaskakująco trwała. Te dzieci z Bullerbyn wracające ze szkoły, bohaterka "Błękitnego zamku", której but utknął, kiedy przechodziła przez tory (za nic nie pamiętam jej imienia). A przecież czytałam to jako dziecko. I jeszcze te krzyczące korzenie mandragory z Harrego Pottera. I jakąś bohaterkę głupiego czytadła dla kobiet, która przyszła oddać pieniądze byłemu chłopakowi i wtedy wparowali tam antyterroryści. Boję się nawet zastanawiać, czemu mój mózg przechowuje te, a nie inne obrazy. Z nie tak dawno przweczytanymi książkami bywa podobnie, pamiętam na przykład tego żółwia, który się męczył, żeby przejść przez drogę w "Gronach gniewu" i to, jak bohater "Obfitych piersi..." Mo Yana kradł jajka w chińskim kołchozie za czasów Mao. Widzę, jak obskurne i śmierdzące były bary z "Ulicy rzecznej". A są książki, z których nie pamiętam niczego. Choć muszę przyznać, że prowadzenie blogu poprawiło mi pamięć. Wystarczy, że przeczytam własną notkę o jakiejś książce sprzed dwóch lat, a wraz z nią wracają wrażenie, o których - wydawało się - nie pamiętałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż sprawdziłam, żeby się upewnić: jednak miss Iza. Wybacz ;). No właśnie, mnie też czasem utkwi w pamięci jakiś obraz z czytadełka i w sumie nie mam pojęcia, czemu na tak długo ze mną został (bo reszty fabuły nie pamiętam albo ledwo coś mi się na jej temat kołacze). I żółw - rany, dawno się tak nie denerwowałam losami bohatera, chociaż to, że ta scena tam była, na początku zupełnie mnie zaskoczyło.

      A zapisywanie wrażeń na pewno pozwala je chociaż na chwilę zatrzymać. W dzieciństwie prowadziłam taki zeszycik z przeczytanymi książkami - nie zapisywałam tam jakichś szczegółowych wrażeń, ale rysowałam to, co mi utkwiło w pamięci i w sumie widzę teraz, jak do niego zerkam, co na mnie wtedy zrobiło wrażenie, a co jakoś tak obeszło bokiem, chociażby po tym, co zdecydowałam się wtedy narysować ;).

      Usuń
  8. W moim przypadku trafiłaś w dziesiątkę - zapamiętuję klimat, zwykle ogólny zarys fabuły, a konkrety też, ale już dosyć losowo. Z niektórych książek pamiętam całe dialogi, z innych jakieś mało znacząco szczegóły. Kolor kwiatów z jakimi Małgorzata z "Mistrza i Małgorzaty" szła na spotkanie miłości, szutrową drogę Alice Munro i na przykład kąpiel w łubinie z "Kołysanki dla wisielca".
    I masz rację, czasami mam wyrzuty sumienia, że nie pamiętam dokładniej. Zwłaszcza przy klasyce, ale ostatnio i przy "Piesni Lodu i Ognia".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tak samo. Klimat, fabułę, często konkrety. Ale też nie zawsze. Pamiętam jakiej płyty słuchała Dora i Miron z Heksalogii Jadowskiej, kiedy postanowili zostać przyjaciółmi, a z Nad Niemnem (aż wstyd) nie pamiętam prawie nic. A że pamięć jednak ulotna to swoje ukochane książki regularnie odświeżam.

      Usuń
    2. Prawda? Zapamiętuje się takie drobnostki (@Ekruda, kwiatów Małgorzaty ni w ząb nie pamiętam!). A ze skomplikowanymi fabułami to w ogóle jest tak, że -- jeśli tak jak ja -- nie odświeżacie sobie wcześniejszych tomów, kiedy wychodzi kolejny, można się czasami pogubić. Zazwyczaj czekam na moment olśnienia, kiedy mi się samo z pamięci wygrzebie, co to za bohater i co on, u licha, robi takiego i o co w ogóle chodzi :). No i @Dominika ma rację, fajnie jest sobie poodświeżać ulubione książki (jak z tym kotem pocztowym w "Piekle..." - naprawdę miło się zaskoczyłam, że on tam jednak jest :)).

