Z naszego na nasze albo jak to jest z tymi zabytkami (polszczyzny)


Dzisiaj jest jeden z bardziej wartych upowszechniania dni roku, czyli Dzień Ochrony Zabytków. Z zabytkami sprawa nie jest wcale łatwa – a konserwatorzy zabytków bywają jedną z najbardziej chyba znienawidzonych grup zawodowych w naszym kraju. Ale na szczęście są takie zabytki, co do których wszyscy są zgodni, że warto je chronić (mniej więcej wszyscy), to znaczy zabytki książkowe. Ale zamiast listy najgodniejszych i najczcigodniejszych nośników polszczyzny chciałabym się dzisiaj zastanowić nad problemem trochę innym: co nam z tej staropolszczyzny przychodzi?

Ba, nawet niekoniecznie ze staropolszczyzny. Nie szukając daleko, nawet modernistyczne powieści, poezje i dramaty bywają czasami, przez język właśnie, trudne w odbiorze. A co dopiero mówić o staropolskich poematach czy każdemu dobrze znanych „Bogurodzicy”, czy idąc nieco dalej: Reju i Kochanowskim. Poczynając od problemów z wymową – bo okazuje się, że nasi przodkowie mieli trochę inne pomysły na to, jak mówić po polsku, także fonetycznie, stąd to słynne, spotykane u poetów romantycznych „é“, z którym my współcześni nie do końca wiemy, co robić – przez kłopoty w rodzaju „ale co to jest, to słowo?”, kończąc oczywiście na „o czym to w ogóle jest i czy to jest aby na pewno po polsku?!”.

Bo język, że zarzucę truizmem, jest zmienny i ewoluuje. A pisarz to człowiek swojej epoki (ewentualnie epigon albo wizjoner, więc tę epokę może ignorować albo wyprzedzać), więc posługuje się takim narzędziem, jakie ma pod ręką. Na szczęście aż tak strasznie w polszczyźnie nie mamy, gdzieś tak od szesnastego wieku wzwyż zasadniczo tekst pisany zrozumiemy, a jak nie wiemy, co znaczy (albo znaczyło kiedyś – znaczenia też się zmieniają, głodomór świadkiem) jakieś słowo, zawsze mamy cudne stare słowniki. Ale co z utworami, od których zazwyczaj na lekcjach polskiego zaczynamy? Co z tymi, które mają dawać świadectwo, że takiśmy stary językowo twór?
 
 
 Przodkowie czytający klasykę.
 

Ano właśnie, to już jest trochę bardziej problematyczne. Bo często, nawet nie wiedząc, spotykamy się z wersjami uwspółcześnionymi. I można krzyczeć, że skandal i olaboga, ale po prawdzie, to jednak czytanie czegoś, z czego rozumie się głównie – a i to nie zawsze – spójniki, sprawia niewielką radość i niespecjalną też rozpiera dumą. Więcej nawet: te wersje mogą mieć sens o tyle, że znaczeń niektórych słów się jedynie domyślamy, bo gdzieś nam poginęły, użył ich tylko jeden autor i w ogóle, tak historycznie, raczej z naszą wiedzą o nich cienko.

Dochodzi tu jeszcze jeden problem, a mianowicie: czy my w ogóle wiemy, jak też ci nasi przodkowie polszczyzną się posługiwali? Bo jednak w większości naszych kulturowych wyobrażeń przeważa taka średniowieczna polszczyzna sienkiewiczowska. Przecież wiemy, że Zbyszko z Bogdańca żadną miarą nie mógł mówić tą przedziwną archaizującą mieszanką z rusycyzmami, elementami stylizacji na „Pamiętniki” Paska, lekka z góralska i szalonym niekiedy szykiem przestawnym. Sienkiewicz miał taki pomysł na średniowieczną polszczyznę – świetnie, gorzej, że ona wyszła poza ramy tego jednego pomysłu i zaczęła żyć własnym życiem. Stąd też niekiedy można się spotkać z wyrazami oburzenia, że autorzy osadzający akcję swoich książek w średniowieczu nie usiłują języka stylizować – bo skoro mógł Sienkiewicz, no to wiadomo, też by się mogli postarać. Problem w tym, że taka stylizacja albo byłaby stylizacją na Sienkiewicza, a nie na średniowieczną polszczyznę, a poza tym, nawet gdyby ktoś zadał sobie trud i spróbował coś takiego zrobić, nie sądzę, żeby było to specjalnie czytelne. Ale z chęcią zobaczyłabym taką powieść spod pióra szalonego językoznawcy, myślę, że to by był świetny eksperyment. Ale raczej eksperyment, niż norma.

