Nazwiska nie do wymówienia albo jak się państwa czyta, szanowni autorzy?


Siedziałam tak sobie podczas weekendu przy stole i przyglądałam się parapetowi, który jako jedno z wielu miejsc w naszym domostwie służy jako przygodny regał (czytaj: nie ma miejsc, w których nie dałoby się położyć książek) – bądź w słonecznie dni jako legowisko dla kota. I tak sobie kontemplowałam i kontemplowałam, i pomyślałam sobie, że jednak te grzbiety powieści stwarzają czasami sporo kłopotów. A konkretnie, to nazwiska autorów.

Nie wiem jak Wy, ale ja od czasu do czasu walczę z tymi nazwiskami na dwóch frontach: prywatnym i publicznym. Bo oczywiście zdarza mi się często, że nie mam pojęcia, jak prawidłowo wymówić nazwisko jakiegoś pisarza (moje nemezis: Coetzee), tyle krąży wersji. No i jest jeszcze front publiczny: kiedy wiem, idę do księgarni i pytam o książkę, a pracownicy albo rozkładają bezradnie ręce, bo sami czytają to nazwisko inaczej i nie umiemy się dogadać, albo nie umieją go przeczytać i wpisują je w wyszukiwarkę fonetycznie. Muszę się przyznać, że jeżeli na książce zależy mi tak sobie, nie zwracam nikomu uwagi, bo uważam, że niektóre nazwiska są tak trudne, że to nie jest nic złego ich nie znać. Czasami się natomiast upomnę, że to się pisze tak i tak.
 Dla ilustracji gify z Harry'ego Pottera, która to seria też jest
siedliskiem różnych podstępów. Mina Rona doskonale obrazuje
moje zwyczajowe reakcje na wymowę nazwiska mojego nemezis.
"Tak? Naprawdę? Hm".
 

No właśnie, bo problemy tu są dwa: jak te nazwiska czytać i jak je zapisywać. Nic dziwnego, że – chociaż rozlegały się głosy oburzenia – kiedyś je polonizowano. To swoją drogą była ciekawa metoda, bo jedne spolonizowane nazwiska się przyjęły (Luter a nie Luther przecież), inne objęły tylko imiona (przyznać się, kto czytywał Jerzego Byrona?), a inne zaginęły w pomroce dziejów. Tych klasycznych autorów wydawanych dawniej do dzisiaj możemy znaleźć w ich polskobrzmiącej wersji. Ba, autorzy, którzy mieli to szczęście lub nieszczęście, że tworzyli w językach podobnych w jakiś sposób do polskiego, obejmowało to nawet jakby bardziej. Oczywiście piję tutaj do spolszczania czeskich autorów – na przykład Božena Němcová albo Václav Řezáč stali się Bożeną Niemcową i Wacławem Rzezaczem (dobrze, że nie mamy Wacława Gawła, czyli Václava Havla). Ale cóż, pewnie zauważyliście, że sama często używam tych spolonizowanych wersji i piszę „Niemcowa”. Tak jest po prostu szybciej i wygodniej niż przełączać się ciągle między klawiaturami, a ponadto lepiej wygląda w odmianie. Bo inaczej muszę zapisywane z czeska nazwisko odmieniać po polsku i wygląda to dość specyficznie. Co ciekawe jednak, to jest taka polonizacja wybiórcza, bo już długich samogłosek (ten „akcent” to w istocie jest oznaczenie, które nam pokazuje, że samogłoska jest wzdłużona) nie objęła. Bo wyglądałoby to co prawda konsekwentnie, ale dziwnie: „Niemcowaaa”. Hm.

No dobrze, ale pal licho, jak ktoś ma na imię tak, że da się znaleźć polski odpowiednik. Bo inaczej otrzymujemy takie dziwostwory, jak w starych tłumaczeniach klasyki, gdzie bohaterom zmieniano imię, bo ich oryginalne nie dawało się spolszczyć albo zostawiano anglojęzyczne, z którym nie wiadomo było co zrobić w gromadzie Jasiów, Krzysiów i Ani (casus serii o Ani Shirley w starych tłumaczeniach – które lubię, do których mam sentyment, ale które niestety w takie kwiatki obfitują – możecie o tym poczytać w bardzo fajnym tekście Tarniny). No dobrze, ale miało być o autorach.
 Na pewno czyta się inaczej! Profesor Snape to czuje.
 