      Usuń
    3. A to tak, są takie książki, które czytam kolejny raz. I kolejny, i kolejny :) "Sto lat samotności" na przykład, albo właśnie "Mistrza i Małgorzatę", a teraz poczytałabym "Starą baśń", bo przy okazji Twojego wpisu przypomniało mi się, że "wici" to jest to, co mi się z tą książką kojarzy :)
      No dobrze, dobrze, ale Wy mi tu lektur namnożyłyście, a kolejka jest długa. Idę czytać :D

      Usuń
    4. Naprawdę? Mnie się wici widzą w "Krzyżakach", nawet bardzo. Wici ze "Starej..." mi jakoś umknęły, ale na razie sobie powtarzała nie będę. Ale, jak widać, przydałoby się ;).

      Usuń
  9. Czasami zapamiętuję jakieś dziwne, mało ważne dla fabuły, szczegóły aż się potem sama sobie dziwię. A czasem rzeczy zabawne, nietypowe - i tu mam mały przykład: z pewnego zbioru baśni zapamiętałam (tylko), że księżniczce po zjedzeniu magicznego jabłka/gruszki wyrosło poroże i zaklinowała się ona tymi rogami w oknie, tak że poddani się z niej śmiali, a jej pycha została ukarana :) Dodam, że szczegół ten skojarzył mi się z Tobą Pyzo, a raczej z Twoimi zainteresowaniami baśniami i Czechami, bo to z "Bajek czeskich" (autor Jan Drda) i przy okazji mam pytanie, czy znasz te lub inne bajki/baśnie i czy kiedyś zrobisz może wpis o baśniach z Czech?
    PS A ta księżniczka to dokładnie z "Jak Kuba księżniczkę rogatą leczył" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że znam ten zbiór Drdy, jest cudny :). To są raczej już baśnie literackie, tak mi się wydaje (czyli takie, które autor pisze naśladując samą konwencję baśni, korzystając z różnych motywów i na nich budując własne opowieści), ale jak najbardziej je sobie cenię i też mam w planach o nich napisać (dlatego nie będę od razu wykładała swoich preferencji, ale powiem, że mam duży sentyment do "Zapomnianego diabła"). A jeśli podobał Ci się Drda baśniowy, możesz też zajrzeć do jego "Igraszek z diabłem" (jest też cudne przedstawienie polskiego Teatru Telewizji na nim oparte - doskonałe!).

      Usuń
    2. No proszę, nie pomyślałam, że to może być taka jego całkiem własna inwencja, bo zgrabnie to udaje takie "prawdziwe" baśnie. Chociaż niedawno czytałam zbiór opowiadań Hermanna Hessego "Podróże senne" i tam były takie utwory-baśnie i do dziś się zastanawiam, czy Hesse sam je od podstaw wymyślił, czy tylko zapisał usłyszane gdzieś historie, więc zabawa pisarzy w baśniopisarzy nie powinna mnie dziwić :) I oczywiście będę czekała na rozwinięcie m.in tego diabelskiego sentymentu - oby nie został zapomniany! ;)

      Usuń
    3. Z literackich baśni uwielbiam jeszcze "Bardzo dziwne bajki" Kornela Makuszyńskiego -- są doskonałe i polecam je z całego serca. Są trochę (a nawet bardziej niż trochę) creepy, ale w taki z lekka poetycki sposób, poza tym są też specyficznie dowcipne ;). A sentyment nie zostanie zapomniany, bo już Drda jest w kajeciku i czeka, żeby go opisać ;).

      Usuń
  10. Ojej, to opowiadanie Kinga ("Palec") jest świetne! Tylko kiedyś niepotrzebnie opowiedziałam o nim współlokatorce, która później bała się iść sama do łazienki...;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. A najgorzej, że działa i w dzień, i w nocy, więc człowiek nigdy nie jest przed nim bezpieczny ;).

      Usuń
  11. Nemeczek z "Chłopcy z Placu Broni" - do dzisiaj mi się płakać chcę jak o nim pomyślę..
    "Dzieci z Bullerbyn" - uwielbiam i chętnie wracam..
    I wiele, wiele więcej książek, ale nie chcę Ci tu zaśmiecać bloga..
    J

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszyscy mamy nasze ulubione książki -- ale muszę powiedzieć, że czasami jak wracam do moich ukochanych lektur, to okazuje się, że są tam fragmenty, o których zupełnie zapomniałam! I to jest interesujące -- jednocześnie mnie to zaskakuje, ale i przyjemnie jest odkryć coś zupełnie na nowo :).