Poza tym, jak już pisałam, autor używa narzędzi, które posiada. Wydaje mi się, że nie ma nic złego w próbach opisu dawnej rzeczywistości takim językiem, jakim się posługujemy współcześnie. Dlaczego? Już tłumaczę: dlatego, że dla tych postaci to też był wtedy język współczesny. Mówiły w nim tak a nie inaczej, bo to było ich narzędzie. Innymi słowy, autor ma prawo przekładać z ichniejszego na nasze, chociaż i my, i oni (ci fikcyjni oni, ale jakoś tam przebrani z przeszłości) używamy polszczyzny.

No i dochodzi jeszcze kolejny kłopot. Bo narzędziem językowym, dzięki któremu w ogóle mamy jakie takie (podkreślam: jakie takie) wyobrażenie na temat języka naszych praszczurów (czyż to słowo nie jest fascynujące? Zawsze widzę takiego starusieńkiego ni to szczura, ni to człowieka, z siwym, trzęsącym się wąsem) pochodzi, siłą rzeczy, z pisma. A jednak pismo ewoluowało, zmieniały się pomysły na to, jak można by zapisywać te dźwięki, które z siebie wydajemy. Zwłaszcza, że nie do końca adekwatnie oddawały je znaki alfabetu łacińskiego. Już Cyryl (ten od Metodego) miał pomysł, że Słowianie potrzebują alfabetu, w którym jeden znak oznaczałby jeden dźwięk – i stworzył głagolicę (tak, tak – cyrylicę stworzyli dopiero jego uczniowie, porzucając niekiedy pomysł mistrza). Ale i ona nie wszędzie się przyjęła (a będąc szczerym, nie przyjęła się właściwie nigdzie, bo była jednak dość skomplikowana, za to miała nosówki, czyli „ę” i „ą”).

Jak zatem radzili sobie nasi przodkowie? Różnie. Zapisywali różne syczące „sz” jako dwa „s”, jako samo „s”, także jako „S”, jakiś czas również „š“ (ale się to u nas, w przeciwieństwie do Czechów, nie przyjęło), gdzieniegdzie podkradano niemieckie „ß“, w końcu ktoś wpadł na „sz” – co wcale, przyznajcie, nie jest takim intuicyjnym rozwiązaniem – i zaczął je lansować. Więc tak naprawdę czytając te stare dzieła nie mamy do końca dokładnego wyobrażenia, jak też oni to wymawiali – bo od razu widzimy, że na zapisy mieli pomysły różnorakie, a dla nas dzisiaj niekiedy naprawdę osobliwe. To oczywiście wszystko w dużym uproszczeniu, ale mam nadzieję, że dość obrazowo.

I teraz wyobraźcie sobie tego Zbyszka z Bogdańca, który zamiast „Ale też z was kraśna dziewka!” mówi, żeby dochować wierności zapisowi, coś w rodzaju „Ale teg z was kraszczna dzewka!”, a to i tak wyszło dość delikatnie (za to z lekka z wadą wymowy). Bylibyście ukontentowani? Ja, przyznam, nie bardzo. I raczej by „Krzyżacy” za wielkiej kariery nie zrobili – chociaż może niejeden pokiwałby głową z uznaniem, wzdychając, jak też to się pisarz poświęcił, że coś takiego, zapewne po latach studiów, napisał. Więc narzekania, jak to paskudnie autor stylizuje średniowieczną polszczyznę, bądź nie stylizuje jej wcale, zawsze odwieszam na wieszak i chowam w najodleglejszym miejscu, jakie jest.