Wychodzi na to, że autorzy zagraniczni wcale nie ustępują polskim. Czy może raczej odwrotnie. Sama nie raz miałam problem z tym, jak się wymawia nazwisko Pawła Huellego (dopiero mój Domownik mnie oświecił), a szukając w zeszłym roku „Śpiewaj ogrody” (dla rzeczonego Domownika zresztą – w ogóle otaczają mnie wielbiciele Huellego, tak swoją drogą) miałam kilka przygód, od „kto?”, przez wpisywanie w katalogi „Hille”, po „a, ten dziwny” słyszane i widziane w odpowiedzi na moje pytania, czy jest taka to a taka książka (i mimo że atakowałam od razu tytułem, sakramentalne „a autor” i tak padało). To w sumie jest ten moment, który skłania do refleksji nad tym, że po prostu jesteśmy tak skonstruowani, że staramy się te nazwiska wymawiać zgodnie z wymową języka, z którego, jak uważamy pochodzą. Stąd te dziwne zbitki literowe (jak „ue”), które w danym języku (w tym wypadku: polskim) nie występują, wprawiają nas w konfuzję. Może być jeszcze inaczej, to znaczy wydaje nam się, że wiemy, jak jakieś nazwisko powinno brzmieć, bo przecież tak wygląda, że jakże by inaczej, po czym się okazuje, że jest zupełnie odwrotnie. Sama tak miałam ze Steinbeckiem – który jest pisarzem amerykańskim, ale to nazwisko aż się prosi o wymowę niemiecką, prawda? Więc latami czytałam [Sztajnbek], póki nie doznałam olśnienia, że to bez sensu, przy czytaniu „Gron gniewu”, czyli bardzo niedawno.

A ci inni zagraniczni pisarze? No właśnie, przecież wszystkich języków – czy nawet reguł rządzących ich wymową – znać nie sposób. I co wtedy? Można sięgnąć po pomoc bardziej obeznanych. Osobiście bardzo lubię forum Biblionetki – ale tam też nigdy nie ma pewności, bo ile osób, tyle wersji (nemezis po raz kolejny: Coetzee). Ale to tam odkryłam tę stronę, gdzie osoby władające danym językiem nagrywają się, wymawiając nazwiska autorów. Brzmi to bardzo prawdopodobnie dla mojego nieosłuchanego w skandynawszczyźnie ucha, ale że nie ma tam polskich i czeskich autorów, nie mogłam sprawdzić, jak to wygląda. Bo przecież zdarza nam się sięgać po autorów bardzo egzotycznych, jeśli chodzi o język i – co się z tym często wiąże – pochodzenie nazwiska. Stąd pisarze portugalscy, węgierscy czy południowoafrykańscy (nie, nie zapomniałam o moim nemezis, Coetzeem) stanowią dla przeciętnego odbiorcy furę zagwozdek. I dlatego zdarza się, że na tym froncie publicznym wypowiadamy nazwisko szeptem i szybko, żeby się nie okazało, że jednak czytamy je źle. Co w sumie nie jest przecież naszą winą, bo to wiedza niespecjalnie, często, powszechna.
 No ależ oczywiście, że czyta się tak. A jeśli jednak nie?
 

No i niektórzy zostają spolonizowani na wieki. Ale już nie jako Jerzy Byron, ale jako pisarze, których nazwiska po prostu wszyscy wymawiają zupełnie inaczej, niż się powinno. Chyba najsłynniejszym przykładem jest Paulo Coelho, którego mało kto wymawia poprawnie (a jak wieść niesie, poprawna jest forma Kuelju, ale nie zdziwi mnie, jeśli się dowiem, że to tylko wariant, a tak naprawdę to...). Zresztą, że dorzucę swoje trzy grosze fascynata czeskiej literatury – te dziwne znaczki diakrytyczne w czeskich nazwiskach też u nas bywają czytane różnie (także jeśli traficie na czeskie „ě“ to czytajcie je jak „je”, a „ř“ z kolei to bardzo dźwięczne „rz”, takie wirujące wręcz, no a „č“ i „š“ mniej więcej jak miękkie „cz” i „sz” – nie opuszczajcie zatem tych daszków, bo będzie im smutno). A jakby ktoś chciał się podzielić ze mną informacją na temat tego, jak się wymawia nazwisko Coetzee, będę niewypowiedzianie wdzięczna!

A może Wy też macie swoje fonetyczne nemezis?

_____________

A jutro będzie o fantastyce.

Weź dokładkę!

56 komentarze

  1. Z tym Steinbeckiem, to teraz właśnie Ty mnie uświadomiłaś... To ja mam inaczej mówić, niż przez ostatnie 15 lat?? ;) A to Ci dopiero...! Swoja drogą dziwne, że nigdy nie trafiłam na nikogo, kto by wymawiał to nazwisko poprawnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie, stąd pozostawałam w błogiej nieświadomości, ale przyznam się po cichu *cicho* że nawet teraz, jak już wiem, to dalej z rozpędu lecę z tym twardym "sz", więc... ;).