      Usuń
  12. Ja wyłapuję często opisy jedzenia i zapamiętuję naprawdę piękne epitety. A potem robię się taka głodna! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawie zawsze robię się głodna, jak bohaterowie jedzą (chyba, że to coś wyjątkowo okropnego, bo i takie opisy bywają ;)). Ale to fajna umiejętność, zapamiętywać takie rzeczy. Można potem raczyć współbiesiadników ;).

      Usuń
  13. Ja gdzieś po pierwszym roku studiów (polonistyka, notabene) odkryłam, że skończyła mi się pamięć w mózgu. A konkretniej ta część pamięci przeznaczona na fabuły książek. Pamiętam dość dokładnie (chyba) mnóstwo książek, które przeczytałam za młodu, fabuły większości lektur szkolnych, wszystkie siedem części Pottera... ale teraz, jak przychodzi co do czego i na przykład rozmawiam na zajęciach o książce, którą przeczytałam 2-3 dni temu (!), nie pamiętam nic. Albo jakieś zajawki typu "seks w kopalni przy trupie byłego" (zgadnijcie, z czego to :D), "pranie dziecięcej sukieneczki w potoku", "śni mu się, że biega po lesie i ten las go goni". Na egzaminie z oświecenia autentycznie musiałam PRZEPROSIĆ profesora, że nie pamiętam imion postaci, i przez cały czas bazowałam na "ten jej ukochany" i "ta, co jej się dom spalił". Normalnie wstyd i hańba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jakieś przesilenie lekturowe? Przy dużej ilości książek (a polonistyka jest pewnie takim kierunkiem, gdzie się tych fabuł czyta mnóstwo) podejrzewam, że to może być częsta przypadłość.

      A "seks w kopalni" -- czy to nie z "Germinalu" było? Tam na pewno była kopalnia i ktoś był zasypany, i seks też był, no i na pewno ktoś był czyimś byłym, ale nie wiem, czy prawidłowo kojarzę ;).

      Usuń
    2. Dokładnie, to "Germinal" ;) i też obstawiam przesilenie lekturowe, w dodatku połączone z za dużymi dawkami internetu (czytałam już parę razy o tym, że internet i w ogóle nowe media robią nam wodę z mózgu, dostarczając ciągle nowych bodźców i potem człowiek nie potrafi się skupić na zwykłej książce, bo ma za mało wrażeń).

      Usuń
    3. Ach, jednak okazuje się, że i mnie ta scena utkwiła w pamięci ;). Z tym czytaniem to jest też chyba tak -- i tu też się będę opierała na tym, co wyczytałam :) -- że jak się dużo czyta, to wyśmigują się nam w mózgu takie połączenia neuronalne, ale one mogą pozanikać, jak się robi w czytaniu przerwę (może w drugą stronę też to działa, to znaczy jak przerw nie robimy wcale) i to rzutuje podobno na różne inne sprawy, jak pamięć. Ale jeśli chodzi o bodźce, to może czytanie przy muzyce albo audiobooki byłyby rozwiązaniem, tak się zastanawiam, ale po prawdzie, to tak gdybam. Warto pewnie spróbować :).

      Usuń
  14. Aaaaaaa, kciuk w zlewie! ale miałam traumę po tym opowiadaniu! i to przez ładnych kilka lat. Ale tak ogólnie to już nie pamiętam o co chodziło... że potworas jakiś mieszkał tam w rurach? Ech, nie wiem. Ale zawsze podejrzliwie patrze na wszelkie odpływy umywalkowo-zlewowe.

    Ja to taka zdolna jestem, że potrafię prawie całą książkę przeczytać, a przy zakończeniu zaczaić, że już ją kiedyś czytałam. Ale to najczęściej w przypadku takich książek "letnich" co to ani nie grzeją, ani ziębią. Pamiętam za to sporo zdań z książek, ale... nie wiem z jakich, więc i tak mi się to nie przydaje. No i imion nie pamiętam wcale. Albo mylę. Nie mowiąc już o tytułach ksiązek i autorach, bo to już w ogóle porażka jest :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uf, nie tylko mnie do dzisiaj to opowiadanie tak straszy! Staram się nie myśleć o nim, jak szoruję zęby, ale nie zawsze, jak wiadomo się da ;).

