Wilki, krew i pomarszczone ręce albo czego oczekujemy od książki dla dzieci


Na dzisiaj przypada jedno z ważniejszych czytelniczych świąt w roku, czyli Dzień Książki dla Dzieci. Ponieważ już sprokurowałam przeróżne listy moich ukochanych książek dla dzieci (na przykład tu i tu), więc pomyślałam, że nie ma sensu powtarzać tego, tyle że w innej konfiguracji, za to nadarza się pyszna okazja, żeby zastanowić się nad tym, czego jako czytelnicy już nie dziecięcy – ale zainteresowani literaturą dziecięcą bądź ją czytający dzieciom własnym i cudzym – oczekujemy i jak się do tego mają nasze kulturowe wymogi.


W sumie wydaje mi się, że spór o to, jaka powinna być książka, której docelowym odbiorcą jest dziecko, jest starutki. Weźmy chociażby przykład, który chyba każdemu ciśnie się na usta, czyli Baśnie Braci Grimm. Baśnie są takim gatunkiem, który jakoś automatycznie kojarzymy z czytaniem dziecku/dzieckiem będąc. Czy słusznie? Cóż, wydaje się, że zadziałała tutaj pewnego rodzaju historyczna kalka, to znaczy że jako dzisiejsi czytelnicy narzucamy nasze widzenie (baśnie są dla dzieci) na widzenie naszych czytelniczych przodków (baśnie są pierwotnie opowiadane, nie spisane, i przekazują pewien zestaw mądrości, niekoniecznie dla dzieci). Oczywiście z baśni dla dziecka może płynąć przekaz nie dość, że pozytywny, to jeszcze faktycznie czegoś uczący (ładnie o tym pisał w swojej klasycznej już pracy pedagog Bruno Bettelheim). Zresztą to właśnie Bettelheim zwrócił uwagę na coś, co bulwersowało opinię publiczną od pierwszego wydania Grimmów począwszy: czemu to jest, u licha, takie krwawe i czy to aby na pewno dobrze?

Bo jak to z tymi Grimmami było? Do braci, którzy tak w zasadzie to byli językoznawcami (i napisali gigantyczny słownik niemiecki, naprawdę masa pracy i niesamowity efekt – jeśli się szuka jakiegoś słowa, z tych starszych, którego nigdzie nie ma, u Grimmów jest na pewno i do tego obudowane synonimami, kontekstami i przykładami użycia, często zdarzają się rymowane kołysanki, sama radość), przyszedł Clemens Brentano, też zresztą dzisiaj kojarzony głównie z baśniami (baśń o Skoczykąsie!) z pomysłem, że dobrze by było wstrzelić się w aktualny trend – dziewiętnasty wiek, sami rozumiecie – i zebrać jakieś ludowe bajania, i je spisać. Bracia zakasali rękawy, zebrali mnóstwo materiału, słuchając niań, babć i lokalnych zbieraczek (z jedną z nich Wilhelm Grimm się zresztą ożenił), po czym dowiedzieli się od Brentana, że ten już nie jest zainteresowany. Wydali więc baśnie na własną rękę – i wkrótce wydali je raz jeszcze, z lekka ocenzurowane. Bo jednak Grimmowie byli przede wszystkim naukowcami, starali się więc wyciągnąć z materiału jak najwięcej pod względem etnograficznym, co okazało się zbyt drastyczne jak na salonowe oczy czytelników; a potem i dla dzieci.

Tyle tylko, że duża część dzieci, jak się zdaje, Grimmów się boi, ale ten strach, taki kontrolowany, wcale im specjalnie nie szkodzi (to obserwacja Bettelheima, ale i z doświadczenia się pod nią podpisuję). Czy zatem musimy dziecko chronić przed każdą, ale to każdą przemocą w baśni? Baśni, która operuje jednak pewnym językiem umownym – inna sprawa, czy ta umowność dla czytelnika/słuchacza lat pięć jest czytelna – i czy dałoby się to rozszerzyć na literaturę dziecięcą w ogóle? Bo przecież trudno mówić o tym, by słodkie, ugładzone historyjki zyskiwały jakiś szalony poklask i idącą w lata popularność. Zdaje się, że sami najmilej wspominamy te książki, w których coś było nie tak, a bohater przekraczał jednak ramy takiego społecznego tabu: czy to chłopiec, co chciał strach poznać z baśni Grimmów, czy zupełnie nieprzystosowana do mieszczańskiego stylu życia Pippi Pończoszanka, czy wyłamująca się z wizerunku grzecznej niani Mary Poppins.