      Usuń
    2. Jeśliby czytać "Steinbecka" z niemiecka to byłby to [Sztajnbek], "ei" czyta się jak [aj].

      Usuń
    3. Ajajaj, dzięki za zwrócenie uwagi, nie zauważyłam, że z rozpędu napisałam "e"!

      Usuń
  2. Ja mówię coś w rodzaju "Kutsi", bo tak to wymawiał mój wykładowca na studiach i mi zostało. Jest to w miarę zgodne z tym, co mówi Wikipedia, nic sobie jednak nie dam uciąć. Steinbecka wymawiam z niemiecka, choć wiem, że nie powinnam, ale to mi tak głęboko weszło, że nie umiem inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam wersję "Kutsi", ale słyszałam też "Kuetsje" i wciąż pozostaję w rozpaczy (może by tak ktoś nagrał Coetzeego, jak się przedstawia? Wiele osób byłoby mu wdzięcznych ;)).

      Usuń
  3. Próbuję sobie teraz w głowie ułożyć tego Steinbecka i jakoś mi nie wychodzi ;) Już kiedyś złapałam się na tym, że opowiadałam znajomym o jego książce i dopiero jak podałam tytuł to załapali, o którego autora chodzi, zatem podejrzewałam, iż mimo wszystko źle wymawiaj jego nazwisko.

    Ja mam cały czas problem z Coetzee. Huelle, dla mnie to "Huelle", a nie "Hille". Nie mam pojęcia też, co z Safak, Mahfuzem, Zafónem (to "z" ponoć czyta się, jak angielskie "th").

    Ale cóż zrobić? Chyba się już niektórych nawyków nie oduczę. Natomiast chcąc kupić jakąś książkę zazwyczaj sprawdzam pisownię nazwiska w Internecie. Często jednak księgarze, czy bibliotekarze mają większy problem z tym wymówionym przeze mnie poprawnie nazwiskiem, niźli z jego spolszczonym odpowiednikiem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Safak to "szafak". Mahfuza sprawdzałam na forvo. Są trzy wersje troszkę się różniące. Nazwisko czytają po prostu "Mahfuz" tylko "h" jest czasami mniej lub bardziej słyszalne, a imię to czasami "Nagib" a czasami bardziej "Nadżib".

      A Steinbecka i tak będę mówić z niemiecka, co mi tam. Perfumy Lolita Lemicka powinno się wymawiać "Lempika", ale przecież nie będę się ośmieszać ;)

      Usuń
    2. @Claudette, ja już się wyżej po cichu przyznałam, jak u mnie z tym Steinebeckiem. A mam jeszcze tak z Kierkegaardem. Nauczono mnie co prawda, jak to nazwisko wymawiać i forvo to potwierdza, ale cóż, kiedy mnie się to "gaard" tak podoba?

      @Magdalena, no z tymi nazwiskami na -cki, które się ma czytać z angielska, faktycznie tak jest :). Mój ulubiony przykład to Jared Padalecki, który dla słowiańskiego ucha brzmi bez tego "c" dziwacznie.

      Usuń
    3. @Magdalena, ależ właśnie z tym "h" jest problem, bo w języku arabskim jest bodajże kilka rodzajów wymowy "h" i niestety osoby, które od dzieciństwa nie uczyły się arabskiego nie są w stanie wymówić ich wszystkich poprawnie ;)

      @Pyza Wędrowniczka, o, Kierkegaard też mi się tak podoba!
      A nawiązując jeszcze do Ani z Zielonego Wzgórza to wierna jedynemu "słusznemu" tłumaczeniu po latach mocno zaskoczyło mnie, że Małgorzata Linde w oryginale jest Rachel! Toż to był ogromny szok!
      Zresztą podobnie rzecz się miała z Pippi Pończoszanką vel. Langstrumpf (a jak to się wymawia?), tylko uświadomiona zostałam kilka lat wcześniej ;)

      Usuń
    4. . Hmm, nazwisko wygląda niemiecko i jeśli faktycznie jest niemieckie, to ue czytamy jak francuskie "u"/niemieckie "ü", czyli: buzia w ciup, niczym klasyczny duck face i bez ruszania ustami staramy się wymówić polskie "i".