      Usuń
  15. Moja pamięć przy książkach działa dość wybiórczo. Przeważnie pamiętam atmosferę albo obrazy, które sobie wyobraziłam. Często zapamiętuję tez jakieś zdania lub akapity, najczęściej zaś układ strony. Bardzo frustrujące jest to, że czasami widzę tę kartkę, rozmieszczenie akapitów, przypisy ale za Chiny Ludowe nie moge przeczytać co tam pisze ;) Cóż takie życie wzrokowca-krótkowidza.

    Ogólnie, mam też problem z wyrywkowymi pytaniami dotyczącymi fabuły czy bohaterów, muszę tak jakby wejść w moje wspomnienia dotyczące książki i dopiero wtedy mogę odpowiadać.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też często widzę w głowie, jak to widziałam w trakcie czytania, więc nawet niekoniecznie tak, jak to tam było :). I przy układzie strony widzę rozmieszczenie, ale na pewno nie tekst -- do tego chyba trzeba mieć taką super fotograficzną pamięć, inaczej to nie idzie ;).

      Usuń
  16. Może to paradoks, ale najwięcej zapamiętuję z książek (no, niech będzie, powieści) czytanych w obym języku. Ponieważ żadnego języka nie znam zbyt dobrze, więc czytam sobie powoli, z przerwami, zastanawiając sie nad słowami, których nie znam. To jest chyba takie czytanie, jak w dzieciństwie, kiedy tak samo wolno i po grudzie szły mi początki czytania.
    A po polsku to ja czytam za szybko, lecę po prostu i jeśli chcę coś zapamiętać, to muszę czytać dwa razy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też prawda: że więcej się zapamiętuje, jeśli czyta się wolniej (to znaczy może nie działa to jako ogólna zasada, ale podzielam tę obserwację). Myślę, że to zależy nawet nie tylko od języka, ale też od rodzaju fabuły -- rzadko trzymają się mnie fabuły takich książek do szybkiego przeczytania, lekkich powieści albo kryminałów (chyba, że zostają ze mną, jak pisałam, jakieś sceny, wtedy wiadomo), bo po prostu mknie się przez nie jak wicher. Co w sumie jednak nie oznacza z automatu, że długo czytane arcydzieło ze mną zostanie: bo jednak czasami przy takiej lekturze człowiek czyta i przy czytaniu zapomina, co było wcześniej, bo się z lekturą z różnych powodów ociąga :).

      Usuń
  17. Ja to się zawsze dziwię, że niektórzy pamiętają co powiedział w danym momencie Kmicic, albo co zrobiła jakaś trzeciorzędna postać z Harry Pottera. Ja pamiętam zarys fabuły i ogólnie to dosyć szybko zapominam co, gdzie i kiedy, co mnie w sumie martwi. Może faktycznie powinnam czytać wolniej. W żadnym quizie na dogłębną znajomość kultowych książek bym startować nie mogła. Kiedy czytałam Taniec ze smokami nawet sobie zapisałam na koniec co się stało z którą postacią, bo wiedziałam, że za te kilka lat, jak będzie kolejna część, to po prostu nie będę pamiętać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, no ale są przecież tacy, co permanentnie nie pamiętają ani tytułów, ani autorów, co mi się nie zdarza ;)

      Usuń
    2. A wiesz, że na przykład sama uważam się za taką osobę, co to nieźle pamięta fabuły, ale od czasu do czasu odkrywam, że czytałam jakąś książkę i zielonego pojęcia dzisiaj nie mam, o co w niej w ogóle chodziło? Także z tym bywa różnie ;). Natomiast pomysł z notowaniem, co się stało -- doskonały! Idealny przy czytaniu takich serii, gdzie trzeba na kolejny tom poczytać.