Weźmy jeszcze inny przykład, na którym dobrze widać pewną ewolucję oczekiwań czytelniczych. Kiedy debiutował „Harry Potter i kamień filozoficzny”, seria o nastoletnim czarodzieju była skierowana do dzieci. I tak się to trzymało mniej więcej do czwartego tomu, a potem zrobiło się mrocznie i mniej przyjemnie. Autorka argumentowała, że seria rośnie z czytelnikami – i rosła, ale z tymi, którzy kiedy wyszedł „Kamień...” mieli te dziesięć-dwanaście lat. Ale co w momencie, kiedy seria jest już cała i dziecko lat dziesięć sięga po przygody Harry'ego i czyta, czyta aż kończy ten tom czwarty i rodzic zastanawia się, co dalej? Bo jednak atmosfera i sposób pisania świata i bohaterów u Rowling się zmienia wyczuwalnie – i teraz czy mamy odmówić małemu czytelnikowi prawa do dowiedzenia się, co dalej z ulubionymi bohaterami aż co, aż skończy szesnaście lat? No właśnie.

Jeszcze innym problemem, który się od czasu do czasu przewija w dyskusjach o literaturze dziecięcej, jest kwestia tego, o czym dziecku mówić, a o czym nie. Zostawmy zatem na boku ucięte języki, zmiażdżone kończyny i wyłupione oczy z baśni Grimmów, a przejdźmy do kreciej kupy, wyglądu narządów rodnych i pingwinów tej samej płci wychowujących dziecko. W pewnym momencie zaczęły pojawiać się książki dla dzieci – także tych zupełnie małych – w których tematy tabu zaczęły powoli więdnąć i przestawać być tabu. Oczywiście oburzano się, że jakże to tak, przecież to deprawuje, rozbudza i obrzydza! Ale zastanawiam się, czy nie jest jednak po trosze tak, że te klasyki literatury dziecięcej też te tematy poruszały, a może niekoniecznie akurat te, ale w każdym razie, jak argumentowałam wyżej, łamały tabu. Jasne, było to wtedy tabu innego rodzaju, bo tabu były na przykład podziały społeczne albo to, że nie każdy jest w stanie wysiedzieć w szkolnej ławce czterdzieści pięć minut, ale jednak były to tematy trudne, niepopularne i niemile widziane. Bo czy literatura dziecięca ma wychowywać? Zapewne w jakiś sposób ma. Ale czy wychowywać znaczy wkładać w odpowiednie szufladki społeczne? No właśnie, chyba nie do końca.

Każda epoka, wychodzi na to, ma te swoje tematy tabu. No dobrze, ale wracamy do Grimmów, bo jednak, powiecie, co to za tematy tabu w epoce, kiedy chadzało się radośnie z dziećmi na publiczne egzekucje. Wydaje mi się, że jednak dochodzi tu jeszcze jeden komponent, mianowicie wiara w słowo pisane i przypisywane mu właściwości. Co prawda mieliśmy już wtedy różne druki dziwnej treści, ale mimo wszystko utrzymywało się takie przekonanie, że co wydrukowane, to jakoś poddane nobilitacji. Stąd na przykład nieco później cała ta awantura o powieści jako demoralizujące młodzież. Dlatego chyba to, co można było pokazać siedzącemu radośnie na barana synowi nie do końca nadawało się do czytania dla dam, przygrywających kanarkowi na pianinie. I ci Grimmowie, wracając do czasów dzisiejszych, w jakiś sposób uchwycili tą wychowawczą rolę literatury, to znaczy oczywiście historia o tym, że jak się będzie niegrzecznym, to się umrze, nie jest specjalnie dobrym środkiem wychowawczym, ale zgodnym, było nie było, z duchem epoki, w której powstało - to znaczy epoki, w której dziecko było miniaturowym dorosłym (dzieciństwo to dość późny wynalazek) i w pewien sposób wychowywanym tak, jakby już dorosłe było.