      Usuń
    5. Tylko że wszystko wskazuje na to, że te umlauty skandynawskie mają jednak inną wymowę niż niemieckie (poza fińskimi -- fińskie chyba jeszcze inaczej), sądząc po komentarzach niżej :).

      Usuń
  4. Ja zawsze zapisuję autora i tytuł na karteczce, albo w telefonie i tak pokazuję w księgarniach. Nauczyłam się po poszukiwaniu przez dziesięć minut Pratchetta (księgarz zjadł dwie litery 't").
    PS. A propos Ani Shirley, kiedy miałam wyjechać do anglojęzycznej szkoły, bardzo szukałam tego "Ania, nie Andzia" w oryginale. Okazało się, że to nudne "Anne with e". Jakoś polska wersja bardziej do mnie przemawia.
    PS2. Tekst Tarniny jest bardzo ciekawy. Muszę odgrzebać moje wydanie Rilli i sprawdzić, jak tam było (miałam takie jednotomowe wydanie "Doliny tęczy" i "Rilli").

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznaję się: nie wpadłam na to. Muszę następnym razem wypróbować, bo brzmi sensownie :)!

      Usuń
    2. Ja też - w przypadku planowanych zakupów, a czasem i przy wypadzie do biblioteki - uzbrajam się w karteczkę. I nawet z nazwiskiem autora ładnie zapisanym drukowanymi literami, bo zdarzyło mi się, że nie mogłam odczytać swojego odręcznego pisma (niektóre litery czasami bardzo podobnie mi wychodzą) :)

      Wymowa może być podstępna, nawet przy oczywistych oczywistościach, bo pamiętam, że kiedyś się zdziwiłam, kiedy w Encyklopedii PWN przy nazwisku braci Grimm zobaczyłam zapis [grym] - i jakoś nie umiem się przestawić na to "y" zamiast "i". ... Sprawdziłam z ciekawości Coetzee w Encyklopedii i zapisali to tak: [ku:tsịә].

      Usuń
    3. Tak, wtedy dopiero jest zamieszanie, jak nie dość, że zapisaliśmy, to jeszcze zapisaliśmy tak, że nie wiemy, co zapisaliśmy ;). Natomiast co do Grimmów, nigdy nie słyszałam, żeby ktoś to wymawiał z "y" (w sensie, żeby w Niemczech). Ciekawe, skąd to się wzięło.

      Usuń
  5. A ja już wiem, jak się wymawia nazwisko Coetzee, choć dowiedziałam się tego w niefortunny sposób, bo dopiero na egzaminie z literatury afrykańskiej w językach europejskich. Dostałam pytanie o noblistów z RPA i myślałam, że błysnę, bo przecież czytałam sporą część książek tego pana. Wyszło jak zwykle, nazwisko wypowiedziałam tak, że egzaminujący musiał się upewnić, czy na pewno chodzi mi o tę osobę. Zresztą nazwisko wcale nie musi wyglądać na trudne, żeby je źle wymawiać. Nie tak dawno odkryłam, że 99% Polaków źle wymawia nazwisko pani Läckberg. Choć to i tak nie było na tyle wiekopomne odkrycie, jak wtedy, gdy dotarło do mnie, że Małgorzata Linde to jednak była Rachel.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to podziel się, podziel się, jak to jest z tym Coetzeem! Koniecznie! A co do Läckberg, to tak sobie myślę, że dużo osób ma tendencję do wyrzucania umlautów z pola widzenia i wymawiania litery tak jakby umlautem nie była (sama tak robię, jeśli mówię szybko albo z przyzwyczajenia).

      A Rachel Linde nigdy mi się nie przyjęła, nawet po "Ani..." w oryginale. Po prostu wtedy widzę zupełnie inną osobę :).

      Usuń
    2. Mówi się po prostu /kotsi/. Wyobrażasz sobie? Taka słodka wymowa dla tak poważnego pana. Chociaż to wersja angielska, a istnieje jeszcze wariat wymowy w afrikaans. Tu sobie można puścić: http://www.oxforddictionaries.com/definition/english/Coetzee-J.-M.

      Usuń
    3. /kotsi/ brzmi pięknie, ale to /kutsije/, jak to czytają w słowniku oksfordzkim, który podrzuciłaś, też jest niczego sobie i -- co istotne -- jakoś tak wynagradza moje podejrzenia, że to nie może być proste, oczywiste i jednorodne (bo są dwie wymowy -- co wyjaśnia te różne propozycje wymów, które do tej pory spotykałam). Dzięki Ci wielkie, mój świat się troszkę uprościł :).