Inna sprawa, że są tacy, co stylizować potrafili udatnie i interesująco – stylizować właśnie, co nie znaczy, że zapisywali teksty ortodoksyjnie (zwłaszcza, że i sposoby zapisu u naszych przodków były takie raczej średnio ortodoksyjne i dość, co widać było na przykładzie „sz”, luźne). Taki Boy-Żeleński i jego „Testament Wielki” Villona, przekładany w dodatku w czasie wojny w cieknącym namiocie medycznym (Żeleński był z wykształcenia lekarzem i w czasie pierwszej wojny światowej musiał swoje odsłużyć) jest stylizacją frapującą, oryginalną i z rozmachem. Ale też raczą raczej jednorazową. Poza tym Boy miał swoje doświadczenia z różnicami językowymi, kiedy jako dziecko przeprowadzał się, jeśli mnie pamięć nie myli, z Poznańskiego do Krakowa – a że to były wówczas dwa różne zabory, to i mówiło się tam po polsku w sposób nieco inny, co już młodego Żeleńskiego zadziwiało, a niekiedy sprawiało, że stawał się dla rówieśników wdzięcznym, acz nieszczęśliwym, obiektem drwin.

Natomiast, rzecz jasna, możemy stylizować teksty z epok nieco mniej odległych, jeśli taka nasza wola: z chęcią zawsze poczytam kryminał dziejący się w pod koniec dziewiętnastego wieku w Królestwie z tymi wszystkimi zagwozdkami językowymi. To zawsze jest coś. Ale jak tej stylizacji nie ma to, w świetle wszystkiego co napisałam wyżej, nie płaczę.

A Wy co sądzicie?

______

A w ogóle to podobno mają zachęcać do tłumaczenia z tego dawniejszego polskiego na ten nasz – ciekawe, co z tego będzie? A tutaj jutro już nie o staropolszczyźnie, choć w klimatach klasycznych, będzie psychotest. A tak.

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Ostatnio właśnie rozmyślałam sobie o tych kwestiach, trochę właśnie pod wpływem informacji o tłumaczeniu tekstów staropolskich na nasze, trochę z racji mojej notki o "Grze w kości" i "Sacer Nidus". Nie przeszkadza mi brak stylizacji językowej w powieściach o średniowieczu, bo myślę że to nieuchronnie prowadziłoby do sienkiewiczowszczyzny, a choć nie przeszkadza mi ona u Sienkiewicza, to nie wydaje mi się konieczne, aby stosowali ją inni autorzy. Oddanie sprawiedliwości polszczyźnie średniowiecznej w powieści wymagałoby lat wytężonej pracy i uczyniłoby książkę niestrawną dla czytelnika. Ale w przypadku powieści historycznych mamy do czynienia z ciekawym problemem, bo przecież język, jakiego używamy, w jakimś stopniu determinuje, jakie myśli jesteśmy w stanie formułować. Jeżeli prawdą jest, że Eskimosi mają 30 czy też 300 słów na określenie śniegu, to ich rozmyślania na ten temat będą dużo bardziej złożone od naszych. Czy możliwe jest więc stworzenie bohatera, który będzie myślał średniowiecznie, a mówił współcześnie? A może jest tak, że całkowicie zgodne z duchem epoki myśli, jeżeli zostaną wyrażone współczesnym językiem, będą się wydawały czytelnikom współczesne i stąd zarzuty wobec pisarzy, że jedynie ubierają współczesnych nam ludzi w historyczne fatałaszki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jaka to mogłaby być ciekawa próba! Widzę tutaj jednak kilka problemów: to znaczy czy my możemy w ogóle się w takiego średniowiecznego człowieka tak _naprawdę_ wczuć? To znaczy oczywiście to i owo o nim wiemy, ale z drugiej strony ponarastało na tym tyle przeróżnych klisz kulturowych (choćby ten mit o rycerskim rycerzu i wiernej damie). No i, oczywiście, człowiek człowiekowi w średniowieczu nierówny -- pod wieloma względami. Natomiast z chęcią bym powieść pisaną z takim zamiarem i myślą przewodnią przeczytała. A przy pisaniu też kołatała mi się po głowie Cherezińska, bo wiele osób wytyka jej właśnie ten brak stylizacji języka -- i tutaj myślę, że jest pół na pół: to znaczy, tak jak piszesz, myśl ubrana w język współczesny wydaje się współczesna (podoba mi się w ogóle ta idea!), ale dwa, tam część postaci jest faktycznie, mówiąc krótko, współczesna i myśli "po współczesnemu" nie tylko z powodu języka, w którym myśli. Tyle że, znowu: czy to jest aż takie niegodne? Wydaje mi się, ponownie, że nie.