To znaczy, zmierzając ku końcowi, czy my naprawdę oczekujemy, jak można by z pozoru sądzić, że literatura dla dzieci skieruje nas w rejony, hm, miłe? Wydaje mi się, że niekoniecznie. Że jasne, potrzebujemy szczęśliwych zakończeń, żeby poczuć się bezpiecznie – to normalne – ale czy prowadzeni po drodze przez różne trudne tematy tam nie dotrzemy? To oczywiście kwestia w jakiś sposób otwarta, bo pewnie każdy z nas spodziewa się po książce dla dzieci czegoś innego. Ale dobrze jednak, że coraz mniej tematów się z nich wyklucza – tak długo, jak jednak utrzymuje się pewną narrację, która pozwala się w pewien sposób poczuć lepiej: czasami dlatego, że odnajdujemy tam bezpieczny świat, jaki znamy, a czasami, że zaczynamy się czuć bezpieczniej w świecie, bo właśnie zrozumieliśmy jakiś kolejny jego kawałek.

A Wam jak się wydaje?

______________

Powoli zmierzamy ku Świętom, więc jutro temat już taki trochę do Świąt nawiązujący.

Weź dokładkę!

19 komentarze

  1. Hm, jak byłam mała (a było to u schyłku lat osiemdziesiątych) miałam taką książeczkę "Nie wierzcie w bociany!), ilustrowaną zresztą przez Lutczyna. I tam było dokładnie pokazane skąd się biorą dzieci, co się dzieje w brzuchu kobiety w czasie ciąży itp. Rysunkowo i bez medycznej terminologii, ale też bez infantylizacji. Więc to nie jest tak, że tego typu książki to wymysł ostatnich lat, a wcześniej tylko bociany i kapusta ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też miałam nie wierzcie w bociany :)

      Usuń
    2. Cudownie, muszę gdzieś tę książkę zdobyć (w mojej biblioteczce domowej jej nie było, niestety). Ale tak w ogóle, to się jak najbardziej zgadzam, że to nie jest tylko i wyłącznie kwestia ostatnich lat - mam po prostu wrażenie, że ta dyskusja o tym, że takie treści są dla dziecka szkodliwe, zrobiła się głośna dopiero ostatnio; trochę jakbyśmy mieli powrót do uznania dzieciństwa za tę krainę sielską, anielską.

      Usuń
    3. A dzieci to słodkie małe aniołki, niewinne i dobre... Mam wrażenie, że ta dyskusja wynika z chęci ochrony dzieci przed światem, który dorosłych przeraża. Ale odcinanie dzieciom dostępu do pewnych treści czy emocji może mieć naprawdę zły efekt (tym bardziej, że w tych uładzonych wersjach bohaterowie/bohaterki są często bezwolni).
      Podobno "Koralina" Neila Gaimana straszy tylko dorosłych. Dzieci uważają ją za wspaniałą baśń.

      Usuń
    4. Dlatego warto, moim zdaniem, czytać książki dla dzieci nawet nie będąc dzieckiem, bo czasem sporo można się z nich nauczyć - na przykład otwartości poznawczej (jasne, że nie zawsze, ale jednak często). A to z "Koraliną", to ciekawe - przeczytałam ją już na studiach i uznałam za naprawdę przerażającą (dużo bardziej niż "Księgę cmentarną"), a nie znam żadnego dziecięcego czytelnika Gaimana, niestety.

