Wędrówka po miejscach z książkami albo przepis na ciekawe popołudnie

 
Taka piękna, wiosenna sobota, nie wiem, jak Wy, ale ja wraz z nadejściem wiosny czuję, że mogłabym zrobić wszystko – w tym czytać całymi dniami. Tak się oczywiście nie dzieje, bo czytać całymi dniami jest trudno: czasami człowiek chce coś zjeść, z kimś pogadać, zrobić sobie herbaty, pójść na spacer albo po prostu nie czytać, bo krzesło jakieś takie dzisiaj niewygodne, a to co akurat mamy pod ręką, jakoś nie wciąga.
 
W takiej sytuacji dobrze jest mieć na podorędziu coś innego (swoją teorię na ten temat wyłuszczyłam już tutaj). Całą sprawę zdecydowanie ułatwia, kiedy nie musimy po książkę nigdzie się wybierać. A wiadomo, bywa i tak, że na to, co mamy w domu, zwyczajnie nie mamy ani trochę ochoty. Gdzie zatem się wybrać, żeby nie ruszając się z domu/balkonu/ogródka (byleby sięgało tam wi-fi) zaopatrzyć się w coś nowego, ciekawego, coś, o czym może wcale nie wiedzieliśmy, że możemy chcieć przeczytać?

Mam kilka miejsc, w które w takich chwilach wędruję i nawet jeśli nie znajdę niczego „na teraz”, to z dużą przyjemnością pooglądam zawarte tam zbiory. Są to miejsca, gdzie książki można przeglądać, ściągać bądź pobierać za darmo, wybór jest wręcz nieprzyzwoicie duży, a do tego nie trzeba mieć czytnika, bo oferują też stare dobre pedeefy, jeśli ktoś woli czytać na urządzeniu innym niż czytnik. Choć nasz domowy czytnik toleruje pedeefy i chwała mu za to, to czasem korzystam też komputera, stąd nie krzyczę: „jak możesz nie używać czytnika?!” ani „jak możesz używać czytnik?!”, bo nie ma to większego sensu. Także możecie wybrać się ze mną na tych pięć wirtualnych przechadzek nawet wtedy, kiedy nie macie lub nie lubicie czytników. Gotowi? Czyste kartki i pliki przygotowane, żeby sobie zapisywać, co też ciekawego znaleźliście – na teraz albo na potem, albo na kiedyś? No to w drogę!




Przystanek pierwszy: Tak z dekadę temu nie sądziłam, że coś takiego w ogóle będzie możliwe, czyli Wolne lektury: Sami już zapewne zauważyliście, że polecam Wolne lektury przy każdej nadarzającej się okazji, a to dlatego, że uważam ten portal za cudowną inicjatywę. Znajdziecie tam książki nie tylko po polsku, ale też na przykład niemieckich klasyków po niemiecku, widziałam też co nieco po litewsku, jeśli ktoś włada tym językiem, a zapewne to jeszcze nie wszystko. Wolne lektury, zgodnie ze swoją nazwą, dysponują dużym zbiorem książek raczej starszych, to znaczy tych, które często znajdziemy na listach lektur, ponieważ znalazły się w domenie publicznej. Co oznacza, że każdego roku pierwszego stycznia można sprawdzić, od czyjej śmierci upłynęło 70 lat i jego dzieła mogą się w tejże domenie publicznej znaleźć. Także oczywiście jest nam smutno, że autor nie żyje, ale z drugiej strony – jego książki możemy znaleźć w zasobach Wolnych lektur, coś za coś. Przy czym to są książki utrzymane w konsekwentnej, prostej i czytelnej szacie graficznej, opracowane pod kątem „przerabiania” ich w szkole, jeśli ktoś takiej wiedzy potrzebuje (na marginesach są hasła) i z dodanymi przypisami (jeśli są słowa, które są archaizmami albo dzisiaj wyszły z użycia). Daną książkę można sobie ściągnąć na czytnik, czytać on-line („ach, tu jesteś, „Pogrobku” Kraszewskiego, muszę cię natychmiast zacząć czytać!”) albo załadować w pedeefie na potem. Można też wspierać fundację w uwalnianiu kolejnych książek (przeprowadzane są tam specjalnie zbiórki na kolejne utwory). Zwykle wyprawiam się na Wolne lektury, by odświeżyć albo nadgonić klasykę, poszperać w dziełach co starszych noblistów albo zobaczyć, jakie ciekawe powieści mnie dotąd omijały łukiem (albo zgrywać na domowy czytnik moje ukochane klasyki i biegać za Domownikiem, mówiąc mu, że koniecznie powinien do czegoś zajrzeć, bo takie jest dobre, a do tego o, proszę, tutaj, nie trzeba daleko chodzić). W dodatku wciąż mnie zachwyca, że wiele lektur szkolnych jest tu po prostu pod ręką – a pamiętając jeszcze przeboje z niektórymi pozycjami, których w bibliotece szkolnej nie było w wystarczającej ilości, wzdycham rzewnie.
 