      Usuń
    4. A czy tego a umlaut w Läckberg nie czyta się jako trochę dłuższe "a"? Wiem, że Szwecja to nie Finlandia, ale wspólna historia robi swoje, a nazwisko mojej fińskiej koleżanki, w którym są dwa "ä" czyta się właśnie przez trochę dłuższe a, [a:].

      Usuń
    5. No tak, ale przecież fiński na tle innych języków skandynawskich różnić się musi -- bo jest z rodziny ugrofińskiej. Ale to są moje przypuszczenia jako laika skandynawskiego ;).

      Usuń
    6. Umlaut w szwedzkim jest zupełnie zwykłym umlautem, co zmienia a na e :)

      Natomiast przystąpiłam do badań w kwestii Coetzeego i to się okazuje bardziej skomplikowane... otóż obejrzałam sobie na youtubie film, gdzie szanowny pisarz zaproszony został na uniwesytet w Kapsztadzie. Zapowiadają go dwie osoby, jedna mówi /ku'tsi/, druga /'kutsije/. Nawet akcent mają w innym miejscu. A człowiek siedzi obok. I nie protestuje. Albo się już przyzwyczaił, albo to taka kreacja - jestem tajemniczy, nikt nie wie, jak mnie wymówić ;)

      Usuń
    7. A to może tylko moje ucho jakoś tak wychwytuje różnicę :).

      Bardzo mnie ubawiła ta wizja Coetzeego, który jest tajemniczy i wymawialny na tyle sposobów. W sumie już jakoś tak od wczoraj odetchnęłam, wiedząc, że można go czytać z angielska i z południowoafrykańska, więc chyba zaczynam rozumieć, czemu i jemu to nie przeszkadza ;).

      Usuń
  6. 99% Polaków, a myślę, że i osób innych narodowości nieskandynawskiej, źle wymawia tamtejsze nazwiska. Jednak szwedzki czy norweski są mało popularne, a za to dość mocno przypominają znany chociaż z widzenia niemiecki. Kto prawidłowo czytał imiona dzieci z Bullerbyn? Taką Kjerstin w szczególności? Kto za młodych lat albo i za starych nie czytał z niemiecka nazwy portowego miasta Ystad? Kto wie, jak w oryginale przeczytać Oslo? A taki Sztokholm? Jednak u nas obowiązuje wersja czytana z niemiecka. Tym bardziej trudno się dziwić problemom z nazwiskami, które istnieją krócej w świadomości językowej ogółu. Pisarze, sportowcy... Tych ostatnich chociaż czasem wywołują głośno na stadionach, pisarze jakoś fonetycznie są rzadziej spotykani... No i już widzę minę księgarza, którego proszę o książkę pani (lekberj) z tym uroczym szwedzkim zaśpiewem i niemalże zgłoskotwórczym "j" :)
    Wszystkich języków znać się nie da, więcej, siłą rzeczy nawet próbując czytać te nazwiska w oryginale będziemy upodabniać pewne dźwięki do polskich i wtedy w ogóle wyjdą potworki... A w końcu taki Szekspir ma się po polsku dobrze i może to nie było takie głupie z tymi spolszczeniami... W końcu Rosjanie takich problemów nie mają...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, ale to czekaj, czekaj, powiedz coś więcej na ten temat - to jak powinno się wymawiać imiona i nazwiska dzieci z Bullerbyn? Bo ja nieświadomie czytam, jak piszą (albo, przyznaję bez bicia, z niemiecka). A co do rosyjskiego - to jest w ogóle dobra metoda sprawdzania, jak się coś wymawia: zobaczyć, jak się to zapisuje cyrylicą, bo wtedy mamy zapis fonetyczny (czasami specyficzny, jak "Gegel", ale jednak!).

      Usuń
    2. Z nazwami miast to jest trochę inaczej. Nigdy nie będziemy mówić Niu Jork, Pari, Milano. Spolszcza się je i już.
      Z nazwiskami natomiast warto zadać sobie trochę trudu, ale moim zdaniem też bez przesady. Czasami próby wymawiania dokładnie tak jak trzeba brzmią trochę pretensjonalnie.

      Usuń
    3. Z dziećmi z Bullerbyn jest o tyle problem, że zapis fonetyczny nie oddaje dwóch rodzajów szwedzkiego akcentu, przez który oni tak śpiewają ślicznie :) forvo chyba będzie do tego lepsze, ale tak w skrócie Kjerstin to coś w rodzaju śesztin, ale obie sylaby akcentowane, tylko na dwa różne sposoby :) Bosse to busse, Olle to ulle... Ale że książkę czytałam w dzieciństwie i potem jeszcze ze sto razy, a o wymowie pojęcia nie miałam, to i tak w polskim wydaniu będę je do końca życia czytać po polsku. Jungowska nagrała audiobooka, tam wymawia niektóre imiona tak ze szwedzka i dziwnie to brzmi... Syn twierdzi, że Bosse jest po polsku, Olle po szwedzku, Kjerstin też. Ale z akcentowaniem polskim.