      Usuń
    2. Bo są w ogóle dwie szkoły myślenia o powieści historycznej: pierwsza to taka, że to po prostu opowieść jak każda inna, która ma odpowiadać na oczekiwania współczesnego czytelnika, a realia historyczne są tylko sztafażem. Czasem jest to kostium wybrany przez pisarza tak, żeby te realia właśnie podkreślały współczesną wymowę, i wiemy, że rzecz się dzieje wcale nie tam i wtedy, ale właśnie tu i teraz. Czasem nie ma w tym jakiejś nadrzędnej idei, po prostu akcja umieszczona jest w przeszłości, bo akurat tło epoki może być ciekawą kanwą dla jakiejś opowieści. To jest chyba najczęściej spotykany typ powieści historycznej - w takim ujęciu powieść historyczna zawsze mówi więcej o epoce, w której powstała, niż o tej, w której toczy się akcja (pomijając oczywiście faktografię). No ale powieść historyczna mogłaby być też próbą głębszego zrozumienia danej epoki, czyli właśnie odtworzeniem mentalności ówczesnych ludzi. To jest oczywiście dużo trudniejsze i tutaj kwestia języka wydaje mi się szczególnie istotna i może nam zaciemniać obraz.

      Usuń
    3. Zgadzam się, bywało przecież i tak, że powieść historyczna była pisana, żeby powiedzieć coś o współczesności, kiedy nie bardzo dało się to zrobić z różnych powodów, takich jak trudna sytuacja, cenzura i tak dalej. Także to, co zauważasz, to oczywiście bardzo istotne rozróżnienie. Tymczasem jednak zastanawiam się, jak wiele jest powieści reprezentujących ten drugi typ, to znaczy ten "odtwarzający", który rości sobie prawo do bycia pewną reprezentacją epoki. Właściwie myślę, że takich powieści jest niewiele -- a jak już są, to nie zdobywają szalonej popularności. W gruncie rzeczy, gdyby zerknąć na powieści historyczne w ogóle, to w większości widać albo te odniesienia do "dzisiaj", albo pewne treści uniwersalne, z epoką związane o tyle, o ile żyją w niej ludzie jako tacy.

      Usuń
  2. (Cudny blog, podczytuję od pewnego czasu i chciałam wreszcie się do tego przyznać :D.)

    Ja również nie mam problemu z ograniczoną stylizacją językową lub jej brakiem - dopóki średniowieczny bohater nie używa slangu lub pojęć, które pasują do epoki jak pięść do oka, jak dla mnie może posługiwać się nawet niemal współczesną polszczyzną. Fakt, że niektórzy oburzają się na niepoprawność takich zabiegów, kojarzy mi się trochę z przypadkiem filmowego "Polowania na Czerwony Październik". Sporo osób śmieje się z tego, że Sean Connery mówi tam ze swoim szkockim akcentem, choć gra Rosjanina - ich zdaniem powinien on pójść w ślady pozostałych i użyć "rosyjskiego" akcentu, który tak naprawdę u każdego aktora brzmi inaczej i jest tylko hollywoodzkim wyobrażeniem na temat tego, jak mówią Rosjanie, i ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Rozumiem chęć nadania dziełu swoistego charakteru i atmosfery, ale - jak pisałaś - skoro nasze możliwości w kwestii stylizacji ogranicza zarówno trudność z pełnym zrekonstruowaniem języka dawniejszych epok, jak i potrzeba pisania tekstu zrozumiałego dla współczesnego czytelnika, to myślę, że nie ma się co zżymać, że postaci mówią tak, a nie inaczej.