 
 
 

Przystanek drugi: Dlaczego nikt się nie pokusi na wznowienie tego dzieła, czyli Federacja Bibliotek Cyfrowych: to jest, mam wrażenie, rzecz nieco mniej znana, a bardzo przydatna, jeśli lubicie czytywać starocie, które miały pierwsze i jedyne wydanie na przykład w 1911 roku i nigdzie nie można ich znaleźć, a wieść niesie, że byłoby warto. Otóż to nie jest jeden portal, ale unia kilku bibliotek, które swoje zbiory digitalizują i w takiej formie udostępniają. To są często biblioteki naukowe, ale nie oznacza to wcale, że znajdziecie tam same rękopisy o leczeniu świądu metodą Paracelsusa, wręcz przeciwnie, znajdziecie tam całe mnóstwo intrygujących prac literackich: sama zawędrowałam tam szukając wydanego tylko raz i to w mikrym nakładzie tłumaczenia opowiadań Hermanna Lönsa, i oczywiście – znalazłam! Czasami potrzebujecie w przeglądarce wtyczki do oglądania plików o dziwacznym rozszerzeniu djvu, ale poza tym całe zbiory stoją przed Wami otworem. A czegóż tam nie ma: stare roczniki czasopism (a tam wieści, ile wiorst jest z Ziemi na Jowisza i jaka książka aktualnie budzi zgorszenie na salonach), stare słowniki, z rzadka wznawiane powieści z oryginalną ortografią i wiele, wiele więcej. Także jeśli macie coś, co chcieliście przeczytać, ale wszyscy odsyłają Was do archiwum – zajrzyjcie na FBC, a nuż tam już to zdigitalizowali?
 
 
 
 

Przystanek trzeci: Koty śmieszyły ludzi zawsze, więc pisali o nich rozprawy, czyli Polona: Polonę, czyli Cyfrowa Biblioteka Narodowa, to skarbnica, w dodatku nie wiem, kto za nią stoi, ale są to osoby z niepoślednim poczuciem humoru. Możecie tutaj znaleźć stare książki (i to nie dość, że takie, na jakie raczej nie wpadniecie sami, to jeszcze pogrupowane w większe zbiory, więc można je znaleźć pod konkretnym hasłem, jak na tacy), ale też mapy, pojedyncze druki, które ktoś kiedyś napisał i wydrukował, bo uznał, że to świetny pomysł, obrazy i pocztówki, a także stare czasopisma (niekoniecznie kompletne albo prawie kompletne roczniki, jak w FBC, ale jednak). Często na Polonę zaglądam w poszukiwaniu natchnienia i wytchnienia, podczytuję, oglądam, zachęcam innych, żeby też się w te strony udali, bo bardzo, bardzo warto. A żeby nie być gołosłowną, już niedługo o jednym znalezisku z Polony napiszę dłużej. A tymczasem możecie spokojnie sami poeksplorować jej zbiory i nadziwić się, i pozachwycać, co też kiedyś ludzie wymyślali i pisali.
 
 
 
 

Przystanek czwarty: Z pradziejów internetu, czyli Project Gutenberg: To chyba najdłużej mi znany portal, gdzie od zawsze, to znaczy odkąd się dowiedziałam, że mogę, wyszukuję różne książki, które chciałabym przeczytać w oryginale. Bo w Projekcie Gutenberg znajdziecie przede wszystkim książki po angielsku, ale też takie po niemiecku, francusku, włosku i portugalsku (i być może jeszcze po jakiemuś, nie wykluczam). Także jeśli macie ochotę na kontakt z klasyką w jej oryginalnym języku, a brak papierowej formy Wam nie przeszkadza, to jest strona, na którą powinniście się udać, jeśli jeszcze jej nie znacie. Poza tym dostępne książki pogrupowane są hasłowo, to znaczy możecie szukać na wirtualnej półce z klasykami albo z literaturą dziecięcą, albo na ten przykład z legendami arturiańskimi albo uprawą roślin. Zbiory projektu są duże i ciągle rosną, więc warto trzymać rękę na pulsie. Znowu: najnowszych rzeczy tu nie znajdziecie, ale za to ile takich, których istnienia nie przypuszczaliście, ho, ho! No i zawsze można się przekonać, jak nam idzie lektura w języku innym niż ojczysty.
 