      Usuń
  18. A ja zapamiętuję niejednokrotnie całe stronice, najczęściej dialogi lub monologi. Jeśli coś jest pisane rytmicznie, to nawet nie musi zawierać rymów, zapamiętam po jednym przeczytaniu lub usłyszeniu. Taki urok muzycznego wykształcenia, być może. ;-)
    Najgorzej jest, gdy kołacze mi się po głowie jakiś cytat bez związku z czymkolwiek, bo po prostu skojarzył mi się brzmieniowo lub treściowo z sytuacja z życia. Pół biedy jak jest na tyle konkretny, że można wpisać go w Google, ale weź człowieku chodź przez pół roku zastanawiając się, na przykład, o który tekst, w którym zasłabła królowa, chodzi Twojej mózgownicy...
    Natomiast fabularnie to tylko takie ogólne wspomnienia, najważniejsze lub najbardziej zaskakujące/emocjonujące sceny, czyli dość typowo, mam wrażenie. Przy tłumach postaci mam problemy z imionami bohaterów, również przywoływane w retrospekcjach życiorysy jakoś się mnie nie trzymają.
    Do komentarza gdzieś wyżej, o zapisywaniu, - moja prababcia robiła sobie notatki czytając Kraszewskiego, i rysowała drzewa genealogiczne. :-)

    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspaniały przykład! Aż zazdroszczę tak spisywanych notatek -- świetna pamiątka, a do tego taki rodzinny (dosłownie i w przenośni) przewodnik po lekturze :).

      Ale to jest ciekawy motyw, z tym zapamiętywaniem w momencie, kiedy jest napisane rytmicznie. Bo mam wrażenie, że coś w tym jest, to znaczy, że faktycznie pisane w ten sposób pasaże łatwiej się zapamiętuje, bo one są wręcz obliczone na zapamiętanie. I tu się pojawia kolejna kwestia: bo przecież zdarza się, że zapamiętujemy po prostu to, co autor jakoś "zaprogramował" jako zapamiętywalne (tu się mieści kreacja postaci na zasadzie "podróżuje stalowym balonem i ma szaloną ciotkę", "zielonowłosy potomek starożytnego króla", "nietypowy posiadacz sznaucera olbrzyma, którego dostał od kartografa-hipnotyzera" i tak dalej ;)).

      Usuń
  19. Ja zapamiętuję pierwsze zdania (lub specjalnie sobie powtarzam co ładniejsze, by je zapamiętać), ale to chyba na razie wynika z tego, że pisałam o tym pracę, więc, można rzec, urosło to do małej obsesji (wprawdzie minął dopiero krótki czas od skończenia tejże pracy, ale myślę, że jeszcze na długo „incipity” ze mną zostaną, bo jednak jest coś fascynującego w samym otwarciu rzeczy nam nieznanej). Bardzo spodobało mi się słowo „powieściółka”, doprawdy urocze! Zabawne, że o „Czarodziejskiej górze” akurat wspominasz. Uwielbiam i będę czytać pewnie jeszcze ze sto razy, pamiętam z niej właśnie pierwsze zdanie, ale to raczej dlatego, że po prostu zwyczajnie mi się podoba + czytałam je wiele razy, pisząc pracę. I akurat „Czarodziejską”, jak sam Mann, zaznaczał należy czytać dwa razy, ale to komentarz na inną okazję. Zastanawiałam się przez chwilę, co najbardziej zapamiętuję i wychodzi na to, że chyba konstrukcję utworu i to, jak został napisany (długość zdań, cechy stylu i takie tam) + różne frazy, które mi się spodobały i często je sobie zapisuję, by móc potem ich gdzieś użyć (albo po prostu zostawiam je sobie, by zachwycić się nimi raz jeszcze), ale czasem zapominam, czy to ja coś wymyśliłam, czy skądś to sobie wzięłam, bo zacierają mi się te światy (oczywiście nie mówię tutaj o jakichś nadzwyczajnie pięknych czy dłuższych, bo to wiadome, że te sobie pożyczyłam). W zasadzie to czytam w sposób bardzo... pasożytniczy ;>. Jestem tu pierwszy raz i coś czuję, że zaraz pochłonę wszystkie Twoje wpisy.

    OdpowiedzUsuń
  20. I jeszcze cytacik Pilcha, który idealnie się nadaje: „Książek nie czyta się po to, aby je pamiętać. Książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się je zaś po to, by móc znów je czytać”.