      Usuń
  2. Jak cudownie i pożytecznie, że wspominasz o Bettelheimie! To chyba pierwszy badacz baśni, który powiedział głośno, że dzieciństwo wcale nie jest tak urocze i sielankowe, jak je malują. Gorzej: pełne jest lęków i wewnętrznych konfliktów, a zadanie baśni polega na tym właśnie, by pokazać, że konflikty te można i trzeba przezwyciężyć. Stąd to popularne zakończenie baśni - bohater zostaje królem - które według psychoanalityków oznacza zapanowanie nad swoją ciemną stroną. Jeśli spojrzymy na baśnie z tej perspektywy, to okaże się, że zło jest w baśniach konieczne, po prostu. Dziecko musi odczuć strach, by zrozumieć, że można go pokonać.

    Dlatego nie cierpimy tych słodkich i uładzonych historyjek, a ciągnie nas do Grimmów. Bo słodkie i uładzone historyjki nic nam nie dają, a Grimmowie - tak.

    Co więcej, według B. dziecko wcale się baśni aż tak nie boi, bo najgorsze przydarza się w nich postaciom negatywnym, z którymi dziecko się nie utożsamia. Kiedy więc siostrom Kopciuszka gołębie wydłubują oczy, dziecko traktuje to jako zrozumiałą i zasłużoną karę (taki z niego mały drań). Podobno też nie potrafi tak naprawdę pojąć ich cierpienia, choć to pewnie zależy od konkretnego dziecka. Wychodzi na to, że to my, dorośli, odczytujemy baśnie dosłownie; dla dzieci ich umowność jest zrozumiała sama przez się.

    Oczywiście B. można krytykować, choćby za to, że szuka uniwersalnych znaczeń w baśniach, które są jednak produktem konkretnej epoki i konkretnych autorów (Grimmowie, na przykład, zmieniali i poprawiali swój zbiór przez kolejne 50 lat od wydania). W XIX wieku chodziło nie tylko o wiarę w słowo pisane, o której wspominasz, ale i o powszechne przekonania: że dyscyplinę najlepiej umacniać strachem (patrz: Czerwony Kapturek), że literatura powinna wzmacniać moralność, wiarę w Boga i społeczne przystosowanie, i że nie wolno atakować rodziny, na której opiera się stabilność państwa (stąd te wszystkie złe macochy, które podobno w pierwszej wersji zbioru Grimmów były po prostu matkami).

    Jest też u Bettelheima fajny fragment, w którym autor zastanawia się, dlaczego dorośli nie chcą czytać dzieciom baśni. I oczywiście pierwszy powód to taki, że są one okrutne. Ale już drugi powód brzmi: bo baśnie przedstawiają wyidealizowany świat, w którym wszystko kończy się dobrze, i dorośli nie chcą okłamywać swoich dzieci. Ot, zagwozdka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, z tymi matkami to była właśnie cała afera, że jak to matki, stąd potem stały się macochami (nie wiem, czy w tym nie należałoby się jeszcze doszukiwać pewnej bulwarowości i obsceny - matka zabijająca dziecko jest w końcu tematem często się w prasie dziewiętnastowiecznej pojawiającym, przy czym obniżającym morale, więc raczej w prasie bulwarowej; stąd może też, oprócz tego, o czym piszesz, ta niechęć do pokazywania matek w ten sposób).

      I oczywiście bardzo słusznie zwracasz uwagę na tę pewną "moralną" służebność literatury, która przetrwała bardzo długo, a w niektórych miejscach literatury nawet do teraz. Poza tym mnie się wydaje, że i tak to, co Bettelheim robi z baśniami - nawet te wątki psychoanalityczne - to i tak nie jest jeszcze pójście na całość z tym szukaniem uniwersalnych struktur i wzorców, jak to się stało u strukturalistów ;). Ale abstrahując od tego, zastanawiam się, jak to jest z tą intuicyjnością odczytywania umowności, bo jednak mnie zawsze było żal pewnych bohaterów, jeśli coś się z nimi działo (nie, żeby od razu schwarzcharakterów, bo jednak oni są stosunkowo mało zróżnicowani, ale jednak).

      Usuń
    2. Ciekawy trop z tą prasą bulwarową, szczególnie że do cenzury "namawiały" Grimmów także władze pruskie, żywo zainteresowane utrzymaniem dobrego wizerunku rodziny.