      Usunęłam to na dole, bo mi się źle kliknęło i nie trafiłam w wątek.

      Usuń
    4. @Magdalena, no tak, ale mamy takie nazwy, które się spolszczyły (ten Nowy Jork, ale też różnego rodzaju Monachia i takie tam :-)), ale i takie, które się nie spolszczyły, bo nie miały okazji (bo wymieniano je z rzadka albo są bardzo małe). I tu powstaje ta zagwozdka, czy czytać je według oryginalnych prawideł fonetyki, czy może jednak jakoś tak na własny użytek.

      @asaszan, dzięki Ci wielkie! To jest fantastyczne, teraz jak będę czytała "Dzieci...", spróbuję wdrożyć te zasady koniecznie, bo to może być kolejna ciekawa przygoda :). Bo jasne, że zostaje z nami ta wymowa, którą wiele razy uskutecznialiśmy (do dziś Rebekę Dew z "Ani z Szumiących Topoli" czytam, no, po prostu "Dew" ;)), ale jak to miło odkryć w lekturze taką nową wartość dodaną, jak wymowa oryginalna :).

      Usuń
    5. Mnie jeszcze z tematów "jak to czytać" fascynuje kwestia ulicy Roosevelta w Musierowicz. Do Poznania nigdy nie zawitałam jakoś, nie wiem na pewno, jak tam się to wymawia, ale obiło mi się o uszy, że przez u. A oryginalnie jednak przez ou... Może mnie ktoś oświeci?

      Usuń
    6. Ja nie mam pojęcia - ale może jest tu jakiś poznaniak? Sama bym się z chęcią dowiedziała.

      Usuń
    7. W Warszawie jest plac Wilsona wymawiany po polsku (Wilsona nie Łilsona) i tak mówi lektor w metrze. Podejrzewam, że Roosevelta potraktowano podobnie, Ruzwelt.

      Usuń
    8. Na co dzień leci głównie przez "u". Aczkolwiek myślę, że na takiej zasadzie, na jakiej "Canal Plus", jak zawitał do Polski, był wymawiany jako "Kanal Plus". Bo tak dla ucha przyjemniej i dla języka wygodniej. Na marginesie, kiedyś była inicjatywa, żeby z Franklina Delano przerobić na Theodore'a. :)
      A co wymowy, to najbardziej utrwaliłam sobie kompletnie od czapy wymowę Borgesa. Czytałam "Fikcje" w wieku mocno nieletnim i nazwisko kojarzyło mi się jakoś z francuska. Do dziś, jak wymawiam, to muszę się najpierw zastanowić i skorygować w myślach.

      Usuń
    9. O, jest parę takich przykładów. Dżaspers i Bendżamin im świadkami ;). Dżaspers nie mój, a zasłyszany, od Bendżamina usiłuję się natomiast sama odzwyczaić.

      Usuń
  7. Czesi sami zczeszczaja nazwiska.
    za kazdym razem kiedy slysze/czytam Lina Heydrichova cos we mnie umiera :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ale to jest trochę coś innego, to znaczy to jest tak zwane přechylování, czyli dodawanie do nazwisk kobiecych tego nieszczęsnego "-ová", które tak wszystkich bawi (mnie, przyznam szczerze, czasami trochę też, chociaż zasadniczo przywykłam). Więc to nie do końca jest zczeszczanie, ale dostosowywanie do wymogów swojego języka -- jak najbardziej. J. K. Rowlingová na ten przykład ;).

      Usuń
    2. Słowacy, zdaje się, podobnie. Kiedyś usiłując przeczytać ichniejszą gazetę natknęłam się na Marilyn Monroeovą, teraz już nie jestem pewna pisowni, bo to lata temu było, ale pamiętam, że ze śmiechu brzuch mnie rozbolał :) Swoją drogą, czemu oni tak mają? Córkom dają tę samą końcówkę, czy bardziej przypominają zamierzchłą polszczyznę?

      Usuń
    3. O, i jeszcze jak sobie Czesi radzą z wymową tej nieszczęsnej Lackberg (brak umlautu z powodu nieumiejętności zrobienia go tabletem)? Jakby ją jeszcze chcieli poprawnie po szwedzku wymówić, rzecz jasna. Lekberjova im wyjdzie?