    OdpowiedzUsuń
  21. Odpowiedzi
    1. Ale taki pasożytniczy sposób czytania jest chyba właściwie sposobem dobrym, bo nie dość, że się zachwyca do tego stopnia, żeby wynotowywać cytaty i pierwsze zdania (bardzo podoba mi się pomysł na pracę opartą właśnie o to -- z jakiejś konkretnej gałęzi literatury?), to jeszcze stara się je zapamiętać. Mnie rzadko zdarza się coś takiego, chociaż od czasu do czasu znajduję jakieś sformułowanie, które sobie przyswajam (pisałam nawet o tym, jakich używam najczęściej ;)) albo przynajmniej postanawiam sobie przyswoić, właśnie dlatego, że jest piękne, celne albo zabawne.

      Dziękuję za ten cytat z Pilcha -- jest świetny (z czegóż to?). No i ciesze się, że Ci się podoba, rozgość się :)!

      Usuń
    2. Ja muszę sobie założyć jakiś zeszyt, bo zapisuję te wyrywki wszędzie, gdzie się da – od telefonu począwszy,a na odwrotach paragonów skończywszy. Cytat jest, jak podaje lubimyczytac.pl, z „Bezpowrotnie utraconej leworęczności” (chociaż zupełnie sobie nie przypominam, gdzie też mogły paść te zdania). Już zdążyłam zgubić Twój adres w morzu moich zakładek, mam też jakąś aplikację, która niby pomaga gromadzić adresy ulubionych stron, ale ciągle się psuje, co jakiś czas moje systematycznie nagromadzone kwadraciki znikają, więc własnie jestem w trakcie zapisywania na papierze wszystkich adresów, bo dość mam już tych wiecznych uganianek się za nimi, aczkolwiek Twój blog ma na tyle charakterystyczną nazwę, że od razu się zapamiętuje, zatem dziś nadrobię różne notkowe zaległości.

      Odnośnie do pracy – niezupełnie, po prostu wymyśliłam sobie pewną tezę (taką mianowicie, że pierwsze zdanie skupia w sobie całą powieść; to jest oczywiście pewne uogólnienie i bla, bla, bla, nie będę Cię tutaj niepotrzebnie zanudzać) i na jej podstawie zanalizowałam „incipity” trzech powieści (zależało mi na tym, by i powieści i ich początki były maksymalnie różne i bym nad każdym z nich mogła pracować w inny sposób).

      Akurat czytam (w końcu!) „Miłość w czasach zarazy”, też pięknie się rozpoczyna.

      Usuń
    3. Oj tak, mam takich paragonów wiele, potem niby je składam w jedno miejsce, ale często się gubią mimo wszystko (tyle że sama najczęściej zapisuję tam tytuły książek -- ale nabrałam już dobrego zwyczaju przepisywania ich na listy, czego się, najczęściej, choć nie zawsze, trzymam). Dzięki za wskazówkę bibliograficzną co do Pilcha -- jakoś bezskutecznie do niego podchodzę od dłuższego czasu, ale cytat kusi :).

      A zdradzisz, czy Twoja teza się sprawdziła, czy może inaczej: dało się to zrobić tak, jak zamierzyłaś? Bo w sumie nigdy nie patrzyłam na pierwsze zdanie jako na taką esencję książki, a to ciekawe podejście. Co prawda zwykle jak przynoszę do domu nowe książki, to sprawdzam pierwsze zdania i po nich decyduję, od czego zacząć (chyba, że wymyślam sobie już z góry jakiś porządek, na przykład chronologiczny). Kiedyś muszę napisać o moich ulubionych pierwszych zdaniach :).