    I tylko tego "š" mi żal. Jedna litera dla jednej głoski. A mogło być tak pięknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, cieszę się, że się podoba, podczytuj ile zechcesz :).

      Z tym slangiem to rzecz też dziwna. Bo na przykład pamiętam recenzję "Narranturmu" pióra profesora Tazbira, który wytykał Sapkowskiemu, że stwór na sabacie używa słowa "parking". Sam fakt, że był to jakiś fantastyczny stwór był tutaj pewną, jakby to ująć, zagwozdką, ale do tego ten parking. Mnie to, powiem szczerze, aż tak nie razi.

      A pojedyńczych znaków dla pojedyńczych dźwięków też mi szkoda trochę, ale z drugiej strony, co zrobić, przodkowie wybrali, to wybrali ;).

      Usuń
  3. Tak się zastanawiam nad tymi przekładami (lepiej by było chyba powiedzieć "adaptacjami") literatury staropolskiej na język współczesny. W teorii to dobry pomysł, szczególnie w edukacji. W praktyce... pojawiają się problemy. Po pierwsze, jak zauważyła wyżej Tarnina, język odzwierciedla obraz świata i świadomość tego, kto się nim posługuje. Ile kontekstu kulturowego stracimy, zmuszając renesansowych autorów do mówienia obcym dla nich językiem współczesnego Polaka?

    Po drugie, język jest diabelnie ważnym składnikiem utworu, za pomocą którego ten utwór na nas oddziałuje. Jakiś czas temu głośno było o przekładzie Biblii na język młodzieżowy. Owszem, fajny eksperyment, ale wyobraźcie sobie nauczanie religii za pomocą takiej Biblii. Wbrew pozorom ten dostojny język nie jest tam po to, by utrudniać czytanie. Chodzi o kontakt z czymś innym niż na co dzień, czymś wzniosłym, uświęconym. To samo dotyczy utworów z dawnych epok.

    Po trzecie, jak wyznaczyć granicę tego typu działań translatorskich, szczególnie w poezji? Bo można sobie jakoś wyobrazić uwspółcześnione "O poprawie Rzeczypospolitej", ale Kochanowski piszący współczesną polszczyzną to przecież katastrofa.

    Wydaje mi się, że Ministerstwo popełnia wielki błąd, traktując teksty staropolskie, jakby były zaledwie komunikatami, które uczniowie muszą za wszelką cenę zrozumieć, najlepiej nie włożywszy w to najmniejszego wysiłku. Dlaczego zamiast tłumaczyć "z polskiego na polski" nie dofinansuje solidnych publikacji z rozbudowanym aparatem krytycznym, z przypisami i komentarzami, które ułatwiają zrozumienie tekstu z innej epoki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A z tą Biblią to chyba nie jest wcale tak łatwo. Bo tu dochodzi jeszcze specyfika polskich przekładów w ogóle -- protestanckie są dużo mniej archaizujące, a już jak spojrzymy na przykład na niemieckie przekłady, to nawet te sięgające Lutra są dużo prostsze do zrozumienia, bo one po prostu brzmią zwyczajnie. To jest dla mnie zawsze ogromna zagwozdka, czemu u nas język biblijny brzmi tak, jak brzmi, a za Odrą nie. No i chyba właśnie ta młodzieżowa Biblia służy właśnie do nauczania religii, tak sobie myślę, bo docelowo ma lepiej trafiać do młodzieży (taki był chyba zamiar?).

      No i my się też zapoznajemy często z tym tekstem już nieco uwspółcześnionym -- chociażby pod względem pisowni. Więc tak sobie myślę, że mogłoby to pójść dwutorowo: tłumaczenie z polskiego ich na polski nasz i edycje krytyczne. Nie widziałabym w takim rozwiązaniu nic zdrożnego :).