      Na szczęście i strukturalistom, i psychoanalitykom w końcu ostro się oberwało za ten uniwersalizm. Stąd bardzo ciekawe reinterpretacje baśni z punktu widzenia krytyki feministycznej (przeciw opinii Bettelheima, że chłopcy i dziewczynki odbierają baśnie tak samo) czy badań historyczno-socjologicznych, które zwracają uwagę właśnie na kontekst epoki.

      A z odczytywaniem umowności to jest pewnie tak, że zależy od wrażliwości konkretnego dziecka. Mnie jednak chodziło bardziej o świadomość, że baśń to tylko opowieść, a nie prawda. Że po przeczytaniu "Kopciuszka" dziecko nie będzie się bało, że przylecą gołąbki i wydziobią mu oczy, bo wie, że to, co przed chwilą czytało, było fikcją.

      Usuń
    3. Z tym uniwersalizmem to z jednej strony jest ciekawie (bardzo lubię klasyfikację Aarnego-Thompsona, ciekawe rzeczy można wyczytać u Proppa), z drugiej masz rację, że dużo więcej czytelnikowi dają te interpretacje, które otwierają nowe okienka, pokazują, że tam jest coś więcej niż struktura i schemat. Ale to chyba było kiedyś jednak dość krzepiące, myśleć, że się dokopie do głębokiej ukrytej struktury rzeczywistości ;).

      No właśnie jak to jest z tym odbiorem fikcji - nad tym się zastanawiam. I nie jestem do końca pewna, czy dziecko nie wierzy w prawdziwość opowieści (czy raczej: każde dziecko, sięgając po wielkie kwantyfikatory). Bo dobrze pamiętam, jak święcie wierzyłam w pewne aspekty przedstawianej w baśniach rzeczywistości. Zresztą nie wspominając już o tym umacnianiu dyscypliny przez strach, o czym zresztą wspominałaś - to jednak zasadzało się na wierze dziecka w to, że ten wilk jednak przyjdzie.

      Usuń
    4. Albo że rzeczywistość w ogóle ma jakąś strukturę, albo że możemy coś obiektywnie poznać. Ach, stare, dobre czasy.

      Ja chyba nigdy nie wierzyłam w prawdziwość baśni. To znaczy wierzyłam, ale na zasadzie nieświadomego zawieszenia niewiary: na czas czytania baśni wszystko było prawdziwe, po odłożeniu książki stawało się opowieścią. Choć ja baśnie głównie oglądałam - to mogło mieć znaczenie, bo przecież wystarczy wyłączyć telewizor, a ta straszna Baba Jaga zniknie. Ciekawa jestem, w jakie aspekty wierzyłaś?

      Akurat umacnianie dyscypliny za pomocą straszenia dzieci np. "Czerwonym Kapturkiem" wydaje mi się efektem błędnych założeń dorosłych. Dla nich związek wilka z uwodzicielem czy porywaczem jest oczywisty, dla dzieci - chyba dość sztuczny czy może zbyt abstrakcyjny.

      Usuń
    5. Chyba właśnie głównie w tę magiczną podszewkę rzeczywistości, że wszędzie coś jest, że wszystko ma znaczenie, że obok nas żyją te różne inne stworzenia, chyba w takie rzeczy, w jakie wierzy wiele dzieci (co ma swój urok, ale równocześnie jest nieco przerażające, bo wtedy wszystko jest mniej rozpoznane, zawsze z jakąś tajemnicą w tle). Podejrzewam, że więcej było dzieci, które miały podobne wrażenia ;-).

      A co do wilka - no tak, tylko że jednak jest też ten całkiem dosłowny przekaz: nie schodź ze ścieżki, bo za krzakami czai się wilk; w tym sensie to wciąż służy umacnianiu dyscypliny przez strach, ba, taki strach bardzo atawistyczny, bo jednak odnoszący się do dzikiego zwierzęcia. A na tym właśnie jest ta "dorosła" interpretacja wilk-uwodziciel, wilk-porywacz. Tak sobie dumam.