      Usuń
  22. Długo by pisać o tej pracy i tezie, trudno tak naprędce skontaminować to wszystko. Mogę Ci ją wysłać, jeśli Cię to zajmuje, jeśli chcesz jednak szybkiej odpowiedzi, to można uznać, że tak, zrobiłam, jak zamierzałam (nie bez pewnych potknięć i błędnych założeń na początku, naturalnie), na końcu każdego rozdziału gromadziłam kilka takich głównych rozpoznań dotyczących konkretnego zdania i wykazywałam, że rzeczywiście skupia w sobie całość, ale trudno o tym pisać w taki ogólny sposób teraz. [przerywnik] Nienawidzę lata, jest gorąco, nie mogę tak funkcjonować [przerywnik]. Też mnie kusi, by zrobić coś jeszcze, jeśli o te zdania chodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo fajny pomysł -- a jak się jeszcze udało dowieść tezy, to w ogóle jestem pod wrażeniem :). To jest zresztą bardzo ciekawe: bo zawsze się zastanawiam, czy to faktycznie jest tak, że pisarz chodzi i myśli, jakie by tu zdanie dać na początek (żeby zainteresować? przyciągnąć? zdziwić?), czy po prostu tak wychodzi.

      Usuń
    2. Myślę, że to zależy od wielu czynników. Czasem może być tak, że to pierwsze zdanie nagle się objawia i chodzi za pisarzem, i razem z tym zdaniem rośnie całość, ale może być też tak, że pierwsze zdanie jest stwarzane już po napisaniu całego tekstu, żeby idealnie oddać jakieś symptomatyczne dla niego cechy. To chyba bywa bardzo różnie. Zastanawia mnie, jak to było z Proustem na przykład. Bo ten początek jest taki, jakby właśnie przyszedł mu po prostu do głowy i pierwsza część „Poszukiwania” rosła w rytmie tego zdania właśnie, ale kto to wie, w końcu Marcel ponoć obsesyjnie wszystko poprawiał, więc może to zdanie napisał już po ukończeniu pierwszego tomu. A, no i nie zaznaczyłam, że oczywiście nie uważam, aby te pierwsze zdania zawsze scalały powieść, ja akurat pisałam o tych, w których tak rzeczywiście jest, ale istnieje mnóstwo początków zupełnie zwyczajnych. Boże, spadł deszczczczcz, idę na dwór.

      Usuń
  23. Co do Pilcha – mam chyba do niego jakiś dziwnej natury sentyment, choć tak naprawdę z przeczytanych rzeczy pamiętam niewiele. I zawsze brakuje mi jakiejś większej powieści, tego, by wziął Jurek całe te swoje rozwlekło-psotne zdania i z tego zrobił jakiś użytek, by tak powiedzieć, głębszy. Bo on zawsze o kobietach albo alkoholu, albo Polsce i piłce, w zasadzie zawsze o tym, czasem mam wrażenie, że każda jego powieść jest o tym samym, choć językowo rozpływam się, ale w sumie dawno niczego nie podczytywałam, a i dzienników również nie mam za sobą. Pilch też ma dobre pierwsze zdania i nawet sam mówił, że przeprowadza takie testy tegoż zdania właśnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może "Wiele demonów"? Co prawda ugrzęzłam w połowie i nie skończyłam (ale zamierzam wrócić!), ale to była właśnie powieść i chociaż te tematy się tam przeplatały, to jednak na bazie tego, co innego Pilcha podczytywałam stwierdzam, że jednak nieco się to różni od zwyczajowego piję-mówię o futbolu-wspominam dzieciństwo w Wiśle.

      Usuń
  24. Nie czytałam, muszę to dopisać do swojej listy. Co zabawne, chciałam zrobić listę stu książek do przeczytania (mam mnóstwo znanych rzeczy do nadrobienia), a już mam 121, dodam tego Pilcha, bo mam do niego słabość. Chciałabym kiedyś usiąść sobie gdzieś na Hożej i go spotkać. I tę nową też chciałabym nadrobić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, robienie listy stu książek zawsze się tak kończy ;).

      Usuń
  25. Ja właśnie też zawsze najbardziej zapamiętuję klimat książki.
    Fabułę też tak mniej więcej, ale kiedy myślę o konkretnym tytule, nie mam przed oczami historii, ale sam klimat.
    Zresztą właśnie dlatego ludzie jesienią czytają Wichrowe Wzgórza chociażby :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, to przecież idealna lektura jesienna, na słonecznej plaży latem jakoś tak albo powoduje, że robi nam się zimno i czujemy wrzosowiska w miejscu morza, albo myślimy sobie, o co chodzi tym bohaterom, jak takie piękne słoneczko świeci ;).

      Usuń
  26. Ja bardzo często zapamiętuję pojedyncze zdania, takie jak właśnie „Farewell, miss Iza. Farewell” (to szczególnie sobie upodobałam).