      Usuń
    2. Oczywiście, ale co to znaczy, że brzmią "zwyczajnie"? Bo język Biblii nie musi być archaiczny (chyba nawet nie powinien), ale jednak przydałoby się, żeby był literacki. To jest ten rodzaj tekstu, który poza fajnymi historiami przekazuje treści głębsze (wierzący powiedziałby pewnie, że przekazuje Tajemnicę albo chociaż uwrażliwia na przeżycie religijne). Nie jestem pewna, czy Biblia - bądź jakikolwiek tekst religijny - napisane takim potocznym i do bólu uproszczonym językiem nadal spełniają te funkcje.

      Usuń
    3. On jest literacki, ale nie jet archaiczny. A w tysiąclatce na przykład archaizmów jest mrowie i przez to ten język jest jak gdyby oddzielony od czytelnika (niosąc mu równocześnie treści, które mają być uniwersalne, czy też bliskie, w zależności od nastawienia) barierą czasu. "Biblia" to zresztą właściwie dość specyficzny przykład -- bo z jednej strony to jest coś, z czego się w pewnych sferach życia korzysta, z drugiej jest silnie obecne w kulturze, z trzeciej, no właśnie, jest zabytkiem (tyle że, no właśnie, czy może za zabytek powinniśmy mieć na przykład przekład Wujka, a jednak do "codziennego użytku" przekład współczesny, ale -- z tym się bez dwóch zdań zgadzam -- literacki?). Sama kiedyś widziałam też hip-hopowy przekład Ewangelii Janowej i był... jakby to powiedzieć? Specyficzny. Frapujący, na pewno. Ale specyficzny.

      Usuń
    4. Hej, ale tysiąclatka jest pisana prosto i zrozumiale. Prawdą jest, że raz na jakiś czas pojawia się jakiś archaizm, ale pod względem słownictwa to nie jest jakiś niezwykle skomplikowany tekst.

      Usuń
    5. Może nie tyle skomplikowany, co jednak nie do końca bliski -- są tam słowa właściwie poza Tysiąclatką nie występujące, a niektóre paragrafy całe są przetłumaczone właściwie na dwa razy (bo w przypisie informują, że w sumie to można to rozumieć jeszcze inaczej ;)). I to są takie niepozorne archaizmy, a jakby tak wziąć się zastanowić, to można by to przetłumaczyć zdecydowanie prościej (to znaczy może nie tyle przetłumaczyć, co ująć, o). Takie są moje wrażenia :).

      Usuń
  4. No cóż, jaka epoka, taka stylizacja. Ciekawi mnie, co sądzisz o "Księgach Jakubowych" Tokarczuk, jeśli czytałaś. Mnie właśnie stylizacja najbardziej tam raziła i ogólnie twierdzę, że jak przekrojowo lubię tę autorkę, to akurat stylizacje historyczne za nic jej nie wychodzą... A z Biblią sprawa jest skomplikowana, bo jednak Niemcy to protestanci, tłumaczyli Biblię po to, żeby naprawdę każdy mógł ją czytać (od Lutra bierze właściwie początek nowoczesna filologia), katolicy zaś wielkimi czytelnikami Księgi nad Księgami nie są, bo inna jest specyfika obu wyznań. Stąd być może ta potrzeba archaizowania w polskich tłumaczeniach, żeby jakoś oddzielić święte od codziennego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest ciekawy trop, bo tak jak wspomniałam -- polskie przekłady protestanckie też są dużo bardziej zrozumiałe. Natomiast zastanawia mnie na przykład, jak odbiorcy przekładu Wujka to odczuwali, czy to był dla nich język codziennie zrozumiały, czy była tam jednak bariera podobna do tej, którą da się odczuć dzisiaj, jak czytamy przekład Tysiąclatki. Bo to ciekawy problem, ale nie wiem, na ile badalny.

      Usuń
  5. I dlatego właśnie chcę iść sobie jeszcze postudiować. Filologię właśnie.

    OdpowiedzUsuń