      Usuń
  3. Ja osobiście nie wyobrażam sobie pomijania w bajkach motywów lęku, mroku, tajemnicy. Z takich bajek są najlepsze wspomnienia, nawet jeśli się tych treści za dzieciaka boimy. Poza tym ważny jest też kontrast :) Gdyby wszystkie bajki były pogodne, spokojne i słodziutkie, zapewniające pełne bezpieczeństwo i komfort psychiczny, to co by było, gdyby potem takie wyrośnięte już dziecko zderzyło się z czymś przykrym i budzącym lęk... Chociaż w sumie nie wiem. Ja czytałam straszne bajki ;) braci Grimm np. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Też wolałam baśnie straszne (za to nie przepadałam za smutnymi, więc melancholię Andersena doceniłam późno). I chyba przez ten kontrast pamiętamy je dłużej, i dobrze się do nich wraca. Przy czym jest chyba słodycz i słodycz - coś może być słodkie i możemy chcieć do tego wracać, a może też być zbyt słodkie i wtedy z tego wyrastamy.

      Usuń
  4. Chyba jeszcze nie do końca wyrosłam z wieku dziecięcego (18-stka za rok, jej) i czytanie książek dla dzieci jest dla mnie nie dość, że wciąż pouczające, to nadal sprawia mi niesamowitą frajdę :) Chociaż pamiętam czasy, kiedy przed Koraliną chowałam się pod kołdrę i zaczynałam płakać, to mimo to właśnie do takich strasznych baśni zawsze mnie ciągnęło - oczywiście słodkie, kolorowe i proste również znajdowały miejsce w moim sercu, ale te mroczne miały to coś w sobie. I też zastanawiałam się, co z osobami, które czytają Harry'ego Pottera w wieku dziesięciu lat i potem... no właśnie co? Dorośli czekają kilka lat, żeby pozwolić dziecku na kolejną część? To trochę... absurdalne.
    Pamiętam jeszcze, że kilka(naście) lat temu książki o Kopciuszku, Królewnie Śnieżce czy Czerwonym Kapturku były najczęściej wypożyczanymi pozycjami z działu dla dzieci (tak, pamiętam to, bo sama chciałam je wypożyczyć, ale była niesamowicie długa lista oczekujących...) - wszystkie dzieci kochały te bajki i czytanie o szczęśliwych zakończeniach pozwalało im wierzyć, że same mogą zostać książętami i księżniczkami w dorosłym życiu - nie wiem, czy to właściwe, pozwalanie młodszym na fantazje, które za kilka lat prysną jak bańka mydlana i pozostawią po sobie gorzkie rozczarowanie. Z drugiej strony czasem baśnie, które zawierają w sobie za dużo brutalności, mogą źle oddziaływać na psychikę dziecka. Gdzie w takim razie jest złoty środek?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że z książek pierwotnie kierowanych do dzieci się nie wyrasta (coś na kształt tego cytatu z Lewisa wyżej ;)). Przy czym wydaje mi się, że nie ma prostego przełożenia między "bohaterka została księżniczką" a "ja, czytelniczka, zostanę księżniczką". Chodzi raczej o wykształcenie pewnych wartości, za którymi warto podążać, wyobrażenie sobie swojej przyszłości ("może być dobrze") i dążenie w tym kierunku.

      Ciekawe, swoją drogą, co piszesz o "Koralinie", w świetle naszej dyskusji z @Anną wyżej :-).

      Usuń
  5. Nie będę tu pisała rozwlekłych laborantów, bo dla mnie sprawa jest prosta: baśń powinna wywoływać dreszcz grozy, dzięki czemu pozwala rozliczyć się z dziecięcymi lękami, ograniczeniami, często traumami. Dobrze jeśli literatura dla młodszych otwiera nowe pole do interpretacji i skojarzeń.
    Ostatnio doskonałą dla mnie baśnią i dla młodszych też (wzbudziła dyskusję i wiele pytań) jest "Czerwony Kapturek" w interpretacji Aarona Frischa i Roberto Innocentiego.
    http://magdallenamagazine.blogspot.com/2014/07/czerwony-kapturek-w-wielkim-miescie.html

    OdpowiedzUsuń
  6. Buuu, napisałam długi (może przydługi) komentarz i mi zeżarło. Cóż, mówi się trudno i pisze się jeszcze raz.
    Po pierwsze - wpadłam dzisiaj przez Zwierza, rozejrzałam się, i raczej zostanę na dłużej, świetnie się czyta.