    OdpowiedzUsuń
  27. Pod tym, co zapamiętujesz Ty, mogę się podpisać wszystkimi czterema kończynami.
    Zawsze mnie to irytowało i nadal nieco irytuje, że nie pamiętam imion bohaterów, miejsca akcji, dokładnych wydarzeń, tylko takie... fragmenty, jakby sen, za mgłą. Coś wiem, ale nie wiem co.

    Natomiast czytając Twój post, przyszły mi do głowy dwa skojarzenia. Pierwsze to kotwice, czyli zapamiętujemy to, co jesteśmy w stanie zakotwiczyć o już posiadane informacje (wszelakie: czy to merytoryczne, czy po prostu nastroje, emocje). Tak działa nasz mózg, tak działa nasza pamięć.
    A drugie, to zwyczajny natłok informacji. Zawsze, gdziekolwiek jesteśmy, cokolwiek robimy, pamięć jest wybiórcza. Zapamiętujemy tylko część informacji, które nas otaczają, bo ich natłok jest za duży, żeby skupić się (czytaj: zapamiętać) wszystko. Stąd, myślę, trzeba książkę potraktować jako taki właśnie natłok informacji. Ergo, nie ma możliwości, żeby wbić do głowy wszystko. Zostaje ten, jak piszesz, nastrój, to, co czuliśmy - bo to jest bardzo silna kotwica - i rzeczy, które wzbudziły w nas większe zainteresowanie z jakiegoś powodu.

    Dlatego ja nie potrafię czytać dwa razy tej samej książki, bo niby jej nie pamiętam, ale jak zaczynam czytać, to co chwilę mam w głowie "przecież TO już WIEM". No niby tak. Ale jakby niby nie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem z takiego czegoś mogą urodzić się ciekawe rzeczy: bo coś wiemy, coś nam się majaczy, łączymy cosia z czymś i otrzymujemy intrygującą interpretację (a potem może się okazać, że jest jednak inaczej, bo to, co zapamiętaliśmy, nie pokrywa się z tym, co tam faktycznie w tej książce jest i musimy rewidować -- ale i tak jest ciekawie :-)).

      Jasne, to trochę jak z tym, że o czymś się dowiadujemy i potem wszędzie się na to natykamy: bo już wiemy, gdybyśmy nie wiedzieli, to byśmy tego nadal nie zauważali. Czasami można tak przejść przez kilka książek, które naturalnie będą się ze sobą -- dla nas -- wiązały, chociaż wcale nie muszą, gdyby spojrzeć na to z boku.

      Usuń
  28. Straszne... po w sumie nasuwa się dość przewrotne pytanie: po co czytać? A tak na poważnie.. mam tak samo jak Ty. Przy stu książkach rocznie... jest ciężko. Ostatnio zastanawiałam się nad tym jakie książki w ciągu ostatnich lat najbardziej mnie zachwyciły - patrzę na regał - pamiętam skrawki - imiona? Nie ma mowy! Pamiętam jakieś konkretne sceny czy też tak dobrze podkreślony przez Ciebie klimat... ogólny zarys powieści, jednak i to w pewnym momencie zaczyna się zamazywać. Swoją drogą to dobre ćwiczenie na pamięć ;) Moja profesor od języka polskiego mówi, że pamięć jest ulotna, więc podczas czytania trzeba zakreślać... robić notatki... (także w zwykłych powieściach, aby zapamiętać najważniejsze motywy)... wydaje mi się jednak, że te najważniejsze motywy mimo wszystko zapamiętuję. A takie zakreślanie, notowanie? Chyba jeszcze po prostu do tego nie dojrzałam? Choć oczywiście chciałabym się nazywać erudytą... jednak takie założenie jest bardzo przytłaczające ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie każda też powieść skłania ku takim zapiskom. Inna sprawa, że wtedy jakoś sobie tę powieść też "zamrażamy", podczas gdy w trakcie kolejnej lektury możemy ją odebrać zupełnie inaczej. I stąd nie tylko melancholia związana z tym, co i ile zapamiętujemy z książek, ale i radość, że to taki zmienny i pozwalający na coraz to nowe czytelnicze doświadczenia mechanizm :-).

      Usuń