 
 
 

Przystanek piąty: Po sąsiedzku, czyli Miejska biblioteka publiczna w Pradze: Pamiętacie, jak wspominałam, że lubię sobie podczytywać czeską listę lektur szkolnych? No to właśnie w przeważającej części stąd je biorę. Na tej stronie można sobie ściągnąć wygodną paczkę ze wszystkimi lekturami naraz albo wybrać się na zwiedzanie bogatej, udostępnionej co prawda zwykle nie w całości, ale w jakiejś części, bibliografii konkretnych pisarzy (wspominanej przeze mnie nie raz Niemcowej, na przykład, ale też znanego u nas dobrze Haška). Można też poczytać komiksy, udać się na wyprawę po Pradze albo zobaczyć czeskie sherlockiana (tak, tak!). Także nawet jeśli nie znacie czeskiego (albo chcecie się przekonać, czy może jednak nie dalibyście rady poczytać po czesku, albo chcecie się uczyć na słowie pisanym i z tuzina innych powodów), można zajrzeć i pooglądać obrazki. Bardzo dobra rzecz, nie trzeba się wybierać do Czech, żeby mieć czeskie książki – wiadomo, nie wszystkie i raczej te starsze – na wyciągnięcie myszki.

A może znacie jeszcze jakieś inne miejsca z darmowymi e-książkami? Z chęcią wybrałabym się na zwiedzanie kolejnych, nowych.

______________

Jutro temat tu z dawna nie widziany, czyli recenzja. A to dzięki temu, że uporałam się z lekturą, co szła mi wolno, żeby przedwczoraj nagle przyśpieszyć i się skończyć, o.

Weź dokładkę!

7 komentarze

  1. Kilka linków mam na blogu w zakładce "Książki z domeny publicznej", ale w praktyce korzystam najczęściej z Gutenberga, Feedbooks (zasadniczo to serwis, gdzie się e-booki kupuje, ale mają też duży dział z darmowymi) i Wolnych Lektur. Federacji Bibliotek Cyfrowych rzeczywiście nie znałam, więc z chęcią się tam rozejrzę.
    A z nadejściem wiosny ja też czuję, że mogłabym robić wszystko, niestety wiem też, co robić muszę, i nie jest to bynajmniej czytanie książek przez cały dzień ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, ale wiosną nawet rzeczy, które robić trzeba robią się nagle o wiele przyjemniejsze, jakoś łatwiej się za nie zabrać, a co najważniejsze właśnie przez tę wiosenną siłę szybciej się można z nimi uporać (chyba, że nagle człowiek czuje bardzo pilną potrzebę spaceru, wtedy trzeba się przemagać, ale cóż poradzić ;)). Swoją drogą, kiedyś myślałam, że taki zawód polegający wyłącznie na czytaniu książek, byłby bardzo przyjemny -- ale teraz myślę, że pewnie by przymus czytania odbierał jakąś część jego uroku.

      Usuń
  2. Gutenberg Project był moją ulubioną stroną na studiach. Wreszcie mogłam nadrobić wszystkie Trudno dostępne klasyki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? A teraz, kiedy dodatkowo istnieją przeróżne urządzenia mobilne, nie trzeba nawet spędzać czasu na czytaniu z komputera, co jeszcze ułatwia dostęp do tych klasyków i go uprzyjemnia :).

      Usuń
  3. Ja mogę polecić projekt Roberta J. Szmidta, czyli bibliotekę Fantastyka polska - w zasadzie pozostaje tylko żałować, że w trakcie czytania nie da się zatrzymać, albo chociaż zwolnić upływu czasu ;-) Tyle jest jeszcze do przeczytania!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak, zdecydowanie tak -- mam ich w zakładkach. Podczytuję tam często opowiadania, ale zabiorę się w końcu także i za powieści. Przyłączam się do polecania, bo to świetny projekt!

      Usuń
  4. I ja polecam wspomnianą stronę-świetny sposób na stopniowe oswajanie się z fantastyką ^^

    OdpowiedzUsuń