    A co do samego wpisu, którego jako miłośniczka baśni i w ogóle książek dla dzieci (choć jako - jeszcze przez rok! - nastolatka nie jestem chyba aż tak oddalona wiekowo od czytelnika docelowego ;-)) nie mogłam pominąć.

    Ja znam młodych czytelników Gaimana, ja! I opinie wyglądają na podzielone, przy czym mam jednego miłośnika Księgi cmentarnej, który Koralinę uznał za straszną (ale nie odebrał jej chyba tak mocno, jak jego rodzice czy ja), przeciw dwóm jej ogromnym orędowniczkom. Ogólnie patrząc teraz na dzieci w wieku przedszkolnym/wczesnoszkolnym, z którymi obcuję, również czytelniczo, tak w ramach rodziny, jak wolontariatu, to okrucieństwo im raczej nie przeszkadza, zwłaszcza okraszone fantastycznym sztafażem, który pomaga je oddalić od przestrzeni codziennego życia. Co swoją drogą zdecydowanie jest argumentem przemawiającym na korzyść okrutnych baśni, jako bezbolesnego względnie sposobu na oswojenie dziecięcych lęków oraz okropieństw świata ;-)

    Uśmiechałam się na każde wspomnienie o tym potencjalnie zagubionym dziesięciolatku kończącym czwarty tom "Harry'ego Pottera", bo sama czytałam wtedy tom szósty i nic nie sprawiało mi problemów emocjonalnych tudzież poznawczych. Z drugiej jednak strony takiego miłośnika grozy i makabry jakim sama byłam w opisanym wieku, jeszcze nie spotkałam.
    Wychowałam się zresztą na Andersenie (to dopiero historyjki nieprzeznaczone pierwotnie dla dzieci, i pamiętam długie dyskusje Mądrych Ludzi czy można je w ogóle nazywać baśniami), bo rodzina niechęcią do Grimmów pałała. W ludowe baśnie wpadłam relatywnie późno, ale za to z kretesem; zresztą pamiętam, ze jedną z rzeczy, które mnie w nich zafascynowały, było to okrucieństwo właśnie. Znajdowałam tam dużo więcej emocjonalnego realizmu i odniesień do własnych dziecinnych jeszcze rozterek, niż we wspomnianym Andersenie albo opowiadających o życiu codziennym historyjkach pozbawionych przemocy, czy, bo ja wiem, bajkach terapeutycznych (trochę nudy, spodobały mi się na cały zbiór może trzy). To dla mnie bardzo ważny element czytelniczych doświadczeń, i uwielbiam wszelkie analizy i interpretacje (choć przyznam, że strukturalistyczne założenia mnie nieco irytują).

    Nie wiem czy komentarz wyszedł krótszy niż poprzedni, czy wręcz przeciwnie, ;-) ale widzę, że tutaj za gadulstwo nie gonią.
    Lecę czytać WSZYYYSTKIE pozostałe wpisy,

    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie, czyli jednak problem w dużej mierze polega też na zindywidualizowaniu odczuć i na wcześniejszych doświadczeniach czytelniczych, a niekoniecznie tylko na wieku (co jest tak w ogóle bardzo fajnym dalszym tropem!). Czyli nie tyle chodzi o to, czy się jest dzieckiem, nie jest dzieckiem i tak dalej, ale o to, co się czytało i w ogóle od różnych takich charakterologicznych czynników.

      Jeśli zaś chodzi o Harry'ego, to w sumie chyba bardziej problematyczne to jest dla rodzica (pozwalać? a może za straszne?) niż dla dziecięcego czytelnika ;). Tak sobie domniemywam.

      Super, rozgość się, cieszę się, że się tu podoba :)!

      Usuń