      Usuń
    4. To jest wszystko dla wygody przy odmianie (nie bardzo da się odmienić te nazwiska bez dodania tej końcówki -- bo Czesi naprawdę odmieniają niemal wszystko, co potem wchodzi w krew, sama się dziwię, jak się okazuje, że po polsku coś się nie odmienia i mówię rzeczy w rodzaju "idę do Tesca", "może da się to dostać na Allegrze" i tak dalej ;)) głównie, historycznie to jest trochę bardziej skomplikowane, ale aż tak się na tym nie znam, żeby to tłumaczyć :). I tych końcówek jest kilka, ale -ová jest najpopularniejsze (także z tymi córkami też najczęściej jest -ová, nie ma tego -owa/-anka jak u nas raczej, ale jest czasami -ina).

      A co do Läckberg, to ona się akurat przyjęła nieodmiennie, ale czemu -- nie wiem. W każdym razie z rzadka jej nazwisko odmienione napotykam, pałętając się po czeskim internecie :). Bo też i niektórych żeńskich nazwisk się nie odmienia -- w sumie to jest w dużej mierze taki uzus :).

      Usuń
  8. Jest rano, więc nie myślę jeszcze w pełni przejrzyście i na razie do głowy przychodzi mi tylko Jo Nesbo, którego imię wymawiałam błędnie do zeszłego roku i bez oświecenia ze strony znajomego w życiu nie wpadłabym na to, by wymawiać "Ju" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Przyznaję się bez bicia, że mnie oświeciło dopiero forvo, jakoś wcześniej nie zostawiałam się, że to może się czytać jakoś tak fikuśnie ;).

      Usuń
  9. Ale pocieszające może być to, że wszystkie nacje mają taki problem. Słowiańskie nazwiska też stwarzają obcokrajowcom niemałe problemy. Kapuściński, Szymborska, z Lemem może mniejszy problem. Ostatnio oglądałam amerykański talk show i był tam gość polskiego pochodzenia nazwiskiem Mizejewski. Został przedstawiony jako, uwaga, "Mirzedżuski". Już wcześniej zdarzyło mi się widzieć polskie nazwiska Amerykanów i jestem pewna, że gdyby je przeczytać po naszemu nikt by nie wiedział o kogo chodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to druga strona problemu i faktycznie słowiańskie nazwiska są zapewne dla obcokrajowców zastanawiające. I też mamy sporo podejrzanych dźwięków, które muszą brzmieć podobnie dziwnie, jak dla nieosłuchanego polskiego ucha (na przykład mojego) te wymowy skandynawskie ;).

      Usuń
  10. Trochę jak w tym kawale:
    Anglik i Polak rozmawiają o języku.
    - My to dopiero mamy dziwny język. Pisze się William Shakespeare, a czyta Łiliam Szekspir - mówi Anglik.
    - U nas jest jeszcze gorzej. Pisze się Bolesław Prus a czyta Aleksander Głowacki.

    (za suchar przepraszam, ale nie mogłam nie poddać się skojarzeniom)

    OdpowiedzUsuń
  11. Yrsa Sigurdardottir - i jak to wymówić?;)
    Oj, bywają problemy. Czasami ciężko mi się dogadać z czytelnikami, bo wymawiają nazwiska autorów zupełnie inaczej niż ja i nie od razu wiem, o kogo im chodzi;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj właśnie, bo to jest jeszcze ten problem z drugiej strony :)! Chyba jednak to pisanie (wyraźne) na karteczkach nie jest wcale takim złym pomysłem ;).

      Usuń
  12. Nie mam czasu przeczytać wszystkich komentarzy, więc ktoś już może to napisał, ale ja robię tak: wpisuję z Google Translator, który sam wykrywa język (a jeśli źle wykryje zawsze można go poprawić) i klikam w ikonkę, żeby automat mi przeczytał. Z podanych przez Ciebie przykładów: dla Coetzee otrzymujemy "kutzije" (afrikaans - język wykryty) albo "kutzii" (angielski), dla Steinbecka "stajnbek" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli, w świetle wiedzy nabytej też dzięki innym komentarzom, działa :). Nie wpadłam na to, a to cudnie, że tam jest taka możliwość. Dziękuję!

      Usuń
  13. Dla mnie zaskoczeniem była wymowa nazwiska autora "Podziemnego Kręgu" - Chuck Palahniuk /pałlanik/.
    Na jego stronie internetowej w dziale FAQ wyjaśnienie znajduje się pod numerem 1, także o tyle ułatwił czytelnikom sprawę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pomyślałam o nim, ale też i, żeby być prawdomówną, nie wiedziałam, że tak się to czyta (dzięki!). Za to widać, że autor wie, że mamy z nim problem, chwali się mu to :).

      Usuń
  14. Niektóre wymowy są do posłuchania albo przeczytania fonetycznie na wikipedii, np. rzeczony Coetzee:

    http://en.wikipedia.org/wiki/J._M._Coetzee#cite_note-1

    (Z czego wynika, że nikt naprawdę nie wie... :D)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już się przywiązałam przez te kilka dni do /kutsijego/ ;). Natomiast ta opisana wyżej przez @asaszan wizja Coetzeego z tajemniczą miną słuchającego, jak go wymawiają, bardzo do mnie przemówiła ;).

      Usuń
  15. Przepraszam za odgrzebanie i w ogóle bycie obok tematu (w temacie powiem tylko, że komentarze spod tego wpisu bawią, uczą, wychowują i ratują czytelnicze życie), ale jak już przy nazwiskach autorów i spolszczaniu (czy jakimkolwiek z-językowywaniu) jesteśmy.
    Trafić można podobno w moim mieście na opornych księgarzy, którzy nie rozumieją, o kogo chodzi, gdy pyta się o Głuchowskiego.
    I już pal licho, że księgarze wyraźnie nieogarnięci, bo pisarz stał się przez "Metro 2033" jednak zdecydowanie rozpoznawalny w kręgach czytujących fantastykę/sf/postapo/etc., i co - wszyscy przychodzili pytać o "Glukhowskiego"? Jakoś nie wierzę. Zresztą wszędzie w Internecie się go po "zwyczajnej", polskiej wersji nazwiska, odnajdzie. Nie wiem, czy bardziej mnie wzmiankowana sytuacja rozbawia, czy jednak denerwuje, bo doprawdy nie widzę sensu w upowszechnianiu okładkowo/wydawniczym angielskiej transkrypcji nazwiska rosyjskiego pisarza.
    Dodatkowo ostatnia wydana w Polsce powieść tego pana nosi po rosyjsku tytuł Будущее, czyli po prostu Przyszłość. Po polsku jednak musiała ukazać się pod tytułem "Futu.re". Mhm.

    Zirytowana (ale jednocześnie szczęśliwa, bo dzięki komentarzom nauczona wymawiać nazwisko Coetzee, oraz oświecona, że istnieje forvo),
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ odkopuj, to fajnie, jak wpisy sprzed jakiegoś czasu znowu ożywają :). Z tą transkrypcją/transliteracją to w ogóle jest problem, bo jakoś się tak w przeciągu ostatnich lat zrobiło, że więcej mamy właśnie transkrypcji nie-słowiańskich, niż polskich, chociaż przecież latami przekładało się to po prostu przy użyciu liter, które mamy (to "kh" nieszczęsne jako "ch", chociażby, ale i cała masa różnych "zh" - "ż" i tak dalej). Sama jestem ciekawa, z czego to wynika, że nagle się u nas zrobiło tak anglosasko, ale mówiąc zupełnie szczerze nie mam pomysłu. Może ktoś wie?

      Usuń
    2. Mam wrażenie, że angielskie transkrypcje panoszą się u nas z banalnego powodu: Polacy nie dbają o swój język (i może go nie znają na tyle, by dbać?), a niektórzy pewnie uważają niestety wciąż, że co z Zachodu to lepsze, a jak już z języka angielskiego to doskonałość wcielona. Wydaje mi się, że ta nieszczęsna moda pojawiła się najpierw w sporcie - nazwiska np. bokserów ze Wschodu przy okazji różnych gali międzynarodowych pojawiały się w transkrypcji na angielski, nasi komentatorzy tego nie prostowali, kibice bezmyślnie podchwycili i tak zostało. A jak sami nie zadbamy o taki szczegół, jak zapisywanie tych nazwisk po polsku, to inni tego za nas nie zrobią - i podejrzewam, że np. osobom z Rosji wygodniej na Zachodzie posługiwać się jedną transkrypcją swojego nazwiska, niż zapisywać je inaczej w Polsce, a inaczej w Wielkiej Brytanii.

      Usuń
    3. No tak, tylko że czy aby w sporcie nie chodziło też o to, żeby posługiwać się tą jedną transkrypcją dla celów, powiedzmy, komercyjnych? Bo tak mi się dotąd wydawało (może niesłusznie). I potem się to wszystko jakoś tak posklejało i przeszło też na literaturę na przykład -- też tak bym obstawiała.

      Usuń